Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 17 maja 2012
"Piękno". Nieudany film z RPA.
Z powodu długiego majowego weekendu, który postanowiłam wykorzystać od deski do deski, przepadł mi francuski "Minister", film bardzo chwalony. "Polisse", również rodem znad Sekwany, na razie grają o porze niezbyt dogodnej (do biletu musiałabym jeszcze doliczyć koszt taksówki), mam nadzieję, że od piątku zmieni się godzina emisji i będę mogła zobaczyć. Wobec tego wybrałam się na "Piękno" z RPA. Za rekomendację posłużyły mi Nowe Horyzonty, na których film był pokazywany, oraz Festiwal Filmów Świata Ale Kino! Od razu powiem: żałuję, że poszłam, mogłam zostać w domu i oddać się lekturze "Życia i losu" Wasilija Grossmana, który teraz czytam. Cóż, film zapowiadał się nieźle, długo dawałam mu szansę (dziewczyna siedząca obok dużo wcześniej demonstrowała swoje niezadowolenie, w końcu wyszła), miałam nadzieję, ale ambicje artystyczne twórców zatriumfowały nad logiką. Wielokrotnie pisałam, jak bardzo drażni mnie w kinie demonstracyjne lekceważenie realiów w imię artystycznych racji. Nie mam pretensji ani o wolne tempo, ani o dwie mocne sceny (jedna obrzydliwa, druga wstrząsająca, ale obie uzasadnione), tylko o zmarnowany temat. Dla porządku wspomnę, że jest to historia dobrze sytuowanego pięćdziesięciolatka, który ma żonę, dwie dorosłe córki (właśnie jedną z nich wydał za mąż), pozornie poukładane życie i nagle traci głowę dla niezwykle przystojnego syna swoich przyjaciół. Dalej, na szczęście, akcja rozwija się dość zaskakująco, wobec tego więcej zdradzić nie mogę. Ja się zawiodłam i zirytowałam, więc odradzam, ale jeśli ktoś już widział, niech przeczyta ciąg dalszy i skonfrontuje opinie. Zapraszam.
czwartek, 10 maja 2012
Saul Bellow "Ofiara"

Bellow to kolejny po Philipie Rothcie wybitny amerykański pisarz, którego jakoś przegapiłam. Nie wiem dlaczego, ale jeśli chodzi o literaturę zza oceanu zatrzymałam się na wielkiej trójce: Hemingwayu, Fitzgeraldzie i Faulknerze. Był jeszcze Styron, coś tam Updike'a, może ktoś jeszcze, a ostatnio Frazen. Tyle. Nie da się czytać wszystkiego, ale do Rotha dopisuję Bellowa i postanawiam co jakiś czas po nich sięgać. "Ofiara" (Czytelnik 2012; przełożył Lech Czyżewski) to wczesna powieść pisarza, wydana w roku 1947, co, jak sądzę, nie jest bez znaczenia dla jej interpretacji.

Można na tę powieść spojrzeć na dwa sposoby. Pierwszy, prostszy, kiedy oderwiemy się od kontekstu historycznego, kiedy zapomnimy, że książka powstała niedługo po wojnie, kiedy nie przywiążemy wielkiego znaczenia do tego, że główny bohater Asa Leventhal jest amerykańskim Żydem, kiedy zapomnimy, że pisarz był synem rosyjskich Żydów, którzy opuścili Rosję w 1913 roku. I drugi, pewnie bardziej uprawniony, kiedy to wszystko będziemy mieć w pamięci. Zacznę, pomijając kontekst.

Leventhal, mężczyzna chyba około czterdziestoletni, a może trochę młodszy, po życiowych burzach i niepowodzeniach, nie bez trudu osiągnął wreszcie stabilizację. Mieszka wraz z żoną w Nowym Jorku, pracuje w jakimś wydawnictwie jako redaktor, nie skończył wprawdzie studiów, ale po latach pracy zdobył doświadczenie w swoim fachu. To wystarczy, aby czuł się doceniany i potrzebny, i mógł wieść spokojne życie. Kiedy porównamy jego los z losem brata, Maxa, tym bardziej docenimy fakt, że mu się udało. Max jest robotnikiem, mieszka wraz z żoną i dwoma synkami w czynszowej kamienicy na Staten Island, pracuje z dala od domu. Ale szczęście i spokój Asy Leventhala są bardzo kruche. Gdzieś z tyłu czai się przeszłość. Pamięć o matce, która umarła w szpitalu dla obłąkanych, o czym obaj bracia dowiedzieli się, kiedy już byli dorośli. Pamięć o latach niepowodzeń, upokorzeń związanych z poszukiwaniem pracy. Pamięć o tym, że Mary, zanim została jego żoną, odeszła bez słowa do innego. Dlatego Leventhal czuje się gorszy. Dlatego przywiązuje tak wielką wagę do tego, co ktoś o nim powie, jak na niego spojrzy, co o nim myśli. Jest przeczulony na swoim punkcie, jakby obawiał się, że w każdej chwili może utracić wszystko, co ma. Jeśli tak się stanie, wcale go to nie zdziwi, uzna, że mu się należało, bo jest kimś gorszym, skażonym obłąkaniem matki, sklepem tekstylnym ojca. Taka postawa powoduje, że bardzo często reaguje niewspółmiernie do tego, co go spotyka. Wybucha, wchodzi w konflikty, obraża się, jest podejrzliwy. Pewnie dlatego nieoczekiwane spotkanie z dawnym znajomym, Kirbiem Allbeem, wywróci jego życie do góry nogami. Allbee, tonący alkoholik, oskarża go o to, że przez niego stracił pracę w wydawnictwie. Mało tego, jest przekonany, a przynajmniej tak twierdzi, że zaszkodził mu celowo. Leventhal, którego poczucie pewności siebie jest tak kruche, chociaż nie czuje się winny, stopniowo wchodzi w rolę ofiary. Allbee coraz śmielej sobie poczyna, coraz bardziej panoszy się w jego życiu, stawia coraz większe żądania, triumfuje, kpi, jest bezczelny i bezkarny, zamienia jego życie w koszmar. Leventhal dodatkowo przytłoczony i przygnębiony rodzinnymi kłopotami brata, nieobecnością żony, która wyjechała do matki, staje się łatwym łupem uzurpatora. Nawet jeśli początkowo nie czuł się winien, rzucone przez przyjaciół słowa i natrętne zachowanie Allbeego zachwieją jego przekonaniem o niewinności. Zachowuje się niczym człowiek szantażowany, gotów na spełnienie każdego żądania swego prześladowcy, bo wierzy, że tylko tak może się od niego uwolnić. Zadaje sobie pytania o winę nieuświadomioną. Może rzeczywiście jest winny, chociaż niczego nie zrobił celowo? Może to jednak on odpowiada za ciąg nieszczęść w życiu Allbeego, który rozpoczął się od utraty pracy? Tak bardzo chciałby usłyszeć od kogoś, że się nie myli: jest niewinny. Wina Leventhala to wina egzystencjalna. Żyjąc, czy tego chcemy, czy nie, nieświadomie krzywdzimy innych. Jedno przypadkowe słowo, jeden gest, jakiś moment, zbieg okoliczności i powodujemy lawinę nieszczęść. My zyskujemy, ktoś traci. Czy da się przejść przez życie, nie czyniąc zła? Nowojorski, wilgotny upał, letni skwar znakomicie budują atmosferę napięcia, zagrożenia, smutku i melancholii. Leventhal samotnie przemierza ulice miasta, zmaga się z problemami rodziny i nigdzie nie znajduje wytchnienia, nawet w mieszkaniu, które stopniowo zaczyna przypominać zatęchłą norę. Czuje się coraz bardziej osaczony, jest czujny i napięty, wszak w każdej chwili może spotkać swojego prześladowcę.

Chociaż Leventhal nie jest narratorem, zdarzenia oglądamy z jego perspektywy. Interpretujemy je tak jak on, tylko czasami poznajemy perspektywę innych bohaterów, ale przefiltrowaną przez jego punkt widzenia. Dlatego i na Allbeego patrzymy  oczami Asy. Mamy go za pogrążającego się alkoholika, który z uporem straceńca dąży do samozagłady, nie czyni żadnego wysiłku, aby wypłynąć na powierzchnię, za to chętnie oskarża innych o swoje niepowodzenia i dlatego nie bardzo można pomóc. Ale przyszedł taki moment, kiedy zadałam sobie pytanie, czy tak rzeczywiście jest. Jaki jest naprawdę Allbee? Co czuje? Jest bezczelnym, pewnym siebie szantażystą, który zorientował się, że łatwo może wykorzystać swoją ofiarę, wzbudzając w niej poczucie winy, czy chorym, nieszczęśliwym człowiekiem, który nie może podźwignąć się po osobistej tragedii? A może i on jest ofiarą? Ofiarą Asy? Ofiarą losu? Tego nie dowiemy się nigdy. Leventhal podszyty strachem i winą często postrzega świat i ludzi jako zagrożenia, które na niego czyhają. Podobnie traktuje bratową i jej matkę. Czy ma rację?

To jedno spojrzenie na powieść Bellowa. Uniwersalne, psychologiczne. Ale jest i drugie, które odkryjemy, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst żydowski, o którym wspominałam na początku. Roztrząsając winę lub niewinę Leventhala, celowo pominęłam pewien szczegół. Otóż Allbee od czasu do czasu pozwala sobie na antysemickie uwagi. Pewnie oburzyłby się, gdyby ktoś nazwał go antysemitą. To od tego się wszystko zaczęło, od pewnej antysemickiej aluzji pod adresem przyjaciela Asy, Harkaviego, rzuconej przed laty na przyjęciu. Allbee lubi patrzeć na to, co się potem zdarzyło, jak na zemstę Leventhala. Później, w czasie ich burzliwych dyskusji kilkakrotnie będzie nawiązywał do jego żydowskości, zapewniając, że nie ma nic przeciwko, ale jednak te uwagi będą podszyte lekceważeniem i pogardą. I tu być może tkwi drugi klucz do zachowania Leventhala, do jego kapitulacji i przyjęcia roli ofiary. Czuje się naznaczony swoją żydowskością, dlatego z pokorą znosi afronty i prześladowanie. Sam gardzi postawą ojca, z nienawiścią wspomina recytowany przez niego wierszyk: "Mów mi Joszke, mów mi Mosiek, ale daj mi grosik." Pieniądze, do których nigdy nie doszedł, miały uniezależnić go od wrogów, od pogardy świata. Asa chce być inny, chce być dumny, chce uwolnić się od swojej przeszłości, swojego lęku i strachu, ale nie potrafi. Stale toczy samotną walkę ze sobą i ze światem, niezrozumiany przez najbliższych. Kiedy przyjdzie chwila próby, wejdzie w rolę Żyda, biernej ofiary, która nie walczy, ale pokornie poddaje się swojemu prześladowcy. Tylko raz w tej powieści padnie słowo Holokaust. Użyje go właśnie bezradny Leventhal w dyskusji z Allbeem, kiedy nie będzie potrafił znaleźć innych argumentów. Zabrzmi to wbrew jego intencjom trochę żałośnie, trochę ironicznie.

Bellow, tak jak Roth, potrafi nadać świetnie skonstruowanej, potoczystej, nastrojowej opowieści, którą znakomicie się czyta,   ciężar gatunkowy. Bo w gruncie rzeczy jest to opowieść o egzystencjalnym niepokoju, o życiu, które przygniata i beznadziejnym poszukiwaniu sensu. Nawet w okresach względnego powodzenia trudno się od tego uwolnić. Szczęście może być tylko chwilowe, niezawinione cierpienie tylko patrzy, by nas dopaść, a zło, na które nie zasługujemy, przytrafia się nam, czy tego chcemy, czy nie. Jak powie Allbee: "Obrywamy za nic i cierpimy za nic, i nie da się zaprzeczyć, że zło jest tak prawdziwe jak słońce."


czwartek, 03 maja 2012
"Wichrowe wzgórza" w filmowej wersji Andrei Arnold
Po "Lęku wysokości" przyszedł czas na ekranizację "Wichrowych wzgórz" w reżyserii Andrei Arnold. Ostrzyłam sobie na nią zęby od dawna. Bardzo byłam ciekawa, co reżyserka znakomitego "Fish tank", społecznego kina spod znaku Kena Loacha czy Mike'a Leigh, zrobi z klasyczną powieścią jednej z sióstr Bronte. Cóż, może nie tyle się zawiodłam, ile pozostałam obojętna. A przecież nie powinnam, bo to historia miłosna przesycona emocjami. Z lektury pamiętam też dojmujące wrażenie, że główni bohaterowie to ludzie skażeni złem. Ale może pamięć mnie zawodzi? Emocje wydały mi się papierowe, a para głównych bohaterów nie tak krwista jak w powieści. To, co otrzymujemy w zamian, nie przekonało mnie. Gdzieś zginęła klarowność opowieści, niejasne stają się motywacje bohaterów. Po Andrei Arnold spodziewałam się czegoś dużo lepszego. O szczegółach w drugiej części, jak zwykle dla tych, którzy film już widzieli.
czwartek, 26 kwietnia 2012
"Lęk wysokości", przejmujący, fabularny debiut Bartosza Konopki
Wreszcie w kinie! Prawie miesiąc nie byłam. Taka kinowa abstynencja zdarza mi się niezwykle rzadko. Nie, to nie brak czasu, ale nieurodzaj. Na nic nie miałam ochoty, nawet na powszechnie chwalonych "Nietykalnych". Obawiałam się, że są do bólu przewidywalni. I, jak donosi mi moja przyjaciółka, której opinii ufam, miałam rację. No ale do rzeczy. Wybrałam się na "Lęk wysokości", nie oglądając się specjalnie na oceny, bo temat jest mi bliski. Moim zdaniem warto. Ale oczywiście to nie kino dla wszystkich. Skromny, kameralny, przypominający dokument film na kilku aktorów. O relacjach ojca z synem, o chorobie psychicznej i przede wszystkim o tym, jak taki stan wpływa na najbliższych. Bardzo prawdziwy. Świetnie zagrany przez Marcina Dorocińskiego i Krzysztofa Stroińskiego. Jeśli, czytelniku tej notki, nie boisz się takiej tematyki, polecam. A kto widział, może czytać dalej.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Siegfried Lenz "Biuro rzeczy znalezionych"

Przeczytałam niewielkich rozmiarów powieść "Biuro rzeczy znalezionych" (Czytelnik 2006; przełożyła Sława Lisiecka) mojego ulubionego autora, odkrytego mniej więcej rok temu dzięki przyjaciołom. W porównaniu z "Lekcjami niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej" (bardzo polecam; o obydwu pisałam) ta książka jest rzeczywiście niewielka, można by powiedzieć, esencjonalna. Nie ma tu długich, nieco poetyckich opisów, dygresyjnych opowieści rozsadzających akcję, mniej też niezwykłości i magii. Opowiedziana historia nie ma też takiego ciężaru gatunkowego jak tamte. Pozostają zdarzenia niby zwyczajne, ale dzięki ludziom, których spotyka na swej drodze główny bohater, dwudziestokilkuletni Henry Neff, jednak nie całkiem prozaiczne. Już miejsce, w którym się zatrudnia, jest niecodzienne: to kolejowe biuro rzeczy znalezionych. Rzędy regałów wypełnionych po brzegi zostawionymi w pociągach zgubami tworzą swoisty labirynt. Czego to ludzie nie gubią! Henry zdziwi się nie raz, a pracujący tu od dawna Alfred Bussman, Hannes Harms i Paula Blohm pobłażliwie przyglądają się jego zdziwieniu, wszak widzieli już niejedno.

Henry jest sympatycznym młodym człowiekiem, pozbawionym ambicji (także materialnych), który przez życie pragnie podążać spokojnie i wygodnie, nie angażując się zbytnio. Miejsce, w którym pracuje, to zawodowa bocznica, dlatego wydaje się idealne dla niego. Ale biuro rzeczy znalezionych to nie tylko przedmioty, często pozornie bezwartościowe, a dla właścicieli niezwykle ważne, ale i ludzie. Paula, Bussman, każde z nich ma swoją historię, każde zaintryguje Henrego, każde w inny sposób będzie ważne. Ale najważniejszy okaże się Fiodor Lagutin, doktor matematyki, który przyjechał na naukowe stypendium z dalekiej Syberii. To on, przybysz z zewnątrz, prostolinijny, życzliwy, dumny, wnosi do powieści aurę niezwykłości. To z jego powodu Henry będzie musiał wyjść ze swojej wygodnej bierności i przeciwstawić się złu.

O czym jest ta niewielka książeczka? O przyjaźni, o ciekawości drugiego człowieka, o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Czyta się jednym tchem, pozostaje w pamięci, chociaż nie może się równać z dwiema najważniejszymi powieściami Lenza. Przeczytana jako pierwsza nie da wyobrażenia o niezwykłości prozy niemieckiego pisarza. Można traktować ją jako przygrywkę do tamtych lektur i cieszyć się na niezwykłą literacką ucztę. Albo od razu zacząć od tego, co najważniejsze, a tę zostawić sobie na deser.

czwartek, 19 kwietnia 2012
Robert D. Kaplan "Na wschód do Tatarii. Podróże po Bliskim Wschodzie i Kaukazie"

Ponad rok temu przeczytałam pierwszą wydaną w Polsce reporterską książkę amerykańskiego dziennikarza Roberta D. Kaplana "Bałkańskie upiory. Podróże przez historię" (Pisałam o niej). Tak bardzo mi się spodobała, że kiedy tylko ukazała się kolejna, "Na wschód do Tatarii" (Czarne 2010; przełożył Janusz Ruszkowski), natychmiast kupiłam. Swoje na półce przeleżała, czekając na odpowiedni moment. Wreszcie taki nastąpił: wpasowała się pomiędzy dwie książki Wojciecha Góreckiego o Kaukazie, "Planetę Kaukaz", przeczytaną niedawno, i "Toast za przodków", w czytelniczym przygotowaniu (wkrótce). No cóż, druga książka amerykańskiego reportera i eseisty nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu, nie obarczałabym jednak winą Kaplana, a .... czas. Jest to bowiem zapis jego reporterskiej podróży odbytej w latach 1998-1999. Wprawdzie "Bałkańskie upiory" też były notatkami z lat osiemdziesiątych (jeszcze sprzed roku 89), ale może właśnie dlatego nabrały już walorów historycznych. Znakomicie pokazywały, jak to się stało, że w kilka lat później doszło na Bałkanach do krwawej wojny. Kaplan bardzo często odwoływał się do historii tych ziem, co było drugą wielką zaletą. Inaczej jest z jego ostatnią książką. Jedenaście lat, jakie upłynęły od jego podróży do momentu jej wydania, to wystarczająco dużo, aby stała się nieaktualna, a za mało, aby nabrała historycznej patyny. To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto po nią sięgnąć. Nie odkryję tu żadnej Atlantydy, jeśli napiszę, że im mniej, czytelniku tej notki, wiesz o krajach, po których podróżuje Kaplan, tym jego zapiski będą ciekawsze. Tak było ze mną.

Dlatego pewnie najmniej interesująca okazała się pierwsza część poświęcona Węgrom, Rumunii i Bułgarii. Miałam poczucie dojmującej dezaktualizacji, kiedy autor stawiał tezę, że cywilizacyjnym ratunkiem dla tych dwóch ostatnich państw jest  członkostwo w NATO. Tymczasem dziś oba kraje nie tylko należą do wojskowego sojuszu, ale i do Unii. A wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, liczni rumuńscy i bułgarscy rozmówcy Kaplana mieli poczucie, że Zachód o nich zapomniał  i póki tak będzie, powloką się w cywilizacyjnym ogonie i na zawsze pozostaną niechcianym Wschodem. Bardzo ciekawe kwestie konfliktu bułgarsko-macedońskiego czy rumuńskiego antysemityzmu znałam już dzięki poprzedniej książce autora. To wszystko jednak nie oznacza, że  nie dowiedziałam się o tych krajach czegoś interesującego. Taką nowością była dla mnie historia wyhodowanej przez państwo bułgarskiej mafii dającej zajęcie zapaśnikom, którzy przed rokiem 1989 odnosili w tym sporcie wielkie sukcesy i byli niezwykle popularni. Po upadku systemu to wszystko się skończyło, a państwo przymknęło oko na ich nową działalność.

Z podobnych powodów, a może też dlatego, że sporo na ten temat czytałam, w rozdziałach poświęconych Turcji i Izraelowi bardziej interesowało mnie, co ma do powiedzenia Kaplan-turysta. Z przyjemnością podążałam śladem autora z Ankary do granicy syryjskiej, a rok później gruzińskiej. Poddawałam się magii anatolijskiego krajobrazu, przed oczami stawały mi obrazy z filmu Ceylana "Pewnego razu w Anatolii". A dotąd niezrealizowane marzenie, aby tam pojechać, jeszcze mocniej dawało o sobie znać. Ale i ten rozdział przyniósł mi coś nowego: historię konfliktu turecko-syryjskiego. A kiedy Kaplan wjechał do Izraela, zazdrościłam mu wizyty w ruinach starożytnego Seforis, pustych, pięknych i niezadeptanych, wtedy, przez turystów. Przypomniałam sobie Jerozolimę: Wzgórze Świątynne i Stare Miasto, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych Kaplan odbierał zupełnie inaczej niż ja latem ubiegłego roku. Dla mnie to gwarne, tłoczne, fascynujące miejsce, dla niego też fascynujące, ale jednocześnie zaniedbane, brudne i niebezpieczne. Miejsce, gdzie obcy poruszają się raczej tylko w grupach, a Izraelczycy nie przychodzą w ogóle (pisząc te słowa, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiem, czy obecnie Żydzi odwiedzają arabską część Starego Miasta, jakoś przyjęłam to za pewnik, a może wcale tak nie jest).

Ale to, co sprawia, że ostatecznie nie żałuję lektury Kaplana, to rozdziały poświęcone Bliskiemu Wschodowi i Kaukazowi. To moja terra incognita, dlatego wszystko, co pisał, było dla mnie nowością, mimo że zdawałam sobie sprawę, że również te partie książki są już w dużej mierze zdezaktualizowane. Ale opowieść o niezwykle skomplikowanej historii tych ziem, konfliktach, życiu mieszkańców anno domini 1998/9, obrazy miast i mijanych krajobrazów, także fragmenty podróżnicze sprawiły mi dużą przyjemność. Dotąd Liban, Syria (nie myślę oczywiście o wydarzeniach najbardziej aktualnych), Jordania, a na Kaukazie Gruzja, Azerbejdżan i Armenia, no i jeszcze dalszy Turkmenistan to w mojej głowie niestety białe plamy. Cóż o nich wiedziałam poza jakimiś strzępami informacji? Wojna domowa w Libanie, konflikt z Izraelem, gruzińskie spory, azerska ropa, trzęsienie ziemi w Armenii, rzeź Ormian, wojna o Górski Karabach (tak: górski, nie górny, jak dotąd myślałam). Ale już skąd wojny i konflikty, jak wyglądały miasta i wioski armeńskie w dziesięć lat po tragicznym trzęsieniu ziemi, co łączyło Syrię i Liban, dlaczego sytuacja Armenii przypomina nieco sytuację Izraela, czym są współczesny Azerbejdżan i Turkmenistan nie miałam pojęcia.

Po raz kolejny zauważam, że trudno tu dzielić się wszystkim, co ciekawe, nie taka rola tych zapisków, wszak nie o streszczenia  idzie, więc napomknę tylko o tym, co zapadło mi w pamięć najbardziej.

Zupełnie inny obraz Gruzji! Wcale nie tak romantyczny, jak jawi się z licznych ostatnio wydawanych dziennikarsko-podróżniczych relacji. Piękno krajobrazu, ale bieda, szczególnie na prowincji, korupcja i mafijne układy w polityce, kult siły, męskości, nacjonalizm. Oczywiście biorę poprawkę na to, że minęło dziesięć lat, na pewno coś musiało się zmienić. Ile i co, pewnie dowiem się z książki Góreckiego, którą wkrótce zamierzam przeczytać.

Syria i jej sąsiedzi. Po raz kolejny przekonałam się, jak umowne i sztuczne są granice współczesnych państw w takich rejonach jak Bliski Wschód (to samo dotyczy Kaukazu) wytyczone arbitralnymi decyzjami Zachodu zgodnie ze strefami wpływów Francji czy Wielkiej Brytanii. A w obu rejonach kłębi się tygiel narodów, plemion, mieszają się języki i religie: muzułmanie (szyici, sunnici, alawici), katolicy, prawosławni. Kiedyś pogranicze turecko-syryjskie to po prostu Wielka Syria, której częścią był też dzisiejszy Liban. Upadek Imperium Osmańskiego po pierwszej wojnie światowej przyniósł z jednej strony wyzwolenie spod władzy kalifów, z drugiej spowodował wzrost nacjonalizmów i konfliktów religijnych w sztucznie utworzonych państwach. Granice podzieliły narody, niby dały wolność, ale ograniczyły swobodę przemieszczania się.

Trochę podobnie jest na Kaukazie. Kaplan stale spotykał się tam z tęsknotą za czasami imperium sowieckiego (oczywiście nie wszyscy tak myślą i nie wszędzie). Za  względną stabilizacją, kosmopolitycznym charakterem tych ziem. Dziś (a właściwie dziesięć lat temu) jest nędza, bezrobocie, etniczna jednolitość (czystki przede wszystkim dotknęły Ormian zamieszkujących wiele terenów w Azerbejdżanie) i tlące się konflikty. To co z naszej perspektywy jest błogosławieństwem, z tamtej niekoniecznie.

Po lekturze pozostaje przekonanie, jak niespokojne były i są te rejony świata. Jaką burzliwą miały historię, jak ścierały się tu interesy tureckie, rosyjskie, perskie, ormiańskie, a jeszcze wcześniej bizantyjskie, rzymskie i wiele innych. I naiwna, utopijna myśl, że może w niektórych miejscach najlepiej sprawdzają się wielkie wielonarodowe twory, oczywiście pod warunkiem, że rządzone są przez mądrych, oświeconych władców.

Kaplan w swojej książce snuje różne przewidywania dotyczące przyszłości miejsc, które odwiedza. Niektóre z tych prognoz sprawdziły się, inne nadal nie. Może najboleśniejsza jest pomyłka dotycząca Syrii. Ale kto mógł przewidzieć, że historia tego kraju potoczy się tak krwawo?


czwartek, 12 kwietnia 2012
Gabriela Adamesteanu "Stracony poranek". Smutna powieść z Rumunii.

Tym razem będzie o książce całkiem świeżej. Dałam się skusić powieści rumuńskiej pisarki Gabrieli Adamesteanu "Stracony poranek" (W.A.B. 2012; przełożył Tomasz Klimkowski) i nie żałuję, chociaż nie uwiodła mnie tak jak "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki" Eginalda Schlattnera, o których pisałam swego czasu. Niezorientowanym wyjaśniam, że zestawiam te powieści, bo to literatura rumuńska (chociaż Schlattner pisze po niemiecku, a jeśli ktoś jest ciekaw dlaczego, odsyłam do moich notek) mająca za tło sytuację polityczną w tym kraju. Mimo tego zastrzeżenia przeczytałam z przyjemnością i jeśli w przyszłości ukaże się inna powieść autorki, na pewno po nią sięgnę.

Napisałam o przyjemności lektury, ale nie jest to właściwe określenie, pewnie powinnam użyć słowa zainteresowanie. Chociaż czyta się szybko, powieść nie opowiada o niczym przyjemnym. Zimowy, bukaresztański poranek. Lata osiemdziesiąte zeszłego wieku. Stara kobieta Vica Delca okutana w kilka warstw grubej odzieży, w dziwacznej czapce własnego pomysłu wyrusza z domu, zostawiając tam utyskującego, mrukliwego męża, który swoją starość spędza głównie przed telewizorem. Ona woli ruszyć w miasto i odwiedzać krewnych i znajomych. Bądźmy ściśli: wolała. Teraz siły już nie te, więc po ludziach chodzi znacznie rzadziej. Wędruje ostrożnie, z wysiłkiem, nie tylko dlatego, że ślisko, i wspomina. Swoją nieudaną młodość, która przypadła na czas pierwszej wojny światowej. Bombardowania, choroby, strach, głód, ciężką pracę, aby utrzymać siebie i młodsze rodzeństwo. Późniejsze szczęśliwsze, bo zasobniejsze, lata, kiedy razem z mężem byli właścicielami nieźle prosperującego sklepu. Wędruje i rozmyśla. O samotnej, niewesołej starości, kiedy żyć trzeba z niewielkiej emerytury męża w domu chylącym się ku ziemi ze starości i z braku troski. O krewnych i znajomych, którzy zajęci własnymi sprawami nigdy nie odwiedzą i nie zainteresują się, co u niej i jej mrukliwego męża. Vica jest złośliwa, prosta i dosadna. Nie myśli o ludziach najlepiej, nie szczędzi im w swoich rozmyślaniach krytycznych uwag. Dostrzeże ich wady prawdziwe i urojone. Najlepiej by było, gdyby wszyscy żyli według jej wyobrażeń. Najwięcej miejsca w jej pamięci zajmują nieżyjąca już stara pani Ioaniu i  jej córka Iwona Scarlat. To do niej zmierza. I chociaż na nią utyskuje, to zrobi wszystko, aby ją zobaczyć, bo chce dostać obiecane pieniądze. Jeśli się nie uda, poranek będzie stracony. Dla Iwony, też emerytki, chociaż nieco młodszej, ten poranek już jest stracony. Bo czeka na męża, którego jak zwykle nie ma w domu. Bo musi poświęcić swój czas starej Vici, która ją drażni i irytuje. Dobrze wie, że przyszła po pieniądze i póki ich nie dostanie, nie pozbędzie się jej. I tak upłynie ten dzień: na rozmowie, wspominaniu i pocieszaniu. Bo chociaż obie kobiety, tak różne, pochodzące z tak różnych sfer i środowisk (nawet socjalizmowi mimo starań nie udało się klasowych, przedwojennych różnic zniwelować) gardzą sobą skrycie, to jednak są sobie w swej samotności potrzebne. Bardziej Vica Iwonie, mniej odpornej na swój smutny, starczy los. Kiedyś wspierała jej matkę, starą panią Ioaniu, teraz niesie pocieszenie córce.

W powieści spotykają się dwa światy. Świat drobnych kupców, rzemieślników, robotników, służby i świat bogatego mieszczaństwa. Naukowców, wojskowych, urzędników państwowych, właścicieli dobrze prosperujących biznesów. Są wykształceni, zamożni, mieszkają w pięknych domach, mówią po francusku, wydają przyjęcia, dyskutują, wiodą szczęśliwe życie. Szczęśliwe pozornie. Bo pełno tu zawiedzionych uczuć, zdrad, rozczarowań, niewypowiedzianych pretensji, zazdrości, udawania, kręcenia, hipokryzji. I nawet to pozorne szczęście zburzy pierwsza wojna światowa, potem druga, a wreszcie czasy komunizmu. Wobec walca historii wszyscy są równi. Cierpienie, niedostatek, śmierć, więzienie, choroba dotykają i bogatych, i  biednych. Kiedy wybuchnie pierwsza wojna i Bukareszt będzie bombardowany, dostojny profesor Mironescu, ojciec Iwony, zwanej w tamtych czasach z francuska Yvonne, będzie musiał, jak wszyscy, udać się do składu po opał, stać w kolejce w tłumie zwykłych śmiertelników i przeżyć, tak jak oni, paniczny strach, bo spadają bomby.

"Stracony poranek" to bardzo przygnębiająca powieść. Jeśli przyjrzymy się losom grupy bohaterów, to ze smutkiem zauważymy, że nie ma tu ludzi szczęśliwych. Wszyscy mieli życie bardziej lub tylko trochę mniej nieudane. Nie kochali albo kochali nieszczęśliwie, małżeństwa zawierali z rozsądku, zdradzali albo byli zdradzani, cierpieli, chorowali, byli opuszczani i porzucani. Nie dość, że krzywdzili siebie wzajemnie, to jeszcze swoje dołożyła burzliwa historia: dwie wojny, które nie oszczędziły nikogo w Europie, i komunizm, plaga, która dotknęła tę część naszego kontynentu. Kiedy Zachód powoli lizał powojenne rany i stopniowo budował swój dobrobyt, Wschód pogrążał się w nieszczęściach, jakie niósł za sobą komunizm. Nieprawości tego okresu nie wybijają się w powieści na pierwszy plan, ale stanowią mocne tło. Jeszcze bardziej wikłają życie bohaterów. Przeszłość to pasmo większych czy mniejszych nieszczęść i rozczarowań, dziś nie jest lepiej (myślę tu o dziś powieściowym), a i przyszłość też nie rysuje się różowo. Starość, samotność i niedostatek dotykają wszystkich po równo. W ubogim domu Vici, gdzieś na przedmieściach Bukaresztu, czuć zapach wilgoci, pleśni, stęchlizny i starości, pełno tu rozpadających się, niepotrzebnych nikomu gratów. Ale w rodzinnym domu Iwony w dobrej, willowej dzielnicy, tylko pozornie jest lepiej. Jeśli uważny obserwator rozejrzy się wokół, na pewno zauważy zacieki, brud dawno niemalowanych ścian i rodzinne pamiątki dawno nadgryzione zębem bezlitosnego czasu. A jak utrzymać tę wielką, niegdyś elegancką, pełną służby willę? To tylko jedno ze zmartwień jej właścicielki.

"Stracony poranek" to także powieść o subiektywnej pamięci. Inna jest pamięć Vici, inna pamięć Iwony. Przeszłość poznajemy z  perspektywy tych dwóch kobiet. W ich wspomnieniach jest niby wspólna, ale jednak inna. Nie zgadzają się fakty, nie zgadza ich interpretacja. A kiedy za sprawą rodzinnego zdjęcia, które kontempluje jedna z nich, przenosimy się w lata pierwszej wojny i oglądamy zdarzenia oczami tamtego pokolenia, wszystko wygląda jeszcze inaczej. Ale i tak trudno dociec prawdy. Każdy widzi to samo ze swojego punktu widzenia. Dostajemy barwną mozaikę, ale obraz się zmienia w zależności od kąta, z którego patrzymy. Jak było naprawdę? Nigdy się już nie dowiemy, bohaterowie tamtych dramatów nie żyją, a patrząc na rodzinne zdjęcie, możemy tylko wyobrażać sobie, jak było, i polegać na zawodnej pamięci opartej na subiektywnych przekazach. Ale nie tylko złudna pamięć zwodzi. Zwodzą sami bohaterowie. Tu nikt nie jest szczery. Ludzie co innego myślą, co innego mówią. Vici i Iwona wyrażają radość ze wspólnego spotkania, prawią sobie komplementy i obdarzają uprzejmościami. Ale to tylko gra, udawanie. Naprawdę nie szczędzą sobie złośliwości, krytyki i niechęci. Nie lubią się. Podobnie było w przeszłości. Uczestnicy uwiecznionego na starym zdjęciu towarzyskiego spotkania też udawali, nakładali maski uprzejmości, szacunku, sympatii. Naprawdę darzyli się niechęcią, zawiścią, podejrzliwością. Mąż i żona, siostry, znajomi i przyjaciele. Nieszczerość i hipokryzja aż biją z kart tej powieści. Ale czy byłoby lepiej, gdyby mówili sobie wszystko bez ogródek? Może dzięki tej zewnętrznej warstwie kulturalnej politury mogą sobie ostatecznie pomóc i chociaż na chwilę wesprzeć w nieszczęściu? Może gdyby nie to, życie byłoby zupełnie nie do zniesienia?

I na koniec chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną zaletę tej powieści: barwne postacie bohaterów świetnie zróżnicowanych, także pod względem językowym. Inaczej myśli i mówi Vica, inaczej Iwona. Ich indywidualność wyraża się przez język.

Ciekawa, chociaż smutna, powieść, po którą na pewno warto sięgnąć.

czwartek, 05 kwietnia 2012
Orhan Pamuk "Czarna księga"

Cóż, nie będę ukrywać, napiszę bez ogródek: "Czarna księga" mojego ulubionego Orhana Pamuka (Wydawnictwo Literackie 2011; przełożyła Anna Akbike Sulimowicz) potwornie mnie znudziła. Miałam ochotę porzucić ją i nie kończyć, ale jakoś mimo wszystko nie potrafiłam. Jakże to, polec w trakcie lektury Pamuka? Poddać się? Poza tym, nie ukrywajmy, byłam jednak odrobinę ciekawa, jaki finał będzie miała historia Galipa, stambulskiego adwokata, poszukującego swojej zbiegłej żony i   kuzyna Celala, który gdzieś się ukrył. Przyznam, że rozwiązanie historii na szczęście nieco mnie zaskoczyło, ale to w niczym nie zmieniło mojej opinii o książce. Od lektury  "Śniegu", który najpierw przeleżał swoje na półce, a potem mnie zachwycił, przeczytałam wszystkie wydane w Polsce powieści tureckiego noblisty (poza dwiema historycznymi, bo cierpię na taką przypadłość, że nie lubię literatury historycznej, fantastyczno-naukowej i fantasy). To od niego zaczęło się moje zainteresowanie Turcją, a potem literaturą bałkańską, izraelską i środkowoeuropejską. Trochę to może pokrętne, ale taką ścieżką podążają moje czytelnicze fascynacje ostatnich lat. Wspominam tu o tym, aby podkreślić, jak wiele spotkaniu z  Pamukiem zawdzięczam. To on otworzył mnie na inne literackie światy. Może dlatego tak bardzo dotknęło mnie znudzenie "Czarną księgą". Jeśli mam być szczera, to już druga książka pisarza, która rozczarowuje. Ta pierwsza to "Nowe życie", o którym tu  pisałam. Obie mają pewną wspólną cechę, którą nazwałabym islamskim realizmem magicznym. Ale "Nowe życie" było przynajmniej ciekawe, tymczasem "Czarna księga" po prostu jest nudna, szczególnie druga część.

A zaczyna się całkiem obiecująco jak historia wielopokoleniowej rodziny. Znamy to. Taki był "Cevdet Bej i synowie", trochę "Muzeum niewinności" i "Dom ciszy". Ale najbardziej początek "Czarnej księgi" przypomina historię rodziny pisarza opisaną w jego wspomnieniowym "Stambule". Wybudowana przez dziadków kamienica, w której rozsiani po piętrach mieszkają ich synowie i córki z żonami, mężami i dziećmi. To tam Galip spędził beztroskie dzieciństwo, przemieszczając się swobodnie pomiędzy mieszkaniem rodziców, dziadków i stryjów. To tam był świadkiem  skandali i nieporozumień, które w końcu doprowadziły do sprzedaży rodzinnego gniazda. To tam poznał swoją kuzynkę Ruyię, przyszłą żonę, która jednocześnie była dużo młodszą przyrodnią siostrą wspomnianego już w tej notce Celala, znanego i niezwykle popularnego stambulskiego felietonisty. Ale to tylko początek owiany jest magią wspomnień, bo książka bardzo szybko zmienia charakter. Galip, nieoczekiwanie porzucony przez żonę, zaczyna nieco oniryczną wędrówkę po Stambule. Ma nadzieję, że spotka kogoś, kto będzie coś wiedział o miejscu, w którym się ukryła. Szybko okazuję się, że musi szukać nie tylko jej, ale i swojego ukochanego, nieco tajemniczego i zdziwaczałego kuzyna Celala, który też zniknął. Te peregrynacje po Stambule, odkrywanie nieznanego oblicza miasta, spotkania z rozmaitej maści oryginałami i dziwne zachowanie samego Galipa są jeszcze w miarę interesujące. Nudno robi się w części drugiej, w której całe rozdziały to monotonne rozmowy telefoniczne, prowadzone z pewnym tajemniczym miłośnikiem felietonów Celala, albo tylko odrobinę ciekawsze dyskusje z dziennikarzami z redakcji, w której pracuje ukrywający się kuzyn. Galip cały czas próbuje odkryć tajemnicę swojej żony, a szczególnie jej przyrodniego brata. Obsesyjnie i cierpliwie przeszukuje zgromadzone przez niego zdjęcia, wycinki z gazet, felietony i inne pamiątki. A to wszystko okraszone zostało pewną, dla mnie mętną, teorią liter, które da się (nie zawsze) wyczytać z ludzkich twarzy. Jej wyznawcą był Celal. A ja umierałam z nudów i marzyłam, aby już tylko przez to jak najszybciej przebrnąć.

O czym jest powieść Pamuka? To rozważania o tożsamości jednostki i narodu tureckiego. Co to znaczy być sobą? Czy człowiek może być całkowicie sobą czy też zawsze dostraja się do oczekiwań innych? A może naśladuje tych, których wielbi? Kim wtedy jest? Czy Galip żyjący życiem Celala jest jeszcze Galipem czy może stał się Celalem? Ile w nas siebie, a ile innych ludzi? Nieświadomie powielamy cudze losy, wszystko już było. Kiedy Galip krąży po mieście w poszukiwaniu żony i kuzyna, uświadamia sobie, że nie on pierwszy odbywa taką wędrówkę. Wszędzie odnajduje cudze ślady. Czy na pewno znamy swoich bliskich? Kim tak naprawdę jest Celal, idol Galipa i wielu innych czytelników jego felietonów. Świetnym felietonistą? Mędrcem, który dzięki długoletnim studiom odkrył prawdę o Wschodzie i narodzie tureckim? Śmiesznym, owładniętym obsesją dziwakiem? Politycznym bankrutem i tchórzem? Dziennikarskim oszustem, który świadomie stworzył swoją legendę? Odkrycie Galipa, owej teorii liter zapisanych w twarzach, daje pretekst do diagnozy społeczeństwa tureckiego, którą znamy z innych powieści Pamuka. Turcy zapatrzeni w Zachód stopniowo tracą swoją narodową i islamską tożsamość, naśladując innych, odrywają się od swoich korzeni, a to skazuje ich na nędzną wegetację. W pogoni za nowym stali się nikim: nie są już ze Wschodu, pewnie nigdy nie będą z Zachodu.

Jest w powieści Pamuka jeszcze jedna warstwa: to hołd złożony opowieściom. To one są żywiołem tej książki. Znajdujemy je w felietonach Celala, w historiach snutych przez ludzi spotykanych przez Galipa, w gromadzonych wycinkach, we wspomnieniach. To dzięki nim, ocalonym przez pamięć, możemy spróbować zbliżyć się do tajemnicy naszej egzystencji, i tej w wymiarze jednostkowym, i tej w wymiarze narodowym. To dzięki nim przetrwamy, gdy ich zabraknie, rozpłyniemy się w niepamięci.

Brzmi to wszystko niezwykle poważnie i mądrze, dla mnie jednak jest sztucznym, wyabstrahowanym konstruktem. Może świetnie nadaje się do rozważań prowadzonych przez zawodowych krytyków. Mnie, zwyczajnej czytelniczce, zabrakło  prawdziwego  przeżycia. Nie wykluczam jednak, że ktoś, kto orientuje się lepiej w islamskiej kulturze i filozofii, będzie czerpał z lektury "Czarnej księgi" przyjemność. Może to jest przyczyna mojego znużenia powieścią Pamuka? Może dlatego mistyczne teorie głoszone przez Celala wydały mi się mętne? I tymi wątpliwościami kończę narzekanie na "Czarną księgę". Oczywiście sięgnę po następną książkę pisarza, kiedy tylko się ukaże. Na razie jest pięć do dwóch. Zobaczymy, jak będzie w przyszłości.

czwartek, 29 marca 2012
"Elena" Andrieja Zwiagincewa
"Ostatnią miłość na ziemi" obejrzałam tak przy okazji, ale film, na który niecierpliwie czekałam, to "Elena" Andrieja Zwiagincewa, reżysera słynnego "Powrotu". Poszłam i wszystkich namawiam. To świetne kino, chociaż świat wykreowany na ekranie jest potworny. Być może dojmujące wrażenie przerażenia tym, co zobaczyłam, pogłębia fakt, że bohaterami są ludzie całkiem zwyczajni. Tym razem nie jest to wędrówka po koszmarnej rosyjskiej prowincji, jak to było w obrazie Łoźnicy "Szczęście ty moje". Akcja filmu toczy się współcześnie, prawdopodobnie w Moskwie. Tytułowa Elena to sześćdziesięcioletnia emerytowana pielęgniarka, która wyszła po raz drugi za mąż za bardzo bogatego mężczyznę. I za nią, i za nim ciągnie się rodzinna przeszłość, a przede wszystkim ciągną się dzieci z poprzednich związków. Więź Eleny z synem i jego rodziną jest szczególnie silna. Więcej nie zdradzę. Wystarczy, jeśli napiszę, że akcja ma zaskakujący przebieg. Nie, proszę nie obawiać się wizualnych potworności. Najczęściej oglądamy świat zamożnych Rosjan: eleganckie mieszkanie w strzeżonym apartamentowcu, drogi samochód, fitness klub. Dlatego to, co się wydarzy, będzie niczym uderzenie obuchem w głowę. Ale zobaczyć trzeba koniecznie, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
poniedziałek, 26 marca 2012
"Ostatnia miłość na ziemi"

Czasem jest tak, że nie potrafię się zdecydować: iść do kina czy zrezygnować. Dotyczy to zwykle filmów nieznanych, które wkraczają na ekrany znienacka, niepoprzedzone niecierpliwym wyczekiwaniem. Wtedy łamię swoją żelazną zasadę im mniej, tym lepiej i słucham dyskusji w Tygodniku Kulturalnym (nieraz już wspominałam o moim ulubionym programie w TVP Kultura; polecam). Jeśli krytykują, rezygnuję, jeśli mnie zaciekawią, ryzykuję. Tak było i tym razem. Głosy były podzielone, a ponieważ  miałam ochotę na coś niezobowiązującego, więc poszłam. Nie żałuję, ale gdybym sobie darowała, dziury w niebie by nie było. Historia romansowa nie ma w sobie krztyny oryginalności, ale przyjemnie popatrzeć na Ewana McGregora i Evę Green. Tyle o tytułowej miłości. Jeżeli film robi wrażenie, to dzięki dużo ciekawszej, drugiej warstwie: opowieści o tajemniczej epidemii, która błyskawicznie rozprzestrzenia się po świecie. Zagrożenie pojawia się nagle, nie wiadomo, skąd pochodzi, a atakuje falami w sposób przemyślny i wyrafinowany. Wcale nie taki, jak można by sobie wyobrażać. Nie jest to bowiem hollywoodzki film katastroficzny (na szczęście), a melancholijny europejski. Ważny jest tu nastrój i pytania, jakie  sobie stawiamy. Wprawdzie wielokrotnie w ciągu ostatnich lat straszono nas rozmaitymi wirusami, ale zagrożenia za każdym razem okazywały się raczej dęte niż prawdziwe. Nie jest jednak wykluczone, że kiedyś coś zdarzy się naprawdę. I właśnie taką sytuację w sposób prawdopodobny przedstawia ten film. Jest tu kilka efektownych (ale nie po amerykańsku) scen zagrożenia i paniki, jest przygnębiający obraz miasta po katastrofie. Najciekawsze wydało mi się pokazanie, jak ludzie zachowują się w obliczu kataklizmu. No ale ani tego, ani zakończenia oczywiście nie zdradzę. I na koniec o czymś, co potwornie drażni i psuje film. To patetyczne komentarze spoza kadru. Znacznie lepiej by było, gdyby reżyser ograniczył się tylko do obrazów, które im towarzyszą. A na deser Glasgow, gdzie toczy się akcja. I ten cmentarz na wzgórzu, który tak mnie zafascynował w jednym z moich ulubionych filmów ("Wilbur chce się zabić"). Jeśli, czytelniku tej notki, zainteresowałeś się, możesz pójść. Prawdopodobnie nie będziesz żałował, chociaż nie nastawiaj się na nic wielkiego.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16