Blog > Komentarze do wpisu
"Bez wstydu". Filmowy debiut Filipa Marczewskiego.
Jako że kibicuję polskiemu kinu, wybrałam się na "Bez wstydu" Filipa Marczewskiego, mimo że oceny zbiera raczej średnie. Film znalazł się w konkursie głównym tegorocznego gdyńskiego festiwalu, ale nagrody żadnej nie zdobył, nie był też jakoś gorąco dyskutowany (tradycyjnie śledziłam liczne spory w trakcie i po). Krótko mówiąc, nie był to ten tytuł, na który po Gdyni czeka się niecierpliwie. Cóż, obejrzałam i nie dziwię się. Chociaż nie żałuję, że wybrałam się do kina, film mnie ani nie zbulwersował, ani jakoś specjalnie nie poruszył. Stało się tak chyba dlatego, że temat-tabu, kazirodcza miłość między bratem i siostrą, został rozwodniony, bo scenarzysta i reżyser za dużo srok za ogon na raz chcieli złapać, co niestety filmowi na dobre nie wyszło. Mam też kilka innych zastrzeżeń, ale o nich w drugiej części moich refleksji. Co wobec tego "Bez wstydu" ratuje? Przede wszystkim dwie główne role: Agnieszki Grochowskiej i Mateusza Kościukiewicza. Ta para przyciąga uwagę widza. A poza tym film po prostu dobrze się ogląda. Czy to wystarczy, aby wybrać się do kina, każdy powinien zdecydować sam. Tym razem nie napiszę, że wizyta obowiązkowa. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, a dla pozostałych jak zawsze ciąg dalszy.

Zanim zacznę się pastwić nad błędami, przyjrzę się trochę bohaterom. Kiedy oglądałam film, przede wszystkim stawiałam sobie pytanie: czy to zakazane uczucie jest wzajemne, a jeśli tak, to od kiedy? Czy Anka, najprawdopodobniej po śmierci matki, odesłała swojego młodszego brata do ciotki, bo przerosła ją opieka nad Tadzikiem, czy dlatego, że zdawała sobie sprawę z tego, jakim uczuciem ją darzy? A jeśli tak, to czy i ona czuła to samo? Początkowo nic nie wskazuje na wzajemność z jej strony. Ale kiedy nagle przeprasza brata za to, że go z domu wyprawiła, mówi: "Nie powinniśmy zapominać, że jesteśmy rodzeństwem." (cytat z pamięci). Te słowa obudziły moją czujność, bo brzmią dwuznacznie. Mogą oznaczać tylko siostrzano-braterskie uczucie i troskę, która powinna za tym iść, ale równie dobrze ostrzeżenie: "Jesteśmy rodzeństwem i nie wolno nam o tym zapomnieć. Nie możemy przekroczyć granicy, mimo że bardzo byśmy chcieli." Nadal jednak stawiałam raczej na brak wzajemności. Dopiero scena miłosna, i wszystko, co po niej nastąpiło, przekonała mnie ostatecznie, że i Anka czuje do Tadzika to samo, co on do niej. Jest starsza i rozsądniejsza, więc doskonale zdaje sobie sprawę, że to uczucie zakazane, bez jakiejkolwiek przyszłości, toteż stara się chronić przed nim i siebie, i jego. Czy dlatego jest taka nieczuła, obcesowa, nieprzyjemna, oschła? Czy dlatego nie potrafi uporządkować swojego życia? Czy dlatego wiąże się z nieodpowiednimi facetami, bo chce za wszelką cenę stłumić zakazaną miłość do brata? A może dopiero kiedy Tadzik wrócił, uczucie się odrodziło? Może zapomniała, zwalczyła, a nieoczekiwane pojawienie się chłopaka na nowo zburzyło jej spokój? To musi pozostać w sferze domysłów. Podobnie jak nieoczywiste zakończenie.

Wspominałam już we wstępie o Agnieszce Grochowskiej i Mateuszu Kościukiewiczu. Oboje dali swoim postaciom niejednoznaczność. Ona  zimna, oschła, pewna siebie, wyzywająca, innym razem czuła, zagubiona, bezbronna, wrażliwa. Kiedy trzeba, potrafi działać zdecydowanie. On młodzieńczo bezkompromisowy, zazdrosny o siostrę, nie przebierając w środkach, stara się wyeliminować znienawidzonego rywala. Raz po dziecięcemu prawie bezradny w swoich uczuciach, innym razem bierze na siebie odpowiedzialność i za wszelką cenę chce zdobyć pieniądze na spłacenie długu. Uczciwy, brzydzi się poglądami faceta Anki i swoich kumpli (i nie boi się powiedzieć, co o tym myśli), ale jednocześnie przyjmuje ofiarowany mu przez Irminę kradziony dywan i pozwala wcisnąć kit sprzedawcy, aby jak najwięcej zarobić. Grochowska i Kościukiewicz bronią swoich bohaterów. Trudno nie polubić Tadzika, a i Anka początkowo odpychająca, z czasem zaczyna budzić swoim pogubieniem sympatię.

Czas na zarzuty. Jeśli celem reżysera i scenarzysty było wywołanie dyskusji, zaszokowanie publiczności, wzburzenie czy wzruszenie, to nic z tego nie wyszło. Film pozostaje letni, nie zachęca do zadawania sobie pytań na niewygodne tematy. A stało się tak moim zdaniem dlatego, że za dużo tu wszystkiego. Jest i kwestia romska, i faszyzująca młodzież, i nieuczciwi, obleśni politycy. Te wątki rozrzedzają główny temat filmu. W dodatku prowadzone są dość nieudolnie.

Historia Irminy jest do bólu przewidywalna, nie ma w niej żadnego dramatyzmu, z czasem staje się nieznośnie melodramatyczna. Scena jej powrotu do niechcianego męża, który wspaniałomyślnie wybacza, bo chyba (tak każe nam wierzyć reżyser) kocha, jest niczym z kiczowatego wyciskacza łez. I nawet jeśli w zamierzeniu twórców to celowy kicz, ja tego  nie kupuję. Naiwnie brzmi też żal Irminy, która obwinia Tadzika o to, że ostatecznie nie miała wyboru i musiała zaakceptować zaaranżowane przez ojca małżeństwo. A co by się zmieniło, gdyby  znalazł dla niej czas i wysłuchał? Uciekliby razem? Na to liczyła? Co by to dało? Jeśli reżyser chciał pokazać wewnętrzny dramat Tadzika, pokazać, jego rozdarcie pomiędzy uczuciem do siostry i Irminy, to nie wyszło mu to zupełnie. Ankę kocha, a Irminę traktuje jak dobrego kumpla. I nawet trudno wzruszyć się czy zezłościć losem biednej, romskiej dziewczyny, która przeżywa miłosny zawód. A przecież powinniśmy.

A wątek społeczno-polityczny? Jest schematyczny. Andrzej, facet Anki, to typ od początku do końca niesympatyczny i odrażający. Im dalej, tym gorzej. Żadnego wewnętrznego skomplikowania. Poseł, grany przez Pawła Królikowskiego, to wyjątkowa kanalia. Jak z potocznych wyobrażeń o politykach, którzy kradną i robią różne świństwa. Faszyzujący młodzieńcy też są straszni, napadają na Romów, czytają faszystowskie broszury, zło w czystej postaci. Kpię i ironizuję, nie chcę, aby ktoś pomyślał, że mam zamiar ich bronić. Takie poglądy są mi obce, przerażają mnie i budzą odrazę, ale w "Bez wstydu" poważny problem zostaje pokazany na poziomie marnej telenoweli. Stąd mój kpiarski ton. Nie da się robić filmu o wszystkim, bo powstaje film o niczym. Szkoda.

czwartek, 09 sierpnia 2012, czytamogladam

Polecane wpisy

Komentarze
2012/08/16 12:17:35
Miałam szczery zamiar wybrać się na ten film do kina. Ale jak się okazuje, nic pilnego. Zwykle nie sugeruję się opiniami, lecz ta, dość obszerna, daje do myślenia.

Marta Świć