Blog > Komentarze do wpisu
Jonathan Safran Foer "Oto jestem"

Przyznam, pewnie powinnam ze wstydem, że nigdy dotąd nie zetknęłam się z twórczością Jonathana Safrana Foera. Nie lubię tego pisać, ale nawet  nie miałam pojęcia o istnieniu tego amerykańskiego pisarza. Dopiero teraz, przy okazji wydania jego najnowszej powieści "Oto jestem" (W.A.B. 2017; przełożył Krzysztof Cieślik) zwróciłam na niego uwagę i pod wpływem bardzo dobrych recenzji poważnych ludzi skusiłam się na rzeczoną książkę. A jako łowczyni ebookowych promocji z dumą przyznaję, że udało mi się tę opasłą powieść kupić po wyjątkowo okazyjnej cenie! Czyta się ją rzeczywiście znakomicie, jednym tchem -  tomiszcze liczące siedemset stron połknęłam w tydzień, a był to tydzień normalnej pracy, nie wolnego. Niestety, im dłużej czytałam, tym bardziej mój początkowy entuzjazm opadał - czułam się coraz mocniej rozczarowana i ... znudzona. Miałam wrażenie, że już to znam, w tym oczywiście nic złego nie ma, gorzej, że inni zrobili to już kiedyś lepiej, że za dużo tu irytującego gadulstwa o niczym. Miało być przejmująco, przygnębiająco, dojmująco, a nie było. Może dlatego, że nie przywiązałam się jakoś specjalnie do bohaterów? Irytowali mnie wiecznym gadaniem, roztrząsaniem włosa na czworo.

A powieść jest o sprawach poważnych - o kryzysie małżeństwa i rodziny na tle wyobrażonego przez autora poważnego kryzysu bliskowschodniego, który może przeobrazić się w konflikt międzynarodowy. Co ciekawe, kryzys rodziny jest tu na pierwszym miejscu. Gdzieś tam po drugiej stronie oceanu wybucha poważny konflikt, ale tu, na innym kontynencie, życie toczy się niemal normalnie. Telewizyjne wiadomości są tylko tłem dla rodzinnych rozmów i problemów. Z czasem wszyscy przyzwyczajają się do tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. A kiedy najgorsze zostanie zażegnane, niemal nikt już nie będzie zajmował się tą sprawą. Można odetchnąć z ulgą, a że przy okazji zginęły tysiące (setki tysięcy?), cóż, nikt się nad tym specjalnie nie zastanawia.

Innym bardzo istotnym wątkiem są stosunki Żydów z Izraela z Żydami amerykańskimi, a szerzej z diaspory. W centrum staje kwestia, czy Żydzi amerykańscy czują się odpowiedzialni za Izrael, co ich ze współczesnym Izraelem łączy. Czy tylko sentymentalne wycieczki do biblijnej Ziemi Obiecanej i odwiedziny u krewnych?

Chociaż głównymi bohaterami są Julia i jej mąż Jacob, to pierwsze skrzypce gra on. To on jest w tej powieści na pierwszym miejscu. Może dlatego, że, jak mówi autor, nie byłoby tej książki, gdyby nie jego rozwód. Bo kolejne ważne pytania to pytania o męskość i współczesny wzorzec mężczyzny. Jest to historia męskiego zmagania się ze słabościami i niedorastania do wyobrażenia, jak mężczyzna powinien zachować się w czasie kryzysu, jaki w ogóle powinien być. Co ważniejsze - sprawy wagi światowej czy własna rodzina, a przede wszystkim dzieci? Czy Sam, Max i Benjy stanowią tylko wymówkę dla tchórzącego Jacoba, czy rzeczywiście  są najważniejsi? Niegdyś rolą mężczyzny było iść na wojnę, to kobieta zostawała w domu, opiekowała się dziećmi i dodatkowo przejmowała jego rolę. Jacob, i nie tylko on, bo na apel premiera Izraela do Żydów z diaspory odpowiada zdecydowana mniejszość, zachowuje się inaczej. I tak źle, i tak niedobrze. Nie potrafi sobie z tym poradzić.

Mamy tu też portrety dzieci, a szczególnie ciekawy najstarszego z synów Julii i Jacoba, wspomnianego już trzynastoletniego Sama. Cóż, dzieci zawsze wiedzą więcej, niż nam się wydaje. No i oczywiście ważna jest Julia, czterdziestolatka, rozczarowana swoim małżeństwem, zmęczona codziennością, kręceniem się w kółko za tysiącem drobnych, często irytujących spraw. Julia, która chce być świetną matką, a trudy ma jej wynagrodzić doskonała rodzina i małżeństwo. Dopiero nagły kryzys (nie ten światowy) obnaża prawdę. I Julia, i Jacob żyją wyobrażeniem szczęśliwego małżeństwa i szczęśliwej rodziny, powielane rytuały pokazują pustkę. Mimo że tyle gadają, nie mówią o sprawach dla siebie ważnych, każde udaje, że wszystko jest w porządku. 

Niby tyle napisałam, a dałoby się jeszcze więcej, bo to nie wszystkie wątki, ale rzecz w tym, że, jak wspomniałam na początku, pozostaję wobec tej powieści obojętna. O kryzysie rodziny o niebo lepiej pisze mój ukochany Amos Oz i lubiana przeze mnie  Zeruya Shalev, a o stosunkach Żydów z Izraela z Żydami z diaspory, ale również o kryzysie rodziny i męskości inny mój ulubieniec, też Amerykanin, Philip Roth. Foer mnie rozczarował jak kiedyś Jonathan Franzen, przez niektórych okrzyknięty zdecydowanie na wyrost Tołstojem literatury amerykańskiej.

niedziela, 08 kwietnia 2018, czytamogladam

Polecane wpisy