Blog > Komentarze do wpisu
Szczepan Twardoch "Morfina"

Kilkakrotnie przy okazji różnych wpisów wspominałam, że rzadko zdarza mi się sięgać po współczesną polską beletrystykę. To nie tak, że jestem uprzedzona, po prostu, kiedy czytam lub słucham omówienia jakiejś polskiej powieści, która właśnie się ukazała, zawsze stwierdzam, że to nie dla mnie. A to temat nie taki, a to forma odstręczająca. Tym razem było inaczej: postanowiłam sięgnąć po najnowszą powieść Szczepana Twardocha "Morfina" (Wydawnictwo Literackie 2012) nie dlatego, że powszechnie wychwalana (przecież nie pierwszy raz krytycy pieją z zachwytu nad polską powieścią) czy nagradzana (ileż to razy pozostawałam niewzruszona, kiedy coś nagradzano), ale dlatego, że zainteresował mnie temat. Nie bez znaczenia były też uwagi, że to epicka powieść z rozmachem. Temat plus  forma poparte znakomitymi recenzjami skłoniły mnie do lektury. Przeczytałam i pędzę podzielić się refleksjami.

"Morfinę" rzeczywiście czyta się znakomicie. Ma w sobie coś hipnotycznego, naprawdę trudno się od niej oderwać. Narracja prowadzona przez głównego bohatera, trzydziestoletniego Konstantego Willemanna (o nim za chwilę), na zmianę z tajemniczą narratorką  wciąga niesamowicie, magnetyzuje, sprawia, że podążamy za Kostkiem w jego wędrówce po Warszawie, a potem przez Polskę, Słowację aż do Budapesztu. Dajemy się uwieść dziwacznym, zwariowanym, nieprawdopodobnym opowieściom narratorów o postaciach zaludniających ten świat. Poznajemy w ten sposób nie tylko ich przeszłość, ale często też przyszłość. Mnie te niesamowite, nierzadko absurdalne czy irracjonalne ludzkie historie (a jak nieprawdopodobna i fantastyczna jest historia głównego bohatera!) przypominały nieco losy powieściowych bohaterów Johna Irvinga, pisarza, którego niegdyś uwielbiałam, ale już po dwie jego ostatnie książki nie sięgnęłam, bo jakoś mi przeszło. To wszystko sprawia, że mimo objętości powieść można połknąć w ciągu kilku dni, oddając się po prostu nieskrępowanej przyjemności lektury. A przecież temat, gdyby go ująć inaczej, do miłych nie należy.

Otóż jest to historia trzydziestoletniego warszawskiego lekkoducha, Konstantego Willemanna, któremu raptem we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku wali się jego wygodny świat. Świat pieniędzy, które hojną ręką daje matka, świat kobiet, alkoholu, tytułowej morfiny. Koniec z eleganckimi strojami, przyjęciami, przesiadywaniem w knajpach wśród malarzy, literatów i ich akolitów. A co stanie się z jego higieniczną, eugeniczną żoną Heleną, ukochanym synkiem Jureczkiem, niezłym samochodem i mieszkaniem w domu z czekolady? Bo i to Kostek miał. Żeby dopełnić tego obrazu, wspomnę jeszcze o przyjacielu Jacku, jego żonie Idze i odrażającym higienicznym i eugenicznym teściu, miłośniku endecji. Konstanty, hulaka, trochę przez przypadek, a może wcale nie przez przypadek, trochę wbrew swojej woli, a może jednak trochę za swoją zgodą, zostaje wciągnięty w wir nieprawdopodobnych konspiracyjnych zdarzeń. Jeśli ktoś w poprzednim zdaniu rozpoznał (niestety nieudolną) podróbkę stylu Gombrowicza, to  nieprzypadkowo, bo powieściowa narracja pełna jest takich nawiązań. Zresztą aluzji literackich czy filmowych można tu znaleźć więcej. Mnie przypomina się "Eroica" Andrzeja Munka i, może trochę mniej, ale jednak, jego "Zezowate szczęście". Pewnie nie należy zapominać o całym nurcie wojenno-przygodowym. Za to z pewnością znajdziemy w "Morfinie" bezpośrednie nawiązania do mickiewiczowskiego "Konrada Wallenroda". Bo Konstantemu Willemannowi przyjdzie odegrać niewdzięczną, ale jakże zaszczytną, rolę Wallenroda, cóż z tego, że przypadkowego, groteskowego, śmiesznego i żałosnego. Bohater cały czas spogląda na siebie z boku, świadomy, że stale, wbrew swojej woli, jest wtłaczany w różne  role i maski, bierze udział w spektaklu pod tytułem Patriotyzm, Konspiracja, do którego ktoś wbrew jego intencjom go zaangażował, cóż było począć, na odczepnego zdecydował się podjąć tę grę. Trochę dla świętego spokoju, trochę dla zabawy, trochę, bo, kiedy zgodził się na jedno, dalej nie bardzo mógł się wycofać. A on marzy tylko o zdobyciu buteleczki z ukochaną morfiną, która pozwoliłaby mu odejść na chwilę w niebyt i zapomnieć, że Niemcy zabrały mu jego ukochaną Warszawę. Jeżeli jest na nich wściekły, to dlatego, że zranili mu miasto, które kocha. Miasto knajp, artystów, zabaw.  I tu przechodzimy do najważniejszego pytania powieści: pytania o tożsamość. Konstanty Willemann zadaje je sobie wielokrotnie. Kim jestem, pyta. Polakiem? Niemcem? Ułanem? Patriotą? Niemieckim oficerem? Konstantym a może Baldurem? I w końcu nie przez polskość czy niemieckość się definiuje. Jest po prostu Konstantym Willemanem, lubiącym kobiety, samochody, alkohol, morfinę i wygodne życie.

Świat jest w tej powieści chaosem, w którym nie ma zbiegów okoliczności, o ludzkich losach często decyduje przypadek. Bohaterowie odgrywają role narzucane przez wychowanie, przez społeczeństwo, przez historię, przez narodową tradycję. Jednocześnie jest w tym świecie jakaś tajemnicza, ciemna moc, która zna przeszłość i przyszłość, wpełza w  kogoś, kogo sobie upatrzyła. Z jednej strony zatruwa go swoją czernią, z drugiej chce chronić. Ale wcale nie jest wszechmocna. W końcu bezsilna opuszcza swego wybranka, by zwrócić się ku innemu. Kim jest? Czarną rozpaczą? Mrokiem? Złem? Wszystkim tym, co ciemne w człowieku? Ciemną stroną świata? Trudno rozstrzygnąć.

Czas zmierzać do puenty. Otóż niby wszystko jest świetnie. Niby podzielam zachwyt recenzentów. Tak, to bardzo sprawnie napisana powieść. Autor gra świadomie formą, kiedy chce, stylizuje język, jakby chciał pokazać, że potrafi, ale przecież w nowoczesnej, postmodernistycznej powieści nie musi, bawi się narracją, stawiając przed czytelnikiem zagadkę, pyta o tożsamość i narodową tradycję, zgrabnie szkicuje obraz międzywojennej Polski, pokazuje jej upadek. Kreuje świat początku wojny, którym rządzą niepewność, śmierć, chaos i bieda. Wszyscy próbują się przystosować, ułożyć sobie życie na nowo. Jego bohaterowie stawiają sobie pytania: co będzie i są zupełnie nieświadomi tego, jak okrutnie będzie, a przecież my, czytelnicy, wiemy doskonale, wie też ta ciemna siła, która wpełza w Konstantego. Jednym słowem autor świetnie pokazuje ten moment w historii narodu i jednostki, kiedy coś się kończy, a coś, jeszcze nie wiadomo co, wyłania się z chaosu. Jest tu i Warszawa (chociaż nie tak realistycznie pokazana jak u Prusa na przykład; realizm Twardocha to raczej tylko nazwy ulic, konkretne miejsca, budynki, znane postacie, ale nie drobiazgowe opisy), i Polska, i nawet Budapeszt, w którym, ku zdziwieniu bohaterów, toczy się normalne życie. A jednak, mimo że czytałam z hipnotyczną przyjemnością, mimo że doceniam, to jednak jestem trochę rozczarowana. Bo spodziewałam się powieści prawdziwej, gdzie bohaterowie to nie tylko literackie typy (rozdarty hulaka, patriota-endek, matka Polka, dziwka, pierwsza miłość), które można opisać przy pomocy kilku zaledwie słów-wytrychów, ale ludzie z krwi i kości, niejednoznaczni, o których można by pisać bez końca, prowadzić ich psychologiczną wiwisekcję. Tu wszystko jest na wierzchu, zamysł autora czytelny, wszystkie literackie szwy widoczne, nie ma się nad czym dłużej zadumać, trudno się przejąć losem bohaterów, bo to tylko literackie klisze. Jedyną zagadką jest owa ciemna siła, ale może to tylko jakiś pseudofilozoficzny bełkot, na który dajemy się nabrać? No cóż, to po prostu powieść postmodernistyczna. Brak jej literackiego ciężaru, który doskwiera szczególnie boleśnie, jeśli zderzyć ją z lekturą czegoś z literackiej ekstraklasy, co, niestety, zrobiłam. Zaraz po odłożeniu Twardocha zabrałam się za Philipa Rotha. Właśnie czytam "Duch wychodzi". Też nie mogę się oderwać, ale tym razem mam poczucie, że obcuję z prozą, która dotyka najważniejszych egzystencjalnych pytań.

Na okładce "Morfiny" wydawca umieścił reklamowy slogan: "Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada", pewnie licząc na to, że zanęci nim czytelników. W ten sposób sprowadził powieść Twardocha tylko do roli czytadła. To oczywiście nieprawda. Ale może coś w tym jednak jest? Może "Morfina" to takie postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami?

czwartek, 31 stycznia 2013, czytamogladam

Polecane wpisy

Komentarze
2013/01/31 13:54:22
Nie wiem ale ktoś wymyślił fajną okładkę. Patrząc po niej ma się wrażenie jak by się było po zażyciu morfiny...