Blog > Komentarze do wpisu
Natalia Ginzburg "Nasze dni wczorajsze"

Uwielbiam takie odkrycia! Powieść - spełnienie. Pochłania od pierwszych zdań, wciąga w swój świat, zagarnia. Czytasz właściwie jednym tchem, gdybyś mogła, najchętniej nie przerywałabyś lektury aż do końca. No i najważniejsze, wreszcie czujesz jej ciężar, wreszcie wiesz, że to coś więcej niż zwykła literatura środka. Te zachwyty kieruję pod adresem "Naszych dni wczorajszych" (Austeria 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino), powieści nieżyjącej już Natalii Ginzburg, uważanej za jedną z ważniejszych postaci włoskiej literatury. Napisała dużo, niestety zła wiadomość jest taka, że w Polsce ukazała się przed laty tylko jeszcze jedna jej książka. Nie wiem, czy Austeria pójdzie za ciosem i wyda coś jeszcze. Bardzo bym sobie tego życzyła. Szczególnie chciałabym przeczytać jej najważniejszą powieść, "Leksykon rodzinny" ("Lessico famigliare"). Nie ma nic gorszego niż zaostrzenie apetytu, którego nie można zaspokoić!. I pomyśleć, że na "Nasze dni wczorajsze" trafiłam trochę przez przypadek. Zachwalano je w książkowym programie Sztuka czytania w TVP Kultura (Niestety program zniknął z anteny, na jego miejsce jesienią pojawiło się Capuccino z książką, moim zdaniem gorsze. Chwilowo, mam nadzieję, że chwilowo, nawet tego nie ma.) Zresztą, czy to rzeczywiście przypadek? W końcu po to ogląda się takie programy (i słucha ich radiowych odpowiedników). Kiedy pomyślę, że istnieje przecież wiele niszowych, małych wydawnictw, takich jak Austeria, które od czasu do czasu wydają podobne nieodkryte skarby, robi mi się żal, że być może nigdy na nie nie trafię. Tyle tytułem wstępu, wybacz mi gadulstwo, czytelniku tej notki, czas przejść do powieści.

Jej akcja toczy się w małym, nienazwanym, miasteczku gdzieś na północy Włoch w okolicy Turynu. Zaczyna się jakiś czas przed drugą wojną, kończy po jej zakończeniu. Początkowo bohaterami są członkowie jednej rodziny. Ojciec, który przed laty rzucił adwokacką karierę, aby oddać się spisywaniu pamiętników zatytułowanych Sama prawda. Notował w nich samą prawdę o znienawidzonym królu, faszystach i mieszkańcach miasteczka, którzy niczym lisy przefarbowali swoje poglądy, stając się kanaliami. Wyobrażał sobie chwilę tryumfu, jaką przeżyje, kiedy je opublikuje. Ale najważniejszymi bohaterami jest  rodzeństwo. Starsi, Concettina, męczy się nad pracą magisterską i umawia z licznymi adoratorami, i Ippolito, chce zostać adwokatem, a tymczasem pełni przy ojcu rolę kogoś w rodzaju sekretarza. Dwoje młodszych to jeszcze uczniowie, Giustino i Anna. Jest i pani Maria, która prowadzi im dom, niegdyś dama do towarzystwa ich babki, aż do jej śmierci. Dość szybko grono bohaterów powieści powiększa się o członków rodziny drobnych fabrykantów. Mieszkają naprzeciwko, są znacznie zamożniejsi, a ich dom nadal cieszy się świetnością, podczas kiedy rodzinna siedziba Anny i jej rodzeństwa dobre czasy ma dawno za sobą. Z ważnych postaci powinnam wymienić jeszcze Danila, odrzuconego adoratora Concettiny i zdeklarowanego antyfaszystę, i Cenzo Renę, otoczonego legendą przyjaciela rodziny, bogatego ekscentryka, podróżnika, pomiędzy wojażami mieszkającego w małej, biednej mieścinie na południu Włoch. Poza tym na kartach powieści pojawia się jeszcze cała galeria niezwykle barwnych, znakomicie sportretowanych postaci drugoplanowych, szczególnie, kiedy akcja przeniesie się do San Constanzo, miasteczka, w którym jest dom Cenzo Reny.

"Nasze dni wczorajsze" to opowieść o zwykłym życiu w cieniu światowej zawieruchy. Bohaterowie uczą się, przyjaźnią, spierają, spiskują (ale co to za spiski), marzą (między innymi o tym, że zostaną rewolucjonistami), kochają, dorastają, tęsknią za sobą albo się nienawidzą, zdradzają, zakładają rodziny albo pozostają samotni. Nie omijają ich zdarzenia tragiczne: rozstania a przede wszystkim śmierć. Sporo tu też śmiesznych zdarzeń o anegdotycznym zabarwieniu, sporo zabawnych postaci, barwnych ludzkich egzemplarzy, o czym już wspominałam. Ale przecież nie na tym polega wartość tej powieści. Przede wszystkim czujemy, że bohaterowie są prawdziwi, z krwi i kości, to nie papierowe literackie twory. Przeżywają, cierpią, marzą, rozpaczają naprawdę. Najbardziej uderzyło mnie ich osamotnienie. Właściwie każde z nich wiedzie swoje życie, niby są razem, niby się spotykają, a jednak niewiele wiedzą o tym, co każde z nich przeżywa. Niby mają nieograniczoną wolność i swobodę, bo nikt się nimi nie zajmuje, ale ta wolność bywa kulą u nogi. Chcieliby czegoś więcej, ale nie bardzo wiedzą, co to miałoby być. Są często naiwni, bo jeszcze bardzo młodzi, albo nie mają dość energii, aby swoje marzenia próbować realizować. Jedynie Danilo stąpa twardo po ziemi, za co płaci, bez szemrania, sporą cenę. Czy dlatego, że jest prostym chłopakiem, nie pięknoduchem z inteligenckiej czy fabrykanckiej rodziny? Chociaż wszyscy wymienieni przeze mnie bohaterowie są w tej powieści ważni, to na pierwszy plan wysuwa się najmłodsza, Anna. Najbardziej zagubiona i samotna, tak bardzo poszukująca drugiego człowieka, że gotowa zatracić siebie. Chociaż narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, to chyba najbardziej przybliża jej punkt widzenia. 

Narracja to w "Naszych dniach wczorajszych" sprawa osobna i pierwszej wagi. Specyficzna, nie tylko dlatego, że konsekwentnie skrywa w sobie dialogi. Jej osobliwością jest to, że prowadzona jest językiem prostym, dziecięco naiwnym. Jakby opowiadało dziecko albo bardzo młoda osoba, zagubiona w świecie, bez życiowego doświadczenia. Stąd liczne eufemizmy i nie nazywanie pewnych spraw wprost. Na przykład faszyści z miasteczka to kanalie, a ich córki to córki kanalii. Kiedy tak mówi o nich ojciec,  jego słowa brzmią prawdopodobnie poważnie, powtórzone przez narratora są śmieszne, ironiczne, jakby nierozumiejące ich znaczenia dziecko powtarzało je za dorosłym.

Osobną sprawą jest wojna. To w jej cieniu albo z jej powodu rozgrywają się dramaty bohaterów. Wkracza w ich życie, budząc zrozumiały strach i lęk, a także poczucie całkowitej bezradności, świadomość braku jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje. Ale to inna wojna niż znamy ją z kart naszych powieści. To włoska wojna. Kiedy w Polsce dzieją się straszne rzeczy, o czym w książce się mówi, oni, chociaż wojną żyją, spokojnie piją kawę na tarasie kawiarni (to refleksja jednego z bohaterów). Jak dobrze to znamy! Kiedy w Syrii i w Iraku giną ludzie, kiedy uchodźcy z Afryki toną w wodach Morza Śródziemnego, kiedy na Ukrainie walczą, kiedy w Paryżu szaleją zamachowcy, my też spokojnie pijemy swoją kawę. Chociaż bohaterów napawają lękiem kolejne zdobycze Hitlera, wszyscy naiwnie wierzą, że wojna szybko się skończy. Ale tak się nie dzieje. Groza narasta, z czasem coraz trudniej żyć. Młodzi mężczyźni wyruszają na front, brakuje żywności, zdarzają się bombardowania, ale to nadal tylko echo naszej wojny. Zaścianek Europy. Życie, chociaż ciężkie, przecież toczy się swoim rytmem. Nie każdego stać na bohaterstwo. Większość po prostu trwa, marząc najwyżej o wielkich czynach. Aż nagle, nieoczekiwanie, przez głupi przypadek dojdzie do tragedii. I zmęczony życiem sybaryta zrobi to, co pewnie powinien zrobić w takiej sytuacji odpowiedzialny, przyzwoity człowiek. Nie chciał być bohaterem, a jednak nim zostanie. To przejmujący fragment powieści. Tym bardziej, że zupełnie nieoczekiwany. Przychodzi nagle, spada na bohaterów, i czytelnika, jak grom z jasnego nieba. Powieść wybrzmiewa, wznosi się na wyżyny.

Wystarczy. Mam nadzieję, że może kogoś namówiłam do sięgnięcia po "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg. Znakomita literacka przygoda. Lektura konieczna!!! CZYTAJCIE!!!

środa, 04 lutego 2015, czytamogladam

Polecane wpisy

Komentarze
2015/02/09 09:53:38
Dziękuję za tę piękną recenzję. Jestem tłumaczką tej powieści, ale przede wszystkim wielką miłośniczką Natalii Ginzburg. Proszę sobie wyobrazić, że Nasze dni wczorajsze przełożyłam 15 lat temu i od tego czasu szukałam dla tej książki wydawcy. Chwała Austerii, że zdecydowała się ją wydać. Tylko, że jest to wydawnictwo niszowe i nie dysponuje środkami, by przebić się na rynku. Tym cenniejsze więc są wszelkie dowody, że ktoś jednak po nią sięgnął i - co ważniejsze - ją docenił. Starałam się, w miarę swoich skromnych możliwości, nagłośnić fakt ukazania się jej w księgarniach, nagrałam latem (5.08) audycję dla II programu Polskiego Radia. Jeżeli miałaby Pani/Pan ochot dowiedzie się czego więcej na temat autorki, epoki itd, wystarczy wpisać w wyszukiwarce Dwójki: Ginzburg albo tytuł audycji: Młodość w cieniu Mussoliniego - i można ją odsłuchać
-
2015/02/09 12:32:41
Cudne wieści! Czytałam tę książkę parę lat temu i miałam podobne wrażenia. W ogóle uwielbiam Natalię Ginzburg i bardzo ubolewałam nad tym, że tylko jedna jej książka jest dostępna po polsku, a tu taka niespodzianka! Bardzo się cieszę, że udało się pani Alinie Pawłowskiej-Zampino znaleźć dla tej książki wydawcę, chociaż przykro czytać, że zajęło to aż 15 lat. Mam nadzieję, że jak najwięcej osób "Nasze dni wczorajsze" kupi, i że może to skusi Austerię do wydania również "Leksykonu rodzinnego". Byłoby pięknie.
-
2015/02/10 22:50:55
Bardzo dziękuję za oba komentarze. Tym bardziej się cieszę, że książka jednak wyszła. Audycję oczywiście odsłucham. Miałam cichą nadzieję, że wydawnictwo pójdzie za ciosem i wyda inne książki Natalii Ginzburg, ale skoro pani tłumaczka nic o tym nie wie i tyle lat musiała walczyć o wydanie powieści, to moja nadzieja przywiędła. Nie rozumiem dziwnej polityki wydawniczej. Niektórzy autorzy wydawani są w całości, a inni od przypadku do przypadku. Mogłabym wymienić parę takich przykładów. Ot choćby izraelska pisarka, o której też pisałam, autorka dwóch niezwykłych powieści, Lizzie Doron. Muza wydała te dwie książki i dalej nic. Albo Emine Sevgi Ozdamar, której świetna powieść "Most nad Złotym Rogiem" (też pisałam) wyszła w Pograniczu dobrych kilka lat temu i też bez dalszego ciągu. Nawet mój ukochany Miljenko Jergović, o zgrozo, nie może doczekać się kolejnych tłumaczeń, czego też dowiedziałam się od jego tłumaczki pani Magdaleny Petryńskiej. A przecież jest w Polsce recenzowany, doceniany i nagradzany! Pewnie to kwestia finansów i płytkiego rynku wydawniczego. Cóż, przykre to.