Blog > Komentarze do wpisu
Richard Flanagan "Klaśnięcie jednej dłoni"

Moje ostatnie lektury to przede wszystkim literatura faktu, bo postanowiłam przeczytać wszystkie książki nominowane w tym roku do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego znajdujące się  na mojej wirtualnej półce. A tak się wyjątkowo złożyło, że na tegorocznej liście znalazło się aż siedem reportaży (na dziesięć), które albo już czytałam, albo takich, które  czekają na swoją kolejkę. (Ten wpis powstał w marcu. Moje notki o nominowanych reportażach od dawna są na blogu.)  W pewnym momencie poczułam, że muszę zrobić przerwę, odetchnąć nieco od ciężkich tematów i sięgnąć po powieść. Wybór padł na "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Robert Sudół). Po przeczytaniu "Ścieżek północy" postanowiłam kontynuować znajomość z prozą tego australijskiego pisarza. Chciałam odetchnąć, tymczasem pogrążyłam się w mroku. Już dawno nie czytałam tak przerażająco smutnej książki. Tak, smutnej. Ten epitet chyba najlepiej oddaje charakter powieści Flanagana. Chociaż nie ma tu jak w "Ścieżkach północy" tak wiele okrucieństwa, to i bez tego powieść przygnębia. To rodzinna psychodrama. Historia słoweńskich imigrantów osiadłych na Tasmanii.

Dwa są źródła przytłaczającej atmosfery, atmosfery beznadziei. Pierwsze, chociaż nie ono jest głównym tematem książki, to obraz życia imigrantów z Europy. Byli wśród nich na pewno tacy, którym się z czasem udało. Wielu jednak prowadzi monotonne, beznadziejne życie pozbawione nadziei. Harują w fabrykach albo na budowach elektrowni wodnych. Mieszkają w podłych domkach, w nędznych osadach wzniesionych specjalnie dla robotników pracujących na budowie. Ich jedyną rozrywką jest piwo wypijane razem z innymi mężczyznami w miejscowym pubie. To tam zapominają o swoich smutkach, o zawiedzionych nadziejach, o rozczarowaniach, o pogardzie, jaką otaczają ich miejscowi. Dla nich są bambo. A przecież miało być inaczej. W świecie, który opuścili, coś znaczyli - byli profesorami, lekarzami, mieli rodziny, żyli wśród swoich. Tu wszystkie więzi zostały zerwane, nowe są płytkie, a dawny prestiż jest bez znaczenia, miejscowi mają ich za nic. Cała nadzieja w dzieciach. To im może się udać. Nawet przyroda jest niegościnna. Zimą szaleją śnieżyce, latem pożary pustoszą kraj. Żeby zbudować elektrownię, trzeba w pocie czoła karczować las, rozbijać skały. Natura, chociaż groźna, jest przynajmniej piękna. Natomiast wszystko, co stworzyła cywilizacja, odstręcza brzydotą. Takie są kolejne robotnicze osady, w których mieszka jeden z głównych bohaterów, Bojan Buloh, takie jest Hobart. Nie wiem, jak to miasto wygląda dziś. Opisane w książce - i to z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, i to z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - robi przygnębiające wrażenie.

Jeszcze bardziej ponura jest historia rodziny Bulohów, Marii i Bojana, słoweńskich imigrantów, którzy na początku lat pięćdziesiątych razem z kilkunastomiesięczną córeczką Sonją przybywają na Tasmanię. Czy to trudne warunki życia, wojenna trauma sprawiają, że Bojan chętniej spędza czas w pubie niż w domu z żoną i dzieckiem? Czy to dlatego Maria w pewien zimowy, śnieżny wieczór zostawi małą córeczkę samą w domu i już nigdy nie wróci? Jakże zrozpaczona, pogrążona w depresji musiała być, kiedy po raz ostatni przytuliwszy Sonję, pożegnała się z nią słowami mnie trzeba iść? Odtąd Bojan jeszcze więcej czasu spędza w pubie, próbując zagłuszyć ból. Co zrobić z dzieckiem? Jak ma je wychowywać samotny mężczyzna pracujący na budowie? Dlatego Sonją opiekują się obce rodziny. To zimny wychów. Kiedy jest starsza, musi im pomagać niczym Kopciuszek. Dziewczynka tęskni za ojcem, jest samotna, czeka, kiedy zabierze ją na weekend do domu, a zdarza się to bardzo rzadko, marzy, aby wspólnie zamieszkali. Ale kiedy się to wreszcie zdarzy, sielanki nie będzie. Bojan kocha córkę, ale zgnębiony samotnością, przytłoczony mizerią egzystencji, pogardą miejscowych, którą bardzo mocno odczuwa, coraz więcej pije. Coraz rzadziej okazuje jej swoje uczucia, coraz bardziej nienawidzi siebie. Alkoholowe libacje, fizyczna przemoc, bieda, domowe obowiązki, samotność - tak wygląda  dzieciństwo Sonji. A mimo to dziewczynka tęskni do ojca, który, kiedy jest trzeźwy, potrafi być wspaniałym człowiekiem. Wesołym, radosnym. Jednak coraz rzadsze są chwile, kiedy jest dobrze. Aby się ratować, Sonja opancerzy się, zobojętnieje na ból zadawany przez ojca, bo tylko tak może się bronić. Patrzymy na niego jej oczami. Nienawidzimy go i lubimy jednocześnie. Bo przecież potrafi być troskliwy, miły, dbać o dom, jest doskonałym stolarzem. Ale kiedy pije, staje się ordynarny, agresywny, cuchnie przetrawionym alkoholem.

Jaka może być przyszłość Sonji? Ratunkiem jest ucieczka i walka o siebie. I chociaż w końcu jakoś stanie na nogi, wydostanie się ze społecznych nizin, to będzie psychicznie okaleczona. Nie potrafi kochać, nie potrafi związać się z kimś na dłużej. A jednak z czasem w tej beznadziei zabłyśnie jakaś jaśniejsza barwa. To przyjaźń życzliwych ludzi, próba wybaczenia, zapomnienia, próba odbudowy więzi między ojcem a córką. No i jeszcze coś. Czy to się uda? Sonja nie ma złudzeń, wie, że to być może tylko na chwilę, więc się nią cieszy, nie zastanawia się już, co będzie w przyszłości. Teraz ma w sobie siłę, aby żyć.




środa, 14 czerwca 2017, czytamogladam

Polecane wpisy