Blog > Komentarze do wpisu
Fernando Aramburu "Patria"

Kiedy tylko zorientowałam się, że właśnie ukazała się powieść hiszpańskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria" (Sonia Draga 2018; przełożyła Karolina Jaszecka), od razu wiedziałam, że ją przeczytam bez względu na wartość literacką. Tak, czytelniku tej notki, zgadłeś, tak, zainteresował mnie temat. Bo akcja tej książki toczy się w Kraju Basków, w San Sebastian, w Bilbao i w mniejszych miejscowościach, na przestrzeni wielu lat - koniec to rok 2011, kiedy ETA ogłasza zawieszenie broni i wyrzeka się przemocy, najwcześniejsze zdarzenia to lata osiemdziesiąte, a nawet siedemdziesiąte zeszłego wieku, początki rodzinnych opowieści sięgają jeszcze wcześniej. Osią opowieści jest krwawy konflikt baskijsko-hiszpański i działania terrorystyczne ETA.

Cztery lata temu zrealizowałam jedno ze swoich podróżniczych marzeń i pojechałam do Kraju Basków, byłam w San Sebastian, w Bilbao, także w Pampelunie, która leży już w prowincji Nawarra, ale tam też mieszkają Baskowie. Na własne oczy mogłam przekonać się, jak żywy jest język baskijski, szczególnie w Bilbao i San Sebastian. Na murach zdarzało mi się widzieć napisy po angielsku w stylu To nie jest Hiszpania, to Kraj Basków, w San Sebastian trafiłam na jakieś miejscowe święto. Przy tej okazji pojawiały się plakaty z informacją, że więźniowie polityczni odbywają kary bardzo daleko od domu i jest to celowa polityka władz hiszpańskich. Rano znikały, potem znowu się pojawiały. Całkiem niedawno słyszałam w radiu bardzo ciekawą audycję na ten temat. Była komentarzem do filmu dokumentalnego o dzieciach tych więźniów, które co jakiś czas odbywają długą podróż, aby zobaczyć się z rodzicami. Tyle dygresji, a teraz do meritum, czyli do "Patrii".

Bohaterami tej powieści są członkowie dwóch rodzin z niewielkiego miasteczka gdzieś w pobliżu San Sebastian. Niegdyś bardzo zaprzyjaźnieni, potem podzieleni przez polityczny konflikt. Opowiadając ich losy, będąc bardzo blisko nich, Aramburu pokazuje, do czego doprowadza ślepy nacjonalizm i jakie są skutki terroryzmu. I jest to obraz przerażający. Ta powieść zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Czytelnik śledzi mechanizm, który prowadzi do ostracyzmu, wykluczenia i zbrodni. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. To ETA, za biernym przyzwoleniem miejscowej społeczności, decyduje o tym, kto jest prawdziwym Baskiem, a kto nie. Nieważne, że nie znasz języka albo go kaleczysz - jeśli jesteś w organizacji albo tylko ją popierasz, co oznacza, że chodzisz na manifestacje, wznosisz okrzyki, nie kryjesz się z wrogością do Hiszpanów, dorzucasz się do rozmaitych zbiórek, jesteś nasz. Jeśli pięknie mówisz, a nawet piszesz po baskijsku, także utwory literackie, jeśli krzewisz baskijską kulturę, ale nie po drodze ci z przemocą i z ideologią głoszoną przez baskijskich nacjonalistów, jesteś obcy i biada ci. Dla młodego chłopaka, który nie chce się zradykalizować, nie chce brać udziału w zadymach, choćby dlatego, że taki sposób działania obcy jest jego nieśmiałej, wycofanej osobowości, jedynym wyjściem jest ucieczka do dużego miasta, do Bilbao czy San Sebastian, co nie jest takie łatwe, jeśli pochodzi się z niezamożnej rodziny. W takich miejscach opinia publiczna jest bardziej spolaryzowana, nie musisz postępować tak jak wszyscy. Jeśli nie będziesz jawnie obnosił się ze swoimi poglądami, przeżyjesz. No chyba, że staniesz się przypadkową ofiarą ataku terrorystycznego.

A w małym mieście? Kto inaczej myśli, kto ma odwagę nie kryć się z tym, zostanie wyrzucony na margines, a jeśli podpadnie ETA, bo na przykład nie chce albo nie może, bo go nie stać, płacić podatku rewolucyjnego, a każdy burżuj powinien, jego dni prawdopodobnie są policzone. Zaczyna się od obraźliwych napisów na murach, telefonicznych pogróżek, powoli odwracają się wszyscy znajomi, a nawet przyjaciele. Bo biada temu, kto będzie zadawał się ze zdrajcą, z wrogiem ojczyzny! Koniec wspólnych wycieczek rowerowych, gdzieś znikają partnerzy do gry w karty, w knajpie, gdzie byłeś stałym gościem, robi się wokół ciebie pusto, najlepszy przyjaciel boi się przywitać z tobą na ulicy! Najlepiej dla ciebie, jeśli uciekniesz, zejdziesz ludziom z oczu. Kiedy zginiesz, na twój pogrzeb, który odbędzie się w San Sebastian, bo w twoim miasteczku twój grób byłby stale profanowany, nikt poza najbliższą rodziną nie odważy się przyjść. Nikt nie złoży kondolencji twojej żonie i dzieciom. Ale klątwa przechodzi też na twoich najbliższych. Najlepiej, żeby też zniknęli.

Nienawiść, przemoc wsączają się powoli jak trucizna o długotrwałym działaniu, niszczą wszystkich. Ofiary i ich rodziny, ale także terrorystów i ich bliskich. Konsekwencją jest rozpad rodziny i wieloletnich przyjaźni. Aramburu pokazuje też drugą stronę medalu - działanie hiszpańskiego państwa przeciw bojownikom ETA. Tortury, długoletnie kary więzienia odbywane z dala od domu, limitowane rozmowy telefoniczne i spotkania.

Jak stajesz się terrorystą? Czy warto było stracić młodość, pogrzebać swoje życie? W imię czego? Czy nie było innej drogi? Kiedy ty cierpiałeś niewygody, poświęcałeś się dla ojczyzny, inni żyli normalnie. Tańczyli, opalali się na plażach, kochali, zakładali rodziny, pracowali. A przecież kiedyś twoim celem było dostanie się do najlepszej drużyny piłki ręcznej w kraju! Czy to jeszcze pamiętasz? Takie pytania zadaje sobie jeden z bohaterów  powieści.

Bo jak już wspominałam, jej zaletą jest to, że autor skupia się na ludziach. Opowiadając ich losy, mówi o problemach. A bohaterowie powieści zostali znakomicie scharakteryzowani. Ich portrety są wnikliwe i głębokie. Wszyscy to ludzie z krwi i kości, ich historie poruszają. Kobiety są tu najczęściej silne, a mężczyźni słabi. Cicho znoszą ich zrzędzenie i dyrygowanie, wolą im zejść z drogi, spotkać się w męskim towarzystwie, boją się powiedzieć, co naprawdę myślą, aby się nie narazić. Losy wszystkich bohaterów są bardzo ciekawe, a chyba najbardziej przejmującym wątkiem jest historia młodej bohaterki sparaliżowanej po wylewie. Sprawny umysł uwięziony w klatce ciała.

Ale powieść Aramburo jest nie tylko o nienawiści, także o drodze do wybaczenia i pojednania. Przechodzimy ten bolesny i długi proces wraz z bohaterami.

I na koniec słowo o formie. Autor miesza chronologię i bohaterów. Powieść składa się z krótkich rozdziałów pisanych z punktu widzenia jednego z bohaterów, a jest ich dziewięcioro. Narracja jest trzecioosobowa, ale co jakiś czas przez moment pojawia się narrator w pierwszej osobie. Taki sposób pisania sprawia, że z jednej strony bardzo chcemy wiedzieć, co dalej, bo autor swobodnie żonglując wątkami i czasem, zaostrza naszą ciekawość, z drugiej strony poznajemy te same zdarzenia z różnych punktów widzenia. Bardzo ciekawa, świetnie napisana powieść. Naprawdę dla każdego czytelnika. Pochłania się ją błyskawicznie.

PS. Na sam koniec łyżka dziegciu pod adresem wydawcy. Przydałaby się staranniejsza redakcja. Pomyłek nie ma może bardzo dużo, ale jednak się zdarzają, drobne, acz irytujące - a to zgubił się gdzieś przyimek, a to nie zgadza się rodzaj czasownika. Nie trzeba było wiele wysiłku, aby te przeoczenia wyeliminować. Najbardziej jednak niechlujny jest słowniczek wyrazów baskijskich. Pojawiają się w tekście pisane kursywą, tymczasem objaśnione są tylko niektóre z nich, powiedzmy większość, ale dlaczego nie wszystkie? Trudno mi zrozumieć!

 

 

 

środa, 11 lipca 2018, czytamogladam

Polecane wpisy