Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 24 sierpnia 2016
"Co przynosi przyszłość"
Po wakacyjnej przerwie wracam do kina. Trochę mnie nie było, więc teraz rzuciłam się nadrabiać zaległości, ale równocześnie nie zaniedbuję nowości, których też sporo. W tym roku filmowe lato obfituje w ciekawe premiery, o sezonie ogórkowym można zapomnieć. Zaległościami zajmę się za jakiś czas, kiedy obejrzę wszystkie, a dzisiaj będzie o premierze. Na początek wybrałam się na nagrodzony w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię francusko-niemiecki film "Co przynosi przyszłość" z Isabell Huppert. Wyszłam z kina bardzo zadowolona, chociaż przygnębiona. No może nieco przesadziłam - przygnębienie to za mocne słowo, powiedzmy, że film wprowadził mnie w nastrój melancholii i zadumy. Zastanawiam się jednak, na ile mój odbiór jest typowy, bo po pierwsze postawę bohaterki można interpretować rozmaicie, ponieważ to, co naprawdę czuje, pozostaje w sferze domysłów. Po drugie mimo że film ogląda się bardzo gładko, to łatwo się pogubić. Grana przez Huppert bohaterka, Nathalie, jest nauczycielką filozofii w liceum, autorką podręczników i rozpraw. To, co mówi swoim uczniom, to, co czyta, to, o czym rozmawia z mężem, też filozofem, i z Fabienem, swoim dawnym uczniem, ma znaczenie dla interpretacji filmu. Podobnie rzecz się ma ze ścieżką muzyczną. A wiadomo, jak łatwo w takiej sytuacji uronić sensy. Najchętniej obejrzałabym ten film jeszcze raz, wiedząc już, na co zwracać uwagę. Jeśli więc, czytelniku tej notki, wybierasz się dopiero na "Co przynosi przyszłość", film o kobiecie po przejściach, która za bary bierze się ze swoim losem, w czasie seansu wytężaj wzrok (napisy) lub słuchaj uważnie (jeśli znasz francuski). A jeżeli w kinie już byłeś, możesz przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 17 sierpnia 2016
Dawid Grosman "Wchodzi koń do baru"

Moje dotychczasowe spotkania z prozą Dawida Grosmana miały różny przebieg. Kilka lat temu kupiłam jego powieść o dziwnym tytule "Patrz pod: miłość". Dotąd jej jeszcze nie przeczytałam, chyba dlatego, że wymaga czasu i odpowiedniego nastroju. Potem pochłonęłam "Tam, gdzie kończy się kraj" i już wiedziałam, że to nie ostatnie spotkanie z izraelskim autorem. Powieść mnie poruszyła i wciągnęła bez reszty. Poszłam za ciosem, zabrałam się za "Bądź mi nożem" i po kilku stronach poddałam się. Nie lubię takich sytuacji, zwykle brnę, tym razem jednak nie byłam w stanie. Miłosne listy pary, która się nigdy nie spotkała, wydały mi się tak bardzo ogólnikowe i pretensjonalne, że odłożyłam je, ale z solennym zamiarem, że do nich wrócę w czasie wolnym. Tym bardziej, że książka była bardzo chwalona i być może wystarczyłaby odrobina cierpliwości, aby dostrzec jej wielkość. Na razie czeka na swój czas. Tymczasem kupiłam dwie kolejne (niech żyją promocje na ebooki!) - jedną zaległą, "Ciałem rozumiem" (właściwie dwa obszerne opowiadania), i najnowszą, "Wchodzi koń do baru" (Świat książki 2016; przełożyła Regina Gromacka). I właśnie tę ostatnią wczoraj skończyłam czytać.

To dwa przeplatające się monologi. Pierwszy, zasadniczy, to występ starzejącego się stand-upera, Dowalego Grinsztajna. Drugi jest głosem jego kolegi z dzieciństwa, dziś emerytowanego sędziego, wdowca, który nie pogodził się jeszcze ze śmiercią ukochanej żony. Nie widzieli się od pewnego poranka na obozie wojskowym dla młodzieży, a mieli wtedy chyba czternaście lat. Znali się krótko i powierzchownie, spotykali się na wspólnych korepetycjach z matematyki, a potem nieoczekiwanie na tym obozie. Pewnie dlatego sędzia w pierwszej chwili nie rozpoznał swojego kolegi z dzieciństwa, kiedy ten nieoczekiwanie zadzwonił do niego i zaprosił na swój występ, dość tajemniczo tłumacząc powody. Sędzia przyszedł, siedzi przy stoliku, słucha, najpierw zniecierpliwiony, czasem zaciekawiony, zdumiony, ma ochotę wyjść, ale w końcu zostaje, bo występ Dowalego nieoczekiwanie przybiera inną formę. Ze stand-upu przeradza się w intymne zwierzenie, opowieść o dzieciństwie i o tym, co zdarzyło się tego poranka na wojskowym obozie. I mnie towarzyszyły zmienne uczucia. Zaczęłam od zniecierpliwienia (Kiedy wreszcie skończą się te wątpliwej śmieszności popisy, a zacznie prawdziwa historia?), aby powoli wciągać się w oba monologi, a wreszcie, im bliżej końca, opowieść starzejącego się komika coraz bardziej chwytała mnie za gardło.

To historia samotnego, nieszczęśliwego chłopca, wyśmiewanego przez rówieśników, typowego kozła ofiarnego. Chłopca wychowanego w rodzinie, jakich w tamtych latach w Izraelu wiele, naznaczonej Holokaustem. Rodzinie składającej się tylko z matki, ojca i syna. Nie ma żadnych babć, dziadków, ciotek, wujków i kuzynów. Nie ma, bo wszyscy, jak ironicznie mówi Dowale, wyfrunęli przez komin (cytat z niedoskonałej pamięci). Ojciec zdążył wyjechać z Europy jeszcze przed hekatombą drugiej wojny, matce się nie udało, ma za sobą piekło ukrywania, obozu, marszu śmierci i eksperymentów medycznych. Nic dziwnego, że nie potrafi żyć normalnie. Dowale dźwiga na swych dziecięcych barkach niezwykle dużo. Musi pomagać ojcu w opiece nad matką, znosić jego dziwactwa, szorstkość i dryl. Pomagać mu w rozlicznych dziwacznych biznesach, które mają poprawić sytuację finansową rodziny. Bo ojciec, mimo że sam z Europy wyjechał odpowiednio wcześnie, przecież też został naznaczony przez Holokaust. Trudno nie być, jeśli traci się całą rodzinę, jeśli świat się rozpada. A jednak w smutnym dzieciństwie Dowalego są chwile radosne, najszczęśliwsze chwile jego dzieciństwa, jak powie o nich po latach. To momenty spędzone sam na sam z matką, kiedy rozśmiesza ją swoimi występami. Upokarzany i wyszydzany przez rówieśników chłopiec nie ma komu zwierzyć się ze swoich trosk. Dlatego znalazł niezwykły i oryginalny sposób ucieczki, dowartościowania, obrony, sposób na chwilową wolność. Smutny los Dowalego przypomina historie opowiedziane w książce Mikołaja Grynberga "Oskarżam Auschwitz" i w dwóch znakomitych powieściach Magdaleny Tulli, "Włoskie szpilki" i "Szum".

Sędzia nigdy nie poznał prawdziwej twarzy Dowalego. W jego pamięci zapisał się jako żywy, wesoły chłopiec. Dopiero na obozie zobaczył, ku swemu zdumieniu, jak jest naprawdę. Niestety nie znalazł w sobie odwagi, aby stanąć w jego obronie. Ba, w ogóle nie przyznał się, że go zna. Zdradził kolegę ze strachu, nie udźwignął ciężaru. Łatwo potępiać, ale ilu z nas znalazłoby w sobie siłę, aby postąpić inaczej?

Ale najbardziej wstrząsająca historia jeszcze przed nami. Najważniejsze jest to, co zdarzyło się owego poranka na wojskowym obozie, kiedy to nieoczekiwanie Dowale musiał wyjechać. Dlaczego? Nie od razu zrozumiał, w zamieszaniu nikt mu tego dokładnie nie wyjaśnił. Stopniowo straszna prawda zaczyna do niego docierać, ale nadal nie wie najważniejszego. Dlatego w końcu zaczyna prowadzić chłodną buchalterię, kalkuluje, dokonuje symbolicznego wyboru i potem już zawsze za ten wybór będzie się obwiniał, uzna go za zdradę. A przecież wyboru żadnego nie miał, rzecz już się dokonała, jego decyzja miała znaczenie czysto symboliczne. A wybór to iście diabelski. Taki, przed jakim często stawali Żydzi w czasie Holokaustu. Opowieść  Dowalego o tym, jak jechał wojskowym samochodem z obozu gdzieś na pustyni do Jerozolimy, co czuł, co myślał, z czym się zmagał, jak podejmował swoją decyzję, jest naprawdę przejmująca.

Krótka książka Grosmana mogłaby być szkicem do obszernej powieści. Tym razem autor wybrał formę krótszą, ścieśnioną. Historie Dowalego i sędziego są zaledwie zasugerowane, napomknięte. Mieszają się z nie najwyższych lotów dowcipami, jakimi usiłuje rozśmieszyć publiczność bohater. Dotąd były głęboko ukryte, w czasie występu wydobywają się na powierzchnię. Bo i sędzia zderza się ze swoim cierpieniem, z samotnością i ze zdradą przyjaciela, którą wyparł. Najwięcej rozgrywa się tu między słowami. Czytelnik zostaje postawiony w roli widza, zdezorientowanego, zniecierpliwionego. Niektórzy  wychodzą w trakcie występu. I ty, czytelniku tej notki, możesz to zrobić, ale zapewniam cię, że warto zostać do końca.



czwartek, 11 sierpnia 2016
Jacek Hugo-Bader "Skucha"

"Skucha" (Czarne i Agora 2016) to pierwsza książka Jacka Hugo-Badera, po jaką sięgnęłam. Czytałam jego reportaże w Wyborczej, jednak nigdy w formie książkowej. Ale to się zmieni, bo w ramach nadrabiania zaległości kupiłam kilka, które znajdowały się na mojej liście książek, które chciałabym przeczytać. A to wszystko dzięki ebookowym promocjom! Jako wielka fanka czytnika nie umiem się przed taką dygresją powstrzymać. Ale do rzeczy. O reportażu Hugo-Badera dużo się ostatnio mówiło, głosy były różne, ale nie słyszałam żadnego, który twierdziłby, że nie jest wart lektury. I ja tak nie twierdzę, ale gdzieś tak w połowie książki mój entuzjazm ustąpił miejsca wątpliwościom, ale o tym za chwilę.

"Skucha" to opowieść o ludziach solidarnościowego podziemia. Kolegach z Firmy, czyli Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego podziemnych struktur Solidarności, który wydawał dwa pisma Wolę i Tygodnik Mazowsze. Tak, tak, Jacek Hugo-Bader pisze o swoich dobrych znajomych, z którymi konspirował. Są wśród nich postacie bardzo znane jak Michał Boni, Maciej Zalewski czy Ewa Hołuszko, większość jednak to osoby, których nazwiska nic nam nie mówią. Po raz pierwszy zajął się tym tematem dwadzieścia jeden lat temu. Pretekstem była piąta rocznica obalenia komuny. Miał powstać obszerny reportaż dla Gazety. Nie szło mu jednak, stworzył siedem wersji tekstu, ostatnią podarł, pozostałe spoczęły w tekturowej teczce. Jak pisze we wstępie, przez te lata stale coś tam dorzucał, a o jednej z bohaterek "Skuchy", Ewie Hołuszko, która w tamtych czasach była jeszcze Markiem, kilka lat temu powstał osobny reportaż. Teraz w wersji przerobionej znalazł się w książce. Ostatecznie wrócił do zarzuconego pomysłu z okazji dwudziestej piątej, okrąglutkiej, rocznicy transformacji. Dlaczego? Bo to temat dość dziewiczy, słabo literacko wykorzystany. Jak pisze Hugo-Bader na początku swojej książki, o pokoleniu Kolumbów z roku 20, czyli pokoleniu, którego młodość przypadła na czas wojny, pisano książki, kręcono filmy, Kolumbowie z roku 50, którzy stali się trzonem solidarnościowego podziemia, nie doczekali się swojej kroniki, tym bardziej swojej mitologii. Czy dlatego, pyta autor, że nie musieli złożyć daniny krwi, a ich partyzantka zakończyła się sukcesem? Bader świadomie używa tych słów - Kolumbowie, partyzantka, wojna, czasem dla ścisłości dodając jaruzelska (ewentualnym bardzo młodym czytelnikom tej notki wyjaśniam, że chodzi oczywiście o stan wojenny). Używa ich oczywiście bez patosu, nieco ironicznie, nieco sentymentalnie. Zasadniczym celem książki miała być opowieść o tym, jak ułożyły się losy ludzi solidarnościowego podziemia po roku 1989, ale w trakcie pracy okazało się, że niezbędne jest pokazanie korzeni bohaterów i opowieść o samej partyzantce, dlatego ostatecznie całość składa się z trzech części. I tak powstała "Skucha".

Trzeba przyznać, że czyta się to znakomicie, trudno się od lektury oderwać. Bader język ma potoczysty, gawędziarski, jak trzeba dosadny, często sam pojawia się na kartach swojej książki. W końcu to opowieść bardzo osobista o jego przyjaciołach, z którymi morze wódki wypił (alkohol też jest jednym z bohaterów tej opowieści) i o nim samym trochę też. Pokazuje wszystkie szwy swojej książki, pisze o mękach, w jakich powstawała, zaznacza, co kropka w kropkę przepisuje z pierwszej wersji, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, skrupulatnie odnotowuje, kiedy prowadził rozmowy ze swoimi bohaterami, czasem nieoczekiwanie trafia się rozdział dygresyjny, bywa, że kompletnie nie na temat. Gdybym była wydawczynią książki Badera, to na pewno wywaliłabym rozdzialik o psich kupach mimo całej kokieterii i autoironii autora, który w ten sposób pewnie wymusił pozostawienie tego fragmentu. Nie można też odmówić książce walorów kronikarskich. Losy wielu jego bohaterów są na tyle dramatyczne, powikłane, szalone, ciekawe, że mogłyby się stać inspiracją dla powieściopisarza czy filmowca. 

Jakie wobec tego mam wątpliwości? Jedna pojawiła się teraz, kiedy pisząc, myślę o książce. Drugą miałam już w trakcie czytania, gdzieś tak od połowy. Pierwsza, mniej istotna, jest taka, że wnioski płynące ze "Skuchy" są mało odkrywcze. Bo i bez czytania przecież wiem, że pojawią się tu tacy, którzy w nowej rzeczywistości osiągnęli sukces, czasem polityczny, czasem zawodowy, czasem finansowy. Będą też inni, szaraczki, ale spełnione, zadowolone ze swojego losu. Będą wreszcie pieniacze, którzy nie potrafią żyć w spokojnych czasach, więc na siłę szukają sobie wroga, walczą z instytucjami i ludźmi, wytaczając im tysiące procesów. W swoim mniemaniu pokrzywdzeni, przegrani, ale przecież na własne życzenie. Będą wreszcie i tacy, którym życie w wolnej Polsce po prostu się nie udało. Czasem z ich winy, czasem, i to jest szczególnie bolesne, po prostu sobie nie poradzili. Opuszczeni, zapomniani, ledwie wiążą koniec z końcem, są słusznie rozgoryczeni. Tytuł książki, "Skucha", sugeruje, że coś się nie udało. Że coś pękło, że ludzie się podzielili, że nie zostali należycie docenieni. Rozmówcy Badera często używają tego słowa. Może i skucha, ale na ogół nie ma ona nic wspólnego z ich partyzancką działalnością ani z transformacją. Skucha, bo ktoś się rozstał z mężem, skucha, bo ktoś nie umiał ułożyć sobie życia prywatnego, skucha, bo ktoś miał problemy z dzieckiem, skucha, bo ktoś chorował, skucha, bo ktoś stracił pieniądze i tak dalej, i tak dalej. Takich skuch, jak rozejrzymy się wokół albo spojrzymy na siebie, jest pełno. Po prostu życie często bywa jedną wielką skuchą. Chyba najbardziej przejmujący jest los Ewy Hołuszko, która kiedyś była Markiem. Dziś z tego powodu wymazana z historii przez kolegów, porzucona przez rodzinę, a do tego schorowana, wegetuje. Ale ona akurat nie bardzo się skarży.

A na koniec wątpliwość druga, zasadnicza. Od pewnego momentu zaczęłam mieć poczucie, że książka Badera jest strasznie plotkarska. Jakbym podglądała bohaterów przez dziurkę od klucza. Opowieść Michała Boniego o tym, w jakich okolicznościach został zarejestrowany jako TW, jest ważna i potrzebna, natomiast historia jego bogatego życia osobistego, jego trzech małżeństw, romansów wydaje mi się jednak ekshibicjonistyczna. Nie miałam o tym pojęcia i chyba wolałabym takich szczegółów nie poznawać. Nie dziwi mnie, że dwie osoby nie chciały autoryzować tekstu i groziły procesem (na pewno jednak nie chodzi o Boniego). Być może Bader ma tego świadomość, bo w radiowym wywiadzie, jaki słyszałam, tłumaczył, że o tym opowiadali mu jego rozmówcy, że to było dla nich najważniejsze, co go nawet zdziwiło. Na przykład lekarka, Ewa Choromańska, jedna z pierwszoplanowych bohaterek "Skuchy", stale wracała do opowieści o swoim rozbitym małżeństwie. Może problem polega na tym, że autor opowiada o swoich bliskich znajomych. Może to błąd w założeniu. Może inaczej wyglądałaby ta książka, gdyby pisał o ludziach, których nie znał. A może zwyczajnie nie znalazł pomysłu na temat, z którym koniecznie chciał się zmierzyć.


środa, 03 sierpnia 2016
Wojciech Jagielski "Modlitwa o deszcz"

Odkąd przeczytałam znakomite "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego, opowieść o RPA, obiecywałam sobie, że do lektury jego reportaży wrócę na pewno. Od bardzo dawna na półce książek oczekujących leży jego "Trębacz z Tembisy", ostatnio na wirtualnej półce książek oczekujących pojawiły się "Wszystkie wojny Lary" kupione po bardzo przyjemnej cenie (niech żyją promocje na ebooki!), a tymczasem właśnie przeczytałam niedawno wznowioną   "Modlitwę o deszcz" (Znak 2016) (tu powinien nastąpić ten sam radosny okrzyk). Jeśli ktoś myśli, że reportaż wydany po raz pierwszy w roku 2002 jest już nieaktualny, myli się bardzo. Afganistan, a to ten kraj jest tematem książki, to cały czas temat gorący. Aby zrozumieć, co się tam dzieje, aby przestał być tylko jakimś politycznym hasłem kojarzonym najczęściej z amerykańską interwencją i talibami, aby spojrzeć na problem afgańskiej wojny szerzej, trzeba reportaż Jagielskiego koniecznie przeczytać. Ba, poznanie najnowszej historii Afganistanu jest kluczem do zrozumienia takich problemów jak terroryzm światowy czy radykalizacja społeczności muzułmańskiej. Nieprzypadkowo autor poświęca długi rozdział, a może nawet dwa, Osamie bin Ladenowi.

Jagielski pisze o ważnych sprawach, często bardzo skomplikowanych, bo taka zawikłana, pełna meandrów jest historia Afganistanu, ale robi to w sposób niezwykle przystępny, arcyciekawy, a poza tym literacko piękny. Kto czytał jakąś inną jego książkę, pewnie się ze mną zgodzi. To rodzaj zmysłowej prozy przenoszący czytelnika w miejsce, o którym autor snuje swoją opowieść. Widzimy doliny odcięte od świata wysokimi górami, spaloną żarem słońca pustynię, chodzimy ulicami Kabulu, raz zrujnowanego, innym razem tętniącego życiem, widzimy barwy, czujemy zapachy, słyszymy huk wystrzałów, szum wiatru, nawoływania sprzedawców na bazarze. Ale przede wszystkim Jagielski opowiada o ludziach. Bohaterami jego książki są postacie znane, których nazwiska gdzieś tam pobrzmiewały w ostępach mojej pamięci. Ahmad Szach Massud (początkowo to miała być książka o nim), jego oponent Hekmatiar, Nadżibullach, prezydent popierany przez Rosjan, emir Muhammad Omar, przywódca talibów, ale też zwykli partyzanci, wieśniacy, lekarze, profesorowie uniwersytetów, fryzjer, fotograf, właściciele hoteli, w których się zatrzymywał i wielu innych. Jagielski nie ukrywa, że jest Afganistanem i jego mieszkańcami zafascynowany, bywał tam wielokrotnie i nie tylko względy zawodowe były ważne. Jak wielu Europejczyków jechał do Afganistanu także po to, aby się odciąć od codzienności, aby wpaść w jakiś rodzaj transu, medytacji, do czego skłaniało to miejsce w tych krótkich okresach, kiedy panował tam spokój. A spokoju od ponad dwudziestu lat jest w tym kraju niewiele. Warto sobie uświadomić, że prawie cały czas trwa tam wojna. Najpierw, po wyjściu wojsk radzieckich, domowa o władzę, potem z talibami, wreszcie amerykańska interwencja. I dziś Afganistan to nie jest spokojne miejsce. Stale dochodzi przecież do zamachów terrorystycznych, trwa wojna partyzancka z talibami. Odcięte od świata górskie doliny i same góry są znakomitymi kryjówkami. A jeszcze wcześniej Afgańczycy zmagali się interwencją radziecką, której konsekwencje cały świat odczuwa do dziś. Dlaczego? Bo to tamte zdarzenia stały się zarzewiem islamskiego radykalizmu. O tym dość skomplikowanym i długotrwałym procesie opowiada Jagielski w sposób jasny w drugiej części swojej książki, w której poznamy też fascynującą historię Osamy bin Ladena. To opowieść o tym, jak przez przypadek bogata, szanowana rodzina i władze Arabii Saudyjskiej chcąc się pozbyć problemów, jakie sprawiał zbuntowany młodzieniec, ale przecież jeszcze nie radykał i terrorysta, wyhodowały bestię.

Ale może największą zasługą Jagielskiego jest to, że pokazał ludzką twarz Afgańczyków. Że pozbawił ich anonimowości. Teraz, kiedy myślę o Afganistanie, to nie widzę już tylko okrutnej wojny, długobrodych talibów, którzy w barbarzyński sposób wysadzili posągi Buddy wpisane na listę UNESCO, amerykańskich żołnierzy i ich sojuszników ginących w zastawianych na nich pułapkach. Teraz wiem, że w Afganistanie toczyło się normalne życie. Że studiowano, że były uniwersytety, kina i teatry, że Kabul był tętniącym życiem, kosmopolitycznym miastem z kawiarniami, restauracjami, bazarami, drogimi sklepami, bogatymi dzielnicami. Że potem w wyniku wojny domowej obrócony został w perzynę, podobnie jak cały kraj, który stał się zlepkiem udzielnych księstw rozmaitych watażków, chanów i emirów. Kraj rozszabrowany, zaminowany, zamieniony w jedno wielkie bitewne pole. Wiem, jakim koszmarem było życie w Kabulu, gdzie walczyły ze sobą rozmaite stronnictwa. Wiem, jak narodził się, początkowo lekceważony, ruch talibów (talibowie oznacza ci, którzy poszukują prawdy), wiem, jak wyglądały ich rządy (niby to jest znane, a jednak, kiedy się o tym czyta, włos się jeży na głowie), wiem, że w najgorszej opresji były kobiety, którym nie wolno było dosłownie nic. Afganistan to w ogóle, nie tylko za rządów talibów, świat raczej męski, bez kobiet. Fascynująca jest opowieść o tym, jak nagle w Kabulu odradza się życie po upadku talibów. Jak wszyscy biegną najpierw do fotografa, potem do fryzjera, aby zgolić brody, a potem jeszcze raz do fotografa. Fryzjerzy i fotografowie przeżywali wtedy swoje złote dni. Niestety radość trwała krótko, a w Kabulu jest niespokojnie do dziś. Wiem też, że Afgańczycy to tak naprawdę wiele nacji - Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie, Pasztuni, Turkmeni. Żyją niby razem, ale jednak osobno. To skutek warunków geograficznych. Doliny sprzyjały izolacji. Między sobą walczą, ale jednocześnie gotowi są zawsze bronić swojego kraju przed najeźdźcami. Sami jednak nigdy nie wszczynali wojen z sąsiadami. Wiem to wszystko i dużo więcej. Nie patrzę już tak jednostronnie na to, co w Afganistanie się działo, dostrzegam skomplikowany kontekst i skomplikowane problemy. Choćby rolę Pakistanu w tej krwawej historii albo wpływ zakończenia zimnej wojny, upadku komunizmu i rozpadu Związku Radzieckiego. Kiedy czyta się o Afganistanie, gdzie całe pokolenia zostały pozbawione normalnego życia, gdzie demoralizująca, wyniszczająca wojna toczy się nieustannie od ponad dwudziestu lat, warto pamiętać o Syrii i Iraku. Niestety, wiele wskazuje na to, że tam może być podobnie. Nie jest to budujący wniosek.

niedziela, 31 lipca 2016
Philip Roth "Ludzka skaza"

Wracam do Philipa Rotha. Jest to powrót systematyczny i zaplanowany. Co jakiś czas kolejna powieść. Późno go odkryłam, ale natychmiast uznałam za jednego z moich ulubionych powieściopisarzy. Obok Amosa Oza i Miljenko Jergovicia. Tym razem sięgnęłam po "Ludzką skazę" (Wydawnictwo Literackie 2015; przełożyła Jolanta Kozak), ostatnią część cyklu zwanego trylogią amerykańską. Kto zna Rotha, ten wie, że w jego książkach znajdziemy wszystko to, czego oczekujemy od literatury nietuzinkowej, żeby nie powiedzieć wielkiej. Znakomitą opowieść, mięsistych bohaterów i tę wartość dodaną, która sprawia, że literatura nie ogranicza się tylko do story. Żadnych udziwnień, żadnego przerostu formy nad treścią, żadnych postmodernistycznych zabaw. Najwyżej, stara, dobra achronologia, mieszanie czasów, retrospekcje.

Akcja "Ludzkiej skazy" toczy się w roku afery Clinton - Levinsky, ale opowieść sięga, jak to zwykle u Rotha, znacznie głębiej - od czasów przedwojennych do wojny w Wietnamie. Narratorem, ale nie bohaterem, jak w całym cyklu, jest jedna z ulubionych postaci pisarza, też pisarz, Nathan Zuckerman. Rekonstruuje historię Colemana Silka, profesora literatury klasycznej, byłego, niezwykle zasłużonego, dziekana wydziału literatury jednego z prowincjonalnych uniwersytetów Nowej Anglii. Składa ją tak jak  puzzle, dopasowując do siebie strzępy prawdy, które odkrywa. Byli sąsiadami, na kilka miesięcy zostali przyjaciółmi, no może dobrymi znajomymi. A zaczęło się wszystko od afery. Coleman Silk został oskarżony o rasizm. To na amerykańskiej uczelni śmierć cywilna. Rzecz w tym, że ani rasistą nie był, ani nie powiedział nic rasistowskiego. Padł ofiarą poprawności politycznej, która bywa zbawienna, ale odarta ze zdrowego rozsądku doprowadza do sytuacji absurdalnych. Tak stało się w przypadku Colemana. Nie słuchano jego logicznych, zdroworozsądkowych, uzasadnionych wyjaśnień. Dano całkowitą wiarę czarnoskórej studentce, która nie pojawiła się ani razu na wykładach Colemana, za to poczuła się obrażona jego uwagą, którą uznała za rasistowską, chociaż jako nieobecna nie mogła jej usłyszeć. Jak mógł obrazić ją rasistowskim epitetem, skoro nie miał pojęcia, że jest czarna? Ten logiczny argument nie przekonywał nikogo. Nikt nie stanął w obronie Colemana Silka. Jego wrogowie z czasów, kiedy twardą ręką reformował wydział, wynosząc go na znaczącą pozycję wśród amerykańskich uczelni, znaleźli doskonałą okazję, aby się odegrać. Jego przyjaciele i ludzie, którzy wiele mu zawdzięczali, tchórzliwie milczeli. Nie znaleźli w sobie dosyć odwagi, aby zaprotestować. Roth opisuje znany mechanizm. Uleganie terrorowi większości, niesamodzielność myślenia, oportunizm, tchórzostwo. W rezultacie Coleman, urażony i zdradzony, opuszcza uczelnię i skazuje się na śmierć cywilną. Ukamienowany słowem rasista cierpi do tego stopnia, że nawet za nagłą śmierć żony obwinia swoich prześladowców. Dwa lata później przypomni o sobie, stanie się przyczyną obyczajowego skandalu. Dlaczego? Bo ośmieli się romansować z dużo młodszą od siebie sprzątaczką. Niby nic nikomu do tego. On wdowiec, ona rozwiedziona, a jednak świętoszkowaci hipokryci czują się zgorszeni. Że nikomu nie robią krzywdy? Że oboje odżyli? Że dobrze im razem? Cóż z tego. Porządni obywatele wiedzą lepiej. Wiedzą, że ją haniebnie wykorzystuje z racji swojej uprzywilejowanej pozycji. Pojawia się kolejne kamienujące słowo - mizogin. Ciekawe, co powiedzieliby porządni obywatele, gdyby poznali prawdę o Colemanie Silku? Gdyby odkryli jego największą tajemnicę? Tajemnicę, której nie znała ani jego żona, ani jego dzieci. Nie wolno mi jej zdradzić, mogę tylko napisać, że zbuntował się przeciwko własnemu losowi, który determinował jego przyszłość. Nie zgodził się na to, a że był człowiekiem zdolnym, upartym, konsekwentnym i nietuzinkowym, dopiął swego. Ale nic za darmo. Jego wybór każe zadać szereg pytań. Ile można poświęcić, aby zrealizować swój cel? Jakie konsekwencje rodzi dla najbliższej, niczego nieświadomej rodziny skrywana przez lata tajemnica? Jaką cenę się płaci? Czy warto? A może lepsza była droga, jaką obrał jego brat? Która jest uczciwsza? Która trudniejsza? Czy Coleman nie poszedł na łatwiznę? Czy dokonując takiego wyboru, nie wyparł się siebie? Na ile determinują nas nasze korzenie? Ale jednocześnie wybór  Colemana obnaża stereotypy i uprzedzenia, jakimi kierują się społeczeństwa. Pokazuje, ile są warte.

Powieść Rotha porusza jeszcze wiele innych problemów. Ważny jest wątek wojny w Wietnamie. Pisarz pochyla się nad grupą weteranów, którzy wzajemnie się wspierają. Opowiada, jak spustoszyła ich wojna. Jak są rozgoryczeni, nierozumiani i wyobcowani, jak czują się porzuceni przez społeczeństwo. Jak ofiarą ich traum padają ich najbliżsi. Kto nie przeżył, nie zrozumie. Inny ważny temat powieści to rasizm. Historia czarnej społeczności, segregacja rasowa i powolne odzyskiwanie należnych im praw. Konsekwencją nierówności są między innymi pułapki politycznej poprawności, których ofiarą pada Coleman. "Ludzka skaza" jest też tak zwaną powieścią kampusową. Jej akcja toczy się w zamkniętej społeczności uniwersyteckiej. Pokazuje napięcia między pracownikami, zawiści, różnicę poglądów, ścieranie się starego z nowym, konserwatyzm środowiska, opór przed zmianami. Roth zahacza też o feminizm, zderza tradycję i mentalność amerykańską z europejską (francuską).  A że to część trylogii amerykańskiej, tłem historii bohaterów opisanych w "Ludzkiej skazie" są przemiany obyczajowe, społeczne i cywilizacyjne, jakie zaszły w Stanach. Ernestyna, postać epizodyczna, ale ważna, wygłasza swoisty lament nad współczesną Ameryką. Nie ma już dawnego świata. Są zmiany dobre, dostrzega to, ale są i złe. Wszystko jest brzydsze, tandetniejsze, dawne więzi zostały zerwane, nie zastąpiły ich nowe, wszystko jest płynne, kryteria i zasady zastąpiono opiniami. Ernestyna dostrzega to, żałuje, ale przyjmuje świat, jaki jest, bo co jej pozostaje. Odnajdziemy w jej monologu żal, smutek i melancholię. Czy to credo pisarza? Nie umiem jednoznacznie stwierdzić.

Zakończę kategoryczną konkluzją - "Ludzka skaza" Philipa Rotha to lektura obowiązkowa.

środa, 20 lipca 2016
Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Znowu sięgnęłam po Myśliwskiego. Pewnie nie nastąpiłoby to tak szybko, gdybym od roku nie była szczęśliwą posiadaczką czytnika. [Uwaga! Teraz nastąpi pean na cześć czytnika, kto nie ma ochoty czytać, niech przejdzie od razu do drugiego akapitu, gdzie już będzie na temat.]  Tak, tak, szczęśliwą. Nie należę do tych malkontentów, dla których liczą się tylko książki papierowe. Nie powiem, żebym je całkowicie zarzuciła, mam jeszcze spory zapas na półce książek oczekujących, no i co jakiś czas coś kupuję. A to ze względu na zdjęcia, a to bo nie ma ebooka, a to wpadnie coś w taniej książce, no i obiecałam sobie, że najważniejszych dla mnie autorów, Amosa Oza, Miljenko Jergovicia i Philipa Rotha, będę czytać w tradycyjnej formie. Pewnie, że żal mi trochę, iż półki z kolorowymi grzbietami z Czarnego nie powiększą się, ale co robić, kiedy miejsca na nowy regał brak, a tytułów, których mogę się pozbyć, po kilku remanentach zostało już niewiele. Chociaż nie wyobrażam sobie mieszkania bez książek, to nie jestem jednak zwolenniczką zastawiania nimi każdej wolnej przestrzeni. Czytnik to znakomita alternatywa dla braku miejsca, poza tym jest naprawdę wygodny! No i tak się jakoś porobiło, że urosła mi już w nim w ciągu tego roku spora wirtualna półka książek oczekujących, a to za sprawą promocji, z których nauczyłam się korzystać, a jest ich na ebooki naprawdę dużo. Dlatego niekoniecznie kupuję to, co najnowsze, ale to, co od dawna tkwi na mojej liście książek, które chciałabym kupić, a akurat trafia się po okazyjnej cenie. I tak wpadły w moje ręce dwie starsze powieści Myśliwskiego, a że miałam akurat ochotę na porządną prozę, pewniaka, na którym się nie zawiodę, sięgnęłam po "Kamień na kamieniu" (Znak 2008). I jeszcze jedno,  początkującym czytnikowiczom polecam świetną stronę Świat Czytników.

No a teraz będzie już tylko o Myśliwskim. Jak wspomniałam, miałam ochotę na pewniaka, no i nie zawiodłam się. Rozumiem, że pewnie nie każdy go lubi, może kogoś zniechęca temat (ze mną też tak było), może kogoś chaos (tylko pozorny) wynikający z gawędziarskiego charakteru jego prozy, ja śmiało mogę wyznać, że go uwielbiam. Właśnie za gawędę i mistrzowskie operowanie językiem. Jak bardzo go podziwiam i bardzo zazdroszczę językowego słuchu i językowej wirtuozerii! Czytanie tej prozy to naprawdę literacka przyjemność, żeby nie napisać rozkosz. A kto Myśliwskiego jeszcze nie poznał, niech przynajmniej spróbuje i nie zniechęca się. Jakiś czas temu przeczytałam wyznanie jednego z tłumaczy pisarza, który stwierdził, że właśnie "Kamień na kamieniu" był dla niego wielkim przeżyciem, wstrząsnął nim, a może nawet jakoś przeorał (to ostatnie może być projekcją mojej niedoskonałej pamięci). Nie wyjaśniał dlaczego. Jeśli miał na myśli jakieś dojmujące doznanie metafizyczne, to nie stało się ono moim udziałem, a nie powiem, byłam ciekawa, czy coś takiego mi się przytrafi. Jeśli  myślał o wstrząsających, przejmujących scenach, to tak, jest ich tu trochę.

"Kamień na kamieniu" to, podobnie jak "Widnokrąg" i "Traktat o łuskaniu fasoli", monolog głównego bohatera. Pewnie (piszę pewnie, bo znam tylko te trzy książki) Myśliwski to autor jednej powieści. Ma swój rozpoznawalny styl, język i konstrukcję. To monolog-gawęda. Jak to gawęda jest niechronologiczna, dygresyjna, podporządkowana logice słowa mówionego. Każdy rozdział to wyjście od jakiegoś konkretu, jakiejś sprawy czy historii, a potem hulaj dusza, piekła nie ma, narrator skacze od skojarzenia do skojarzenia. Sprowadza nas w głąb swej pamięci, w głąb czasu. Ale to oczywiście chaos tylko pozorny, doskonale kontrolowany, a może okiełznany, przez autora. Bo z  każdym rozdziałem krąg poznania rozszerza się, aż w końcu poznajemy historię bohatera w całości. Ma też Myśliwski swój temat. To wieś, ale i styk miejskiego z wiejskim. Bo niektórzy  bohaterowie ze wsi uciekają. Na studia, do szkoły, do pracy. Rozpoznamy w jego powieściach pewne stałe motywy. Historie rodzinne, relacje rodzice - dzieci, poszukiwanie miłości, dorastanie, wojna, nieuchronny upływ czasu i zmiany. Stary świat przemija, pozostaje tylko w pamięci. "W kamieniu na kamieniu" symbolem takiej nieodwracalnej zmiany jest droga prowadząca przez wieś. Niegdyś bita, wysadzana drzewami, łączyła, bo była przyjazna. Stanowiła okno na świat, gdzie przysiadało się przed domem na ławeczce i przyglądało się idącym, jadącym (oczywiście drabiniastym wozem), zagadywało się, wymieniało uwagi, poplotkowało, pomędrkowało. Potem ta sama droga zaczyna dzielić. Odkąd ją wyasfaltowano, odkąd stała się drogą przelotową, rozcięła wieś, utrudniła życie, stała się nawet przyczyną tragedii głównego bohatera. Skończyły się sąsiedzkie pogawędki. Napisałam o tym, co wspólne dla Myśliwskiego, ale przecież każda jego powieść to krwista, odmienna historia, pełna znakomicie nakreślonych bohaterów i pełna mikro opowieści.

Bohaterem "Kamienia na kamieniu" jest Szymek Pietruszka. I choć wcale nie miał ochoty zajmować się ziemią, i nie był szykowany na dziedzica, to jednak właśnie on musi w końcu zająć się ojcowizną, chociaż ma trzech braci. A nie było to jego marzeniem, ba, pracy przy żniwach zawsze nienawidził. Bo ciężka. Dwaj bracia wyfrunęli do miasta i rzadko wracają, a kiedy już przyjadą, to nie czują się w rodzinnej chałupie u siebie. Krytykują i kręcą nosem. Miastowi. Trzeci też wyjechał, ale potem wrócił w tragicznych okolicznościach i pożytek z niego żadnego. Szymek Pietruszka to postać barwna. Targana namiętnościami, gwałtowna, zapalczywa. Jest twardy, stanowczy, uparty, umie postawić na swoim, ale umie też przyjąć los i pogodzić się z rzeczywistością, bo jak mówi: "Trza żyć (...), trza żyć. Bo co jest lepszego?" Świetny tancerz, hulaka i zabijaka, obiekt westchnień wielu panien, ale nigdy się nie ożenił, bo zawiódł się głęboko na swojej wybrance. W czasie wojny partyzant. Jego sława jako niezwyciężonego trwa jeszcze długo. To właśnie historie wojenne są tak bardzo wstrząsające. Logika gawędy powoduje, że śmiech i makabra sąsiadują ze sobą. Narrator bez trudu przechodzi od tego, co zwyczajne, zabawne, do tragicznych wojennych zdarzeń. Chociaż westchnie, zaduma się, to pogodzony jest z tym, co się zdarzyło. Było, minęło. Taki był czas, że się walczyło, zabijało, kochało, śmierci się nie bało. Mogła przyjść w każdym momencie. Ta melancholia, zgoda na to, co los przyniesie, świadomość, że życie to raczej trud, a szczęścia w nim niewiele, ot trochę chwil radości, którymi trzeba się cieszyć, świadomość, że i tak wszystko skończy się śmiercią, towarzyszy bohaterom powieści cały czas. Można to nazwać życiową mądrością, można fatalizmem. Pewnie dlatego motywem przewodnim opowieści Szymona Pietruszki jest pomysł zbudowania rodzinnego grobu, gdzie zbierze się całą rodzinę. Rodziców, braci, ich żony i siebie. To z tej opowieści wyrasta większość pozostałych, to do niej narrator stale powraca. Bohater "Traktatu o łuskaniu fasoli" był jak trzcina na wietrze, wszystko, co mu się w życiu zdarzało, było raczej przez przypadek, niż wynikało z jego woli, brał, co mu los dawał. Bohater "Widnokręgu" przeciwnie, świadomie kierował swoim losem. Szymek Pietruszka zmaga się z życiem, ma drobne marzenia, sam o sobie decyduje, ale rozumie, że nie wszystko od niego zależy i nie wszystko może mieć. Wie, kiedy odpuścić i pokornie przyjąć swój los.

Książki Myśliwskiego trzeba czytać. Są tak bogate, tak mądre, tak poruszające, ale i śmieszne, tak skrzą się wspaniałym językiem, że trudno oddać ich wielkość, w tej z konieczności krótkiej  blogowej notce (nawet jeśli jest długa, a nawet skandalicznie za długa jak na wymogi gatunku). Zakończę więc wezwaniem: Czytajcie Myśliwskiego!!! Powiedzieć, że to literacka przyjemność, to nic nie powiedzieć. To literacka rozkosz! (Aluzja do ulubionej frazy jednego z tuzów naszej literatury zamierzona.)

środa, 13 lipca 2016
Saul Bellow "Dar Humboldta"

Mam z tą książką kłopot. Słyszałam o niej, kiedy się ukazała. Same zachwyty, że dzieło wybitne, że ważne. Nie dziwiło mnie to, w końcu pisarz uznany, noblista. Chciałam ją wtedy kupić, ale odstraszyła mnie cena. Potem wielokrotnie sobie o niej przypominałam, wpisałam nawet na listę książek, które chcę przeczytać, ale w morzu innych lektur gdzieś mi uciekała. Wreszcie kilka lat temu sięgnęłam po inną powieść Bellowa, świeżo wydaną "Ofiarę", która również zbierała znakomite recenzje. I rzeczywiście książka okazała się świetna, miała wyraźnie zarysowany dylemat moralny dręczący głównego bohatera. Znowu przypomniałam sobie o "Darze Humboldta" i tak stale mając go gdzieś z tyłu głowy, sięgałam po kolejne książki. Aż tu nagle tej wiosny (tej oznacza wiosnę 2014, letni remanent trwa) natknęłam się na niego w mojej ulubionej taniej książce. Leżał sobie wśród innych pozycji na ladzie i czekał na mnie, a że jest sporych rozmiarów, nie sposób go było nie zauważyć. W taki sposób stał się moją własnością za śmieszną kwotę 12 złotych. Niedługo czekał na swoją kolej, bardzo byłam go ciekawa i tak oto wreszcie po kilku latach od wydania przeczytałam "Dar Humboldta" Saula Bellowa (Czytelnik 2011; przełożyli Krystyna Tarnowska i Andrzej Konarek). 

Jak wspomniałam na początku mej notki, mam z tą powieścią kłopot. W żadnym wypadku nie mogę powiedzieć, aby mi się nie podobała, abym żałowała lektury, ale po poruszającej "Ofierze" wydała mi się nieco rozczarowująca. Owszem, czyta się na ogół gładko, ale nie umiem dotrzeć do sedna. A przecież na pewno musi być tu coś więcej niż wartka, momentami wręcz szalona i zabawna akcja! Myślę, że brakuje mi backgroundu. Żeby naprawdę wgryźć się w tę powieść, trzeba by lepiej znać historię Stanów, więcej wiedzieć o procesach społecznych, atmosferze, być może o prądach artystycznych, po prostu lepiej znać historię Ameryki z czasów, kiedy rozgrywa się akcja powieści (zaczyna się jeszcze przed druga wojną, kończy mniej więcej w latach siedemdziesiątych). Dlatego mam wrażenie, że ślizgam się tylko po powierzchni, a to, co istotne, gdzieś mi umyka. Teraz, kiedy zwierzyłam się z moich rozterek, kiedy przyznałam się do bezradności, kiedy obnażyłam swoje dyletanctwo, czas wreszcie przejść do konkretów, do mojej niedoskonałej recepcji powieści, za którą Bellow dostał Pulitzera.

O czym jest "Dar Humboldta"? Jak go rozumiem? To historia dwóch pisarzy, starszego, poety Humboldta Fleishera, i młodszego, zafascynowanego nim Charliego Citrine'a. Opowieść o  ich przyjaźni i artystycznej fascynacji młodszego starszym. Na pierwszym planie pozostaje jednak Charlie Citrine. To on jest narratorem, to on, zwracając się od czasu do czasu wprost do czytelników, snuje opowieść o swoim życiu i karierze, a że Fleisher odegrał w nim wielka rolę, siłą rzeczy jest stale punktem odniesienia. Kiedy Charlie był młodym, nie mającym grosza przy duszy chłopakiem, Humboldt cieszył się już sławą, jakbyśmy to dziś powiedzieli, kultowego poety. Wielbiący jego poezję Charlie jedzie do Nowego Jorku na spotkanie z nim. Fleisher to guru literackiego światka. Pełno wokół niego literatów i artystów, spotykają się w kawiarniach, dyskutują, balują. Citrine zostanie dopuszczony do tego towarzystwa, odtąd losy sławnego poety i marzącego o literackiej karierze chłopaka splotą się ze sobą. Będą się przyjaźnić i nienawidzić. Fleisher jest zajadłym dyskutantem, człowiekiem bardzo barwnym, wielbionym, ale też niezwykle trudnym w codziennym życiu. Zazdrosny o żonę do granic paranoi, nie stroni od alkoholu i innych używek, gwałtownik i tyran nie znoszący sprzeciwu. Żyje dawną sławą, niczego więcej już nie dokonał. Skłócony ze środowiskiem, skazany na samotność, popada w biedę i zapomnienie.

Gwiazda Humboldta przygasa, a Charliego Citrine'a wschodzi. Robi literacką karierę i pieniądze, które zawdzięcza sztuce wystawionej na Broadway'u, a potem sfilmowanej. Charlie cynicznie i szczerze nią pogardza. Przerobiona pod dyktando producenta przyniosła mu fortunę. Poznajemy go w momencie, kiedy jego kariera zwolniła i nieco przygasła. Nadal jego nazwisko robi wrażenie, ale od dawna niczego ważnego już nie stworzył. Goniąc za pieniędzmi, a potem je trwoniąc, oddając się uciechom życia, dokonując fatalnych życiowych wyborów, wikłając się w dziwne znajomości, popada w niezłe tarapaty. Jest naiwny, buja w obłokach, daje się wodzić za nos rozmaitym hochsztaplerom, kobiety go wykorzystują i tak rozmienia swoje życie na drobne. Gnębiony wyrzutami sumienia wobec nieżyjącego od dawna przyjaciela, ścigany przez byłą żonę, która bez przerwy się z nim procesuje, dociskany przez sąd, bez pieniędzy, ratunku szuka w antropozofii i ezoteryce. Historia Charliego Citrine'a obfituje w rozmaite zbiegi okoliczności, wariackie awantury, nieprawdopodobne przygody. Stale popada w kłopoty, z których usiłuje się jakoś wydobyć, angażuje w interesy z góry skazane na przegraną, ale on naiwnie wierzy, że zapewnią mu fortunę. Jego życie przypomina film, którego bohater na własne życzenie sprowadza na siebie rozmaite nieszczęścia.

Czyta się te opowieści bardzo dobrze, bo są momentami zwariowane i zabawne. Ale przecież nie o to chodzi. Nie możemy zatrzymać się na barwnej akcji, nie w tym wypadku, musimy sięgnąć w głąb. O czym więc naprawdę jest powieść Bellowa? O zmarnowanych talentach, o zdradzonej przyjaźni, o upadłych autorytetach, o samotności, a przede wszystkim o zwycięstwie pokusy nad sztuką. Dlaczego Charlie Citrine zatrzymał się w pół drogi i zmarnował literacki talent? Bo skusiły go łatwe pieniądze, omamił blichtr, obracanie się w towarzystwie polityków, zaszczyty i sława. O ile Fleisher wierzył w powinność artysty, o tyle dla Charliego literatura jest środkiem do wygodnego, barwnego życia. Ameryka, kapitalizm, liberalizm wystawiają artystę na próbę, oferują tyle pokus, że sztuka przegrywa.

Tak odczytałam tę historię. Mam jednak stale wrażenie, że jest tu coś jeszcze, coś, czego nie umiem odnaleźć, bo za mało wiem. Oczywiście warto po "Dar Humboldta" sięgnąć, ale na pewno jeszcze bardziej po "Ofiarę". Jest zwarta, nierozgadana, poruszająca i dotyka uniwersalnych, ważkich zagadnień etycznych. Tak czy inaczej do Bellowa chciałabym jeszcze kiedyś wrócić.

środa, 06 lipca 2016
Stanisław Rembek "Ballada o wzgardliwym wisielcu"

Dostałam tę książkę kilka lat temu od bliskiej mi osoby. Z komentarzem, że warto, że bardzo ciekawa i żebym koniecznie przeczytała mimo mojej niechęci do opowiadań. Wzięłam i odłożyłam na półkę książek oczekujących na swoją kolej. Moje upodobanie dla form dłuższych z góry stawiało ją na na przegranej pozycji. Od jakiegoś czasu przekonuję się jednak do opowiadań, czemu kilkakrotnie dawałam w tych notkach świadectwo, ale "Ballada o wzgardliwym wisielcu oraz dwie gawędy styczniowe" Stanisława Rembeka (Biblioteka Polityki; daty wydania brak) wciąż leżała na półce. Aż tu ostatnio (ostatnio to w tym wypadku dwa lata temu; o notce przypomniałam sobie, robiąc wakacyjne remanenty) sama wpadła mi w ręce, dosłownie. Pomyślałam, że dam jej szansę, bo właśnie po mojej ostatniej, postmodernistycznej, lekturze (chodziło chyba o "Nie dochodzą listy nienapisane" Michaiła Szyszkina) miałam ochotę na prozę tradycyjną.

Kto zacz Stanisław Rembek? A jego "Ballada"? Czytelniku tej notki, nie musisz oblewać się rumieńcem wstydu, jeśli nazwisko autora nic ci nie mówi. Jeżeli jesteś miłośnikiem filmu, być może oglądałeś "Wyrok na Franciszka Kłosa" zrealizowany kilka lat temu przez Andrzeja Wajdę chyba dla telewizji (ostatnio krążył po różnych filmowych kanałach). To też Rembek (1901-1985), pisarz zapomniany, pisarz-pechowiec. Mimo że jest autorem znakomitych książek, mało kto dziś te książki czyta. Po przeczytaniu "Ballady o wzgardliwym wisielcu" jestem skłonna przyznać rację komuś, kto pisał te słowa zamieszczone na okładce książki. Może nie jest to rzecz znakomita, ale bardzo dobra na pewno. Jednym słowem warta lektury.

Trzy dość obszerne opowiadania łączy temat - powstanie styczniowe. To wtedy toczy się ich akcja. Jeśli ktoś pomyśli, ale nudziarstwo, popełni wielki błąd. Dlaczego warto sięgnąć po zapomniane opowiadania zapomnianego pisarza? Nie tylko dlatego, że są świetnie napisane. Że to proza mięsista, taka ze znakomicie nakreślonym tłem, głębokimi, zniuansowanymi, ciekawymi portretami bohaterów, realistycznymi opisami. Proza, którą się czyta, proza, która wciąga od pierwszej do ostatniej linijki. To wszystko ważne, ale równie istotny jest temat - powstanie styczniowe. Rembek na kartach swojej książki ożywia pojęcie z podręcznika historii, wyciąga je z historycznego magazynu. Czytelnik za jego sprawą przenosi się w sam środek tamtych wydarzeń. I nie jest to obraz krzepiący. Oglądamy powstanie najpierw z perspektywy warszawskiej (to opowiadanie pierwsze). Frakcyjne walki, polityczne gierki, w których gdzieś gubi się sama idea. I nie liczy się człowiek. Gdybyż jeszcze poświęcano go z powodów ideowych. Ale tu chodzi tylko o partykularne, niskie rozgrywki. Dwa kolejne opowiadania przenoszą czytelnika na prowincję. Co ciekawe ich narratorami są Rosjanie walczący w carskiej armii. Zdarzenia poznajemy z ich perspektywy. Ale nie to wydało mi się najciekawsze. Największe wrażenie zrobiły na mnie historie zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w kleszczach historii albo losu. Terroryzowani przez obie strony, powstańców i rosyjską armię. Zginąć mogą z rąk jednych i drugich. Strach sieją Rosjanie bez litości wieszający za współpracę z powstańcami, właściwie wystarczy tylko samo  podejrzenie. Ale i powstańcze, często już zdegenerowane, oddziały wymierzają sprawiedliwość. Obie strony w bezlitosny sposób wymuszają na drobnych kupcach i wieśniakach aprowizację, dlatego głód, bieda, niedostatek to kolejne plagi gnębiące miejscową ludność. Z początkowego patriotycznego entuzjazmu niewiele już pozostało. Powstanie dogorywa, a cena, jaką przyszło zapłacić powstańcom i tym, którzy do powstania nie poszli, jest straszna. A przecież najgorsze ma dopiero nadejść, ale o tym bohaterowie tych opowiadań jeszcze nie wiedzą.

Osobne miejsce zajmuje w tym zbiorze opowiadanie pierwsze, o którym już wspominałam. Historia Polaka, prokuratora współpracującego z powstańcami, jest przejmująca. Nagle przez złośliwy los zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia, a wszystko dlatego, że chciał postąpić uczciwie. Nikt nie rozumie jego dylematu, każdy lekceważy jego opory. Poczucie zagrożenia, schwytania w sidła losu narasta. Realistyczny opis jego duchowych mąk miesza się z onirycznymi wizjami. Aż do zaskakującego finału.

A kto zasmakuje w tej prozie, niech sięgnie też po "Wierną rzekę" Żeromskiego. Wiem, wiem, to w powszechnej opinii ramota i nudziarstwo, ale zapewniam, że tak nie jest. Naprawdę warto spróbować. I tu obraz powstania jest przerażający. Mężczyźni poszli walczyć, a w domach zostały kobiety i starcy. I to oni, a właściwie one, muszą sobie jakoś radzić. Z głodem, niedostatkiem, z bezustannymi najazdami rosyjskich oddziałów. Samotne i samodzielne.

A komu nudny wydaje się temat powstania styczniowego, może potraktować oba teksty uniwersalnie. To opowieści o okrucieństwie wojny.

środa, 29 czerwca 2016
"Blokada"
To nie jest miły film na lato. Z jego ciężkiej, dusznej, klaustrofobicznej atmosfery trudno się po seansie otrząsnąć. Nie ogląda go się łatwo, bo bardzo szybko orientujemy się, że nie wiadomo, co przydarza się bohaterom naprawdę, a co jest tylko projekcją ich lęków. Wszystko rozgrywa się na pograniczu jawy, snu i chorej od strachu wyobraźni, czasem nieoczekiwanie pojawiają się tony groteskowe. Tak jest do ostatniej sceny. Właściwie, gdybym wcześniej o tym wszystkim wiedziała, pewnie nie wybrałabym się do kina, bo to nie do końca moja bajka. A jednak nie żałuję. Mimo drobnych zastrzeżeń, film jest trochę za długi i w pewnym momencie zaczyna nużyć powtarzalnością, uważam, że należy "Blokadę" obejrzeć. Przygnębiający nastrój potęguje scenografia. Akcja toczy się na obrzeżach wielkiego miasta, często nocą. Gdzieś w tle majaczą wielkie, szklane wieżowce przywołujące na myśl inne życie, ale tu straszą dziurawe ulice, byle jakie, bałaganiarskie domy, sterty śmieci, gruzu, odpadków, połacie wolnej, ale raczej odpychającej niż miłej przestrzeni. To Stambuł. Chociaż to film turecki wyrastający z tamtych niepokojów, to jest też zarazem bardzo uniwersalny. Przywodzi na myśl jakiś apokaliptyczny świat, wizję nieodległej przyszłości. A w planie realnym to opowieść o Kadirze, który dwa lata przed zakończeniem dwudziestoletniej odsiadki, zostaje zwolniony z więzienia pod warunkiem współpracy z policją. Ma być wykorzystany w tajnej akcji. Jak już wspomniałam, warto "Blokadę" obejrzeć, mimo że jest filmem ciężkim, przygnębiającym, mrocznym i niełatwym. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 22 czerwca 2016
"Wojna". I trochę o "Skarbie".
Ostatnio znowu chodzę do kina z opóźnieniem. Nadrobiłam zaległości i obejrzałam rumuński "Skarb" i duńską "Wojnę". To ma być notka o tym drugim filmie, ale nie mogę powstrzymać się od pewnej refleksji. Obejrzałam jak zwykle Tygodnik Kulturalny, ostatni przed wakacyjną przerwą, gdzie "Skarb" wychwalano pod niebiosa, a nad "Wojną" kręcono nosami. Warto, warto, ale ... Tymczasem ... Tymczasem ja chociaż "Skarb" obejrzałam z przyjemnością, stanęłam wobec niego bezradna. Jakoś nie umiałam go ugryźć. O czym tu pisać? Nie lubię takich sytuacji. Jeszcze bardziej się zirytowałam, kiedy po przeczytaniu recenzji na stronie Kina, pomyślałam - No tak, tak, oczywiście, racja, dlaczego na to nie wpadłam? Nie mogę przecież powielać tu refleksji, z którymi się zgadzam, ale które moje nie są, więc "Skarb" polecam, a kto widział, niech przeczyta mądrzejszych ode mnie. Tylko uwaga - to nie jest komedia ani film przygodowy. Niewiele się dzieje, głównie się gada. Zupełnie inaczej rzecz ma się z duńskim filmem poruszającym problemy i dylematy związane z wojną (chodzi o Afganistan). Film bardzo mi się podobał, zmusił do rozmyślań, poruszył. Ja, zwyczajny widz, nosem nie kręcę, nie mam żadnych zastrzeżeń, chłonęłam ten film emocjami. Czytelniku tej notki, nie słuchaj krytyków, którzy każdy obraz biorą pod lupę i dlatego dostrzegają nawet najdrobniejszą rysę, tylko obejrzyj "Wojnę", bo warto. A kto już widział, może czytać dalej.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47