Blog > Komentarze do wpisu
"45 lat"
Kolejny tydzień muszę dokonywać trudnych wyborów - na co pójść do kina, a co z żalem pominąć. Tyle tego. Na razie odpuściłam "Anatomię zła", "Sicario" i "Noc Walpurgi". Może jeszcze uda się nadrobić zaległości. A poszłam na "Everest", o czym przy okazji, kiedy zbierze mi się jeszcze trochę filmowej drobnicy. Cóż, nie jest to film wart specjalnych rozważań, widowisko i tyle, niestety. Ale przede wszystkim obejrzałam "45 lat" z Charlottą Rampling nagrodzoną w Berlinie. Na tym samym festiwalu nagrodę za najlepszą rolę męską dostał też partnerujący jej Tom Courtenay. To chyba nieczęsto się zdarza. Fabuła filmu może wydać się banalna. Ot, małżeństwo przygotowuje się do uroczystości związanych z czterdziestą piątą rocznicą ślubu. Kilka dni wcześniej Geoffe nieoczekiwanie dostaje urzędowe pismo. W szwajcarskich Alpach po mniej więcej pięćdziesięciu latach odnaleziono ciało jego pierwszej miłości. Mimo że Kate wiedziała o jej istnieniu, ta informacja burzy spokój małżonków i doprowadza do kryzysu. Materiał na banalny, przeciętny film. Ale ponieważ wszystko już było, nie chodzi więc o to, co opowiemy, ale jak. Powstał film, od którego trudno się oderwać, mimo że na ekranie niewiele się dzieje - spacery z psem, wspólne posiłki, rozmowy, coraz bardziej dramatyczne, chociaż bez krzyku, czasem wizyta w mieście, bo trzeba doglądać przygotowań do jubileuszowej imprezy, po prostu codzienność. Film właściwie na dwoje aktorów. Być może niektórych znudzi. Mnie porwał, poruszył, kazał się zastanowić. Naprawdę jest o czym myśleć. Na pewno to w dużej mierze zasługa znakomitych aktorów. Bez nich pewnie nie byłoby tego filmu, może osunąłby się w banał. Naprawdę polecam. Właściwie już teraz mogłabym obejrzeć go jeszcze raz. A kto "45 lat" widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

Ten film przypomina mi szkatułkę. Odnajduję w niej to, co każe zastanowić się nad losem człowieka. Znalezisko pierwsze - nigdy nie wiemy, co i kiedy zburzy naszą egzystencję. Jedna chwila decyduje o wszystkim. To może stać się nagle, końca świata nie zapowiadają żadne fanfary, żadne bicie w bębny. Tak jest i tu. Właściwie nic nie zapowiada kryzysu, do jakiego doprowadzi to urzędowe pismo, które pewnego zwykłego poranka dostaje Geoffe. No bo cóż się właściwie stało? Sprawa sprzed wielu lat. Wydawałoby się, że zapomniana. Kate wiedziała o pierwszej miłości męża. Spotkała go kilka lat po tamtej tragedii. Przecież nic dziwnego w tym nie ma, większość z nas niesie za sobą jakąś przeszłość, jakieś pierwsze, drugie czy trzecie miłości, niektórzy mają w bagażu doświadczenie tragiczne - śmierć ukochanej czy ukochanego, a potem wiążą się z kimś ponownie. Takie jest życie. Zdarza się, że cień zmarłego małżonka ciąży nad nowym związkiem, ale tu jest inaczej. Kate i Geoffe spędzili ze sobą czterdzieści pięć lat, sprawa wydała się być zapomniana, a jednak wraz z listem odżywa na nowo. On niby niczego po sobie nie pokazuje, ale staje się coraz bardziej zamyślony, zaczyna zachowywać się dziwnie, nocą wymyka się na strych, aby oglądać pamiątki z tamtej wyprawy, zamyka się w sobie. Kate to wyczuwa, milczy, ale coraz mocniej się niepokoi. Im bardziej on odgradza się od niej niewidoczną barierą, tym bardziej ona staje się zazdrosna o przeszłość. Drąży, szpieguje, szpera. Aż w końcu zmusza męża do wyraźnej deklaracji - czy wzięliby ślub, gdyby Katia nie zginęła? Właściwie odpowiedź twierdząca, nie powinna jej obejść, przecież to sprawa z zamierzchłej przeszłości, a jednak rani  boleśnie. Jeszcze bardziej czuje się dotknięta, kiedy odkrywa, że ukochana męża była w ciąży. Może gdyby kiedyś Geoffe powiedział jej wszystko, teraz nie byłoby problemu? A tak czuje się oszukana, bo skoro pewne informacje zataił, to widocznie były dla niego ważne. I kolejne pytanie, odwieczny dylemat - czy zawsze warto drążyć? Czy nie lepiej nie wiedzieć? Przecież była szczęśliwa. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Co z oczu, to z serca. To drugie znalezisko, które wyciągam z filmowej szkatułki. Kate nakręca się coraz bardziej i sama doprowadza do kryzysu. Ale może nie jest w stanie ignorować niepokoju męża, udawać, że nic się nie dzieje? Te kilka dni, pozornie zwyczajnych, to huśtawka nastrojów. Z jednej strony rocznica skłania do rozmyślań, do podsumowań, z drugiej duch Katii każe zadać sobie pytanie o te czterdzieści pięć lat. Czy naprawdę nic nie znaczyły? Czy pierwsza miłość unieważnia drugą, a może sprawia, że jest pośledniejszego sortu? Tak odbiera to Kate. Czuje się zdradzona, oszukana, jest zazdrosna o przeszłość męża. Małżonkowie miotają się od pretensji, zazdrości, do prób wskrzeszenia namiętności. Szczególnie stara się Geoffe. Jakby chciał udowodnić, że nic wielkiego się nie stało. Ale nawet jeśli z jego punktu widzenia tak jest, Katia to jedno, a żona to drugie, to Kate patrzy na to inaczej. Mimo wszystko robi dobrą minę do złej gry, nie chce, aby ktokolwiek się dowiedział. Wtedy poczułaby się jeszcze bardziej zdradzona i poniżona. Dlatego do końca udaje i tego samego żąda od męża. Niby świetnie się bawią w czasie przyjęcia, ale widzimy ich nieobecny wzrok, zamyślenie, smutek. Nikt tego nie zauważa, nikt nie wie, co dzieje się pomiędzy małżonkami. To znalezisko trzecie. Co wiemy o ludziach? Czy polukrowany obrazek, który oglądamy na co dzień, jest na pewno prawdziwy?

Kolejny problem poruszony w filmie to tęsknota za młodością, która nie tylko jest piękna, przynajmniej taka jawi się z perspektywy starości, ale i pełna ideałów. Geoffe opłakując ponownie ukochaną, opłakuje swoją prostą, bezkompromisową, nieuwikłaną w nic młodość, swoje lewicowe ideały. Mieliśmy prosty cel każdego dnia, iść dalej w kierunku Włoch, znaleźć nocleg, znaleźć coś do jedzenia, mówi. A dziś? Jaki mam cel? Co się stało z naszymi ideałami? Dawny kumpel, zwany niegdyś Czerwonym (tu pada jakieś imię, ale nie zapamiętałam), dziś ma willę w Portugalii, wnuka bankiera i gra w golfa. Spokojny i dystyngowany Geoffe okrasza swoją opowieść soczystym przekleństwem i niemal krzyczy, kiedy o tym opowiada.

Jest to też oczywiście film o starości. O tym, że miłość można przeżywać w każdym wieku. Burzliwe uczucia, zazdrość, cierpienie, seks to nie tylko przywilej młodości, o czym nie chcemy pamiętać. Chociaż ciało bywa niesprawne, to duch ciągle żyje.

Jak odczytywać zakończenie? Czy Kate i Geoffe rzeczywiście zaczną na nowo? Niby ona tego chce, a on bardzo się stara, ale finałową scenę odbieram pesymistycznie. Piosenka wybrana przez Kate opowiada o początku i końcu miłości. To nie "So Happy Together". Jej gest, wyrwanie uniesionej przez męża ręki, też odczytuję jednoznacznie.

środa, 30 września 2015, czytamogladam

Polecane wpisy

Komentarze
2015/10/02 12:04:44
Nie oglądałam, więc całego tekstu nie przeczytałam. Jestem bardzo ciekawa tego filmu i na pewno obejrzę.
"Everest" faktycznie widowisko, ale cieszę się, że widziałam w kinie, dla samych widoków warto się wybrać.