Blog > Komentarze do wpisu
Dużo więcej niż melodramat, czyli "Jaśniejsza od gwiazd" Jane Campion.
Polską premierę najnowszego filmu Jane Campion poprzedzały głosy krytyków, że to jej filmowe odrodzenie. Takie wieści zawsze powodują zapalenie się ostrzegawczego światełka nieufności w mojej głowie. Mimo tego wybrałam się do kina z ochotą i tak, jak lubię, nie czytając wcześniej nic na temat. Wiedziałam tylko tyle, że jest to opowieść o miłości młodej dziewczyny i angielskiego poety epoki romantyzmu Johna Keatsa. Po seansie sprawdziłam, że historia jest autentyczna i większość postaci, nawet te epizodyczne, to ludzie z krwi i kości, a nie wymyśleni przez scenarzystkę (Campion). Tym razem zgadzam się z głosami, które przywołałam w pierwszym zdaniu: film zachwycił mnie i poruszył. Jest nie tylko piękny (zapierające dech zdjęcia Greiga Fresera), wzruszający, ale i przede wszystkim zmuszający do różnorakich refleksji. I jeszcze jedna uwaga. Kto obawia się czegoś w rodzaju licznych ekranizacji filmów Jane Austen (ja nie mam nic przeciwko nim), może odetchnąć spokojnie: to film z innej półki, coś znacznie więcej niż filmowa konfekcja. Trzeba obejrzeć koniecznie. A kto już widział, może przeczytać resztę.

Dla mnie to przede wszystkim kolejna odsłona opowieści o  miłości niemożliwej, z góry skazanej na porażkę. Bo jaka przyszłość rysuje się przed Fanny Brawne i Johnem Keatsem? On, młody, niedoceniany poeta, bez pieniędzy, pozostający na finansowej łasce przyjaciela Charlesa Armitaga Browna (postać autentyczna, przyjaciel wielu artystów, szczególnie Keatsa). Ona, młoda dziewczyna pochodząca z konwencjonalnej, ziemiańskiej rodziny utrzymującej się dzięki, chyba niewielkim, pieniądzom zostawionym przez zmarłego ojca. I jej matka i Brown starają się wyperswadować im to uczucie. Matka, chociaż w filmie pokazana jako osoba życzliwa i tolerancyjna wobec "wybryków" córki, z troską tłumaczy jej, że nie ma majątku, więc musi szukać innego męża. Brown z kolei obawia sie o twórczą wolność artysty. Wie, że gdyby jego przyjaciel związał się z Fanny, musiałby zacząć zarabiać. Sam Keats również zdaje sobie z tego sprawę. Uczucie jest jednak silniejsze. Podsycane przez zazdrość o Browna (pięknie sfilmowana scena, kiedy gnani emocjami idą do lasu, a kamera przygląda się im z góry) wybucha z jeszcze większą siłą i nie można już go zatrzymać. Fanny wie, że tkwiąc w tym związku bez przyszłości, traci jednocześnie szansę na znalezienie poważnego (czytaj: zdolnego utrzymać rodzinę) kandydata na męża. Bo nie chodzi na tańce, bo nie udziela się towarzysko, bo staje się obiektem plotek. Ale uczucie jest silniejsze. Spala się w nim niczym ćma w płomieniu świecy. Ich krótka, ale burzliwa znajomość to wieczne pasmo rozstań i ból tęsknoty. John i Charles muszą wyjeżdżać, aby wynajmowaniem domu ratować swoje finanse (a właściwie finanse Charlsa), stale mają długi. Może niektórym wydadzą się przesadzone, nadekspresyjne sceny, kiedy Fanny (Abbie Cornish) umiera z tęsknoty za ukochanym, oczekując na jego listy. Mnie wydały się autentyczne, podobnie jak obrazy rozpaczy, kiedy dowiaduje się o jego chorobie, a potem śmierci. No właśnie, gruźlica, kolejna przeszkoda, ostatnia i ostateczna. Kochankowie zdają sobie z tego sprawę, chociaż  udają, że jest inaczej. Snują naiwne plany o wspólnej przyszłości spędzanej w małym domku na wsi, kiedy John wróci zdrowy z podróży do Włoch, która jest jedynym ratunkiem dla jego wycieńczonego chorobą organizmu. Przejmujące są sceny pożegnania: i ta w domu pełna czułych wyznań i pocałunków w wieczór poprzedzajacy wyjazd, i ta krótka, niemal oschła następnego dnia przy dyliżansie. Oboje mają przeczucie, że już nigdy się nie zobaczą. Śmiertelna choroba, która kończy ich miłość, jednocześnie ją unieśmiertelnia. Co byłoby, gdyby John wrócił z Włoch zdrowy? Albo zwyciężyłby rozsądek i rozstaliby się: on w imię twórczej wolności, ona, bo tego oczekiwałby od niej konwencjonalny świat. A gdyby, na przekór wszystkiemu, zdecydowali się być razem, jak to sobie obiecywali? No cóż, pewnie ich wielka miłość ległaby w gruzach pod naporem codzienności: ubóstwa, finansowych kłopotów, rozczarowań, kompromisów. Czy można by było ocalić jednocześnie uczucie i poetycką wolność? Doświadczenie, a właściwie liczne przykłady, podpowiada, że nie.

To główny problem poruszany w filmie Jane Campion. Ale mamy tu oczywiście dużo więcej. Przyjemność sprawia śledzenie rozwoju Fanny: od konwencjonalnej, trochę naiwnej, trochę zadziornej młodej dziewczyny do  wiedzącej, czego chce, mierzącej się z życiem, świadomej siebie jednostki. Ciekawa jest postać Browna, przyjaciela i dobroczyńcy Keatsa. Zazdrosny o poetę, stojący na straży jego wolności zdaje sobie sprawę, jakim zagrożeniem jest rodzące się uczucie. Wobec Fanny złośliwy, cyniczny stale udowadnia przyjacielowi, że jest ona tylko naiwną, czułostkową panną, jakich pełno przy każdym kominku, a on daje się uwieść jej pozornemu zainteresowaniu poezją. Ale może pod tą maską złośliwości i cynizmu kryje się zainteresowanie młodą dziewczyną, może uczucie? W momencie próby to on zawodzi: nie wyjedzie z chorym przyjacielem do Włoch, bo będzie zmuszony zająć się nieślubnym dzieckiem, jakie przydarzyło mu się ze służącą Abigail. Nawet się z nim nie pożegna. Człowiek, który tyle mówił o wolności, o twórczej pracy, sam uwikłał się w codzienność. Z drugiej jednak strony to dziecko jest symbolem witalności, życia, które trwa. Ktoś umiera, ktoś sie rodzi. Coś leglo w gruzach, coś powstaje. Nie ma dobrego rozwiązania. Charles ma poczucie winy, jednocześnie cieszy się swoim synem.

Pięknie i subtelnie pokazana jest rodzina Fanny: matka, młodzsy brat Samuel i najmłodsza, rudowłosa, pucułowata siostrzyczka. Na ich twarzach śledzimy troskę i niepokój o Fanny, ale także  ciekawość i może niedowierzanie dla tego, co się dzieje. Niewiele tu słów, wszystko widoczne jest na twarzach i w gestach. Ciekawa jest historia Keatsa: poetyckie niepowodzenia, troska o śmiertelnie chorego brata, finansowa nędza i uzależnienie od pomocy przyjaciela, a wreszcie determinacja przyjaciół, aby wywożąc poetę do Wloch, ratować jego życie.

No i osobne zachwyty należą się zdjęciom. Chodzi nie tylko o starannne odtworzenie epoki, to już nieraz widzieliśmy, ale o malarską urodę niektórych kadrów. Widoki suszącej się na sznurach pościeli na tle miasteczka (to ujęcie porównywalne z tym na cmentarzu  w "Volver" Almodovara: kiedy wieje wiatr, a cmentarz jest pełen kobiet sprzątajacych groby); lasu, a właściwie szarych, powyginanych, bezlistnych konarów, wśród których spaceruje trójka zazdrosnych o siebie przyjaciół czy scena bezpośrednio poprzedzająca to zdarzenie  (już tu o niej wspominałam), utkwiły w mojej pamięci.

Mądry, piękny film. Może ktoś inny wykorzystałby  ten temat, aby zrobić  czułostkowo-melodramatyczny, kobiecy wyciskacz łez (jak mawia mój znajomy: film sponsorowany przez fabrykę jednorazowych chusteczek), ale na szczęście nie Jane Campion.

niedziela, 16 maja 2010, czytamogladam

Polecane wpisy