Blog > Komentarze do wpisu
Indyjskie lektury (I) - Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia"

Tak się złożyło, że ostatnio moje lektury krążyły wokół Indii i nie był to przypadek. Dzisiaj o pierwszej z nich - kolejnej wydanej w Polsce powieści Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński). Niedawno zachwycałam się tu jej "Bogiem rzeczy małych", który z niewiadomych dla mnie przyczyn umknął mi, kiedy wydano go po raz pierwszy, ale szczęśliwie w ubiegłym roku ukazało się wznowienie. Niestety ponieważ  od zakończenia lektury "Ministerstwa niezrównanego szczęścia" upłynęły już ponad dwa tygodnie, a ja nie mogłam o książce napisać od razu, z konieczności ta notka nie będzie pewnie mniej wnikliwa niż zazwyczaj, bo wrażenia już nie tak świeże. A więc zaczynajmy.

Od razu wyłożę swoje credo. Po pierwsze literacko znacznie wyżej oceniam "Boga rzeczy małych". Ale natychmiast dodaję po drugie -  najnowszą powieść Arundhati Roy oczywiście też należy przeczytać. Szczególnie jeśli ktoś ciekawy jest świata, a Indii przede wszystkim. Dla tych czytelników to lektura obowiązkowa.

Najpierw krócej odniosę się do pierwszego spostrzeżenia. Otóż "Ministerstwu niezrównanego szczęścia" brakuje takiego literackiego kunsztu jak poprzedniej powieści indyjskiej autorki. Nie będę się tu szczegółowo rozwodziła, na czym rzecz polegała, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Bogu rzeczy małych". W "Ministerstwie niezrównanego szczęścia" styl jest przejrzysty, prosty, zwyczajny. Musiałam nawet upewnić się, czy aby na pewno obie książki przetłumaczył Jerzy Łoziński. Oczywiście tak, więc to nie kwestia przekładu, ale autorki. Konsekwencja takiego wyboru jest taka, że lektura powieści nie nastręcza specjalnych trudności. Nie ma tu bariery, która mogła zniechęcać wielu czytelników do "Boga rzeczy małych". Natomiast tak jak poprzednio i tę historię poznajemy niechronologicznie. Narrator opowiadając dzieje bohaterów, cofa się w czasie, pozornie zbacza z tematu, snuje opowieści i dzieli się anegdotami, tworząc w ten sposób barwną mozaikę ludzkich historii.

Jak łatwo się domyślić, bohaterów jest tu wielu. Losy niektórych w pewnym momencie splatają się ze sobą, inni związani są bliskimi więzami - przyjacielskimi, a nawet miłosnymi. Początkowo wydaje się, że główną bohaterką będzie Andżun, hidźra. Hidźry są w Indiach uznawane za trzecią płeć, uważają się za kobiety. Nie zawsze są transseksualistami, czasem obojnakami albo eunuchami. Mają swoje miejsce w religii i kulturze. Żyją wspólnie, tworząc coś w rodzaju komun. Andżun też mieszka razem z innymi hidźrami w domu gdzieś w zaułkach starego Delhi, aż pod wpływem pewnych dramatycznych zdarzeń przenosi się na stary przyszpitalny cmentarz, gdzie początkowo żyje w byle jak skleconej budce, a z czasem między starymi grobowcami powstaje cały pałac będący przytuliskiem dla wszelkiej maści odmieńców i ludzi poturbowanych przez los. Jego mieszkańcem i przyjacielem Andżun staje się też młody mężczyzna, który przybrał sobie ksywkę Saddam Husajn. Potem jednak na pierwszy plan zaczyna wybijać się historia czworga przyjaciół - trzech mężczyzn i kobiety. Ich przyjaźń sięga czasów studenckich. Pochodzą z różnych środowisk i z różnych rejonów kraju, różnie też układają się ich losy. Dwaj robią karierę - jeden dziennikarską, drugi w tajnych służbach. Trzeci jest Kaszmirczykiem, co zdeterminowało jego los. A pomiędzy nimi ona, kobieta, nietuzinkowa, niezależna, o skomplikowanej biografii, trochę femme fatale, trochę kobieta dzielnie czekająca na swojego ukochanego, który daleko i oddany sprawie. Jak to wszystko razem się skleja, nie będę oczywiście opowiadać, na tym przecież polega przyjemność lektury.

A teraz czas wyjaśnić, dlaczego jest to książka dla ciekawych świata, a Indii w szczególności. Otóż czytając powieść Arundhati Roy, miałam wrażenie, że ta splątana mozaika ludzkich losów jest tylko pretekstem dla opowieści o kraju. O kraju wielu konfliktów -  religijnych, narodowych i ekonomicznych. I nie jest to opowieść wesoła. Już książka Rany Dasgupty "Delhi. Stolica ze złota i snów", którą przeczytałam kilka miesięcy temu, dała mi wiele do myślenia i jeszcze bardziej odarła Indie z romantycznej pozłotki, w jaką je opakowałam za sprawą młodzieńczych lektur. Arundhati Roy jeszcze wzmacnia ten czarny obraz. Dlaczego? Bo tłem swojej opowieści, a w gruncie rzeczy jej sednem, czyni konflikty, o których wspomniałam. Na pierwszy plan wysuwa się tu skazana pewnie na przegraną walka Kaszmirczyków o wolność, od Pakistanu i od Indii. Autorka szczególnie skupiła się na latach dziewięćdziesiątych, kiedy konflikt między Indiami i Kaszmirem eskalował przez długie lata. Wiedziałam oczywiście o nim, ale co innego coś tam wiedzieć, a co innego czytać o beznadziejnej, nierównej walce Kaszmirczyków, o najprzemyślniejszych torturach i szykanach stosowanych przez Hindusów. Ale Arundhati Roy pisze też o pogromach muzułmanów, do jakich doszło w roku 2002 w stanie Gudżarat, o maoistowskiej partyzantce działającej w lasach środkowych Indii i o rosnącym w siłę hinduskim nacjonalizmie. A o tym wszystkim nie wiedziałam albo tylko coś niecoś. Powieść pisana jest z pasją i trudno się nie zorientować, po której stronie opowiada się pisarka, co ją boli i przeraża. To wrażenie wzmacnia jeszcze moja trzecia indyjska lektura, którą teraz właśnie czytam, czyli trzy eseje (?), reportaże (?) zatytułowane "Indie rozdarte" oczywiście tej samej autorki. Gdyby powstała w Polsce podobna książka o naszych problemach, niektórzy natychmiast obwołaliby ją antypolską. A przecież nie tylko my mamy swoje trupy w szafie i nie tylko my o nich chcemy mówić.

Miało być krótko, a wyszło jak zazwyczaj. To tylko dowód na siłę tej powieści, która mimo upływu czasu tkwi we mnie tak mocno.

PS. Wszystkie książki Arundhati Roy to lektury sprzed paru miesięcy, ta notka powstała w lutym. Teraz czytam coś zupełnie innego.

 

 

 

środa, 23 maja 2018, czytamogladam

Polecane wpisy