Blog > Komentarze do wpisu
"Fuga"

Z wielkim opóźnieniem wybrałam się wreszcie na "Fugę" Agnieszki Smoczyńskiej. Szłam do kina z ciekawością pomieszaną z rezerwą. Po pierwsze nie należę do entuzjastów jej pierwszego filmu, "Córek dancingu". Zupełnie nie chwyciłam konwencji, historia bohaterek nie obeszła mnie ani odrobinę. Po drugie większość głosów o "Fudze" była entuzjastyczna, na długo przed premierą słyszało się, że Smoczyńska zrobiła kolejny świetny film, ale pojawiały się też recenzje sceptyczne. I jaki werdykt?

Cóż, najwyraźniej z twórczością Agnieszki Smoczyńskiej mi nie po drodze. Obejrzałam bez znużenia i bez przykrości, ale historia Kingi-Alicji, która zapadła na bardzo rzadką chorobę, fugę dysocjacyjną, kompletnie mnie nie poruszyła. Gorzej, nie obszedł mnie ważny przecież temat tego filmu - pytanie o rolę kobiety w rodzinie, o jej wolność, o jej prawa, o jej podmiotowość, o opresyjność uświęconej w naszej tradycji rodziny. Bo choroba jest tu przecież tylko pretekstem dla postawienia właśnie tych kwestii. Kinga, która w jej wyniku straciła nie tylko pamięć, ale całą swoją dotychczasową osobowość i tożsamość, musi stworzyć siebie na nowo, znaleźć swoje miejsce w świecie, w rodzinie. Chce być Alicją. Kiedy jakoś się otrząśnie, zadaje sobie pytanie, w wyniku jakiej traumy utraciła pamięć.

Ja, która z mitem matki-Polki nie mam nic wspólnego (zawsze, trochę żartem, ale przecież w gruncie rzeczy na serio, powtarzam, że instynktu macierzyńskiego starczyło mi zaledwie na jedno dziecko), którą ten mit tylko irytuje, ja, która dostaję piany na ustach, kiedy widzę, jak moje niektóre koleżanki, kobiety światłe, samodzielne, energiczne a czasem niesamowite, nie potrafią wyzwolić się z patriarchalnych układów w swoim małżeństwie, ani nie jestem zszokowana zakończeniem filmu (nie zdradzam, chociaż mam wrażenie, że kto na bieżąco śledzi filmowe życie, ten je zna, bo recenzenci bez skrępowania o nim mówią), a co gorsza pozostaję obojętna wobec tych wszystkich zagadnień, o których traktuje  "Fuga". Nie czuję się ani zbulwersowana, ani poruszona, ani wściekła, nic, zero emocji. Dlaczego?

Albo to wina mojej intelektualnej tępoty i braku wrażliwości (zawsze tak o sobie myślę, kiedy nie zachwyca, a przecież powinno), albo błędy tkwią w scenariuszu. Rzecz w tym, że każe mi się wierzyć, iż rodzina Kingi-Alicji była opresyjna, ale właśnie tylko wierzyć. Za mało o niej wiem, aby mieć pewność. Owszem, szwagier jest wyjątkowym chamem i strasznym macho (narysowanym tak grubą krechą, że aż zęby bolą), siostra uległą idiotką (mogę powtórzyć to samo), ale już o rodzicach i mężu właściwie nic nie wiem, no może poza tym, że gust mają okropny i mieszkają w strasznych domach, w których ja z pewnością nabawiłabym się depresji. Tymczasem powinnam przyjąć za pewnik, że Kinga wyszła za mąż być może tylko dlatego, że tak przecież trzeba, takie jest powołanie kobiety, ale potem w małżeństwie była nieszczęśliwa i nie spełniała się jako żona, może też jako matka, tego ostatniego akurat trudno być pewnym. I dopiero teraz będzie wreszcie sobą, Alicją. Cóż, pewnie się czepiam, bo jak twierdzą niektórzy krytycy, nie należy traktować "Fugi" jak filmu realistycznego, wobec tego moje zarzuty nie mają sensu. Ale dlaczego niby? Tak, jest w filmie kilka scen onirycznych, odrealnionych, ale wszystkie one mają jednak wytłumaczenie w chorobie Kingi, całość trzyma się konwencji realistycznej. Tyle, nie mam więcej nic do dodania, co wymownie świadczy o tym, że "Fuga" mnie nie obeszła.

poniedziałek, 31 grudnia 2018, czytamogladam

Polecane wpisy