Blog > Komentarze do wpisu
James Baldwin "Gdyby ulica Beale umiała mówić" (o książce)

Kilka notek temu pisałam o całkiem świeżej ekranizacji powieści "Gdyby ulica Beale umiała mówić" autorstwa nieżyjącego już wybitnego afroamerykańskiego pisarza Jamesa Baldwina. Tak się złożyło, że pewnie przy okazji premiery filmu, Znak wznowił literacki pierwowzór w nowym tłumaczeniu Marii Zborowskiej. (Słyszałam, że w nowym, ale ta informacja okazała się chyba fałszywa. Z ciekawości sprawdziłam poprzednie wydanie z roku 1977 i tłumaczka jest ta sama. Może w takim razie przekład został poprawiony? Ten trop wydaje się prawdopodobny - utkwiło mi w pamięci słowo stylizacja użyte w całkiem współczesnym kontekście. Bo wersja, że w przeszłości funkcjonowały dwa przekłady, raczej nie wchodzi w grę.) Po obejrzeniu filmu tak bardzo byłam ciekawa literackiego oryginału, tak bardzo chciałam sprawdzić, na ile ekranizacja jest wierna powieści, a na ile nie, że kupiłam ebooka mimo jego ceny. Nie czekałam na promocję. Z konieczności pisząc o książce, będę stale odnosiła się do jej ekranizacji. Skoro wrażenia są tak świeże, skoro jedno łączy się z drugim, trudno od porównań uciec.

Tym, którzy filmu nie znają (No bo kto zna książkę? Tak myślałam. Nie widzę.) i nie czytali mojej notki o nim, należy się kilka słów wyjaśnienia, o czym jest ta opowieść. Akcja toczy się w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku w nowojorskim Harlemie. Bohaterowie to para czarnoskórych kochanków - dziewiętnastoletnia Tish i trzy lata od niej starszy Fonny. Ich słodką miłość przerywa dramat - młody mężczyzna zostaje fałszywie oskarżony o brutalny gwałt i trafia do więzienia, gdzie czeka na proces. Tish, jej rodzice, siostra i ojciec ukochanego robią wszystko, aby go stamtąd wydostać. Ale to jak bicie głową w mur. Czarny w zderzeniu z białym wymiarem sprawiedliwości jest bez szans. Bardzo trafne dla opisania sytuacji afroamerykańskiej społeczności wydają mi się słowa Tish, która jest jednocześnie narratorką - otchłań demokratycznego piekła.

Powieść jest początkowo równie słodka jak film. Egzaltowany język, jakim posługują się Tish i inni bohaterowie, nieco razi, powiedziałabym, że nawet bardziej niż na ekranie. Ponieważ czytałam tę książkę niemal od razu po obejrzeniu jej adaptacji, to bez trudu rozpoznawałam całe frazy z filmu. Ekranizacja do pewnego momentu jest bardzo wierna oryginałowi. I tu, i tu narracja bieżąca, starania o uwolnienie Fonnego, przeplata się z retrospekcją, historią miłości pary kochanków. Z czasem opowieść staje się coraz mniej słodka, coraz bardziej gniewna. Jakby Tish traciła swoją niewinność, idealizm, pogodę ducha, a musiała się zmierzyć z twardą, brutalną rzeczywistością.  Nagle zaczyna zauważać biedę na ulicach Harlemu, śmieci, bylejakość. Bardzo mocno, wręcz z nienawiścią, ona i inni bohaterowie wypowiadają się o białych, o dyskryminacji ze względu na kolor skóry.

Dużo mocniejszy wydźwięk ma historia Daniela, przyjaciela Fonnego, który spędził dwa lata w więzieniu też fałszywie oskarżony - o kradzież samochodu. Na kartach powieści dużo więcej opowiada o prześladowaniach, jakie spotkały go za kratami. W jakiejś recenzji filmu spotkałam się z zarzutem, że biały policjant, który przyczynił się do aresztowania Fonnego, został przerysowany, przedstawiony zbyt jednoznacznie. Ale tak autor sportretował go w książce, a właściwie jeszcze gorzej, bo nawet jego fizyczność odstręcza.

Z jednej strony z powieści bije jeszcze większy pesymizm niż z filmu, bo konsekwencją uwięzienia Fonnego jest dramat w jego rodzinie, w ekranizacji ten wątek został pominięty, z drugiej inne zakończenie, otwarte, może dawać odrobinę nadziei. Jedno się nie zmienia - siła rodziny, a przede wszystkim kobiet.

Niezależnie od tego, czy ktoś widział film, czy nie, po powieść Baldwina warto sięgnąć.

niedziela, 10 marca 2019, czytamogladam

Polecane wpisy