Blog > Komentarze do wpisu
"The Square"

Wiedziałam, że "The Square" Rubena Ostlunda zdobył Złotą Palmę w Cannes i że zyskał też uznanie krytyków, co nie zawsze idzie w parze, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się spodoba. Co prawda Ostlund nakręcił wcześniej "Turystę", ale temat jego najnowszego filmu - granice we współczesnej sztuce - wydał mi się nie do końca interesujący. Potrafię długie godziny spędzić w galerii, oglądając obrazy, ale, wyznaję szczerze, rzadko zdarza mi się odwiedzać muzea sztuki współczesnej. Nie mam do niej klucza, nie rozumiem, nikt nigdy nie nauczył mnie jej odbioru. Cóż, nie jestem w tym odosobniona. To dlatego nieco sceptycznie podchodziłam do najnowszego filmu Ostlunda. Tymczasem okazało się, że niesłusznie. Po pierwsze problem granic we współczesnej sztuce jest tylko jednym z wielu. To przede wszystkim obraz współczesnego, rozwarstwionego społeczeństwa, w którym jedni nie mają zaufania do drugich, a nawet się ich boją. To właśnie zaufanie jest jednym z głównych tematów filmu. Innym jest rozmijanie się idei z życiem. Łatwo pewne idee propagować, trudniej praktykować. Film zmusza do myślenia, daje pole do dyskusji na wiele tematów, stawia ważne pytania - o granice prowokacji w sztuce, o wolność słowa, o polityczną poprawność. Odpowiedzi nie zawsze są łatwe. Ale poza tym "The Square" znakomicie się ogląda, bo jest świetnie zrobiony. Akcja zbudowana została wokół licznych, zaskakujących zbiegów okoliczności. Głównym bohaterem jest Christian, dyrektor muzeum sztuki współczesnej w Sztokholmie, któremu przydarza się ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń, a w tym samym czasie w galerii trwają przygotowania do wystawy argentyńskiej artystki. Jej tematem jest zaufanie. "The Square" to jednak nie kino akcji. Przestrzegam też tych, którzy zwabieni reklamą, uwierzą, że idą na komedię. Na pewno nie ma tu prostego dowcipu, za to ci, którzy lubią ironię, będą usatysfakcjonowani. I pewnie nie jest to kino dla masowej widowni, chociaż właściwie dlaczego nie? Ja wyszłam zachwycona. A kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.

 

Oglądając „The Square”, doszłam do wniosku, że bohaterów filmu stale coś wybija z rutyny codziennych zdarzeń. Jakby los dał im szansę, aby spojrzeli na świat inaczej, aby zatrzymali się na chwilę. Najpierw Christian, który jak co dzień zmierza do pracy, staje się świadkiem zaskakującego zdarzenia – młoda kobieta histerycznie woła o pomoc, bo atakuje ją wściekły facet, chyba jej znajomy. Nikt oprócz jednego mężczyzny, a potem Christiana, nie reaguje, wszyscy przechodzą obojętnie, najwyżej oglądają się za siebie. Potem okaże się, że to pułapka, bohater został okradziony. To zdarzenie wywoła lawinę kolejnych, równie zaskakujących i niezwykłych. Bo oto Christian za namową niefrasobliwego kolegi zabawi się w poszukiwacza sprawiedliwości. Szacowny, wymuskany dyrektor galerii skrada się jak jakiś gangster po piętrach bloku w dzielnicy Sztokholmu, do której nigdy się nie zapuszcza, i wrzuca do skrzynek list, który ma sprowokować i skruszyć złodzieja. O dziwo udaje mu się w ten niezwykły sposób odzyskać skradzione przedmioty. Ale ta zabawna, szalona akcja ma swoje koszty. Rykoszetem obrywa niewinny chłopak, którego rodzice są przekonani, że to on ukradł portfel i telefon. On również postanawia walczyć o siebie. Jednak Christian go zlekceważy. Dlaczego? Czy tak trudno byłoby mu się zdobyć na drobny gest i wyjaśnić sytuację jego rodzicom? Przecież ten dzieciak ma rację! Ale jest ciemny, na pewno pochodzi z rodziny imigranckiej, mieszka w gorszej albo wręcz złej dzielnicy, dlatego Christian go lekceważy. Gdyby minął go na ulicy, z pewnością nie zwróciłby na niego uwagi. Tak jak obojętnie mija żebraków i bezdomnych. Są dla niego przezroczyści Wypracował już sobie stanowczą, ale grzeczną odpowiedź, oczywiście odmowną, popartą odpowiednim gestem. Nie różni się w swojej reakcji niczym od tej części społeczeństwa, która tak jak on chadza do pracy elegancko, modnie, nienagannie ubrana, kontempluje sztukę w galeriach, robi drogie zakupy. Odgrodzeni murem zamożności, obojętności nie dostrzegają, że istnieje inny świat. A właściwie dostrzegają, ale na poziomie deklaratywnym. Z uwagą pochylą się nad wystawą argentyńskiej artystki, nad jej kwadratem, w którym wszyscy są równi, w którym wszyscy mają takie same prawa. Tak wiele może się tam zdarzyć, jak zapewniają artystka i organizatorzy wystawy. Może ktoś poprosi o pomoc i na pewno ją otrzyma, może ktoś zechce podzielić się swoim smutkiem i na pewno zostanie wysłuchany, może ktoś zostawi tam swój portfel i na pewno nikt go nie ukradnie. Takie rzeczy możliwe są tylko w czasie artystycznego performancu, na życie to się nie przekłada.

Kiedy Christian zrozumie swoje zaniechanie, będzie już za późno. Nie zdoła niczego wytłumaczyć rodzicom skrzywdzonego chłopca, przepadnie szansa na przełamanie lodów. Oglądane z lotu ptaka klatki schodowe domu, w którym mieszka Christian, i bloku, w którym mieszka skrzywdzony chłopak, niewiele się różnią – spiralne schody prowadzą w dół. W rzeczywistości dzieli je wszystko– wystarczy zmienić perspektywę, aby zobaczyć różnicę. Ale przecież jej wybór zależy od nas. I jeszcze jedno - naprawdę łatwo znaleźć się po drugiej stronie. Przekonał się o tym Christian dwukrotnie - po raz pierwszy, kiedy to on prosił o pomoc i natknął się na mur obojętności. Po raz drugi, kiedy szukając wyrzuconego listu, rozrywał worki ze śmieciami. I znowu kamera z lotu ptaka pokazuje niecodzienny obraz – mężczyzna w eleganckim garniturze miota się na śmietnisku. Jego nieskazitelnie biała koszula szybko traci swój blask. Ta scena ma w sobie moc symbolu. Co jeszcze znaczy? Że nasz miły, przyjemny, wygodny świat się kończy? To wydaje mi się zbyt oczywiste.

Z problemem społecznych podziałów, znieczulicy łączy się kolejny – zaufanie. O tym jest wystawa argentyńskiej artystki. Czy ufasz ludziom? Dlaczego Christian wrzucał do skrzynki listy, oskarżając każdego, zamiast chodzić od mieszkania do mieszkania i rozmawiać? Bo nie ufał mieszkańcom bloku znajdującego się w gorszej dzielnicy Sztokholmu, bał się ich. Z drugiej strony zaufanie nie zawsze popłaca, przecież został okradziony, kiedy uwierzył, że ktoś rzeczywiście potrzebuje pomocy, że ktoś pomaga. Zaufanie jest leitmotivem filmu. Ufać musimy sobie na co dzień, w drobnych i większych sprawach. Ufać muszą sobie dziewczyny z zespołu, w którym występuje jedna z córek Christiana. Wykonując skomplikowane akrobacje, wierzą, że partnerki nie zawiodą. Szefowa galerii ufa Christianowi, że należycie będzie wypełniał swoje obowiązki. Widzowie zgromadzeni na artystycznym performancie ufają artyście, że nie przekroczy pewnych granic. Christian musiał zaufać nieznanemu mężczyźnie, żebrakowi, że nie ukradnie jego reklamówek z zakupami. Raz się udaje, raz nie, ale bez zaufania trudno żyć.

Kolejnym problemem poruszanym w filmie są granice wolności w sztuce i granice wolności słowa. Czy artyście wolno wszystko? Eleganccy bywalcy muzeum są pewnie przekonani, że tak, ale nie było im do śmiechu, kiedy artysta zaczął ich prowokować, przekraczać kolejne granice, obrażać, zagrażać ich poczuciu bezpieczeństwa. Nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. W końcu to wyreżyserowany performance, wszystko ma być pod kontrolą, przyszli do galerii, dlatego długo są bierni, udają, że nie widzą, że świetnie się bawią albo spuszczają głowy w niemym geście bezradności. Kiedy w końcu zareagują, okaże się, że niewiele trzeba, aby z ludzi wyszły bestie. Artysta symbolizujący dzikość jest interesujący jako obiekt artystyczny, kiedy staje się dziki naprawdę, budzi przerażenie. To podobna sytuacja jak z kwadratem, w którym wszyscy są równi. Deklaracje nie mają się nijak do życia.

A granice wolności słowa? Czy muzeum ma prawo reklamować swoją wystawę prowokacyjnym filmem? I czy ten film przekracza rzeczywiście jakieś granice? Jak mówią jego autorzy – co trzeba pokazać, aby przykuć naszą uwagę? I czy nasze deklaratywne przejęcie się śmiercią dziecka na ekranie przełoży się jakoś na życie? Czy coś zmieniła w nas i w politykach decydujących o losach świata fala oburzenia i współczucia, kiedy obejrzeliśmy zdjęcie martwego chłopca wyrzuconego przez morze? Czy postanowiliśmy pomagać uchodźcom? Przyjąć ich? Jak długo pamiętaliśmy o tym zdjęciu? Jak długo opłakiwaliśmy to dziecko?

Film prowokuje jeszcze wiele innych pytań. Czy wydawanie ogromnych sum na muzeum, które na co dzień świeci pustkami, ma sens? Czy nie lepiej by było, gdyby bogaci sponsorzy przeznaczyli te pieniądze na biednych tego świata? Na ludzi wyrzuconych poza nawias? Ale z drugiej strony bez sztuki nie da się żyć! Jest potrzebna jak powietrze. Tylko czy kwadrat, w którym wszyscy są równi, i kopce żwiru to rzeczywiście sztuka? Czy taka sztuka warta jest wielkich pieniędzy? Ale kto ma prawo decydować, jaka sztuka jest ich warta? Stąd tylko krok do wykluczania, zakazywania, wskazywania palcem, dzielenia sztuki na tę słuszną i niesłuszną. A to już pachnie cenzurą.

Chociaż film mocno podszyty jest ironią i posługuje się kpiarskim tonem, to prowokuje do myślenia. Nie tylko o tym, o czym pisałam. Takich zmuszających do namysłu zdarzeń jest tu wiele, choćby spotkanie z artystą, które nieoczekiwanie zakłócone zostaje przez mężczyznę chorego na chorobę Tourette'a. Czy ma prawo uczestniczyć w tym spotkaniu, skoro przeszkadza i obraża? Ale przecież on nie panuje nad tym, co mówi. A jednak nie pozwala się skupić. Co zrobić? Jak rozstrzygnąć ten problem? Przecież, jak mówi prowadząca spotkanie, wszyscy są tu mile widziani. Naprawdę?

 

środa, 20 września 2017, czytamogladam

Polecane wpisy