Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
Letnie filmowe remanenty (II) - "Dunkierka", "Twój Vincent"

Ciąg dalszy filmowych wakacji, czyli nadrabiania zaległości, a to wszystko dzięki mojemu ulubionemu kinu (Więcej na ten temat w przydługim wstępie w poprzednim wpisie z tego cyklu). Tym razem obejrzałam dwa hity - "Dunkierkę" i "Twojego Vincenta".

Do mającej bardzo dobre recenzje i sukces frekwencyjny "Dunkierki" przymierzałam się kilkakrotnie, wahałam się, zastanawiałam, jak mi się to czasem zdarza. A że z kinem komercyjnym od dawna mi nie po drodze, w końcu nie poszłam. No ale za osiem złotych w czasie letniej kanikuły? Żal taką okazję zmarnować. "Dunkierka" jest rzeczywiście znakomicie zrobiona. Akcja rozgrywa się na trzech planach - na miejskich plażach, gdzie na ewakuację oczekują brytyjscy i francuscy żołnierze, na morzu i w powietrzu. Film trzyma w napięciu, ma świetne zdjęcia i zapierające dech w piersiach sceny powietrznych pojedynków czy nalotów na plaże. Nie mniej emocjonujące i straszne są widoki zatapianych okrętów. Tak bardzo dałam ponieść się emocjom, że w pewnym momencie stwierdziłam, iż chyba nie potrafię dotrwać do końca. A przecież doskonale znam reguły gatunku, więc wiedziałam, że większość głównych bohaterów przeżyje, no ale przecież ktoś zginąć musi. Oczywiście z kina nie wyszłam. Uwagi zgłaszam dwie. Pierwsza - może wstyd się przyznawać, ale nieco mylili mi się dwaj główni bohaterowie i niestety nie bardzo potrafiłam odróżnić od siebie samoloty, które brytyjskie, które niemieckie, a to rzecz podstawowa. No ale winy twórców w tym pewnie nie ma. Druga uwaga - patetyczne i ckliwe zakończenie. Tego nie znoszę. Ale oczywiście największą wartością "Dunkierki" jest wydobycie z niepamięci nieprawdopodobnej operacji z czerwca 1940 roku, kiedy to dzięki pospolitemu ruszeniu brytyjskich jachtów, stateczków wycieczkowych, kutrów i tym podobnych jednostek z plaż Dunkierki udało się ewakuować ponad trzysta tysięcy żołnierzy. Większość angielskich z Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego, reszta to Francuzi. Obie armie były spychane przez niemieckie wojska w stronę morza, zostały wzięte w kleszcze, żołnierzom groziła śmierć albo w najlepszym razie niewola. Tragedia polegała też na tym, że gdyby armia brytyjska straciła tylu ludzi, Wielka Brytania stałaby się bezbronna. Dlaczego do ewakuacji posłużono się pospolitym ruszeniem lekkich, małych jednostek? Bo wielkie okręty wojenne nie mogły przecież podpływać na samą plażę, tylko do mola czy falochronu. W ten sposób udałoby się uratować nielicznych. Były też oczywiście celem ataków z powietrza. Kiedy zaczynała się ta brawurowa, pełna poświęcenia, nieprawdopodobna akcja, Churchill liczył, że uda się ewakuować około pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Skala przerosła najśmielsze oczekiwania. Te informacje, które zdobyłam po wyjściu z kina, bo oczywiście nie z "Dunkierki" tego się dowiedziałam, są wartością, którą dzięki filmowi zyskałam. Plus świadomość, co widać na ekranie, ilu ludzi zginęło w czasie tej operacji. Nie tylko żołnierzy, ale też lekarzy, pielęgniarek, kobiet służących w jednostkach pomocniczych i ochotników prowadzących swoje jachty czy kutry. Cierpienie, przerażenie, panika, śmierć.

A teraz o "Twoim Vincencie". Dlaczego nie poszłam do kina wcześniej na obsypany nagrodami i mający świetne recenzje film? Bo jest animowany. Wiem, to głupie i nieprofesjonalne, żeby mieć uprzedzenie do animacji tylko dlatego, że kojarzy się z kinem dla dzieci. Ale tak mam i trudno mi się przełamać. A z "Twojego Vincenta" wyszłam zachwycona! To film, który budzi zachwyt na wielu poziomach. Po pierwsze życie van Gogha przestaje być białą plamą. Podziwiamy jego obrazy, ale co o nim wiemy? Że odciął sobie ucho i miał opinię szaleńca. Najczęściej tyle. Tymczasem film Doroty Kobieli i Hugha Welchmana, którego akcja wprawdzie toczy się już po śmierci malarza, opowiada o jego życiu. Dowiadujemy się, jak tragicznie żył i jak wielkie znaczenie miała dla niego sztuka. Chociaż doceniany przez innych artystów, był zupełnie nieznany. Za życia sprzedał tylko jeden obraz! Utrzymywał go brat, który nie był przecież zamożnym człowiekiem. Charakter miał niełatwy i cierpiał na psychiczne problemy. To w skrócie. Aby zainteresować widza, twórcy posłużyli się kryminalną intrygą. Akcja toczy się już po samobójczej śmierci malarza, ale główny bohater, który ma doręczyć bratu van Gogha odnaleziony list, zaczyna podejrzewać, że malarz został zastrzelony i chce rozwiązać zagadkę jego śmierci, a przy okazji coraz więcej się o nim dowiaduje. Rzeczywiście pojawiła się taka teoria, ale znawcy życia malarza raczej ją dyskredytują. Kryminalna zagadka to oczywiście druga zaleta filmu, który  dzięki niej trzyma w napięciu. Kolejny zachwyt to oczywiście wspaniała plastyczna forma. Wiele scen i kadrów to przeniesione na ekran obrazy malarza, inne zostały trochę przekształcone, pozostałe techniką nawiązują do malarstwa van Gogha. Dlatego na ekranie pojawiają się postacie z jego obrazów, najczęściej ludzie, których znał. To oni są bohaterami filmu. Żyją, stają się postaciami z krwi i kości, przejmujemy się ich losem, podobnie jak życiem samego artysty, który na ekranie pojawia się tylko we wspomnieniach. Retrospekcje wykonane zostały inną techniką, nie nawiązują do malarstwa van Gogha, są czarno-białe. I wreszcie zachwyt ostatni połączony z podziwem dla twórców. To sposób, w jaki film powstał, i determinacja, aby udało się go zrobić. Dorota Kobiela, absolwentka ASP, zafascynowana van Goghiem, początkowo chciała zrobić o nim krótki kilkuminutowy film. Miała zamiar namalować go sama, wtedy byłoby to możliwe. Potem pomysł, między innymi dzięki współtwórcy, rozrósł się. Efekt oglądamy na ekranie. Ile determinacji wymagało zgromadzenie funduszy, przekonanie, że warto zainwestować w taki film, że ktoś go obejrzy! Ile benedyktyńskiej pracy zrobienie go! Przy malowaniu pracowało ponad stu malarzy, początkowo tylko z Polski i Ukrainy, potem już, trochę przez przypadek, z wielu krajów. Najpierw w studiu nakręcono wersję z aktorami, potem film został namalowany. Rozpisałam się, wystarczy. Kto ciekawy, niech poszuka sobie w internecie wywiadów z Dorotą Kobielą i innymi osobami. Sporo ich  ukazało się przy okazji premiery "Twojego Vincenta". Tam znacznie więcej szczegółów. Piękny, wzruszający i trzymający w napięciu film. Ja jestem zachwycona!

 

środa, 15 sierpnia 2018
Indochińskie lektury (II) - Michael Herr "Depesze"

Druga z moich indochińskich lektur - "Depesze" Michaela Herra (Karakter 2016; przełożył Krzysztof Majer). Kiedy docierałam do niej w moim czytniku, zawsze wpadałam w popłoch, bo uświadamiałam sobie, jak rośnie góra zaległości. Kiedyś była nowością, potem wiecznym wyrzutem sumienia. Wreszcie ją przeczytałam, co nie zmienia faktu, że takich pozycji na mojej wirtualnej półce stale przybywa. A przecież jest jeszcze ta druga, prawdziwa, drewniana! No ale do rzeczy.

"Depesze" to opowieść o wojnie w Wietnamie. Zapis wspomnień, spotkań z ludźmi, refleksji, atmosfery. Michael Herr w latach 1967-1969 był korespondentem wojennym amerykańskiego pisma Esquire. To gazeta lifestylowa, publikowali w niej wybitni amerykańscy pisarze - Hemingway, Capote, Steinbeck. Herr, rocznik 1940, nie należał oczywiście do ich grona, był wolnym strzelcem, zdarzało się, że korespondencję publikowano mu po kilku miesiącach. Wspominam o tym, bo to ważne w kontekście książki. Autor w rozdziale poświęconym swoim kolegom dziennikarzom, którzy jak on byli wtedy w Wietnamie, pisze o tym, jakie zdumienie wywoływała wśród żołnierzy wiadomość, dla jakiego pisma pracuje. Jeszcze ważniejsza jest jego refleksja dotycząca tego, jak wiele najrozmaitszych gazet z całego świata wysyłało do Wietnamu swoich korespondentów. Tylko po co, skoro po latach wojny temat znużył czytelników i, o ile nie wydarzyło się coś spektakularnego, korespondencje stamtąd lądowały na dalekich stronach. Tak jest zresztą zawsze. Wojna w Syrii już dawno znudziła media i nas. Przywykliśmy, bo ileż można. A tam stale giną ludzie.

Przemyślenia na temat roli i kondycji korespondenta wojennego to jeden z ważniejszych tematów książki Herra, może też najciekawszy. Szczery i zaskakujący. Bo autor ostatecznie przyznaje, że chociaż korespondenci, którzy jechali na front, a nie siedzieli tylko w Sajgonie, narażali życie, widzieli rzeczy straszne, obcowali z bólem i śmiercią, jednocześnie jarali się wojną, że użyję tu tego kolokwializmu, który w tym miejscu wydaje mi się bardzo trafny. Chociaż często pobyt w Wietnamie odchorowywali, przypłacali depresją, tak było w wypadku autora, to jednocześnie okres tam spędzony uważali za bardzo ważny, może najważniejszy w życiu. Na wojnę jechali, chociaż nie musieli, co niezmiernie dziwiło żołnierzy marzących o wyrwaniu się z tego piekła, mogli też, w przeciwieństwie do nich, w każdej chwili wrócić. Po co tam siedzieli? Czy jeszcze wierzyli, że mogą coś swoim pisaniem zmienić? Czy ważna była tylko przygoda, adrenalina, życie na krawędzi i zarabianie pieniędzy?

Świadectwem tych dylematów jest książka Herra - z jednej strony opowieść o strachu, śmierci, cierpieniu, beznadziejnej sytuacji żołnierzy, którzy są tylko trybikiem w wojennej machinie, o znieczulicy na zło, jakie się wyrządza, w końcu rozkaz to rozkaz, o fascynacji zabijaniem, z drugiej pełno tu barwnych wspomnień, które autor przytacza z wyraźnym sentymentem. Dużo opowieści o kolegach dziennikarzach, wśród których miał przyjaciół, o spotkanych na froncie żołnierzach, najrozmaitszych dziwakach. Przyznam, że nie potrafię pogodzić się z takim punktem widzenia, chyba bardzo męskim. Nie kwestionuję go, tak widzi wojnę Herr i pewnie nie jest jedyny, w końcu to on na niej był, ale go nie rozumiem. Dawno już wyrosłam z fascynacji wojennymi przygodami, dlatego za swój przyjmuję punkt widzenia, jaki znajduję w książkach na przykład Barbary Demick ("W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy"), Eda Vulliamiego ("Wojna umarła, niech żyje wojna"), Yazbek Samar ("Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii") czy Wojciecha Tochmana ("Jakbyś kamień jadła"). Nie zrozum mnie źle, czytelniku tej notki, nie odrzucam książki Herra. Jest świetnie napisana, stawia ważne pytania dotyczące pracy korespondenta wojennego i szerzej roli prasy w relacjonowaniu wydarzeń, jej odpowiedzialności, manipulacji informacją. Pokazuje paradoks - piekło i chaos wojny i jednocześnie fascynacja nią. Cóż, taka jest ludzka natura. Pewnie dopóki tak będzie, a być może nigdy się to nie zmieni, świat nie wyjdzie z przeklętego kręgu wojen i przemocy.

Na koniec muszę wspomnieć, że "Depesze" skupiają się na Amerykanach - żołnierzach i dziennikarzach. To oni są bohaterami tej książki, ich punkt widzenia poznajemy, ich strach, ich cierpienie, ich zmęczenie, ich pot i łzy, ale także, powtórzę to jeszcze raz, ich nienawiść, ich fascynację zabijaniem, ich bezduszność. Niewiele miejsca poświęca autor cierpieniom zadanym drugiej stronie. Ale uważny czytelnik odnajdzie gdzieś między słowami gorzką refleksję o pogardzie Amerykanów dla Wietnamczyków z Południa, bo o wrogach z Północy nie ma co wspominać, o ich cynicznym wykorzystywaniu. 

Książka Herra jest szczerym świadectwem tamtych strasznych zdarzeń. Czego by jednak nie pisał, nie należy zapominać, że w społeczeństwie amerykańskim spowodowała traumę. Jej ślady odnajdziemy przecież w sztuce - w literaturze i w filmie.

niedziela, 12 sierpnia 2018
Letnie filmowe remanenty (I) - "Plan B", "Fantastyczna kobieta"

Lato to najczęściej filmowa posucha, jednego roku jest trochę lepiej, innego gorzej, ale zazwyczaj po prostu nie ma na co iść do kina. Świadectwem tego są moje notki - w czasie tegorocznych wakacji tylko dwie o filmie, nic mi też nie uciekło, kiedy podróżowałam. Na szczęście od kilkunastu już lat w moim mieście w moim ulubionym kinie trwa wakacyjny festiwal filmowy. Co najważniejsze - bilet kosztuje tylko osiem złotych (dawniej pięć), w dodatku jeśli zbiera się pieczątki, to ósmy jest za darmo! Co tydzień w repertuarze kilkanaście pozycji, każdy tytuł grany jest trzy albo cztery razy w różne dni i o różnych godzinach. Co ważne, można zobaczyć nie tylko filmy z poprzedniego roku, ale i starsze. Zdarzają się prawdziwe perełki. Jednym słowem znakomita okazja, żeby nadrobić zaległości albo po raz drugi wybrać się na ulubiony film. Z powtórek obejrzałam sobie jeszcze raz, z wielkim zainteresowaniem i  z wielką przyjemnością, "The Square" i "Cichą noc", doceniając ponownie reżyserską robotę i utwierdzając się tylko w przekonaniu, że to znakomite filmy. A tytuły, których wcześniej nie widziałam? Dziś będzie o dwóch - "Plan B" i "Fantastyczna kobieta", którą już tu anonsowałam.

Na "Plan B" Kingi Dębskiej nie poszłam wcześniej, bo nie byłam wielką entuzjastką jej poprzedniego filmu "Moje córki krowy", a poza tym właśnie wtedy wyjeżdżałam. Teraz było odwrotnie - właśnie wróciłam i bardzo chciałam iść do kina, no i miałam ochotę na lżejszy repertuar, co raczej rzadko mi się zdarza. Kto widział "Plan B", może, ale nie musi, się zdziwić - jak to lżejszy repertuar? Przecież to kino o stracie - o ludziach, którzy kogoś w różny sposób  stracili i cierpią. No tak, niby się zgadza, ale ... Takie filmy lubię sobie nazywać eleganckimi i przyjemnymi filmami o poważnych, trudnych sprawach. Dlaczego? Bo nie ma w nich prawdziwego życia. Bo bohaterowie są ładni, ładnie ubrani i mieszkają w ładnym otoczeniu, w ładnych mieszkaniach jak spod igły (czytaj spod ręki i oka projektanta albo z katalogu przysłowiowej Ikei). Wszystko bywa tu miłe dla oka. Tak jest i tym razem. Nawet jeśli bohater grany przez Marcina Dorocińskiego właśnie wyszedł z więzienia i mieszka w zwykłym mieszkaniu w zwykłym bloku, to szybko spotyka pięknych ludzi, z którymi się zaprzyjaźnia, bo są otwarci i tolerancyjni, a poza tym on przecież w gruncie rzeczy jest bardzo dobrym i szlachetnym człowiekiem, o czym prawie natychmiast cudownym zbiegiem okoliczności się przekonują, i potem już oglądamy go tylko i wyłącznie w pięknych okolicznościach ich pięknego mieszkania. Pozostali bohaterowie od razu mieszkają sobie miło i przyjemnie, są ładni i ładnie albo wręcz awangardowo ubrani. Miasto też jest oczywiście ładne. Świat idealny. A jeżeli zdarzy się tragedia? To owszem, bohaterowie bardzo cierpią, ale tylko przez chwilę, bo szybko spotykają na swojej drodze miłych, uczynnych, empatycznych ludzi, którzy im pomagają, a nawet zostają ich przyjaciółmi. Jednym słowem z każdym nieszczęściem można sobie poradzić, mało tego - nieszczęście pchnie nasze życie na nowe, lepsze tory. Że tak bywa? Tak, zdarza się, ale nie przebiega tak gładko jak w tym poradnikowym filmie. Że to film? No tak, ale niby o poważnych sprawach, a nie przysłowiowa romantyczna komedia. I jeszcze jedno. Teraz śmiertelnie poważnie. "Plan B" pocieszenie przyniesie tylko komuś, komu i tak nie musi. Jeśli ktoś jest rzeczywiście samotny, raczej wpędzi go w jeszcze większą czarną dziurę. Bo tak prosto w życiu nie jest. Ale oglądało się miło.

A teraz zachwyt - "Fantastyczna kobieta" chilijskiego reżysera Sebastiana Lelio. Już w tym miejscu, przy okazji jego "Nieposłusznych", które właśnie weszły do kin, wyrażałam swoje zdziwienie, że przegapiłam ten film, ba nawet nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Na szczęście udało się nadrobić ten brak. Wyszłam z kina zachwycona, poruszona, wściekła i zaskoczona. Wściekła na sytuację, w jakiej znalazła się bohaterka. A dlaczego zaskoczona? W opisie dystrybutora czytamy, że główna bohaterka, Marina, po nagłej śmierci swojego starszego partnera będzie musiała walczyć z wrogo nastawioną do niej rodziną, ale także ze służbą zdrowia i policją. Myślałam sobie - nie była żoną, nie ma praw, awantura o mieszkanie, pieniądze, wiadomo. Tymczasem okazuje się, że nie tu tkwi problem, a przynajmniej nie tylko, i nie o tym jest ten film. Porusza znacznie poważniejszy temat. I w tym miejscu, ktoś, kto filmu nie widział, a ewentualnie chciałby obejrzeć, powinien przerwać czytanie, bo musi być spojler. W kwadratowym nawiasie i kursywą zapiszę to, czego wiedzieć się wcześniej nie powinno. [Otóż Marina jest transseksualna. Przechodzi korektę zmiany płci. Ma niewielkie piersi, najprawdopodobniej jest już po kuracji hormonalnej, chodzi w sukienkach, wygląda jak kobieta, jednak  czasem można dopatrzeć się w niej męskich rysów, ale nie przeszła jeszcze zasadniczej operacji, oficjalnie też jest jeszcze mężczyzną, Danielem. I tego właśnie nie akceptuje rodzina jej zmarłego partnera. Nie akceptuje to mało powiedziane - jest w nich nienawiść i furia! Pozornie kulturalni ludzie, na pewno dobrze sytuowani, eleganccy zachowują się brutalnie, agresywnie, w najlepszym razie złośliwie i po chamsku. To oni wprawiają w ruch machinę urzędniczą - służbę zdrowia i policję, która pozornie dla dobra Mariny chce wyjaśnić, czy nie doszło do nadużycia ze strony jej zmarłego partnera. Lekarze i policjantka zachowują się jednak jak słoń w składzie porcelany i stosując procedury, zwyczajnie ją upokarzają. Wszystko odbywa się w białych rękawiczkach, a bohaterka cierpi i z godnością próbuje znosić kolejne upokorzenia. A Marina jest rzeczywiście fantastyczna. Walczy o godność i wie, czego chce - pożegnać zmarłego ukochanego, być na jego pogrzebie i zabrać psa, którego jej ofiarował. Syn zmarłego, żeby tylko pokazać swoją siłę i zrobić Marinie na złość, ignoruje wolę ojca. Czy oddanie psa to tak dużo? Przecież Marina nie domaga się ani mieszkania, ani samochodu, ani pieniędzy. Jest zdeterminowana i kiedy nie ma innego wyjścia, ucieka się do agresji. Kobieta walcząca. Świetna.] Na koniec, tym, którzy nie przeczytali zasadniczej części notki o filmie Sebastian Lelio, chciałabym powiedzieć, a właściwie napisać, że Marina jest rzeczywiście fantastyczna - silna, odważna, wie, czego chce i walczy o siebie, o swoją godność. Bije od niej jakiś  magnetyzm, co sprawiło, że tak mocno przeżywałam jej historię. Bardzo dobry film, warto go poszukać.

środa, 08 sierpnia 2018
"Nieposłuszne"
Zbieg okoliczności sprawił, że niemal tydzień po tygodniu obejrzałam dwa filmy chilijskiego reżysera Sebastiana Lelio, o którym, wstyd się przyznać, wcześniej nie słyszałam, a teraz będę wyczekiwać każdego jego nowego obrazu. Ale to nie koniec zbiegów okoliczności - TVP Kultura pokazała akurat "Glorię", wcześniejszy film Lelio. Nagrałam, wkrótce obejrzę. Ale po kolei - najpierw zobaczyłam "Fantastyczną kobietę" i wpadłam w zachwyt. Nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że ją przeoczyłam? Czy była pokazywana w kinach? Dlaczego nie zarejestrowałam, że dostała Oskara w kategorii filmów nieanglojęzycznych? No a w miniony weekend wszedł do kin kolejny obraz Lelio - "Nieposłuszne". Ciekawy temat i nazwisko reżysera sprawiły, że bez względu na oceny postanowiłam film obejrzeć. Na pewno "Fantastyczna kobieta" jest obrazem lepszym, bardziej witalnym, energetycznym, a jej temat i jego ujęcie ciekawsze, może dlatego, że mniej w kinie obecne, ale "Nieposłuszne" jak najbardziej zasługują na uwagę. Są inne w nastroju - spokojne, melancholijne, co podkreśla przygaszona kolorystyka jesiennego Londynu. Emocje kipią pod spodem. To historia miłości niemożliwej, miłosnego trójkąta, z którego przynajmniej jedna osoba zawsze wyjdzie zraniona. Historia rozgrywająca się w środowisku londyńskich ortodoksyjnych Żydów. Temat trochę podobny do poruszonego w przejmującym i równie ciekawym izraelskim filmie sprzed kilku lat "Oczy szeroko otwarte". Tam była to opowieść o miłości dwóch mężczyzn, też ortodoksyjnych Żydów, tu bohaterkami są kobiety, Ronit i Esti. Kto nie widział "Nieposłusznych", niech zobaczy koniecznie, kto już w kinie był, może czytać dalej. Zapraszam.
środa, 01 sierpnia 2018
Indochińskie lektury (I) - Patrick Deville "Kampucza"

O Patricku Deville'u słyszałam, ale nigdy dotąd nie sięgnęłam po żadną z jego książek. "Kampuczę" (Noir sur Blanc 2017; przełożył Jan Maria Kłoczowski) postanowiłam przeczytać, bo interesuje mnie temat - Indochiny. I tu uwaga zasadnicza - wbrew tytułowi nie jest to książka o Kambodży ani o Czerwonych Khmerach, ale o całym regionie, chociaż punktem wyjścia dla rozważań autora jest rzeczywiście proces Ducha, szefa okrytego ponurą sławą więzienia Tuol Sleng w Phnom Penh w czasach rządów Pol Pota. Więzienia, dodajmy, do którego trafiali rzekomi wrogowie wykryci w szeregach Organizacji. Tak to rewolucja zjada własne dzieci. I uwaga druga, kto chce poznać historię rządów Czerwonych Khmerów i szerzej, Kambodży, niech koniecznie sięgnie po inne książki, na przykład po znakomity i wstrząsający reportaż Zbigniewa Domarańczyka "Kampucza, godzina zero" wznowiony kilka lat temu przez Dowody na Istnienie. Zbigniew Domarańczyk wraz z ekipą telewizyjną wjechał jako pierwszy dziennikarz (dostał wizę z numerem jeden) do wyzwolonej Kampuczy i zdał relację z tego, co zobaczył, ale również opowiedział o tym, jak doszło do zwycięstwa Czerwonych Khmerów. Jednym słowem kawał historii. Z "Kampuczy" Deville'a tego wszystkiego się nie dowiemy, bo nie taki jest jej cel. Kto czytał wcześniej inne książki autora, ten pewnie doskonale wie, na czym polega jego niepodrabialny styl.

"Kampucza" to bardziej eseje niż reportaże. Autor podróżuje po regionie - w przerwach procesu Ducha jedzie do Wietnamu czy Bangkoku i snuje opowieść o francuskich Indochinach. Opowieść pozornie bez ładu i składu, pełną skojarzeń, przypomnień i rozmyślań. Tak działa nasza pamięć i proces myślenia. Kto oczekuje uporządkowanego historycznego wykładu, będzie zawiedziony. Trzeba się w ten sposób opowiadania wciągnąć, poddać się jego pozornemu chaosowi, a wtedy lektura stanie się wielką przyjemnością. Ja już wiem, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z twórczością Deville'a.

Osią opowieści o historii regionu i jego fascynującym pięknie jest odkrycie francuskiego podróżnika Henriego Mouhota, który w roku 1860, jak głosi legenda przez przypadek, odkrył świątynie Angkoru, centrum świata wielkiego królestwa Khmerów, które ostatecznie upadło w XV wieku. Dla autora w historii Indochin ten rok staje się rokiem zerowym, odtąd wszystko jest ileś lat przed lub ileś lat po. Deville opowiada o pasji Mouhota, o podróży łodzią po Mekongu, wreszcie o jego tragicznej, albo raczej smutnej, śmierci w chatce nad Mekongiem gdzieś na terenie dzisiejszego Laosu. Na kartach "Kampuczy" pojawiają się też historie innych odkrywców (Czy to dobre słowo? Może lepiej - badaczy?) tych terenów. Na przykład Paviego czy Garniera. Opisy ich podróży, których celem było między innymi zbadanie Mekongu i ustalenie, na ile rzeka jest żeglowna. Autor, wielki erudyta, lubi dla porównania pokazywać, co w tym samym czasie działo się w kolonizowanej przez Europejczyków Afryce czy Ameryce Południowej. Dlatego wspomina o bohaterach innych swoich książek. Deville pisze też o tym, jak Francja i Wielka Brytania dzieliły pomiędzy siebie strefy wpływów na tym terenie, jak ustalano granice, jak kawałkowano Indochiny.

A miejsce to fascynowało i później. Mieszkali tu dłużej lub krócej także pisarze, na przykład Pierre Loti, Graham Greene czy Andre Malraux. Ten ostatni, przyszły francuski minister kultury, w czasach swojej młodości próbował wywieźć z Angkoru jakąś rzeźbę czy raczej płaskorzeźbę. Nie on jeden niestety, proceder był dość powszechny. Groził mu proces i więzienie, ale ponieważ już zaczął się dobrze zapowiadać jako pisarz, wstawiennictwu słynnych ludzi pióra zawdzięcza niewielką karę, o ile dobrze pamiętam (a czytałam "Kampuczę" w okolicznościach niesprzyjających robieniu notatek), skończyło się na grzywnie. Cóż, błędy młodości. Autor przywołuje powieści autorstwa wymienionych przed chwilą pisarzy. Ich akcja toczy się oczywiście w Indochinach. Aluzji literackich jest tu znacznie więcej, choćby do Conrada, jego "Jądra ciemności" czy "Lorda Jima".

Ponieważ Indochiny usiane są krwią podróżników, żołnierzy pozostających w służbie armii francuskiej, ofiar indochińskich wojen, rewolucji Czerwonych Khmerów, Deville snuje historiozoficzne refleksje nad tym, jak to się dzieje, że ktoś znajdzie się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu. Jak mantra powtarza wymyśloną przez siebie frazę o tym, że przydziału (na życie) się najczęściej nie wybiera. Przypadek decyduje, że rodzimy się w takim a nie innym miejscu, w takim a nie innym czasie. Jaki wpływ na swój los miały ofiary Czerwonych Khmerów, Wietnamczycy, których wioski bombardowała  amerykańska armia, czy wreszcie żołnierze tej armii wysłani na wietnamską wojnę? Tylko niektórzy szczęśliwcy rzeczywiście decydowali o swoim losie, jak pisze Deville, sami wybrali sobie przydział i do nikogo nie mogli mieć pretensji o konsekwencje swoich wyborów.

"Kampucza" pełna jest też opisów pięknej przyrody, miast, spotkań z ludźmi czy podróży odbywanych przez autora. Ciekawa, melancholijna, pięknie napisana książka.

 

środa, 25 lipca 2018
Karolina Bednarz "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"

Po książkę Karoliny Bednarz "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" jakoś nie miałam zamiaru sięgać. Tyle jest do czytania, że nie bardzo mam ochotę otwierać kolejny temat, jakim dla mnie  jest Japonia. Z takich samych przyczyn nie planowałam lektury "Ganbare" Katarzyny Boni. Wtedy na zmianę decyzji wpłynęły świetne recenzje i nominacje do ważnych literackich nagród (Kapuścińskiego i Gryfii, tę drugą autorka dostała). Tym razem ugięłam się po wysłuchaniu rozmowy o książce w Tygodniku Kulturalnym i wywiadzie z autorką tamże, no i zdecydowała jeszcze rekomendacja bliskiej mi osoby. W obu przypadkach decyzji nie żałuję. Obie książki bardzo ciekawe, obie rozwiewają mity dotyczące Japonii. Jednym słowem warto po nie sięgnąć.

Karolina Bednarz, japonistka z wykształcenia, w Kraju Kwitnącej Wiśni spędziła jakiś czas, bo tam studiowała. Swoje reportaże oparła na licznych bezpośrednich spotkaniach z Japonkami oraz na niezwykle bogatej dokumentacji. Po ilości przypisów widać, że autorka przeczytała bardzo dużo książek, aby jeszcze lepiej zgłębić temat. Kto uważnie spojrzał na tytuł, a właściwie podtytuł, domyśla się, że reporterkę zainteresowało spojrzenie na Japonię z kobiecej perspektywy. I jest to perspektywa przerażająca. Jeśli komuś się wydaje, że żyjemy w kraju patriarchalnym, w którym prawa kobiet niewiele znaczą, ma oczywiście rację, ale na pocieszenie mogę dodać (co to za pocieszenie), że los Japonek jest o całe Himalaje gorszy! Jak to możliwe? W cywilizowanej Japonii? Okazuje się, że możliwe. Jeżeli Polak pozostający w związku poświęca na prace domowe, ewentualnie na opiekę nad dziećmi ileś tam godzin tygodniowo, co oczywiście jest ułamkiem czasu, jaki w dom i rodzinę musi inwestować Polka, to Japończyk w podobnej sytuacji nie kiwnie palcem w ogóle. Rozmówczynie Karoliny Bednarz opowiadają o tym, jak gnają z pracy po dziecko do przedszkola, bo mąż nawet jeśli ma bliżej, nawet jeśli będzie w domu, to dziecka z przedszkola nie odbierze ani się nim nie zajmie. Mowy nie ma. Takiej tradycyjnej roli kobiety sprzyja edukacja. Kiedy czyta się, czego uczone są w przeciętnej szkole japońskie dziewczęta, jak przekazywane im treści drastycznie różnią się od tego, co poznaje młody Japończyk, to włos jeży się na głowie. Aż trudno uwierzyć, że taka sytuacja jest możliwa w dwudziestym pierwszym wieku! W Japonii!

Ale nie tylko o obowiązkach domowych opowiadają bohaterki "Kwiatów w pudełku". Reporterka zajmuje się różnymi aspektami życia kobiet. Pisze o podporządkowaniu rodzinie męża, o beznadziejnym położeniu nieślubnych dzieci - jeśli nie zostaną uznane przez ojca, nie mają korzeni, a więc dla państwa właściwie nie istnieją, co oznacza na przykład brak opieki medycznej. Sporo miejsca poświęca seksualizacji kobiet, również młodych dziewczyn, molestowaniu w zatłoczonych środkach komunikacji. Autorka pokazuje hipokryzję państwa - z jednej strony seks w Japonii poddany jest tabuizacji, z drugiej mężczyźni mogą pozwolić sobie na wiele. Jeśli dopuszczą się przestępstwa na tle seksualnym, pozostają właściwie bezkarni. Przerażająca jest opowieść o seksualnym wykorzystywaniu kobiet tuż po zakończeniu drugiej wojny, kiedy Japonia była okupowana przez Stany Zjednoczone. Japońskie władze stworzyły całe legiony składające się z tak zwanych pocieszycielek, czyli młodych Japonek zmuszanych do prostytucji na rzecz amerykańskich żołnierzy. Wabione były podstępem pod pretekstem pracy. W podobny sposób traktowali Japończycy kobiety na okupowanych przez siebie terenach w czasie drugiej wojny.

Bardzo zaskakujące są opowieści o wykluczonych. O bezdomnych, o chorych na trąd, którzy do lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku byli izolowani (Kłania się film "Kwiat wiśni i czerwona fasola", który zresztą autorka przywołuje), o Koreańczykach albo ich potomkach mieszkających w Japonii. To oczywiście nie wszystkie zagadnienia, jakie porusza autorka. Książka jest znacznie bogatsza.

Japonia jawi się z tych reportaży jako kraj, w którym patriarchalizm i rozmaite tabu mają się znakomicie. To, co niewygodne, zamiata się pod dywan. Na to również zwracała uwagę w swojej książce Katarzyna Boni. Karolina Bednarz pisze, że nie zawsze tak było. Krótki przebieg przez dzieje Japonii pokazuje, że w pewnym okresie panował tam może nie tyle  matriarchat, ile  kultura kobiet. Z czasem państwo zaczynało wypierać dawne mity i obyczaje. Kobiety musiały ustąpić miejsca mężczyznom. Na masową skalę nastąpiło to po drugiej wojnie. Stało się świadomą polityką państwa, które chciało zrobić miejsce na rynku pracy milionom mężczyzn wracających z wojny. Zagoniono kobiety do domów i zaczęto systematyczną pracę u podstaw nad zmianą sposobu myślenia i stylu życia. Ta operacja udała się w pełni. I jest to wiedza przerażająca nie tylko w kontekście tej książki. Na koniec odrobina optymizmu. Powoli, powoli zachodzą zmiany. Coraz więcej kobiet chce żyć po swojemu, dokonywać wyborów, nie zależeć od męża i jego rodziny.

środa, 18 lipca 2018
Paweł Smoleński "Wieje szarkija. Beduini z pustyni Negew"

Wyszła już kolejna książka Pawła Smoleńskiego, tym razem o akcji Wisła, a ja dopiero teraz przeczytałam poprzednią. Za każdym razem, kiedy przeglądam swój czytnik, kiedy patrzę na swoją półkę książek czekających na przeczytanie, a wszystko po to, aby wybrać kolejną lekturę, ogarnia mnie panika. Tyle jest tam książek! A stale dochodzą nowe! Kiedy to przeczytam? A przecież mieszczę się w tych kilku procentach czytających najwięcej. Ale do rzeczy. Smoleński jest specjalistą od dwóch spraw - Ukrainy, relacji polsko-ukraińskich, i Bliskiego Wschodu, ale szczególnie zajmuje się Izraelem. Wydał na ten temat kilka reportaży, niemal wszystkie przeczytałam. W 2016 roku w wydawnictwie Czarne wyszedł kolejny - "Wieje szarkija. Beduini z pustyni Negew".

Tym razem Smoleński zajął się tematem mało w Polsce znanym - Beduinami z pustyni Negew, czyli mówiąc wprost tymi, którzy mieszkają w Izraelu. Dużo wiemy na temat stosunków izraelsko-arabskich, a szczególnie do izraelsko-palestyńskich, wiele mówi się i pisze na temat Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu. Ja sama mam za sobą kilka, a może i kilkanaście lektur na ten temat, śledzę też problem na bieżąco w prasie, a przede wszystkim w radiu, tymczasem o Beduinach nie wiedziałam nic. Żałuję, że książka ukazała się dopiero teraz, bo gdybym miała możliwość poznać ją wcześniej, zupełnie inaczej patrzyłabym na beduińskie obozowiska, a właściwie wioski sklecone z byle czego, za to z antenami satelitarnymi, jakie widziałam z okien busa, kiedy kilka lat temu podróżowałam po Izraelu. Pasażerom pokazywał je arabski kierowca jako dziwowisko? atrakcję?. No bo ten kontrast - namioty, budy i anteny telewizji satelitarnej! Przyznam ze wstydem, że trochę tak to wtedy potraktowałam, jako egzotyczną ciekawostkę. Widziałam też Beduinki wysiadające z autobusu, którym podróżowałam, gdzieś na pustyni Negew, pośrodku niczego. Jechały z Beer Szewy do swojej wioski. Dziś wiem, że pewnie czekało je kilka kilometrów marszu. Dziś rozumiem, że arabski kierowca miał do Beduinów, przecież swoich arabskich braci, stosunek pogardliwy.

Bo Beduini nie mają dobrej prasy ani wśród Żydów, ani wśród Arabów. Można powiedzieć, że w Izraelu są traktowani najgorzej. Panuje powszechny stereotyp, że to złodzieje samochodów i przemytnicy. Jest ich około ćwierć miliona, ich naturalnym środowiskiem była od zawsze pustynia Negew, gdzie mieli swoje wioski. Po pustyni wędrowali, bo Beduini to lud koczowniczy, nomadzi. Dlatego chętnie porównuje się ich los do losu Romów, ale, jak twierdzi autor reportażu, to duże uproszczenie. Ich nieszczęście zaczęło się wraz z odzyskaniem niepodległości przez Izrael. I dla nich, podobnie jak dla Palestyńczyków, to Nakba, czyli Katastrofa. Dlaczego? Bo kilka lat później zaczęła się polityka osiedlania Beduinów, wyrzucania z ziemi na pustyni będącej ich własnością. Przecież nie mieli żadnych papierów na dowód, że są jej właścicielami. Wszystkie interesy, także zakup ziemi, pieczętowało się danym słowem i uściskiem dłoni. Honorowali to także Anglicy w czasach, gdy Palestyna była pod brytyjskim mandatem. Smoleński daje zgrabny, bo zwięzły, ale ciekawy, wykład o historii Beduinów, ich obyczajach, tradycji, ale przede wszystkim pokazuje ich los współczesny. Jego przewodnikami po tym świecie są sami Beduini, najczęściej wykształceni, działacze organizacji pozarządowych, świadomi krzywd, ale i zaniechań po swojej stronie.

Krzywdy? Zabieranie pustyni. Władze Izraela w swoich śmiałych planach zagospodarowania Negewu zupełnie nie liczą się z jej pierwotnymi mieszkańcami, Beduinami. Stąd polityka wysiedlania i osiedlania w specjalnie dla nich budowanych miastach zwanych townshipami. Miastach, które nie przypominają miast. Rozrastają się w sposób niekontrolowany, chaotycznie, byle jak, bo Beduinów przybywa, mają nawet i po kilkanaścioro dzieci. Ciasnota, bezrobocie, przestępczość, zła edukacja, brak publicznego transportu. Jak Beduin ma żyć w mieście, skoro jest wolnym duchem pustyni? Niektórzy mieszkają jeszcze w swoim naturalnym środowisku, czyli w wioskach na Negewie. Ale te wsie nie przypominają już tych sprzed lat. Nawet jeśli wioska jest legalna, bo są i nielegalne, izraelskie władze ściśle limitują pozwolenia na stawianie nowych namiotów. Dlatego i te osady mierzą się z podobnymi problemami jak townshipy, do tego dochodzi brak jakiejkolwiek infrastruktury, problem choćby z dotarciem do lekarza - wezwana karetka nie dojedzie do wioski, bo nie prowadzi do niej żadna droga, tylko będzie czekać przy szosie przecinającej Negew. Wielu mieszkańców takich wiosek żyje w wiecznym strachu przed zniszczeniem ich domu. Jeśli powstał bez pozwolenia albo stoi w nielegalnej wiosce, w każdej chwili może czekać go taki los. Do złudzenia przypomina to politykę stosowaną wobec Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu.

A zaniechania, na które wskazują rozmówcy Smoleńskiego, którzy z jednej strony czują się Beduinami, z drugiej nie chcą żyć jak ich ojcowie? Jest ich kilka. Patriarchalne stosunki, niezauważanie, że świat się zmienia, życie w klanach, ukrywanie przewin, przestępstw, poligamia, która zaczęła się w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, a którą toleruje Izrael. O wszystkim decydują mężczyźni, najpierw najstarsi, ojcowie, wujowie, ale także bracia i kuzyni. Żeby żyć po swojemu, trzeba albo przekonać starszyznę klanu do swoich planów, albo mieć tyle hartu ducha, aby się sprzeciwić. Najgorszy jednak jest los kobiet. Jeśli Beduinka nie wyjdzie za mąż, a nie ma siły lub chęci walczyć o siebie, staje się więźniem w swoim rodzinnym namiocie. Dlatego takie kobiety godzą się być drugimi albo i trzecimi żonami, bo przynajmniej zyskują trochę wolności. Temu problemowi poświęca Smoleński bardzo dużo miejsca. Rozmawia z Beduinkami świetnie wykształconymi, samodzielnymi, pracującymi, działaczkami organizacji feministycznych, które pomagają skrzywdzonym. Wbrew pozorom w reportażu jest trochę światła. Nadzieję dają ci wszyscy Beduini i Beduinki, którzy kształcą się, często na najlepszych uniwersytetach, osiągają zawodowy sukces, dbają o rozwój beduińskiego szkolnictwa.

"Wieje szarkija" to obowiązkowa lektura dla ciekawych świata i tych wszystkich, którzy interesują się Izraelem.

21:00, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lipca 2018
Fernando Aramburu "Patria"

Kiedy tylko zorientowałam się, że właśnie ukazała się powieść hiszpańskiego pisarza Fernando Aramburu "Patria" (Sonia Draga 2018; przełożyła Karolina Jaszecka), od razu wiedziałam, że ją przeczytam bez względu na wartość literacką. Tak, czytelniku tej notki, zgadłeś, tak, zainteresował mnie temat. Bo akcja tej książki toczy się w Kraju Basków, w San Sebastian, w Bilbao i w mniejszych miejscowościach, na przestrzeni wielu lat - koniec to rok 2011, kiedy ETA ogłasza zawieszenie broni i wyrzeka się przemocy, najwcześniejsze zdarzenia to lata osiemdziesiąte, a nawet siedemdziesiąte zeszłego wieku, początki rodzinnych opowieści sięgają jeszcze wcześniej. Osią opowieści jest krwawy konflikt baskijsko-hiszpański i działania terrorystyczne ETA.

Cztery lata temu zrealizowałam jedno ze swoich podróżniczych marzeń i pojechałam do Kraju Basków, byłam w San Sebastian, w Bilbao, także w Pampelunie, która leży już w prowincji Nawarra, ale tam też mieszkają Baskowie. Na własne oczy mogłam przekonać się, jak żywy jest język baskijski, szczególnie w Bilbao i San Sebastian. Na murach zdarzało mi się widzieć napisy po angielsku w stylu To nie jest Hiszpania, to Kraj Basków, w San Sebastian trafiłam na jakieś miejscowe święto. Przy tej okazji pojawiały się plakaty z informacją, że więźniowie polityczni odbywają kary bardzo daleko od domu i jest to celowa polityka władz hiszpańskich. Rano znikały, potem znowu się pojawiały. Całkiem niedawno słyszałam w radiu bardzo ciekawą audycję na ten temat. Była komentarzem do filmu dokumentalnego o dzieciach tych więźniów, które co jakiś czas odbywają długą podróż, aby zobaczyć się z rodzicami. Tyle dygresji, a teraz do meritum, czyli do "Patrii".

Bohaterami tej powieści są członkowie dwóch rodzin z niewielkiego miasteczka gdzieś w pobliżu San Sebastian. Niegdyś bardzo zaprzyjaźnieni, potem podzieleni przez polityczny konflikt. Opowiadając ich losy, będąc bardzo blisko nich, Aramburu pokazuje, do czego doprowadza ślepy nacjonalizm i jakie są skutki terroryzmu. I jest to obraz przerażający. Ta powieść zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Czytelnik śledzi mechanizm, który prowadzi do ostracyzmu, wykluczenia i zbrodni. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. To ETA, za biernym przyzwoleniem miejscowej społeczności, decyduje o tym, kto jest prawdziwym Baskiem, a kto nie. Nieważne, że nie znasz języka albo go kaleczysz - jeśli jesteś w organizacji albo tylko ją popierasz, co oznacza, że chodzisz na manifestacje, wznosisz okrzyki, nie kryjesz się z wrogością do Hiszpanów, dorzucasz się do rozmaitych zbiórek, jesteś nasz. Jeśli pięknie mówisz, a nawet piszesz po baskijsku, także utwory literackie, jeśli krzewisz baskijską kulturę, ale nie po drodze ci z przemocą i z ideologią głoszoną przez baskijskich nacjonalistów, jesteś obcy i biada ci. Dla młodego chłopaka, który nie chce się zradykalizować, nie chce brać udziału w zadymach, choćby dlatego, że taki sposób działania obcy jest jego nieśmiałej, wycofanej osobowości, jedynym wyjściem jest ucieczka do dużego miasta, do Bilbao czy San Sebastian, co nie jest takie łatwe, jeśli pochodzi się z niezamożnej rodziny. W takich miejscach opinia publiczna jest bardziej spolaryzowana, nie musisz postępować tak jak wszyscy. Jeśli nie będziesz jawnie obnosił się ze swoimi poglądami, przeżyjesz. No chyba, że staniesz się przypadkową ofiarą ataku terrorystycznego.

A w małym mieście? Kto inaczej myśli, kto ma odwagę nie kryć się z tym, zostanie wyrzucony na margines, a jeśli podpadnie ETA, bo na przykład nie chce albo nie może, bo go nie stać, płacić podatku rewolucyjnego, a każdy burżuj powinien, jego dni prawdopodobnie są policzone. Zaczyna się od obraźliwych napisów na murach, telefonicznych pogróżek, powoli odwracają się wszyscy znajomi, a nawet przyjaciele. Bo biada temu, kto będzie zadawał się ze zdrajcą, z wrogiem ojczyzny! Koniec wspólnych wycieczek rowerowych, gdzieś znikają partnerzy do gry w karty, w knajpie, gdzie byłeś stałym gościem, robi się wokół ciebie pusto, najlepszy przyjaciel boi się przywitać z tobą na ulicy! Najlepiej dla ciebie, jeśli uciekniesz, zejdziesz ludziom z oczu. Kiedy zginiesz, na twój pogrzeb, który odbędzie się w San Sebastian, bo w twoim miasteczku twój grób byłby stale profanowany, nikt poza najbliższą rodziną nie odważy się przyjść. Nikt nie złoży kondolencji twojej żonie i dzieciom. Ale klątwa przechodzi też na twoich najbliższych. Najlepiej, żeby też zniknęli.

Nienawiść, przemoc wsączają się powoli jak trucizna o długotrwałym działaniu, niszczą wszystkich. Ofiary i ich rodziny, ale także terrorystów i ich bliskich. Konsekwencją jest rozpad rodziny i wieloletnich przyjaźni. Aramburu pokazuje też drugą stronę medalu - działanie hiszpańskiego państwa przeciw bojownikom ETA. Tortury, długoletnie kary więzienia odbywane z dala od domu, limitowane rozmowy telefoniczne i spotkania.

Jak stajesz się terrorystą? Czy warto było stracić młodość, pogrzebać swoje życie? W imię czego? Czy nie było innej drogi? Kiedy ty cierpiałeś niewygody, poświęcałeś się dla ojczyzny, inni żyli normalnie. Tańczyli, opalali się na plażach, kochali, zakładali rodziny, pracowali. A przecież kiedyś twoim celem było dostanie się do najlepszej drużyny piłki ręcznej w kraju! Czy to jeszcze pamiętasz? Takie pytania zadaje sobie jeden z bohaterów  powieści.

Bo jak już wspominałam, jej zaletą jest to, że autor skupia się na ludziach. Opowiadając ich losy, mówi o problemach. A bohaterowie powieści zostali znakomicie scharakteryzowani. Ich portrety są wnikliwe i głębokie. Wszyscy to ludzie z krwi i kości, ich historie poruszają. Kobiety są tu najczęściej silne, a mężczyźni słabi. Cicho znoszą ich zrzędzenie i dyrygowanie, wolą im zejść z drogi, spotkać się w męskim towarzystwie, boją się powiedzieć, co naprawdę myślą, aby się nie narazić. Losy wszystkich bohaterów są bardzo ciekawe, a chyba najbardziej przejmującym wątkiem jest historia młodej bohaterki sparaliżowanej po wylewie. Sprawny umysł uwięziony w klatce ciała.

Ale powieść Aramburo jest nie tylko o nienawiści, także o drodze do wybaczenia i pojednania. Przechodzimy ten bolesny i długi proces wraz z bohaterami.

I na koniec słowo o formie. Autor miesza chronologię i bohaterów. Powieść składa się z krótkich rozdziałów pisanych z punktu widzenia jednego z bohaterów, a jest ich dziewięcioro. Narracja jest trzecioosobowa, ale co jakiś czas przez moment pojawia się narrator w pierwszej osobie. Taki sposób pisania sprawia, że z jednej strony bardzo chcemy wiedzieć, co dalej, bo autor swobodnie żonglując wątkami i czasem, zaostrza naszą ciekawość, z drugiej strony poznajemy te same zdarzenia z różnych punktów widzenia. Bardzo ciekawa, świetnie napisana powieść. Naprawdę dla każdego czytelnika. Pochłania się ją błyskawicznie.

PS. Na sam koniec łyżka dziegciu pod adresem wydawcy. Przydałaby się staranniejsza redakcja. Pomyłek nie ma może bardzo dużo, ale jednak się zdarzają, drobne, acz irytujące - a to zgubił się gdzieś przyimek, a to nie zgadza się rodzaj czasownika. Nie trzeba było wiele wysiłku, aby te przeoczenia wyeliminować. Najbardziej jednak niechlujny jest słowniczek wyrazów baskijskich. Pojawiają się w tekście pisane kursywą, tymczasem objaśnione są tylko niektóre z nich, powiedzmy większość, ale dlaczego nie wszystkie? Trudno mi zrozumieć!

 

 

 

środa, 04 lipca 2018
Meir Shalev "Rosyjski romans"

Rzadko się zdarza, abym sięgała po dwie książki tego samego autora pod rząd. Może nawet nie zdarzyło się nigdy dotąd. Tym razem jednak byłam pod takim wrażeniem "Dwóch niedźwiedzic" Meira Shaleva, że natychmiast zanurkowałam w czeluście czytnika i wydobyłam stamtąd jego "Rosyjski romans" kupiony już jakiś czas temu (po promocyjnej cenie oczywiście). Nie zawiodłam się. I ta powieść bardzo mi się podobała, chociaż gdybym miała wybierać, to trochę wyżej stawiam "Dwie niedźwiedzice". Wcale bym się jednak nie zdziwiła, gdyby krytycy literaccy wskazali na "Rosyjski romans".

Od razu wyjaśnię, aby nie było nieporozumień, że tytuł jest mocno mylący. Kto spodziewa się gorącej historii miłosnej, ten srodze się zawiedzie. Ten tytułowy rosyjski romans jest tylko tłem, fantasmagorią, która kładzie się cieniem na życiu jednego z bohaterów powieści. Właściwie trudno mówić nawet o romansie, to raczej nieszczęśliwa, przerwana miłość, od której bohater nie może się uwolnić, a to przez całe lata niszczy jego małżeństwo. Bo tak naprawdę książka Meira Shaleva jest opowieścią o rosyjskich Żydach, którzy w ramach drugiej aliji (lata 1904-1913) przybyli do Palestyny. Baruch, narrator i jeden z głównych bohaterów, snuje wspomnienia o swoim dziadku Mirkinie, swojej babce Fejdze, ich dwóch serdecznych przyjaciołach, którzy wspólnie w tamtych pionierskich latach wędrowali po Palestynie, imali się rozmaitych ciężkich prac, aby w końcu wybrać miejsce, gdzie założą wieś. Baruch wspomina nie tylko historie rodzinne, ale także opowiada o innych mieszkańcach wsi. Wsi wydartej bagnom przez dzielnych pionierów. Tak przynajmniej głosi miejscowa legenda  podtrzymywana przez ojców założycieli, potem zakwestionowana przez naukowców, co oczywiście spotkało się z wybuchem wściekłości szczególnie wśród wioskowej starszyzny. Historie opowiadane przez Barucha są śmieszne i nostalgiczne, ich bohaterowie niezwykli, barwni, oryginalni. Nikt i nic nie jest tu zwyczajne, normalne. Niemal wszystko otacza niemal baśniowa aura.

Legenda, mit, gawęda to słowa kluczowe dla "Rosyjskiego romansu". Taka właśnie jest ta powieść. Historia wsi i jej mieszkańców obrosła legendami, często fantastycznymi. Co jest prawdą, a co zmyśleniem czytelnik twardo chodzący po ziemi odkryje od razu, ale dla bohaterów powieści taka prawda nie ma znaczenia, ważne jest to, co i jak pamiętają. A pamiętają często właśnie tak, dlatego w tych opowieściach znajdziemy sporo fantastycznych, nieprawdopodobnych wydarzeń i postaci obdarzonych jakimiś nadludzkimi, niezwykłymi cechami. Taki jest wujek Barucha, Efraim,  który po tragicznym wypadku wraca do wsi ze zniekształconą bliznami twarzą. Z pięknego młodzieńca staje się potworem, którego inni trochę się boją, trochę nie akceptują. W zamian zyskuje nadludzką siłę - może bez problemu dźwigać byka rzadkiej i cennej rasy, który staje się jego jedynym przyjacielem. Kiedy odejdzie ze wsi, razem z bykiem oczywiście, opowieści o nim, o tym, co się z nim dalej działo, staną się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Takich zdarzeń jest tu bardzo dużo - fantasmagoria miesza się z poezją. Listy od rosyjskiej kochanki Mirkina, dziadka Barucha, która nie chciała wyjechać z nim do Palestyny, przynoszą w dziobach ptaki wędrujące na południe. Trzeba książkę przeczytać, aby zrozumieć, jak ładnie i kunsztownie zostało to wszystko opowiedziane.

Z drugiej strony jest ta historia bardzo mocno zanurzona w realiach. Mamy tu i opowieść o żydowskich pionierach przybyłych do Palestyny, o ich ciężkiej pracy, o początkach osadnictwa, bardzo dużo realiów obyczajowych, mamy też historię rodzinną, można ją śmiało nazwać sagą, której rdzeniem jest relacja między dziadkiem, Mirkinem, i wychowywanym przez niego wnukiem, Baruchem, mamy też wreszcie historię wsi i jej mieszkańców. Chronologia opowieści jest co jakiś czas szarpana, narrator wraca do zdarzeń wcześniejszych, żeby po jakimś czasie przypominać wszystko po kolei, jak należy. Jak już wspominałam, wiele tu opowieści śmiesznych i niezwykłych, ale w miarę upływającego czasu, historia staje się coraz bardziej nostalgiczna i smutna. Pionierzy starzeją się, powoli umierają, coraz ich mniej, kolejne pokolenia nie są już tak niezwykłe. To oczywiście funkcja pamięci, tak to wszystko zapamiętał Baruch. Baruch, który po śmierci dziadka, po ucieczce wuja Efraima i wyjeździe drugiego, Abrahama (pierwsze dziecko urodzone w tej wsi), staje się coraz bardziej samotny. W ruinę popada też wiele sadów i gospodarstw, bo nie ma się kto nimi zajmować. Związek z ziemią, z przyrodą jest w tej powieści bardzo ważny. Podobnie jak w "Dwóch niedźwiedzicach" znajdzie tu czytelnik dużo pięknych opisów pracy na roli, przyrody, zasypany zostanie nazwami roślin i konkretnymi informacjami o nich czy o zwierzętach.

Bardzo ciekawa, zabawna i jednocześnie smutna książka.

niedziela, 01 lipca 2018
"Isabelle i mężczyźni", "Lady Bird"

Już dawno nie wychodziłam z kina tak zawiedziona, znudzona i zła, że straciłam niepotrzebnie czas. Z braku lepszych kinowych propozycji, a filmowe lato oczywiście nie zapowiada się ciekawie, zachęcona czterema gwiazdkami w CJG wybrałam się na francuski film z Juliette Binoche "Isabelle i mężczyźni". Historia pięćdziesięcioletniej rozwiedzionej malarki, która poszukuje miłości, mogła być interesująca, ale nie była. Film jest przegadany, co by mi nie przeszkadzało, gdyby rozmowy były interesujące. Tymczasem bohaterowie rozmawiają ze sobą w sposób niezwykle irytujący. Gadają o niczym, dzieląc przy tym włos na czworo, hamletyzują, nie potrafią podjąć żadnej decyzji ani wyrazić niczego wprost. Zwykli ludzie nie mówią w taki sposób! A może francuscy artyści, bo w takim środowisku porusza się bohaterka, tak? To wszystko sprawiło, że Isabelle mnie irytowała, za nic nie potrafiłam przejąć się jej miłosnymi perturbacjami, o współczuciu mowy nie było. Równie niedojrzali, a może nawet jeszcze bardziej, okazywali się jej kolejni partnerzy - egocentryczni chłopcy, chociaż niektórym stuknęła pięćdziesiątka. A zaskakujące zakończenie tylko utwierdziło mój osąd głównej bohaterki. Gdybym wiedziała, co mnie czeka, nawet dla Juliette Binoche nie wybrałabym się do kina.

Za to dzień wcześniej udało mi się nadrobić pewną zaległość. W moim mieście, jak co roku o tej porze, rozpoczęły się letnie powtórki. Za osiem złotych (Jeszcze kilka lat temu bilet kosztował piątkę!) można zobaczyć to, co uciekło, albo to, na co nie do końca miało się ochotę. Zainaugurowałam powtórkowy sezon obejrzeniem "Lady Bird", której najpierw nie zamierzałam poświęcać swojego cennego czasu, bo cóż mnie obchodzi opowieść o dziewczynie kończącej liceum, a potem, kiedy zdanie zmieniłam, tyle było nowości, że nie zdążyłam. Teraz poszłam i nie żałuję. Tym razem nie zawiodłam się tak jak na "Trzech billboardach za Ebbing, Missouri" (wspominam o tym, bo oba obrazy wyświetlano w tym samym czasie). To rzeczywiście bardzo dobry film o młodej, nieco zbuntowanej, dziewczynie, która szuka swojej drogi życiowej. Bohaterka ma w sobie coś magnetycznego - chociaż nie jest pięknością, trudno od niej oczy oderwać. Mnie najbardziej zainteresował wątek społeczny dość mocno zaakcentowany w filmie. Rodzice Lady Bird, chociaż są wykształconymi przedstawicielami klasy średniej, żyją bardzo skromnie i nie stać ich na wysłanie córki na dobry uniwersytet, o czym ona marzy. Zaletą filmu jest też to, że bohaterowie nie są czarno-biali, ale z krwi i kości. Bardzo ciekawie poprowadzony jest wątek konfliktu matki i córki. Rozumiemy racje jednej i drugiej. No i nie ma na szczęście amerykańskiej łopatologii i takiegoż zakończenia. Film nie jest wybitny, ale bardzo dobry na pewno. Mile i mądrze spędziłam te półtorej godziny. Właściwie miałam o "Lady Bird" nie pisać, bo kto chciał zobaczyć, dawno zobaczył, ale zrobiłam to w kontrze do francuskiego snuja.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61