Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 19 listopada 2017
Remigiusz Ryziński "Foucault w Warszawie"

Po książkę Remigiusza Ryzińskiego "Foucault w Warszawie" (Dowody na Istnienie 2017) pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie świetne recenzje, jakich się doczekała. Mechanizm w podobnych sytuacjach jest zawsze taki sam - temat wydaje mi się nieciekawy, nieistotny, nie dla mnie, a potem tyle się dobrego o książce mówi, że postanawiam jednak przeczytać. Najczęściej rzeczywiście okazuje się, że warto było i coś by mnie ominęło. Tak stało się i tym razem. Śledzę ofertę Dowodów na Istnienie i planuję sobie, co kupię, jednak na reportaż Ryzińskiego nie zwróciłam uwagi, bo cóż mnie niby obchodzi fakt, że słynny francuski filozof Michel Foucault przebywał pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku w Warszawie, gdzie był dyrektorem Centrum Francuskiego przy Uniwersytecie Warszawskim. To miejsce niezwykle ważne na mapie kulturalnej miasta, okno na wielki świat w siermiężnej komunistycznej rzeczywistości. W Warszawie pisał też swój doktorat. A jednak reportaż Ryzińskiego okazał się fascynujący, świetnie napisany. Czyta się go niemal jak powieść szpiegowską. Okazał się wyprawą w przeszłość, do Warszawy ciemnych lat komunizmu, epoki "Złego" Tyrmanda.

Wokół pobytu francuskiego filozofa narosła w Warszawie miejska legenda. Podobno miał tu kochanka, Jurka. Wyjechał zmuszony przez SB w atmosferze skandalu. I śladami tej legendy rusza autor. Chociaż Foucault na pewno był w czasie swojego pobytu inwigilowany, więc powinny zachować się jakieś teczki, nie było łatwo wpaść na jego trop. A jednak udało się. Ryziński spotyka się z mężczyznami, którzy go znali, którzy się z nim wtedy spotykali. Wówczas najczęściej młodzi, w wieku okołostudenckim, dziś poważni panowie. Próbuje dociec, kim był tajemniczy Jurek, czy w ogóle był. Opowiada o ich życiu, często barwnym, nietuzinkowym. Jedzie do Paryża, aby spotkać się z wieloletnim partnerem filozofa, żeby sprawdzić, na ile pobyt w Warszawie był ważny w jego życiu. Jakie ślady pozostawił w papierach, notesie, na fotografiach. Każe się zadumać, jak niewiele zostaje z dawnych pragnień, namiętności, zachwytów, z codziennego życia. Wszystko wyparowuje, znika. Lata mijają, coraz mniej śladów, coraz mniej wspomnień. A przecież tamte uczucia, spotkania, tamto życie były takie  intensywne.

Rozmowy z polskimi znajomymi Foucault są pretekstem do opowieści o  Warszawie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, przede wszystkim o Warszawie gejowskiej. Oczywiście nikt wtedy nie używał słowa gej, co najwyżej homoseksualista albo homo. W powszechnym obiegu funkcjonowały cioty, pederaści. Ryziński opowiada o tym, jak żyli, jak się spotykali, jak nawiązywali znajomości w czasach, kiedy ich życie toczyło się właściwie  w podziemiu. Kiedy byli wykluczeni. Maluje też obraz Warszawy. Bardzo drobiazgowy. Nie tylko z detalami opisuje miasto, na przykład odtwarza wnętrza popularnych wtedy lokali, nieistniejących dziś łaźni miejskich, ale też podaje masę innych  szczegółów, na przykład ceny.

Ale w reportażu Ryzińskiego najbardziej poruszyło mnie coś innego - powszechna wtedy inwigilacja środowiska homoseksualistów. Były to działania zakrojone na równie szeroką skalę, jak akcja Hiacynt z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Autor obficie cytuje donosy i materiały z teczek. Czasem trudno powstrzymać się od śmiechu, zdumiewa też fakt, o jakich bzdurach donoszono i pisano. Po co to wszystko? Żeby mieć haki, które można wykorzystać. Do czego? Do inwigilowania kolejnych osób. W ten sposób tworzyła się cała sieć obserwowanych i donosicieli. Tak  autorytarne państwo sprawowało kontrolę nad życiem niemal każdego człowieka. Tak rodziły się strach i nieufność. Teczki zakładano też oczywiście cudzoziemcom, dlatego Foucault był obserwowany i jako homoseksualista, i jako cudzoziemiec. Z dzisiejszej perspektywy to wszystko może się wydawać absurdalne i śmieszne, wtedy łamano ludziom życie, poniżano ich.

Ale jest też książka Ryzińskiego rodzajem manifestu, który szczególnie mocno wybrzmiewa w zakończeniu. Przypomnieniem ciemnych kart historii i poczuciem ulgi, że tamte czasy minęły. Oddaniem sprawiedliwości homoseksualistom, przez lata wykluczanym. Dziś wychodzą z szaf, żeby się nie bać, żeby móc kochać i żeby być sobą. Żeby móc zwyczajnie żyć. Czy to tak dużo?

 

środa, 15 listopada 2017
Zeruya Shalev "Ból"

Lekturę najnowszej powieści izraelskiej pisarki Zeruyi Shalev „Ból” (W.A.B. 2016; przełożyła Magdalena Sommer) odkładałam na dogodniejszy moment, czyli na czas, kiedy będę mogła się skupić tylko na czytaniu. Ponieważ znam jej dwie poprzednie książki, „Po rozstaniu” i „Życie miłosne”, wiedziałam, że to proza gęsta, wymagająca uwagi, momentami męcząca. Rodzinne, uczuciowe psychodramy wciągające czytelnika w głąb, często ciemnych, zakamarków ludzkiej duszy. Taka emocjonalna karuzela. Jednocześnie powieści Shalev są atrakcyjne, mają ciekawą, intrygującą akcję, czytając, z niecierpliwością czekałam na to, co zdarzy się dalej, jak to wszystko się skończy. Zawsze chciałam poznać jej kolejne książki, ale były pilniejsze lektury, widać nie pokochałam jej prozy miłością bezwzględną. „Ból” jednak kupiłam od razu, bo miał świetne recenzje. Słuchając ich, byłam pewna, że to powieść nie tylko znakomita, ale może nawet wybitna. Jak się ma takie rozbuchane oczekiwania, to o rozczarowanie nietrudno. Teraz trochę pomarudzę, ale tym się czytelniku tej notki, nie przejmuj. Jeśli dotąd książek Shalev nie znałeś, sięgaj śmiało po „Ból”, bo jest naprawdę świetny. A że nie wybitny? Trudno, arcydzieła nie rodzą się przecież na kamieniu. Jeśli z niecierpliwością wyczekujesz każdej kolejnej powieści izraelskiej pisarki, moje marudzenie i tak cię nie powstrzyma, bardzo prawdopodobne, że już ją przeczytałeś. Co jeszcze mnie rozczarowało? „Ból” nie jest też tak dojmujący jak dwie poprzednie książki Shalev, o których tu wspominałam. Z jednej strony to dobrze, bo łatwiej się go czyta, niepotrzebnie czekałam na czas, który będę mogła bezwzględnie oddać lekturze. Z drugiej nie działa aż tak mocno. Ale dość już tego. Gdyby to było moje pierwsze zetknięcie z prozą Shalev, gdyby nie oczekiwania nadmiernie rozbudzone przez dyskutantów Tygodnika Kulturalnego (Tak, tak, ileż to już razy sprowadzili mnie na manowce, ale z drugiej strony, ile świetnych lektur albo filmów im zawdzięczam.), na pewno byłabym bardzo usatysfakcjonowana. Ale do rzeczy.

„Ból” to jak zwykle u Shalev historia rodzinna. Rodzina w kryzysie, miłosne zawirowania. Iris, żona Mikiego, matka przygotowującego się do matury Omera i kilka lat starszej Almy, lata temu została poszkodowana w zamachu terrorystycznym. Nie zginęła, ale przeszła trzy poważne operacje, długą rehabilitację. Rok wyrzucony z życiorysu. Rok, kiedy skupiała się tylko na sobie, na swoim bólu. Chcąc chronić dzieci, odsunęła się od nich. Potem rzuciła się w wir zawodowej pracy – została dyrektorką podupadającej szkoły i doprowadziła ją do rozkwitu. To zadanie pozwoliło jej zapomnieć o bólu i traumie.

Ale to nie jedyny ból w jej życiu. Jako młoda dziewczyna przeżyła zawód miłosny. Ejtan, jej wielka miłość, taka aż do śmierci, zostawił ją po śmierci swojej matki. Nie chciał, aby przypominała mu trudne czasy, kiedy wspólnie pielęgnowali chorą. Postanowił zacząć nowe życie, bez niej. Tamten ból, chociaż początkowo niewyobrażalny, przytłaczający, też przeminął. Wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci. Mija dziesięć lat od zamachu. Miki, bezwiednie i nieopatrznie, przypomina o tym żonie. Nie zdaje sobie sprawy, że otwiera puszkę Pandory. Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wraca fizyczny ból, a z nim pytania o przeszłość. Okazuje się, że tamta kryzysowa sytuacja nigdy nie została przez rodzinę przepracowana. Z trudem używam tu tego terapeutycznego stwierdzenia, ale nie znajduję lepszego. Wtedy wszyscy skupiali się na ratowaniu ciała Iris, potem ona sama twierdziła, że wszystko jest już w porządku. Teraz wracają pytania o winę.

O winę? Jak można mówić o winie, kiedy to był zamach terrorystyczny. A jednak można. Bo to nie Iris miała tamtego feralnego dnia odwieźć dzieci do szkoły. Gdyby nie seria całkiem zwyczajnych, codziennych przypadków, zrobiłby to jej mąż. Raptem okazuje się, że i on, i dzieci przez te wszystkie lata obwiniali siebie za to, co się stało, a Iris podświadomie czuła żal. Do nich? Do losu? Zadawała sobie pytanie – dlaczego ja? To moje ulubione pytanie o rolę przypadku w życiu. Bo gdyby nie splot okoliczności, gdyby nie to albo tamto, ani ona, ani (potencjalnie) jej mąż nie znaleźliby się w tamtym feralnym dniu, w tamtym feralnym momencie obok autobusu, w którym wysadził się zamachowiec. O tym wszystkim milczano w rodzinie przez dziesięć lat. Teraz też nikt nie stawia głośno tego pytania. Ale ono wisi w powietrzu. Dlaczego nigdy nie wypowiedzieli swojego bólu, swoich obaw, swoich win, swojego żalu? Dlaczego Iris uciekła w pracę, stała się doskonałą dyrektorką szkoły, tak zajętą zawodowymi obowiązkami, że nie miała już czasu na nic innego? To wszystko żeby zapomnieć o … bólu, żeby życie nie bolało. Kiedy Iris siedzi w pełnej ludzi poczekalni przychodni zajmującej się leczeniem bólu, uświadamia sobie, że ziemia to jeden wielki ból. Cały świat jest pełen ludzi, których coś boli – ciało albo dusza, albo jedno i drugie. Uświadamia sobie, że miłosny zawód przeżyty we wczesnej młodości naznaczył ją na zawsze. Odtąd żyła tak, aby nie bolało. Nie dość kochała, żeby już nigdy nie cierpieć. A dzieci? Czy je także nie dość kochała? Bo nie były dziećmi tamtego? Czy dlatego teraz córka oddaliła się od rodziny, zamknęła się w sobie i wszystko wskazuje na to, że ma poważne problemy? I tu zacznę marudzić po raz kolejny.

Kiedy czytałam powieść Zeruyi Shalev, nie mogąc się od niej oderwać, co jakiś czas zapalała mi się w głowie czerwona lampka. To już było, to takie wyświechtane. Matka, która obarcza się winą, córka, która ma za złe matce. No tak, wszystko już było, nie ma nowych tematów, więc albo to wyjątkowo nie mój temat, albo zabrakło tego czegoś, co sprawia, że stare, ograne staje się bardzo świeże. Powiem wprost – najnowsza powieść Shalev za bardzo trąci mi psychologicznymi, terapeutycznymi tematami. Niekoniecznie z tanich magazynów dla kobiet, niekoniecznie z telewizji śniadaniowych. Chyba nieprzypadkowo nie znalazłam innego stwierdzenia i napisałam, że rodzina nie przepracowała problemu. Jakbym słyszała psychoterapeutów, co z tego, że tych najlepszych.

Być może z tego i jeszcze innego powodu mnie w powieści Zeruyi Shalev najbardziej wciągnął inny wątek, oczywiście ściśle spleciony z tamtymi. Z otwartej puszki Pandory wyleciały nie tylko rodzinne urazy. Zbieg okoliczności zapoczątkowany niefortunnymi słowami Mikiego sprawił, że Iris spotkała Ejtana, swoją wielką miłość. Co robić? Rzucić się w wir romansu? Znowu oszaleć z miłości? Wybaczyć? Iść za tak nieoczekiwanie, cudownie odnalezionym uczuciem? Znowu żyć? A rodzina? A mąż? Może już spłaciła swoje długi? Alma jest już samodzielna, Omar prawie też. A mąż może zrozumie? Przecież najbardziej interesują go rozgrywane w komputerze błyskawiczne partie szachów. A może i on kogoś ma? Iris z nadzieją chwyta się podejrzeń, które jeszcze niedawno ledwie żywiła. Czy warto tracić resztę życia na taki letni związek? Pytania pytaniami, a uczucie uczuciem. Iris chce i boi się jednocześnie, uświadamia sobie, że jej lęk nie wynika tylko z wyrzutów sumienia. Ona boi się nowego szczęścia, jakby uważała, że na szczęście nie zasługuje, jakby przez lata uczuciowej hibernacji straciła nadzieję, że życie może być szczęśliwe. Mimo wszystko wątpliwości jak zawsze w takiej sytuacji pozostają. A ja, czytelniczka, zastanawiam się, czy Ejtan rzeczywiście wart jest takiego szaleństwa. Widzimy go tylko jej oczami. Właściwie co tak naprawdę o nim wie? Minęło tyle lat od ich rozstania. Co robił? Jaki jest naprawdę? Przecież nawet nie zdążył opowiedzieć jej wszystkiego. Czy rzeczywiście kochał ją przez te wszystkie lata? Czy wytrwa? Czy to tylko kaprys? Dlaczego jego życie rodzinne i uczuciowe było nieudane? Bo nie mógł o niej zapomnieć? A może to w nim tkwi jakiś feler? Iris nie bardzo ma czas, aby sobie te wszystkie pytania postawić. Oślepia ją miłość, a sytuacja rodzinna komplikuje się coraz bardziej. Shalev znakomicie pokazuje dylematy kogoś, kto znalazł się w takiej sytuacji – od wielkiego szczęścia nagle zaczynają nas odrywać poważne problemy. Tak bardzo nie chcemy. Żal, rozpacz, poczucie obowiązku i winy nie dają spokoju. Czy jej romans z Ejtanem to tylko chwilowa ucieczka od rzeczywistości, która przynosi przyjemne wytchnienie, czy coś poważniejszego?

Zastanawiałam się, jak ta historia się skończy. I muszę przyznać, że niestety ostatnia część powieści i sam finał rozczarowały mnie najbardziej. Nadzieja i katharsis, o których można przeczytać w rozmaitych materiałach zapowiadających książkę, wydały mi się tu zbyt łatwe. W taki prosty sposób, tak szybko ludzie nie rozwiązują swoich skomplikowanych rodzinnych problemów. Mam takie wrażenie, jakby ostatnia część powieści nie przystawała do tego, co wcześniej. Jedno ją tylko ratuje. Nawet jeśli Iris uda się przezwyciężyć wszystkie bóle, to już czyha następny. Po maturze Omar, jak każdy chłopak w Izraelu, musi iść do wojska na długie trzy lata. To strach izraelskich matek. Ból nigdy się nie kończy.

PS. Tym razem zdjęcia okładki nie będzie, bo wyświetla się komunikat, że wpis jest za długi. Nie zamierzam go skracać z tego powodu.

 

niedziela, 12 listopada 2017
Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka "Jest życie po końcu świata"

Nie czytam takich książek, nie sięgam po wywiady rzeki, szerokim łukiem obchodzę książki o aktorach, a tym bardziej celebrytach. Joanna Kos-Krauze celebrytką nie jest, aktorką też nie, ale książki „Jest życie po końcu świata” (Znak Literanova 2017) napisanej wspólnie z Aleksandrą Pawlicką pewnie bym nie wzięła do ręki. Ba, nawet o niej nie słyszałam, chyba jest dość słabo reklamowana. Ale polecał ją ktoś, z czyich ust nie spodziewałabym się pochwały książki, której bohaterką jest Joanna Kos-Krauze. Powiedział, że jest przejmująca i że koniecznie trzeba ją przeczytać. Jeśli czytać to tylko teraz, zaraz po obejrzeniu filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”, tak pomyślałam i tak zrobiłam. Pochłonęłam ją w ciągu kilku dni.

„Jest życie po końcu świata” to nietypowy wywiad-rzeka, właściwie nie jest nim w ogóle. To reporterska opowieść o Rwandzie Aleksandry Pawlickiej przeplatana rozmowami z Joanną Kos-Krauze. Rozmowy te można podzielić na trzy grupy. W jednych reżyserka opowiada o swoich pobytach w Afryce, o swoim w niej pomieszkiwaniu, o jej mieszkańcach. Przyznam, że ta część książki momentami mnie drażniła. A działo się tak wtedy, kiedy Joanna Kos-Krauze zaczynała snuć rozważania na temat ludzkiej natury, psychologizować i filozofować. To, co mówiła, niekoniecznie mnie przekonywało, takie rozmowy mogłyby się śmiało znaleźć w ambitnym, ale jednak lifestylowym magazynie. Ich motywem przewodnim jest ludobójstwo i życie po nim. I kiedy Joanna Kos-Krauze mówi konkretnie, przytacza fakty, opowiada historie ludzi, których w Rwandzie spotkała, z którymi nawiązała bliższą relację, jest znacznie lepiej.

Druga grupa rozmów to historia jej związku z Krzysztofem Krauze - od początku znajomości, przez wspólną pracę, chorobę, śmierć, pogrzeb, aż po próbę budowania nowego życia. Równoprawnym bohaterem tych rozmów jest sam reżyser. Przyznam, że jego portret wydał mi się bardzo ciekawy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zamiast człowieka sukcesu, a tak go odbierałam, odkryłam postać tragiczną. Nie znałam go takiego - wrażliwego, rozczarowanego tym, co robi, niezadowolonego z efektów swojej pracy, niewierzącego w sukces, borykającego się z krytyką, depresyjnego. Smutna jest ta opowieść. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie reżysera, którego niebanalne obrazy zawsze bardzo przeżywałam i ceniłam. Pamiętam, że kiedy umarł, pomyślałam z ogromnym smutkiem, że już nigdy nie zobaczę jego nowego filmu.

Wreszcie trzecia grupa rozmów dotyczy filmów – od „Długu” po najnowszy, „Ptaki śpiewają w Kigali”. Dostajemy ciekawą opowieść o pracy nad każdym z tytułów - od rodzenia się pomysłu, przez kilkakrotne albo nawet kilkunastokrotne poprawianie scenariusza, rozmaite kłopoty w czasie produkcji, wątpliwości, aż do odbioru przez widzów i recenzentów. Wiele się dowiedziałam, wiele sobie  przypomniałam. Przyznam, iż zupełnie nie pamiętałam, że „Mój Nikifor” miał początkowo słabe recenzje, a jego recepcja zmieniła się po sukcesach za granicą.

Ale może najważniejsza jest reporterska opowieść Aleksandry Pawlickiej o Rwandzie. Wydawało mi się, że po przeczytaniu książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” i „Strategii antylop” Jeana Hatzfelda już niczego nowego na temat ludobójstwa się nie dowiem, a jednak myliłam się. Aleksandra Pawlicka i Joanna Kos-Krauze odwiedzają miejsca związane z tamtą tragedią i wokół nich snują dramatyczną historię wydarzeń z roku 1994. Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie to, że w Rwandzie ludobójstwo dotknęło niemal wszystkich. Albo je przeżyli, albo, jeśli przebywali w tamtym czasie za granicą, stracili bliskich, albo mordowali oni lub ich najbliżsi, a teraz muszą żyć obok siebie, bo inaczej się nie da. Pawlicka porządkuje  fakty historyczne, nakreśla polityczne tło, przypomina niechlubną rolę państw Zachodu, szczególnie Belgii i Francji, wiele też pisze o odpowiedzialności Kościoła za eksterminację Tutsi. Byli oczywiście księża, którzy pomagali, ale byli też tacy, którzy dostarczali mordercom benzyny, którą podpalano ludzi szukających schronienia w kościołach, inni sączyli nienawiść, jeszcze inni w najlepszym razie pozostali bierni. Do dziś Kościół chroni księży zamieszanych w tamte zdarzenia. Wydaje mi się, że rozdziały o Rwandzie są tym bardziej cenne, że mają szansę trafić do czytelnika, który z tymi faktami nigdy się nie zetknął albo wie na ten temat niewiele. Jeżeli skuszony rozmowami ze znaną reżyserką przeczyta całą książkę, to chwała autorkom za to.

 

środa, 08 listopada 2017
"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

środa, 01 listopada 2017
"Łagodna"
O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.
niedziela, 29 października 2017
Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy"

Po niewielkich rozmiarów powieść amerykańskiej pisarki Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy" (Wielka Litera 2016; przełożył Bohdan Maliborski) sięgnęłam właściwie tylko z ciekawości. Była tak wychwalana, że kiedy ebook osiągnął korzystnie niską cenę, kupiłam, żeby sprawdzić. Ale do lektury podchodziłam z wielkim sceptycyzmem, bo to, co o książce słyszałam, jakoś mnie nie porywało. No i sprawdziło się - przeczytałam bez bólu, ale zachwytów nie podzielam. Cóż, może jestem za mało wrażliwa, aby w tej minimalistycznej opowieści dostrzec więcej. Dla mnie, miłośniczki prozy mięsistej, gęstej, ociekającej opisami, "Mam na imię Lucy" to zaledwie szkic powieści. Ale rozumiem, że w erze pośpiechu, braku czasu, ten typ literatury może znajdować czytelników. Są też i tacy, dla których  minimalizm jest zaletą.

To historia dojrzałej kobiety, tytułowej Lucy, która z perspektywy lat opowiada o swoim życiu, dzieciństwie, małżeństwie, początkach pisarskiej kariery, relacjach z dorosłymi córkami. Na przeszłość patrzy przez pryzmat spotkania z matką, która na prośbę jej męża przyjeżdża, aby pielęgnować córkę w szpitalu. Wspomnienia nie stanowią spójnej całości, składają się na nie raczej okruchy pamięci. Nie dowiemy się, jakie wojenne demony dręczyły ojca Lucy, jaki problem miał brat, dlaczego posypało się jej małżeństwo. Tego wszystkiego możemy się tylko domyślać.

Lucy żyje w cieniu swojego dzieciństwa spędzonego gdzieś na amerykańskiej prowincji w stanie Illinois. Dzieciństwa ubogiego, szorstkiego, naznaczonego samotnością, lękami i wstydem. Wstydem ubóstwa, chłodu, głodu, brudu, byle jakich ciuchów, wstydem brata-odmieńca. Mimo upływu lat nadal pamięta tamtą samotność, nierozumienie ze strony rodziców, rówieśników, którzy się z niej  wyśmiewali. Jako jedyna z trojga rodzeństwa odmieniła swój los - wyjechała, skończyła studia, zamieszkała w Nowym Jorku. Ale zawsze czuła się tą gorszą. Bo wychowała się w takim domu, bo nie oglądała telewizji, bo nie przeczytała tych wszystkich książek, które powinna, bo nie bywała w teatrze, w muzeach, na koncertach. Chociaż skończyła studia, tego wszystkiego nie dało się już nadrobić. Spotkanie z matką nie przyniesie nic istotnego, nic poza plotkami, opowieściami o sąsiadach, znajomych z dzieciństwa. Mimo to jest dla niej ważne, spędzą razem pięć dni, będą blisko siebie, ale więzi i rodzinne relacje nie zostaną odbudowane. Chociaż dzieciństwo Lucy nie było szczęśliwe, nie ma w niej nienawiści, jest miłość, tęsknota i żal, że nic się nie da naprawić.

Drugie ważne spotkanie w jej życiu to przypadkowa rozmowa ze znaną pisarką, która bezwiednie odciśnie piętno na przyszłości Lucy. Rzucone mimochodem rady wpłyną na jej twórczość i życiowe wybory. Potwierdzi się to, co zawsze myślała i co robiła, że trzeba iść do przodu, swoją drogą, chociaż nie sposób nie popełnić błędów, nie sposób kogoś nie skrzywdzić. Po latach zrozumie, że to, co było dobre dla niej, nie było dobre dla jej córek. Chociaż nie chciała, skrzywdziła je, jak niegdyś krzywdzili ją jej rodzice. Ale na szczęście tym razem będzie inaczej - Lucy uda się odbudować zerwane więzi z córkami. Jest w tej powieści smutek, ale jest też zgoda na świat, jaki by nie był. Może dlatego, że bohaterka lubi ludzi, co często powtarza.

To tyle o książce Elizabeth Strout. Czego bym nie pisała, nie zmienia to najważniejszego - historia Lucy nie porusza mnie jakoś specjalnie, nie dotyka, nie wzbudza emocji. Dlatego na tej jednej powieści zakończę moją znajomość z twórczością amerykańskiej pisarki.

 

 

 

 

 

 

środa, 25 października 2017
Jarosław Mikołajewski "Terremoto"

Kiedy ukazała się najnowsza książka Jarosława Mikołajewskiego „Terremoto” (Dowody na Istnienie 2017) nie miałam zamiaru po nią sięgać, chociaż bardzo cenię autora. Cóż mnie obchodzi zeszłoroczne trzęsienie ziemi we Włoszech? Myślałam. Niemal wyrzuciłam je z pamięci! Mam tyle innych lektur do czytania! Dopiero wywiad z autorem, którego wysłuchałam, sprawił, że natychmiast książkę kupiłam. Teraz wstydzę się mojej postawy, bo pisanie Mikołajewskiego właśnie temu służy - ma budzić w czytelniku sumienie, odkopywać jego wrażliwość, przypominać o tym, co niewygodne.

Od razu napiszę, że „Terremoto” może wielu czytelników zirytować. Chociaż wydane przez wydawnictwo specjalizujące się w literaturze non fiction w serii reporterskiej moim zdaniem reportażem nie jest. Bliżej mu do eseju. To bardzo osobista książka, wręcz ekshibicjonistyczna, tak ekshibicjonistyczna, jak potrafi być poezja, a że Mikołajewski jest też poetą (A może przede wszystkim poetą? Ciekawe, jak by siebie nazwał.), nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z wierszem ukrytym w prozie. Dziwacznie i pokrętnie to brzmi, ale w każdym razie skojarzenia z poezją towarzyszyły mi bardzo często w czasie lektury „Terremoto”. I to właśnie ekshibicjonizm, pisanie bebechami, może czasem nawet egzaltacja, mogą zniechęcić albo wręcz zirytować niejednego czytelnika. Ja książkę Jarosława Mikołajewskiego kupiłam z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kupiłam tę niezwykle osobistą wypowiedź, ten wiersz, ten list do czytelnika, to zwierzenie.

„Terremoto” jest w pewnym sensie kontynuacją jego poprzedniej książki, „Wielkiego przypływu”, opowieści o Lampedusie, jej mieszkańcach i o tym, jak ratują przypływających do ich wyspy uchodźców. Ona też była niezwykle osobista, ale mam wrażenie, że ta jest jeszcze bardziej. Podobnie jak tam i tym razem autor wybiera sobie bohatera. W „Wielkim przypływie” był nim doktor Bartolo, który od wielu lat jako lekarz i jako człowiek ratuje uchodźców. Tym razem to Luka Cari, strażak, rzecznik prasowy straży pożarnej, dziennikarz. To on oprowadza autora po terenach zniszczonych przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi niczym Wergiliusz Dantego po piekle i czyśćcu. Ale zanim wyruszą wspólnie do tego umbryjskiego inferno, Mikołajewski przypomina inną historię. Luka Cari brał udział w akcji zarządzonej przez włoskiego premiera Mateo Renziego, której celem było sprowadzenie z egipskiego wybrzeża wraku statku z ciałami siedmiuset uchodźców. Dlaczego Włosi się tym zajęli? Bo trzeba te ciała pochować, a wcześniej pobrać materiał genetyczny dla rodzin, które być może kiedyś się o nie upomną. Ale dlaczego? Bo jesteśmy dziećmi Antygony, jak mówi Luka Cari. Konotacje literackie są w książce Mikołajewskiego bardzo silne – duże wrażenie robi cytat z „Burzy” Szekspira, słowa Mirandy cierpiącej na wieść o katastrofie statku, w której zginęli ludzie. Autor zwraca uwagę na to, że literatura europejska pełna jest takich dowodów człowieczeństwa, ma w sobie litość dla ofiar. W takim kontekście pada pytanie o to, co się z nami, Polakami, stało? Bo o naszej znieczulicy pisze, przeciwstawiając ją ofiarności Włochów. A przecież wychowani jesteśmy w tej samej europejskiej kulturze, tak bardzo lubimy podkreślać nasze europejskie kulturalne dziedzictwo. Gdzie się ono podziało?

Potem opowiada o trzęsieniu ziemi, a właściwie o trzech, o czym nie pamiętałam. Pierwsze miało miejsce w sierpniu 2016 roku, kolejne przyszło w październiku, następne zimą 2017. Jakby żywioł uznał, że uderzyć raz to za mało, że trzeba zniszczyć wszystko, pognębić do imentu tych, którzy jakimś cudem ocaleli. A to niekoniecznie koniec, bo nie dość, że ziemia we Włoszech drży bezustannie, o czym przypominamy sobie tylko przy okazji spektakularnych tragedii, to sejsmolodzy uważają, że ten ciąg zapoczątkowany w sierpniu zeszłego roku jeszcze się nie zakończył. Mikołajewski i Cari jadą przez oszałamiająco piękne, górzyste umbryjskie tereny zniszczone przez trzęsienie ziemi, jadą drogami, na których niebezpieczeństwo czyha cały czas – pełno tu powalonych głazów, skał, które w każdej chwili mogą się osunąć na drogę, pełno uskoków i innych pułapek. Docierają do kompletnie zniszczonych miasteczek i wiosek, kiedyś ślicznych jak z obrazka, odwiedzanych przez turystów, słynnych z powodu swych kulinarnych specjałów. Odwiedzają Amatrice, Norcię (po polsku znana jako Nursja), Castellucio. Nie ma już tych miejsc, są kikuty domów, pałaców, kościołów umiejscowione wzdłuż czegoś, co kiedyś było główną ulicą miasteczka albo uroczą piazza, są połamane szafy, stoły, resztki krzeseł, garnki, zabawki, szkolne zeszyty i wszystko to, co gromadzimy w domach, a co żywioł wybebeszył swoją niszczycielską siłą, wystawił bezwstydnie na widok ciekawskich. Kocham Włochy, byłam tam wiele razy, w Umbrii też, w tych zniszczonych przez trzęsienie ziemi miejscach nie, ale doskonale mogę je sobie wyobrazić. Dlatego tym bardziej serce mi pęka, kiedy czytam książkę Mikołajewskiego. Czy Amatrice, Norcia, Castellucio i inne miejscowości powstaną kiedyś z martwych? Czy wróci do nich życie? Na pewno nic nie odda życia tym wszystkim, których kataklizm zabił. W samym Amatrice zginęły dwieście dziewięćdziesiąt cztery osoby.

Autor pochyla się nad nimi, przywołuje ich imiona i nazwiska, zawody. Pisze o traumie ocalonych. Ale przede wszystkim naiwnie, i nie wstydzi się swojej naiwności, pyta. Sejsmologów, czy trzęsienie ziemi można przewidzieć i skąd się w ogóle bierze, siebie o miejsce Boga w tym wszystkim. Zadaje odwieczne pytanie – dlaczego? Najpierw uczonym filozofom za pośrednictwem poematu Woltera napisanego po wielkim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Lizbonę, potem Bogu. Dlaczego, Boże, pozwalasz na cierpienie? Czym zawinili ci wszyscy mieszkańcy Amatrice, Norcii, Castellucio? Odpowiedz, jeśli jesteś, a tego Mikołajewski pewien wcale nie jest, a właściwie raczej pewien jest tego, że Bóg nie istnieje, czego świadectwo w swoich rozmaitych tekstach daje wielokrotnie. Przyznam, że także z tego powodu pisanie Mikołajewskiego jest mi bliskie. Oczywiście odpowiedzi nie znajduje, bo znaleźć nie może. Szuka jej też u księży. Pyta nie tylko dlaczego, ale też, co powiedzieliby ludziom dotkniętym podobną tragedią. Częsta w takim wypadku odpowiedź, że Bóg jest miłością albo że to tajemnica, nie zadowala autora. Dlatego drąży dalej, pytając uczonych teologów. Na końcu i tak pozostają bezradność i milczenie. Mikołajewski chciałby być jak ci ludzie, którzy klęczeli zatopieni w modlitwie przed zrujnowaną, wybebeszoną bazyliką świętego Benedykta w Nurcii. Chciałby, ale nie potrafi, bo widzi tam tylko ruiny i pustkę.

Ta momentami naiwna, przesiąknięta cierpieniem i zdumieniem książeczka ma szansę obudzić w czytelniku wrażliwość, wytrącić z dobrego samopoczucia, skłonić do stawiania sobie podobnie naiwnych pytań i szukania własnych odpowiedzi. Moją odpowiedzią jest również bezradność.

 

niedziela, 22 października 2017
"Zgoda"

Mimo rozmaitych recenzji postanowiłam wybrać się na „Zgodę” Macieja Sobieszczańskiego. Jedni film chwalą, inni wyrażają się raczej krytycznie, niektórzy żałują, że zabrakło dla niego nagrody w Gdyni (jury doceniło tylko kostiumy). Kiedy są kontrowersje, warto sprawdzić, po czyjej stronie jest racja tym bardziej, że temat ważny i słabo dotąd rozpoznany w kinie i w literaturze. Tytułowa Zgoda to obóz stworzony w Świętochłowicach przez polskie organy bezpieczeństwa. Przetrzymywano w nim Niemców, Ślązaków, Polaków i osoby innych narodowości uznane za wrogów. To nie jedyne takie miejsce, niewiele się o nich mówi. Ale poruszała już ten temat w swoim reportażu „Rok 1945. Wojna i pokój” Magdalena Grzebałkowska i, o ile mnie pamięć nie myli, Paweł Smoleński w „Pochówku dla rezuna”

Muszę przyznać, że mam z filmem Macieja Sobieszczańskiego kłopot. To obraz z gatunku słusznych i oczywistych. Taką filmową wyjadaczkę jak ja, która obejrzała całe morze filmów, niczym nie zaskoczył, a przecież powinien. Czego nowego dowiedziałam się po obejrzeniu „Zgody”? Właściwie niczego. Że obozy były i że traktowano tam więźniów okrutnie, to dla mnie żadne odkrycie. Nie wykluczam, że dla niektórych widzów, zwłaszcza młodych, temat może być zaskakujący. Jeśli zadumają się nad skomplikowanymi ścieżkami historii, jeśli zrozumieją, że świat nie jest czarno-biały i ofiary mogą stać się katami, to bardzo dobrze. Ja jednak to wszystko już wiem. Za dużo książek przeczytałam, za dużo filmów obejrzałam, za dużo w życiu widziałam. Nie lepiej jest z warstwą fabularną. „Zgoda” to  melodramat. Ich dwóch i ona jedna. Obaj ją kochają, a ona oczywiście tylko jednego z nich. Franek zgłasza się do pracy w obozie, bo wierzy, że w ten sposób ocali osadzoną w nim Annę. Nieoczekiwanie spotyka tam też Erwina, Niemca. Wszyscy troje przyjaźnili się przed wojną. Jak mówi matka Franka: „Jej nie ocalisz, a siebie pogrążysz” (cytat z zawodnej pamięci). Łatwo domyślić się, że bohaterowie chcąc ratować ukochaną osobę, będą musieli zstąpić do piekieł i dokonywać dramatycznych wyborów. Aby spróbować ocalić ludzkie istnienie, sami zaprzeczą swemu człowieczeństwu. Łatwo też zgadnąć, że skoro ich jest dwóch, a ona jedna, to pojawią się komplikacje. Takie są prawa gatunku. Niestety tym razem na mnie to nie działa. Chociaż film oglądałam w skupieniu i nie mogę powiedzieć, abym się nudziła, nie potrafiłam jakoś wzruszyć się losami bohaterów ani przejąć ich tragicznymi dylematami. Pozostałam obok ich historii. Niby wszystko jest w porządku, na papierze wszystko się zgadza, a jednak coś nie gra. Poza tym przyjęta konwencja zawęża perspektywę, pozostali bohaterowie pozostają w cieniu, a relacje miedzy nimi pokazane są powierzchownie.

Jeżeli coś miałabym pochwalić, to mroczną atmosferę konsekwentnie budowaną zdjęciami. Zdjęcia to mocna strona filmu, niektóre są wręcz malarsko piękne, przywodzą na myśl obrazy, co przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Nie wiem, czy takie estetyzowanie jest w wypadku tego filmu na miejscu. Na ekranie dominują ciemne, monochromatyczne barwy, wiele scen rozgrywanych jest nocą lub w ciasnych, klaustrofobicznych barakach, do których światło niemal nie dociera. Wokół jest szaro i brudno, często pada, a Franek, który wraca nocą do domu,  brnie przez błoto. Słychać jak się rozbryzguje pod jego butami. To nazbyt czytelny, dość nachalny symbol. Film jest też bardzo okrutny, reżyser nie szczędzi widzowi brutalnych scen znęcania się nad więźniami.

Nie unikam na ekranie i w literaturze trudnych tematów, ale tym razem zastanawiam się, w imię czego spędziłam w kinie niełatwe półtorej godziny.

 

środa, 18 października 2017
Egon Hostovsky "Zaginiony"

Ostatnio kupiłam kilka interesująco zapowiadających się powieści i systematycznie po nie sięgam, przeplatając literaturą faktu. Zwykle bywa odwrotnie – to literaturę faktu przeplatam powieścią, ale widocznie minione już lato sprawiło, że poczułam głód beletrystyki. Wśród moich zakupów znalazła się książka czeskiego pisarza Egona Hostovskiego „Zaginiony” (Książkowe Klimaty 2016; przełożył Andrzej Jagodziński). Autor od końca lat czterdziestych zeszłego wieku przebywał na emigracji w Stanach, a i wojnę tam spędził, uciekając przed Holocaustem. Zmarł w roku 1973. Uważany jest za jednego z ważniejszych czeskich pisarzy, na naszym rynku wydawniczym został dopiero odkryty dzięki Książkowym Klimatom. Czy za „Zaginionym” pójdą jego kolejne powieści, tego nie wiem. Nasze wydawnictwa bywają kapryśne, niektórzy autorzy pojawiają się jedną książką jak efemerydy, inni wydawani są od deski do deski.

Akcja powieści rozgrywa się w Pradze zimą roku 1948. A rok to bardzo ważny w historii powojennej Czechosłowacji, z czego oczywiście nie zdajemy sobie sprawy. Uczciwie przyznaję, że i ja nic na ten temat nie wiedziałam. Na szczęście polskie wydanie rozpoczyna się klarownym wstępem Andrzeja Jagodzińskiego, który wprowadza czytelnika w meandry roku 1948. Dla potrzeb tej notki wspomnę tylko krótko, że to właśnie w lutym tego roku ostatecznie przesądzony został los Czechosłowacji. To wtedy w wyniku zamachu stanu ostatecznie całą władzę przejęła Komunistyczna Partia Czechosłowacji, prezydentem został Klement Gottwald, rozpoczęły się polityczne czystki, prześladowania, w tajemniczych okolicznościach zginął minister spraw zagranicznych Jan Masaryk, a tysiące osób udało się na emigrację. I właśnie w czasie tych mrocznych miesięcy rozgrywa się akcja „Zaginionego”.

Myślę, że powieść Egona Hostovskiego zadowoli każdego czytelnika. Z jednej strony opowiada o sprawach bardzo istotnych i uniwersalnych – o przyjaźni, niespełnionej, zawiedzionej miłości, wierności ludziom i własnym poglądom, zaufaniu i jego braku. Jest w tej książce kilka takich rozmów, kiedy czytelnik ma wrażenie, że odkryte zostają mu sprawy najważniejsze, że zbliża się do zrozumienia istoty, że odkrywa tajemnicę ludzkiej egzystencji. Wiem, brzmi bardzo górnolotnie, ale nic na to nie poradzę, że czytając, takie właśnie miałam wrażenie. Tak było, kiedy śledziłam rozmowę Olgi, żony jednego z głównych bohaterów, Erika, kobiety nieszczęśliwej, zrezygnowanej, ale szlachetnej, z dziennikarzem Borkiem. Mówili o ostrożności, braku zaufania i zemście. Straszne czasy, w których żyli, wymuszały stałą ostrożność, bo nie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Kto przyjaciel, a kto wróg, a i przyjaciel ze strachu albo z wyrachowania może stać się wrogiem. Wieczna czujność sprawiała, że wszyscy żyli jak obłąkani, zniknęła spontaniczność, zniknęły ludzkie odruchy. Bohaterowie spotykają się potajemnie, mówią szeptem, stale kalkulują, a i tak na końcu okazuje się, że ktoś doniósł, bo był szpiclem. Olga mówi też o zemście, która dotyka nie tylko tego, kto zawinił, ale i jego bliskich, bo dostają rykoszetem. Druga rozmowa, która zrobiła na mnie wrażenie, to spotkanie księdza, ze spokojem czekającego na aresztowanie, z kominiarzem, szczerym komunistą. Dlaczego tacy ludzie jak ów kominiarz, porządni, przyzwoici, popierają komunistyczny zamach stanu? Bo nie dostrzegaliście głodnych, powie. Tak, ale to nie głodni robią tę rewolucję, odpowie ksiądz. Nie o głodnych tu chodzi, on już to rozumie, jego adwersarz być może pojmie wkrótce. To rozmowa o dwóch źródłach zła – głodzie i nienawiści. I chociaż została napisana w innych czasach i w innym kontekście, to zabrzmiała mi bardzo współcześnie. W ogóle „Zaginiony” to powieść gadana. Z drugiej strony dużo się tu dzieje, akcja gna, zaskakuje, a autor buduje napięcie, co chwilę zostawiając czytelnika w niepewności. Bo ta ważna książka została wtłoczona w schemat powieści szpiegowskiej. To dlatego napisałam, że zadowoli każdego czytelnika.

Bohaterowie, a jest ich tu kilku równie ważnych, trudno powiedzieć, kto jest tym najważniejszym, zostają wplątani w grę dwóch politycznych machin – czeskiej i amerykańskiej. I nie pozostanie to bez wpływu na ich życie. To kolejny temat powieści – czy zawsze możemy decydować o swoim losie? Jaki mamy wpływ na bieg wydarzeń? Ile od nas zależy? A sprawa jest w gruncie rzeczy banalna, a w każdym razie taka byłaby w normalnym świecie, ale trwa zimna wojna, więc obie strony zastanawiają się, czy pozwolić wyjechać do Stanów jednemu z bohaterów, Pavlowi Kralovi. I Czesi i Amerykanie chcą go ewentualnie wykorzystać do swoich celów, i jedni, i drudzy zastanawiają się, kim naprawdę jest. Pavel Kral staje się zakładnikiem, pionkiem w grze, a wraz z nim jego przyjaciele i urzędnicy mimowolnie zaplątani w tę sprawę. Napisałam, że jest jednym z bohaterów powieści, ale on sam na jej kartach nigdy się nie pojawi. Dlatego stale obecne jest pytanie – kim jest naprawdę? Jakie ma intencje? Czy to szlachetny człowiek, który chce zrobić coś dobrego, czy też sprytnie umie się ustawić, wykorzystując swoich przyjaciół i krzywdząc ich przy okazji?

Egon Hostovsky w swojej powieści miesza klimaty. Z jednej strony książka jest śmieszna, dowcipna, lekka. Wiele tu zabawnych zdarzeń i postaci, bohaterowie próbują jakoś z wdziękiem iść przez życie, jakoś się w nim ustawić, czerpać z niego to, co najlepsze, nie narażając się nikomu. Lubią proste przyjemności, wieczorne spotkania z przyjaciółmi w knajpie, gdzie kelner doskonale ich zna i nie musi pytać, co zamawiają. Oni nie chcą być bohaterami, nie chcą dokonywać rzeczy wielkich, nie chcą mieszać się do polityki. Nawet kiedy zostają do tego zmuszeni, próbują ratować się fortelem. Ale przecież nie zawsze się tak da. Nie wszystkim się uda. Niektórzy poznają smak emigracyjnej poniewierki i rozstania. Tragiczne nuty, których w „Zaginionym” nie brakuje, przełamane zostają lekką konwencją i śmiechem. Ale nad całością dominuje jednak czarny klimat i klaustrofobiczna atmosfera podejrzeń i nieufności. Nieprzypadkowo bohaterowie przemykają szarymi, zimowymi ulicami, spotykają się w ciasnych, ciemnych, brzydkich wnętrzach, często nocą.

Bardzo ciekawa powieść. Kto ją przeczyta, może sięgnie po inną, trochę bardziej wymagającą, wznowioną niedawno, nagrodzoną kilka lat temu Angelusem. Myślę o „Przypadkach inżyniera ludzkich dusz” Josefa Skvoreckiego, też czeskiego emigranta. Ja kilka lat temu zachwyciłam się nią ogromnie.



 

środa, 11 października 2017
Dionisios Sturis "Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji."

O tym, że Dionis Sturis pisze książkę o greckich imigrantach, których pod koniec lat czterdziestych i później w czasie greckiej wojny domowej i po jej zakończeniu przyjęła Polska oraz inne kraje komunistyczne, wiedziałam od dawna. Nic więc dziwnego, że nie tylko szybko ją kupiłam, ale i szybko przeczytałam. Piszę Dionis, a nie Dionisios, bo autora znam z radia, a tam używa skróconej wersji swojego imienia, więc jakoś do tej dłuższej nie bardzo umiem się przyzwyczaić. No ale trudno, teraz musi być oficjalnie – książka, o której dziś napiszę, to „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji” Dionisiosia Sturisa (W.A.B. 2017). Kto wcześniej nie zetknął się z twórczością autora, dziennikarską i reporterską, ten pewnie z pewnością domyśli się, że musi mieć jakieś greckie korzenie. I tak jest rzeczywiście. Sturis pisał już o tym w swoim pierwszym reportażu „Grecja. Gorzkie pomarańcze”, która był opowieścią o Grecji, jej najnowszej historii, kryzysie ekonomicznym i politycznym, a także o rodzinie autora. Jego ojciec to jedno z dzieci, które w roku 1947 w czasie krwawej greckiej wojny domowej przyjęła Polska. Matka autora, Polka, była jego drugą żoną, i po rozwodzie, który nastąpił dość szybko, wróciła z Salonik do Polski. I jak to w takich sytuacjach bywa, Dionis Sturis tracił swoje greckie korzenie, aby po latach zacząć je odzyskiwać. Nic dziwnego, że postanowił zająć się tematem nieistniejącym w powszechnej świadomości. No bo z ręką na sercu, kto zastanawia się, skąd się wzięli w Polsce Jorgos Skolias, Antymos Apostolis, Milo Kurtis, Eleni? Przecież są Polakami, mówią po polsku, a że mają dziwne imiona i nazwiska? Nie zastanawiamy się nad tym. Ja pewnie też żyłabym w błogiej nieświadomości, gdyby jedna z moich dalszych ciotek nie miała przyjaciółki Greczynki, o której często wspominała. I lubiła przy tym dodawać, że jest z tych Greków, którzy po wojnie przyjechali do Polski. I tyle mojej wiedzy. Przyjmowałam to jako fakt, nie zastanawiając się nad nim głębiej. Jacy Grecy? Dlaczego? Dopiero z pierwszej książki Sturisa dowiedziałam się trochę, a teraz dzięki „Nowemu życiu” poznałam ten zapomniany epizod z polskiej i greckiej historii jeszcze lepiej.

Choćby tylko z tego jednego powodu po ten reportaż powinno się sięgnąć obowiązkowo. Ale są i inne przyczyny. Najprostsza – jest po prostu niezwykle ciekawa, świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem. Ale jest i powód ważniejszy – w czasach kiedy odwracamy się od ludzkiego nieszczęścia, kiedy odsuwamy od siebie jak najdalej myśl o uchodźcach szturmujących bramy Europy, kiedy zagubiliśmy gdzieś naszą wrażliwość, o solidarności nie ma co wspominać, warto przyjrzeć się tamtej historii. Mimo powojennej biedy przyjmowaliśmy najpierw greckie dzieci, potem rannych i chorych, aby po zakończonej wojnie przywitać uchodźców politycznych, którym w ich ojczyźnie groziło więzienie, tortury, może śmierć. Dionis Sturis nie ukrywa, że początkowo zainteresował się tematem ze względu na swoją rodzinną historię, potem jednak w miarę narastania kryzysu uchodźczego jego motywacja rozszerzyła się. Podkreśla to wyraźnie w wywiadach, których udzielił przy okazji promocji książki. Dlatego zadedykował ją uchodźcom. Oczywiście powie ktoś, że sytuacja nie jest symetryczna. Bo tamci uchodźcy byli bliżsi nam kulturowo, trafiali do nas na mocy tajnych decyzji politycznych, długo cała operacja była trzymana w tajemnicy (dlaczego, o tym w książce). Dopiero po zakończeniu wojny domowej Polska i inne kraje komunistyczne zaangażowały się w pomoc uchodźcom oficjalnie. To prawda. Niemniej jednak należy docenić fakt, a może nawet spojrzeć nań z podziwem, że powojenna biedna Polska, która sama dźwigała się z ruin, wysupłała na tę operację pieniądze, a przede wszystkim zdobyła się na organizacyjny wysiłek. A i potem, kiedy uchodźcy greccy zamieszkali w miastach czy na wsiach, spotkali się z życzliwym przyjęciem i szybko integrowali z Polakami. Oczywiście jak zawsze najłatwiej przychodziło to dzieciom. Wiele w książce Sturisa świadectw na ten temat – rozmów z tamtymi uchodźcami, którzy dziś są już ludźmi sędziwymi, i ich dziećmi.

Ale w „Nowym życiu” znajdziemy oczywiście nie tylko rozmowy i opowieści o losach bohaterów książki, ich potomków czy Polaków, którzy organizowali tu na miejscu nowe życie dla uchodźców. Autor posiłkując się literaturą przedmiotu, sięga do źródeł tego, co się stało, a więc do czasów drugiej wojny, opowiada o historii greckiej wojny domowej, o niechlubnej roli wielkich mocarstw w tym konflikcie, szczególnie Stanów i Wielkiej Brytanii (Grecja na mocy porozumienia z ZSRR znalazła się w brytyjskiej strefie wpływów), które bojąc się zwycięstwa greckich komunistów, poparły ich przeciwników, wśród nich też tych, którzy w czasie wojny kolaborowali z nazistami. Ironia losu polega na tym, że to przecież greccy komuniści stawiali opór Niemcom. To bardzo gorzkie fragmenty książki. Kolejne świadectwo tego, jak bezduszna i cyniczna potrafi być wielka polityka. Warto wspomnieć, że do dziś ci, którzy prześladowali politycznych przeciwników, nie zostali rozliczeni.  Pewnie to, że greccy uchodźcy byli w sporej części ideowymi komunistami, jest powodem, że  polscy badacze raczej unikają tego tematu.

Książka Sturisa jest bardzo klarownie skonstruowana – autor chronologicznie prowadzi czytelnika przez meandry historii. Jak wspomniałam, zaczyna od źródeł, potem opowiada o przyjmowaniu uchodźców, pierwszych latach w nowej ojczyźnie, potem pisze o skomplikowanej, ciągnącej się latami, operacji łączenia rodzin (ponieważ ewakuowano najpierw dzieci, potem rannych, a na końcu pozostałych, rodziny trafiały często do różnych krajów), na którą zdecydowano się dopiero wtedy, kiedy ze względu na sytuację polityczną w Grecji stało się jasne, że uchodźcy być może nigdy tam nie wrócą. Aż wreszcie, kiedy wymarzony powrót stał się możliwy, dowiadujemy się o dylematach polskich Greków – wracać, bo wreszcie można, czy zostać, bo przecież nowe życie w wytęsknionej ojczyźnie to wielka niewiadoma, a tu już się człowiek dawno zdążył zadomowić. Jedni wracali, inni postanowili zostać, znowu dzieliły się rodziny. Sturis kończy swoją książkę opowieścią o dniu dzisiejszym polskich Greków. O nieuchronnym procesie asymilacji potomków tych, którzy w Polsce zostali. Zastanawia się też, co daje i co odbiera taka podwójna tożsamość. Nie ucieka też od trudnych pytań. Najważniejszym jest to o ewakuację greckich dzieci. Czy była przymusowa, czy dobrowolna? Czy dobrze, że była? Dzieci wyrwano z rodzin, odbyły długą, niewiarygodnie niebezpieczną i potwornie męczącą drogę, znalazły się w nowym kraju, o którym nie miały pojęcia, same, bez rodziców, dziadków, często bez rodzeństwa, nie wiadomo, jak długo miało trwać to rozstanie. Co dostały w zamian? Wytchnienie, spokój, obfitość jedzenia, czyste łóżko, możliwość nauki. Oczywiście nie tylko greckie dzieci ewakuowano w czasie wojny. Ratunku szukano dla dzieci żydowskich, Anglicy masowo wysyłali swoje dzieci na północ kraju w obawie przed bombardowaniami. To wojna jest przyczyną takich dylematów i takich tragedii. Banalne, ale niestety prawdziwe. I to też uświadamia książka Dionisa Sturisa.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55