Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 26 stycznia 2012
Necla Kelek "Slodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji"

Niedawno w ramach przeglądu najciekawszych filmów z festiwalu Nowe Horyzonty obejrzałam "Pewnego razu w Anatolii" Ceylana (napiszę o nim w marcu, kiedy wejdzie do kin). Tak bardzo spodobał mi się ten film, że postanowiłam od razu zabrać się za leżącą od Bożego Narodzenia na półce "Słodko-gorzką ojczyznę. Raport z serca Turcji" Necli Kelek (Czarne 2012; przełożyła Elżbieta Kalinowska). Gdyby nie film, pewnie ta książka poczekałaby na swoją kolej trochę dłużej, ale chciałam pooddychać jeszcze atmosferą Anatolii. Udałam się więc w podróż w odległe rejony Turcji, za przewodniczkę mając Neclę Kelek, Turczynkę wychowaną i mieszkającą w Niemczech. A może Niemkę? Wszak większość swojego życia spędziła w kraju naszych zachodnich sąsiadów. Najlepiej będzie, jeśli głos w tej sprawie oddam autorce:

"Jestem szczęśliwa, że mogę powiedzieć: jestem Niemką i Europejką, ale przez to wcale nie mniej Turczynką."

Kelek jest w swojej pierwszej ojczyźnie częstym gościem, choćby dlatego, że ma tam liczną rodzinę. Nic dziwnego, że to, co się tam dzieje, żywo ją interesuje. To nie jej pierwsza książka o Turcji, relacjach niemiecko-tureckich i diasporze tureckiej w Niemczech. Czym jest wydana właśnie "Słodko-gorzka ojczyzna"? Trochę reportażem, trochę publicystyką, trochę relacją z podróży, a trochę wspomnieniem z czasu dzieciństwa spędzonego najpierw na prowincji w głębi kraju, a potem w Stambule. Autorka przygląda się Turcji krytycznie, ale i czule (stąd tytuł). Nie wypiera się swoich korzeni i związków z krajem.

To, co wydało mi się najciekawsze, dlatego książkę kupiłam, to spojrzenie na Turcję z perspektywy jej serca, czyli prowincji, a nie tylko Stambułu. Taką optykę narzucają nam w dużej mierze powieści Pamuka i Safak, ale też niektóre reportaże. I jest to obraz na tyle silny, że zapomina się o tureckich filmach czy książkach, które opowiadają o prowincji. A przecież widziałam i czytałam również takie. Choćby "Śnieg"  przywołanego przed chwilą Pamuka. A jednak kiedy myślimy Turcja, pierwszym skojarzeniem jest Stambuł, a nie na przykład południowo- wschodnie tereny, dziś zamieszkane przede wszystkim przez Kurdów, kiedyś kolebka chrześcijaństwa. Kelek odbywa podróż w towarzystwie swojego niemieckiego partnera. Mimo że jest Turczynką, samotne włóczenie się po tej części kraju byłoby niebezpieczne. W wielu miejscach nawet we dwoje czują się nieswojo. To nadal kraj mężczyzn, kobiety pędzą życie domowe i sąsiedzkie, często za murami starych domostw. Tam czują się swobodnie, tam mogą zdjąć chusty. Autorka zwraca uwagę na to, że kraj pod rządami AKP i premiera Erdogana powoli, ale nieubłaganie ulega reislamizacji. Coraz więcej kobiet w chustach i czadorach, coraz większy wpływ religii na obyczaje i regulacje prawne, coraz większe przyzwolenie państwa na taki stan rzeczy. Islam wciska się trochę tylnymi drzwiami, powoli, niepostrzeżenie, ale bardzo skutecznie. A przecież, co autorka przypomina, Imperium Osmańskie było państwem, w którym żyły obok siebie różne narodowości i ludzie różnych wyznań. Skończyło się to wraz z jego upadkiem i powstaniem Turcji pod wodzą Ataturka. Ale wtedy z kolei nastąpił rozdział religii od państwa. Dziś i jedno, i drugie jest już przeszłością.

Kelek spogląda na swą drugą ojczyznę z perspektywy kobiecej. Pisze o męskiej i rodzinnej dominacji i ich konsekwencjach dla kobiet. Honorowe zabójstwa albo zmuszanie do samobójstwa, aranżowane małżeństwa, porwania i więzienie kobiet, które próbują ułożyć sobie życie po swojemu, i wreszcie zwyczajna domowa przemoc, która w takim kraju jak Turcja jest szczególnie dotkliwa, bo kobieta pozostaje najczęściej bezbronna. Oczywiście te wszystkie procedery są przez prawo zakazane, ale siła tradycji, szczególnie na prowincji, jest ogromna. Państwo po cichu kapituluje przed obyczajem. Swoją podróż odbywa autorka częściowo śladami kobiet i w ich sprawach. Ale oprócz tych maltretowanych i prześladowanych spotyka też takie, którym udało się wybić na samodzielność, wyrwać z rodzinnych więzów. Rozmawia z pracownicami organizacji pomagających kobietom. To  postęp: jeszcze kilkanaście lat temu takich stowarzyszeń po prostu nie było. Bardzo ciekawa jest historia Nergis, żyjącej na prowincji wykształconej singielki. Jest akceptowana jako szefowa austriackiej firmy, ale przeźroczysta jako kobieta, bo niezależna i samotna. Nawet ona, wykształcona, niezależna finansowo, samodzielna, musi iść na różne rodzinne kompromisy.

Można powiedzieć, że książka Kelek jest rodzajem rozprawy w sprawie o członkostwo Turcji w Unii Europejskiej. Wydany przez nią wyrok brzmi: nie. Autorka pokazuje, jak wiele dzieli jej miejsce urodzenia od Europy. Inne  wartości, przekonania, obyczaje i standardy. To wykształcone elity kilku dużych miast marzą o Zachodzie, prowincja wcale za nim nie tęskni i ani myśli zmieniać uświęcone tradycją i religią wielowiekowe obyczaje i styl życia. A obecna władza zdaje się temu po cichu sprzyjać. Narzucanie islamskiej kultury wszystkim niezależnie od światopoglądu, pozorna demokracja, nieakceptowanie równouprawnienia kobiet, dominacja wspólnoty nad jednostką, wpływy armii, niezdolność do dialogu, obrażanie się na krytykę i wreszcie amnezja dotycząca wstydliwej przeszłości (nierozliczenie się z ludobójstwa Ormian, a wręcz zaprzeczanie, że miało miejsce) to przyczyny, dla których Turcja, zdaniem autorki, nie powinna jeszcze zostać przyjęta do Unii. Kelek sięga w przeszłość i pokazuje historyczne przyczyny takiego stanu rzeczy. Źródeł współczesnych procesów społecznych i sytuacji politycznej dopatruje się z jednej strony jeszcze w czasach osmańskich (sytuacja kobiet, dominacja wspólnoty nad jednostką, niesamodzielność społeczeństwa, wyznawany przez mężczyzn kult nicnierobienia), z drugiej w spuściźnie kemalistowskiej (wpływy armii, pozory demokracji). A na to wszystko dzisiaj nakładają się rządy AKP. Muszę przyznać, że autorka jest bardzo przekonywująca. Nigdy jakoś specjalnie nie zastanawiałam się nad sporem wokół przyjęcia Turcji do Unii, a raczej pod wpływem obrazu wykreowanego w powieściach Pamuka, byłam skłonna uważać, że problemu nie ma i należy spełnić marzenia Turków o wstąpieniu do rodziny krajów Zachodu. Po przeczytaniu "Słodko-gorzkiej ojczyzny" zaczynam dostrzegać przepaść. Zresztą, jak  od czasu do czasu donosi prasa, po arabskiej rewolucji Turcja zaczyna zmieniać swoje priorytety i niekoniecznie nadal  tak bardzo spieszy do Europy (przynajmniej nieoficjalnie).

Znajdziemy w tej książce wiele spraw bardzo ciekawych. Trudno tu pisać o wszystkim, nie o to też przecież chodzi. Chciałam zasygnalizować jeszcze dwie. Przyznam, że nie miałam o nich pojęcia. Jedna to niechlubna rola Turcji w kwestii żydowskiej. Autorka opisuje dramatyczne losy statku wypełnionego po brzegi żydowskimi uciekinierami z Rumunii, który nie dostał pozwolenia na zacumowanie w jednym z tureckich portów, co było konieczne ze względu na poważną awarię. W końcu po tygodniach stania na redzie został zmuszony do opuszczenia tureckich wód, co oznaczało wydanie tych pasażerów, którzy przetrwali tragiczne warunki, jakie tam panowały, na pewną śmierć. Tak się stało. Dryfujący po wodach Morza Czarnego statek został trafiony torpedą. Przeżył jeden pasażer. A to tylko jeden z wielu haniebnych przykładów tureckiej polityki wobec Żydów przed i w czasie wojny. Druga niezwykle ciekawa kwestia to polityka niemieckich władz wobec Turków mieszkających w Niemczech. Nie chodzi tu tylko o fiasko asymilacji. O tym sporo się ostatnio pisze. Znacznie gorsze jest to, że demokratyczne państwo wyznające świeckie wartości kapituluje i staje się bezradne wobec na przykład nierównego traktowania Turczynek. Wewnątrz tureckiej diaspory zachodzą te same procesy, co w Turcji. A macki tureckiego urzędu do spraw religii sięgają na terytorium Niemiec. Nie muszę dodawać, jak oburza to autorkę.

I na koniec chcę jeszcze raz powrócić do podróży na wschód. Od kilku lat marzę o zwiedzeniu wnętrza Turcji. Niekoniecznie Stambułu, niekoniecznie Kapadocji, ale właśnie tych południowo-wschodnich terenów, gdzie mieszają się różnorakie kultury, gdzie można odnaleźć najstarsze zabytki chrześcijańskie. Kelek opisując stare miasta zamknięte za ścianami murów, wąskie uliczki, medyny, kościoły i meczety, jeszcze bardziej wyostrzyła mój apetyt. Mimo że nie jest to reportaż podróżny, to jednak te nieliczne opowieści turystki, jaką na chwilę staje się autorka, są tak zmysłowe i ciekawe, że wzbudzają tęsknotę za tymi niezwykłymi, dalekimi miejscami. Niestety autorka uświadomiła mi z całą mocą to, co podejrzewałam: samotna wyprawa w tamte rejony jest raczej niemożliwa. I tą smutną konstatacją kończę opowieść o tej bardzo ciekawej książce. Dla miłośników Pamuka, Safak, Ceylana i innych tureckich artystów pozycja obowiązkowa.

poniedziałek, 23 stycznia 2012
"Rzeź" Romana Polańskiego

    Tym razem najnowszy film Polańskiego nie rozczarował mnie jak poprzedni "Autor widmo". Może dlatego, że doskonale wiedziałam na co idę, bo wiosną widziałam w teatrze "Boga mordu" Yasminy Rezy, sztukę, na której oparty został scenariusz. Nie rozczarował, nie oznacza wcale, że jakoś szczególnie się zachwycam. Pewnie wszyscy już wiedzą, że "Rzeź" to historia jednego popołudnia, kiedy to dwie pary małżeńskie spotykają się, aby wyjaśnić konflikt pomiędzy ich nastoletnimi synami. Jedno mieszkanie, cztery osoby i rozmowa, która krok po kroku przeradza się w kłótnię. Spadają maski, zmieniają się sojusze, wychodzą na wierzch skrywane urazy i pretensje. Para przeciw parze, kobiety przeciw mężczyznom (i odwrotnie), żony przeciw mężom (i, jak łatwo się domyślić, odwrotnie). Znikają gdzieś polityczna poprawność, dobre wychowanie, maniery, uprzejmość, szacunek, miłość, dialog, chęć porozumienia, pojawiają się egoizm, chamstwo, szyderstwo, pogarda, złość, niekontrolowane wybuchy gniewu. Trudno powiedzieć jednak, aby film Polańskiego był szczególnie ostry, jak uważają niektórzy. Raczej jest to przyjemna rozrywka i koncert gry aktorskiej, niż z pasja wykrzyczane oskarżenie. Nie wyszłam po seansie jakoś szczególnie poruszona czy zamyślona. Górę w filmie Polańskiego bierze ton rozrywkowy nad poważnym. Gdzie "Rzezi" do takiego na przykład "Placu Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze! Ani takiej temperatury, ani siły rażenia! A przecież oba filmy są w pewnym sensie podobne: obnażają prawdziwe oblicze zwyczajnych, porządnych mieszczan. To pierwszy z brzegu przykład, jaki wpadł mi do głowy, ale pewnie mogłabym podać ich więcej. Tak więc "Rzeź" polecam przede wszystkim dla aktorów, bo śledzenie ich gry jest przyjemnością samą w sobie, ale radzę nie oczekiwać dużo więcej ponad inteligentną rozrywkę.

czwartek, 19 stycznia 2012
"Code blue" Urszuli Antoniak
O tym filmie było głośno, zanim wszedł na ekrany. Pokazywany na festiwalu w Cannes, potem we Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Jedni się zachwycają, dla innych to obraz kontrowersyjny. Ale nie tylko z tego powodu poszłam do kina. Po prostu podobał mi się pierwszy film Urszuli Antoniak "Nic osobistego" (pisałam tu o nim). W obu widać bardzo osobisty charakter filmowego pisma tej polskiej reżyserki tworzącej w Danii. W obu dostrzec można podobne tematy dręczące autorkę: samotność i śmierć. Jak słyszałam, nie bez wpływu na to była osobista tragedia. "Code blue" to opowieść o przeraźliwie samotnej pielęgniarce pracującej, chyba, w hospicjum. Ta praca to jej wybór, jak mówi lekarzowi: Tu mi się podoba.(Cytat z pamięci.) Film jest bardzo mocny (Mam wrażenie, że ostatnio często powtarzam te słowa.), właściwie na granicy wytrzymałości. Ale wbrew pozorom te najstraszniejsze sceny wcale nie są związane ze śmiercią. Śmierć nie jest też, moim zdaniem, głównym tematem tego filmu, co sugerują zapowiedzi. Tak czy inaczej nie sposób o nim zapomnieć. To, co widzimy na ekranie, powraca, mimo że chciałoby się być może zapomnieć. Na pewno jest to film ważny, ale nie przyłączę się do chóru zachwyconych. I nie z powodu jego ostrości. Lubię mocne, targające kino. Dlaczego w takim razie wyszłam z mieszanymi uczuciami, a ostatecznie jestem raczej na nie? Otóż z powodu formy! Film jest tak bardzo przeestetyzowany, że sprawia wrażenie jakiegoś artystycznego, wydumanego, zimnego tworu. Świat pokazany na ekranie reżyserka ogołociła z życia, brakuje mu realności. Taka filmowa estetyka z góry skazuje "Code blue" na nieliczną, głównie festiwalową publiczność. Szkoda. Więcej uwag jak zwykle w ciągu dalszym. Zapraszam tych, którzy film już widzieli.
czwartek, 12 stycznia 2012
"W ciemności", najnowszy film Agnieszki Holland.
To jeden z tych filmów, na które czekałam. Jest tak bardzo reklamowany, tyle się o nim mówi, reżyserka udziela wywiadów, więc nie ma chyba kinomana, którego w jakikolwiek sposób należałoby wprowadzać w temat. Wspomnę więc tylko króciutko, że to autentyczna historia grupki Żydów, którzy po likwidacji lwowskiego getta ukrywają się przez czternaście miesięcy w kanałach. Ale jest to też opowieść o zwykłym człowieku, drobnym cwaniaczku, kanalarzu Leopoldzie Sosze, granym rewelacyjnie przez Więckiewicza. Film zobaczyć trzeba koniecznie, mimo że, jak łatwo się domyślić, jest to rzecz mocna, tragiczna. Tym bardziej wstrząsa, gdy uświadomimy sobie, że to, co widzimy na ekranie, działo się naprawdę. Jedna z bohaterek, kilkuletnia dziewczynka, Krysia, jest dziś mocno starszą panią. Wielką zaletą filmu jest autentyzm. Znakomicie oddane realia zawdzięczamy między innymi zdjęciom Jolanty Dylewskiej, ale także uporowi reżyserki, aby bohaterowie mówili w swoich językach, a nie po angielsku! Z ekranu słychać polski, gwarę lwowską (stąd od czasu do czasu polskie napisy!), jidysz, niemiecki. Wieża Babel, tak rozmaita była Polska przedwojenna. Ile prawdy dodała filmowi taka właśnie decyzja, widać, kiedy porównamy "W ciemności" z "Lektorem" Stephena Daldriego. Angielski, według mnie, zabił "Lektora", sprawił, że stał się sztucznym, wydumanym konstruktem. Tyle tytułem wstępu. A kto już widział najnowszy film Agnieszki Holland, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
wtorek, 10 stycznia 2012
Arnaldur Indridason "W bagnie". Kryminał z deszczowej Islandii.

Strasznie zachciało mi się kryminału. Odkąd skończyła się moja ukochana seria o komisarzu Wallanderze poszukuję czegoś równie ekscytującego. Gdzieś niedawno usłyszałam o kryminałach islandzkiego pisarza Arnaldura Indridasona, podobno nawet lepszych od książek Mankella. Kupiłam więc część pierwszą "W bagnie" (W.A.B. 2010) i w czasie świąt połknęłam. Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby był to zły kryminał, ale do książek Szweda mu daleko. Owszem, czyta się świetnie, zagadka jest skomplikowana, aby ją rozwikłać komisarz Erlendur musi zanurzyć się w mrocznej przeszłości zamordowanego mężczyzny, wyjątkowo odrażającego typa. Sama zbrodnia nie jest specjalnie wyrafinowana, policjantom wydaje się początkowo, że będą mieli do czynienia z typowym islandzkim morderstwem, ale szukając motywu i sprawcy, odgrzebują przeszłość, o której zainteresowani woleliby zapomnieć, i uruchamiają lawinę nieszczęść.

Dlaczego wobec tego kręcę nosem? Otóż brakuje mi tła, mięsistych opisów, krwistych bohaterów. Chciałabym przy okazji poznać trochę Islandii, niestety nic z tego. Tylko deszcz pada i pada. Komisarz Erlendur nakreślony raczej cienką kreską, gdzie mu tam do rozterek duchowych Wallandera. No i sam problem gromadzenia danych o chorobach genetycznych mieszkańców wyspy też potraktowany raczej naskórkowo. Książka jest po prostu za krótka, miejsca starczyło tylko na wartką, kryminalną intrygę. Nie wykluczam jednak, że to, co dla mnie jest wadą, dla innych będzie zaletą. Nie wiem, czy sięgnę po kolejną część serii (dotąd wyszły trzy). Mogę, ale nie muszę. Co mi zastąpi Wallandera?

czwartek, 05 stycznia 2012
Howard Jacobson "Kwestia Finklera"

Po raz drugi w ostatnim czasie przeżywam rozczarowanie książką autora, którym kiedyś się zachwyciłam. Tak było z "Wolnością" Franzena, tak jest z "Kwestią Finklera" Howarda Jacobsona (Świat Książki 2011; przełożyła  Grażyna Smosna). Kilka lat temu przeczytałam artykuł o współczesnej literaturze żydowskiej  tworzonej przez pisarzy urodzonych już po wojnie, mieszkających nie tylko w Izraelu. Autorka wymieniała kilka nazwisk. Zwróciłam uwagę na  Howarda Jacobsona i przeczytałam jego pierwszą  powieść wydaną w Polsce "Wieczory kaluki" (Cyklady 2008; przełożył  Maciej Świerkocki). W międzyczasie ten urodzony w roku 1942 brytyjski pisarz dostał Nagrodę Bookera. Trudno mi wypowiadać się na temat całej jego twórczości, ale we wspomnianych powieściach w sposób prześmiewczy, ironiczny, obrazoburczy przygląda się angielskim Żydom. Jego spojrzenie na świat, łagodnie krytyczny, zdystansowany stosunek do bohaterów mnie przypomina nieco metodę Woody Allena. On sam nazwał siebie żydowską Jane Austen, a krytycy okrzyknęli go brytyjskim Phlipem Rothem. W artykule, o którym napomknęłam, znalazłam opinię, że tylko żydowski autor może pozwolić sobie na tak krytyczny i kpiarski stosunek do swych rodaków. Goj prezentujący takie sądy mógłby zostać posądzony o antysemityzm. Teraz, kiedy, czytelniku tej notki, zorientowałeś się przynajmniej troszeczkę, kto zacz ten Jacobson, pora przejść do wydanej jesienią "Kwestii Finklera".

Kim jest tytułowy Finkler? A może należałoby zapytać, kim są Finklerzy? Pięćdziesięcioletni Sam Finkler to jeden z trzech głównych bohaterów tej powieści, angielski Żyd, filozof, któremu sławę przyniosła seria popularnych poradników podlanych filozoficznym sosem odnoszących się do rozmaitych życiowych kwestii. Odkąd jako guru dla maluczkich zaczął udzielać się również w telewizji, stał się celebrytą. Drugą ważna personą w tej książce jest jego szkolny przyjaciel, Julian Treslove, goj, życiowy nieudacznik stale obawiający się jakiejś mniejszej czy większej katastrofy. Ten były dziennikarz BBC, szczerze nienawidzący tej rozgłośni, obecnie para się zajęciem sobowtóra sław. Jest tak doskonale nijaki, że potrafi wcielić się w każdego, może dlatego w swoim fachu cieszy się wielką popularnością. Ma niezwykłą zdolność zakochiwania się w rozmaitych kobietach niemal od pierwszego wejrzenia, ale z żadną nie jest w stanie związać się na dłużej. I wreszcie trzeci bohater, Libor Sevcik, o ponad trzydzieści lat starszy, zaprzyjaźniony z nimi czeski Żyd, który od dawna mieszka w Londynie. Niegdyś znany dziennikarz za pan brat z hollywoodzkimi gwiazdami. W tym męskim gronie nieoczekiwanie na kartach powieści pojawia się jedna kobieta, daleka krewna żony Libora o przedziwnym imieniu Hephzibah.

Jądrem książki jest kwestia żydowska, tytułowa kwestia Finklera. Dlaczego Finklera? Otóż Julian Treslove, jedyny goj w tym towarzystwie, Finklerami nazywa wszystkich Żydów. Trzej bohaterowie i trzy postawy, spory i dyskusje. Tym gorętsze, że właśnie trwa interwencja Izraela w Gazie. Nie tylko w Londynie, nie tylko w Anglii odbywają się przeciwko niej protesty. Odpowiedzialnością, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, obarcza się wszystkich Żydów niezależnie od ich poglądów i miejsca zamieszkania. Narasta fala antysemityzmu, mnożą się drobniejsze i poważniejsze antysemickie incydenty. Libor mimo że jest  zwolennikiem państwa Izrael, coraz gorzej myśli o swych pobratymcach, coraz bardziej drażni go ich żydowskość, pewna znajoma zarzuci mu nawet antysemityzm. Finkler natomiast to zdeklarowany antysyjonista, założyciel stowarzyszenia SKONsternowanych Żydów, które gromadzi rozmaitej maści celebrytów wymieszanych z, jak to się u nas mówi, autorytetami moralnymi. Jak łatwo zgadnąć protestują przeciwko interwencji Izraela w Gazie. W gruncie rzeczy Finkler zupełnie nie przywiązuje wagi do swojego żydowskiego pochodzenia, a obecną sytuację polityczną cynicznie wykorzystuje dla wzmocnienia medialnego wizerunku. I wreszcie Treslove, postać allenowska, człowiek bez właściwości, od dawna dzięki przyjaźni z Finklerem zafascynowany Żydami i wszystkim co żydowskie, choć jego filosemityzm zaprawiony jest złośliwością, przekąsem i drwiną. Nagle pod wpływem pewnego incydentu zaczyna doszukiwać się  żydowskich korzeni. Tym to łatwiejsze, ale jednocześnie trudniejsze, że niewiele wie o przeszłości swojej rodziny, bo jego rodzice od dawna nie żyją, a żadnych krewnych nie ma. Ten człowiek bez przeszłości, właściwości i tożsamości chce być Żydem. W jego wypadku jest to pragnienie bycia kimś, zasypania egzystencjalnej pustki. Treslove rozpaczliwie szuka sensu w swoim nijakim życiu.

Czy będąc Żydem można nie zajmować stanowiska wobec kwestii palestyńsko-izraelskiej? Co to znaczy być Żydem dziś, jeśli nie mieszka się w Izraelu? Czy wolno obarczać wszystkich Żydów winą za interwencję w Gazie? Czy Izraelczyków atakujących Palestyńczyków godzi się przyrównać do nazistów, a wydarzenia w Gazie do Holokaustu? A współczesny antysemityzm czy jest współczesnym Holokaustem albo do niego prowadzi? Czy Żydzi sami sprowadzają na siebie nieszczęście biernością, tchórzostwem i strachem? A może, wobec tego, postawa Izraela to postawa właściwa? Nie dać się zgnieść, wyprzedzić ruch przeciwnika. Takie pytania padają w tej powieści wypowiadane ustami jej bohaterów. Trzeba przyznać, że to problematyka odległa od polskich dyskusji o kwestii żydowskiej, u nas  toczonych wokół Holokaustu, polskiej winy i odpowiedzialności, polskiego antysemityzmu, który korzenie cały czas ma raczej w przeszłości niż w obecnej sytuacji politycznej Izraela.

Ale powieść Jacobsona mierzy się też z innymi tematami: śmiercią, starością, życiowym bilansem, ojcostwem, żałobą po stracie ukochanej osoby, przerażającą samotnością. Te partie książki dotykają najbardziej. Finkler i Libor właśnie zostali wdowcami. Szczególnie dla tego ostatniego to wielki ciężar. Trudno się dziwić, ma prawie dziewięćdziesiąt lat i ze swoją ukochaną, niezwykłą żoną, Malkie, spędził prawie całe życie. Teraz nie umie się odnaleźć, nagle zaczyna przypominać sobie wszystkie złe chwile swojego małżeństwa, wszystkie winy wzajemne. Tym bardziej jest mu ciężko. Żałuje popełnionych błędów, nie wiadomo, prawdziwych czy wyimaginowanych. Niezwykle to smutny obraz starego, usychającego, samotnego człowieka pogrążonego w swojej rozpaczy, który do niedawna tryskał wigorem. Nikt nie zauważa tego, co się z nim dzieje. Zupełnie inna jest żałoba Finklera tak, jak inne było jego małżeńskie życie. Na tle tych dwojga Treslove jawi się tym bardziej jako postać groteskowa, śmieszna i żałosna ze swoimi wydumanymi problemami. Chociaż i on, oprócz politowania i uśmiechu, może wzbudzić w czytelniku uczucie litości.

Na początku napisałam, że "Kwestia Finklera" rozczarowała mnie. Na koniec czas wyjaśnić dlaczego. Otóż wydała mi się przegadana. Spory toczone przez przyjaciół, ich żydowskie dylematy momentami nużyły, wydawały mi się przedstawione w sposób nieco akademicki, brakowało im żywości i temperatury. Może dlatego, że tak to odległe od tego, co gorące w Polsce? A może po prostu dlatego, że przeintelektualizowane? Chociaż żywo interesuję się tematyką żydowską, w losach bohaterów Jacobsona o wiele bardziej poruszyło mnie to, co uniwersalne: strata, żałoba, rozpacz, nieznośny ciężar życia. Ich życiowe porażki, niepowodzenia i zmaganie się z nimi. Mimo wspomnianych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Kwestię Finklera", a z całą pewnością po "Wieczory kaluki", gawędziarskie, zabawne, zjadliwe, pełne dziwacznych zdarzeń.

czwartek, 29 grudnia 2011
"Chciwość". Kino o początkach kryzysu.
Aby obejrzeć ten amerykański film, złamałam swoją niezłomną zasadę i udałam się do multipleksu, czego bardzo nie lubię. Ale "Chciwość" była tak bardzo chwalona przez wszystkich dyskutantów w ostatnim, przedświątecznym Tygodniku Kulturalnym, że nie mogłam nie pójść, a niestety w małych kinach nie grają. Na szczęście rzeczywiście było warto. Film jest świetnie zrobiony, znakomicie zagrany, od pierwszej minuty trzyma w napięciu. Można powiedzieć, że zgodnie z hitchcockowską regułą zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze mocniej. Czy to horror? Film katastroficzny? W pewnym sensie tak. Bo jest to opowieść o tym, jak zaczął się światowy kryzys. Historia pewnej finansowej operacji, została pokazana tak, że oczu od ekranu nie można oderwać. Ale to coś więcej niż tylko komercyjne, amerykańskie kino. To oskarżenie świata finansowych korporacji o tytułową chciwość, która, między innymi, doprowadziła świat do finansowej katastrofy. Obraz bardzo gorzki. Po tych zachwytach winna jestem jedno wyjaśnienie. To kino kameralne, gadane, dziejące się przede wszystkim we wnętrzach, ograniczone do kilkunastu bohaterów. Warto o tym wiedzieć, wybierając się na film. A ciąg dalszy, jak zwykle, dla tych, którzy już widzieli. Zapraszam.
wtorek, 27 grudnia 2011
"Listy do M". Miły wieczór w kinie.

Nie zamierzałam iść na ten film przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy to nachalna kampania reklamowa prowadzona przez jedną ze stacji telewizyjnych. Drugi: wyrosłam z komedii romantycznych i wyjątki robię tylko dla tych bardzo, bardzo chwalonych. Przyznaję, jest kilka, które widziałam parę razy: "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", "Zielona karta" Petera Weira z Andie MacDowell i Gerardem Depardieu czy "Wpływ księżyca" z Cher i Nicolasem Cagem. Szczególny sentyment mam do tych dwóch ostatnich. I pewnie bym na "Listy do M" nie poszła mimo dobrych recenzji (pomyślałam, za rok pokaże je w czasie świąt wspomniana stacja telewizyjna i odtąd będzie je można oglądać co roku o tej porze), gdyby nie rekomendacja mojego ojca. A trzeba ci wiedzieć, czytelniku tej notki, że mój ojciec, miłośnik sztuk wszelkich, nie popada w zachwyt nad byle czym i zawsze ma własne zdanie na temat tego, co zobaczył. Kiedy więc w czasie rodzinnego obiadu, gdy  wymienialiśmy uwagi na temat co warto, a czego nie warto, obwieścił: Idźcie na "Listy do M", zrozumiałam, że sprawa jest poważna i w przedświąteczny czwartek wybrałam się do kina. No i rzeczywiście nie żałuję. Film jest naprawdę sympatyczny, trochę śmieszny, trochę smutny, trochę wzruszający, wszystko jest  w tym świecie piękne, nawet pokoik biednej, nieszczęśliwej Doris granej przez Romę Gąsiorowską. Tym razem jednak nie wyzłośliwiam się wcale, kupuję konwencję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale najlepsze są w tym filmie zaskoczenia. Otóż nie wszystko przebiega tam zgodnie ze spodziewanymi schematami, jest sporo niespodzianek, na które dałam się pięknie nabrać. Wiadomo, że wszystkie wątki muszą znaleźć swoje happy endy,i tak się dzieje, ale niektóre kończą się zaskakująco. I tylko jedno drażniło mnie w tym uroczym, sympatycznym, świątecznym filmie: Tomasz Karolak, który od jakiegoś czasu popadł w idiotyczną, aktorską manierę i zawsze gra tak samo. Co raz mogło być śmieszne, powielane irytuje, a szkoda, bo to dobry aktor. Tak czy inaczej  z czystym sumieniem "Listy do M" polecam. Miłej zabawy.

czwartek, 22 grudnia 2011
"Lalki w ogniu" Pauliny Wilk. Opowieść o Indiach.

Kiedyś marzyłam o podróży do Indii. Te pragnienia brały się z literatury i trochę z filmu. Przeczytałam "Podróż do Indii" Forstera a później obejrzałam ekranizację tej powieści. Potem, a może przedtem, połknęłam indyjską tetralogię Paula Scotta ("Klejnot korony", "Dzień skorpiona", "Wieże milczenia" i "Podział łupów") i "Dzieci północy" Salmana Rushdiego. To wystarczyło, aby ulec fascynacji. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, że to obraz Indii epoki kolonialnej. Z czasem te marzenia gdzieś się rozwiały i dziś, kiedy mogłabym je zrealizować, gdybym tylko bardzo pragnęła, już nie chcę. Nadal jednak powodowana dawnym sentymentem od czasu do czasu, gdy tylko coś wpadnie mi w ręce, sięgam po indyjską literaturę. (Polecam "Przedział dla pań" Anity Nair, a szczególnie "Brzemię rzeczy utraconych" Kiran Desai.) A piszę o tym, bo właśnie skończyłam opowieść o Indiach i hinduskim społeczeństwie: "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii" Pauliny Wilk (Carta Blanca 2011). Niezorientowanych informuję, że to nie beletrystyka a literatura non-fiction. Reportaż chciałoby się napisać, ale może raczej jest to socjologiczny portret indyjskiego społeczeństwa napisany pięknym, literackim językiem.

Ci wszyscy, którzy oczekiwaliby czegoś w rodzaju dziennika podróży, mogą poczuć się zawiedzeni. Owszem, Paulina Wilk odwiedzała Indie kilkakrotnie, ale nie znajdziemy w jej książce informacji o atrakcyjnych turystycznie miejscach, podróżnych przygód czy czegoś w tym guście. Jeśli przejedziemy się indyjskim pociągiem, to nie dlatego, aby popatrzeć przez okna na mijany krajobraz, ale aby przyjrzeć się krążącym po wagonach żebrakom różnej maści. Jeśli znajdziemy się na ulicach Delhi, Kalkuty czy Bombaju, to nie po to, aby zwiedzać te miasta, ale na przykład dlatego, żeby pochylić się nad tymi, którzy swoje życie wiodą gdzieś na ulicy, a w Kalkucie odwiedzić dzielnicę książek, co stanowi pretekst do rozmowy o tym, jak i co czytają Hindusi albo czego i dlaczego nie czytają (Odpowiedź jest prosta: ponad jedna trzecia społeczeństwa to nadal analfabeci. Mimo że  czytać nie potrafią, otaczają słowo pisane kultem i czcią a czytających podziwem i szacunkiem.) Jeśli znajdziemy się w autobusie telepiącym się gdzieś po wąskich, krętych górskich drogach to nie po to, aby uczestniczyć w niebezpiecznej, aczkolwiek fascynującej górskiej podróży, ale dlatego, aby zastanowić się nad tym, jak Hindusi postrzegają czas. I tak dalej, i tak dalej. Reporterka nie pisze o sobie, o swoich przygodach, jej w tej książce po prostu nie ma. Nie ma też prawie ludzi, a właściwie są, jest ich nawet mnóstwo, nieznośne i fascynujące ludzkie mrowie, które na moment nie pozwala na samotność. Jeśli w pierwszym odruchu napisałam, że ich na stronach tej opowieści brakuje, to dlatego, że nie znajdziemy w niej ludzkich portretów czy barwnych historii. Jeśli już pojawiają się z imienia i nazwiska, częściej tylko z imienia, to na moment i po to, aby posłużyć jako przykład. Bo książka Pauliny Wilk to przede wszystkim portret hinduskiego społeczeństwa.

Każdy rozdział poświęcony jest innemu problemowi. Pisze autorka na przykład o przeludnieniu i jego społecznych konsekwencjach, o wodzie, brudzie, żebrakach, stroju, jedzeniu, przemieszczaniu się, handlu, astrologii i zabobonach, religii i wielu jeszcze innych sferach ludzkiego życia. A wszystko to ujmuje głęboko, bardzo ciekawie, od czasu do czasu podbudowując historyczną czy kulturową wiedzą. Na styku tych problemów pojawiają się inne, równie ważne, na przykład życie hinduskich kobiet. Żaden z rozdziałów nie jest poświęcony wyłącznie im, ale kwestia kobieca wypływa kilkakrotnie. Podobnie spostrzeżenia o powolnych zmianach, jakie zachodzą w hinduskim społeczeństwie pod wpływem globalizacji, co szczególnie dotyczy pokolenia młodszego i mieszkańców dużych miast. To nie jest wiedza, jaką można zdobyć, spędziwszy w Indiach powiedzmy dwa tygodnie. Aby tyle zauważyć, poznać i zgłębić, trzeba na pewno było podróży wielokrotnych, spotkań i rozmów z wieloma ludźmi, odwiedzin w ich domach, być może przyjaźni. To wiedza o kraju, jakiej szczerze zazdroszczę. Dzięki niej i czytelnik może zanurzyć się w indyjskiej odmienności, wyruszyć na spotkanie z innym, poczuć zapachy, smaki i kolory. Zagubić się w ludzkim mrowiu, zachłysnąć się fascynującą i odrażającą mieszanką brudu, biedy, bogactwa. Poczuć wilgoć monsunowego powietrza, która pożera domy i książki, albo spływać potem w upale. Bo autorce udało się połączyć socjologiczny wykład z bardzo sensualnymi, literackimi opisami. Oto próbka wybrana na chybił trafił:

"Bieda pierwsza rzuca się w oczy. Nie ukrywa się, leży na ulicy. Dla przyjezdnego jest jak niespodziewany policzek, dawka goryczy na powitanie. Rozkłada się, bo jest u siebie. Ci, którzy nie mają dokąd pójść, wegetują na widoku, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Ubóstwo odebrało im nawet możliwość cierpienia w spokoju, na osobności." ( Z rozdziału "Korowód żebraków")

I tak przez ponad dwieście stron. Naprawdę pięknie. Tego też autorce zazdroszczę!

Ale ta arcyciekawa książka sprawiła, że zupełnie wyleczyłam się z marzeń o podróży do Indii. Dlaczego? Przecież Paulina Wilk rozpostarła przede mną kolorowy, pawi hinduski ogon, naprawdę fascynujący. Chyba byłoby mi trudno obcować z wszechobecną ludzką biedą i marnością. To, do czego Hindusi podchodzą ze spokojem (wiara w system kastowy), dla mnie, przesiąkniętej europejską mentalnością, byłoby trudne do zniesienia. Ilu ludziom można dać jałmużnę? I przez ile dni? Jak sobie poradzić fizycznie i duchowo ze sprytnie żerującymi na turystach żebrakami? Jak znieść brud wylewający się na ulice? Jak nie zatracić się w tłoku? Jakiś czas temu słyszałam kogoś, kto wrócił z Indii rozczarowany. Między innymi dlatego, że nie potrafił odnaleźć się w ludzkim tłumie. Ale znam też takich, którzy byli tam kilkakrotnie i wciąż im mało. Co ich tam ciągnie? Zastanawiam, czy obraz indyjskiego świata wykreowany przez autorkę nie jest czymś w rodzaju skondensowanego destylatu. Na ile Paulina Wilk wyostrza problemy i wywleka na wierzch ciemne strony Indii? Ale może pisze o tym, co widoczne od razu, na pierwszy rzut oka, od czego nie sposób uciec, będąc tam? Jakby nie było, książkę przeczytać należy koniecznie. A ci, którzy odwiedzili Indie, będą mogli skonfrontować swoje obserwacje z doświadczeniami autorki.

czwartek, 15 grudnia 2011
Peter Goddwin "Gdzie krokodyl zjada słońce". Piękno i koszmar Afryki.

Jak zacząć? Może od tego, że pewnie nigdy nie wzięłabym do ręki książki pod takim tytułem, bo niesie skojarzenia z literaturą przygodową i to raczej, powiedzmy, młodzieżową. Ale to przecież książka nominowana do pierwszej edycji Nagrody im. Kapuścińskiego. Jakiś czas temu wymienił ją Wojciech Tochman, pisząc o dziesięciu pozycjach z literatury non-fiction, które koniecznie należy przeczytać. Właśnie dlatego sobie o niej przypomniałam i natychmiast kupiłam. Mogłabym też zacząć tak: Ta książka miała być wytchnieniem po moich ostatnich lekturach. Albo jeszcze inaczej: Początkowo byłam rozczarowana. Skąd ten zachwyt Tochmana? Skąd ta nominacja? Bo rzeczywiście, "Gdzie krokodyl zjada ludzi" Petera Godwina (W.A.B. 2008; przełożył Lech Z. Żołędziowski) zaczyna się nijako, zwyczajnie. Jakieś odwiedziny u rodziców w Zimbabwe połączone z pisaniem reportażu dla National Geographic, ślub siostry, trochę rodzinnych historii, nic specjalnego. Ale stopniowo, niespodziewanie ta sielanka zamienia się w prawdziwy dramat, robi się bardzo poważnie.

Ale od początku. Książka Godwina, amerykańskiego (?) reportera urodzonego i wychowanego w Zimbabwe, opatrzona  podtytułem Wspomnienia to historia jego rodziny, szczególnie ojca, i historia  Zimbabwe. To opowieść o miłości rodzinnej, o miłości do kraju i do Afryki, która dla rodziców pisarza stała się przybraną ojczyzną, a dla ich dzieci ukochanym miejscem urodzenia, krajem lat dziecinnych. Kiedy o tym piszę, nadal wygląda to niewinnie, ale to tylko pozory. Żebyś, czytelniku tej notki, lepiej zrozumiał, cofnę się w czasie. Kiedy rodzice Godwina przybyli tu w latach pięćdziesiątych, dzisiejsze Zimbabwe było jeszcze Rodezją, brytyjską kolonią. Jeden procent ludności, czytaj biali, władał ponad połową ziemi, która wcześniej nie należała do nikogo, bo rdzenni mieszkańcy nie znali prawa własności, które przynieśli ze sobą z Europy dopiero biali kolonizatorzy. Po ośmioletniej wojnie domowej w roku 1980 Rodezja uzyskała niepodległość i zmieniła nazwę. Władzę objął Robert Mugabe, którego nazwisko pewnie przynajmniej niektórym coś mówi. Nowa władza namawiała białych farmerów, aby zostali. Większość chętnie skorzystała z zaproszenia. Kochali to miejsce, tu były ich domy, ich praca, wielkie farmy budujące zasobność kraju, dorobek ich życia. Niełatwo nagle porzucić wszystko i gdzieś daleko zaczynać od nowa. Chociaż nie jest to niemożliwe i wielu tak robi. Tu nieoczekiwanie przypomniała mi się Karen Blixen, która po opuszczeniu swojej afrykańskiej farmy wróciła do dalekiej Danii i została pisarką. Kiedy Godwin w 1996 roku zaczyna snuć swoją opowieść, sytuacja w Zimbabwe jest dość stabilna. Chociaż kraj od czasu odzyskania niepodległości stopniowo pogrąża się w kryzysie, wszystkie wskaźniki ekonomiczne lecą w dół, gospodarka się zwija zamiast rozwijać ( jak pisze Godwin: "Zimbabwe jest niekwestionowanym liderem pod względem tempa ekonomicznego upadku, a jego gospodarka zwija się najszybciej na świecie."), a rdzenna ludność dziesiątkowana jest przez AIDS (długość życia spadła do trzydziestu kilku lat), to jednak tamten okres, szczególnie po koszmarze wojny domowej, był czasem wytchnienia. I nagle, niepostrzeżenie wszystko zaczyna się zmieniać. Na skutek intryg politycznych weterani wojenni, zwani wetwojami, roszczą sobie prawo do ziemi. Stopniowo kraj pogrąża się w chaosie. Anarchia, bezprawie, morderstwa białych farmerów, wyrzucanie ich z farm, grabieże, znęcanie się nad ludźmi i nad ich zwierzętami. Wetwojów szybko zastępują wysocy urzędnicy, znajomi polityków i inni znajdujący się w kręgu władzy. Weterani wojenni stali się narzędziem w ich rękach. Farmy dzieli się pomiędzy samozwańczych właścicieli w sposób chaotyczny, niekontrolowany i bezsensowny, a najgorsze jest to, że ziemi już nikt nie uprawia, bo nowi farmerzy ani nie potrafią, ani nie chcą. Traktują ją jako miejsce weekendowego odpoczynku. Pozbywają się czarnych robotników rolnych, którzy dotąd na farmach białych pracowali, a teraz nagle zostają pozbawieni źródła utrzymania. Podział nie przebiega na linii czarni - biali, ale ludzie Mugabego - reszta społeczeństwa. Skutki są opłakane. Nie tylko brak żywności w kraju, który dotąd był rolniczym rajem, ale upadek gospodarczy w tempie nieprawdopodobnym. Nie ma benzyny, wyłącza się prąd, inflacja szaleje. Ruina i degrengolada. Mnożą się napady, grabieże, już nie tylko na farmach, ale i w miastach. Policja i prawo są bezradne. Państwo właściwie nie funkcjonuje. Kraj opuszczają nie tylko biali, ale i czarna, wykształcona, opozycyjna elita. Godwin kończy swoje wspomnienia w roku 2004. W ciągu tych ośmiu opisywanych przez niego lat stabilny świat rodziców autora i im podobnych rozpadł się kompletnie. Życie stało się beznadziejnym koszmarem podszytym strachem. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Nocą dom trzeba zamieniać w twierdzę, za dnia też nie jest bezpiecznie. George Godwin został napadnięty przed własnym domem, dwukrotnie ukradziono mu samochód, dawna pomoc domowa, traktowana jak członek rodziny, uczciwie przez lata wynagradzana, nagle, podburzona, domaga się pieniędzy. Inflacja i gospodarczy kryzys sprawiają, że państwo Godwinowie, i nie tylko oni, tracą dorobek całego życia. Oszczędności stopniały, papiery wartościowe i polisy ubezpieczeniowe stały się nic niewarte. Mimo wieloletniej pracy na starość zostali nędzarzami. Opisy panującego w kraju chaosu, beznadziei, morderstw, napadów i grabieży są naprawdę przerażające. "Te opustoszałe farmy i całe życie ludzi wywalone na podłogę, rozbite i podeptane." To lapidarne zdanie wypowiedziane przez jedną z bohaterek, zajmującą się ratowaniem bestialsko traktowanych przez wetwojów zwierząt, celnie oddaje sytuację. Mimo wszystko rodzice autora nie chcą z kraju wyjechać, bo starych drzew się nie przesadza.

Ale to książka nie tylko o rozpadzie świata. Nie tylko dlatego jest tak przejmująca. To również rzecz o starości, o przemijaniu. Peter Godwin dawno wyjechał z Zimbabwe, mieszkał w Wielkiej Brytanii, potem osiadł w Nowym Jorku, jego siostra wyemigrowała z powodu politycznych prześladowań, a w kraju zostali starzy, schorowani rodzice, coraz gorzej radzący sobie z codziennością. Starość, choroby, samotność nigdzie nie są łatwe, ale w okolicznościach, o jakich pisałam, są trudne po wielokroć. Godwin pisze o swoim strachu o starzejących się rodziców, o trosce o nich, o próbach zabezpieczenia ich przed najgorszym, o zmaganiach, aby jakoś ułożyć im życie w tych skrajnie trudnych warunkach. Miota się między Ameryką a Afryką, korzysta z każdego zlecenia, aby tylko być bliżej nich. Nie może zostać, bo w Nowym Jorku ma już swoją rodzinę. Poza tym jak żyć w tym morzu bezprawia i nędzy? Najchętniej zabrałby ich do siebie albo do siostry do Londynu, ale oni nie chcą, bo kochają to miejsce. Podobnie Godwin i jego siostra Georginia, która cierpi podwójnie. Nie może przyjechać choćby na chwilę, bo groziłoby jej aresztowanie. Bardzo smutny obraz.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo jest to również książka o zmianie tożsamości, o całkowitym odcięciu się od przeszłości. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie Godwin poznaje historię ojca. Nagle dowiaduje się, że George Godwin to urodzony w Warszawie Kazimierz Goldfarb, syn Maurycego, polskiego zasymilowanego, zamożnego Żyda. Nagle za sprawą przeszłości ojca w życie jego syna wkracza Holocaust, Polska, polscy Żydzi, świat dotąd nieznany, obce problemy. Urodzony i wychowany w Afryce niewiele na ten temat wiedział, o Polsce być może nic. Chcąc nie chcąc, musi zmierzyć się z tymi problemami. Zrozumieć ojca, który zrobił wszystko, aby wymazać ze swojego życia przeszłość i stworzyć sobie nową tożsamość, nowego siebie. A najsmutniejsze może jest to, że koszmar przeszłości, chociaż w innej formie , powraca. Jeszcze raz wali się jego zamożny, poukładany świat. Kiedyś w Europie, teraz w Afryce. Historia się powtarza. Niegdyś w Europie był prześladowany z powodu swojego żydostwa, teraz w Afryce prześladują go z powodu  koloru skóry.  Godwin nieoczekiwanie uświadamia sobie, że i on w pewnym stopniu powtarza los ojca. I on stał się kimś innym. Porzucił afrykańskie życie, odciął się od afrykańskich problemów i jest już nowojorczykiem, który przeżywa traumę 11 września bardziej niż, w gruncie rzeczy tragiczniejszy, chaos w swojej dawnej ojczyźnie. Ale tęskni. Jego więź z Zimbabwe jest jednak silniejsza niż więź jego ojca z Polską i Europą, które wymazał z pamięci. Mimo że problematyka Holokaustu zajmuje w książce niewiele miejsca, to jednak właśnie tu znalazłam najokrutniejszy, chociaż bardzo rzeczowy i suchy, opis zagłady Żydów w obozie w Treblince. Niby tyle na ten temat wiem, ale to, co przeczytałam u Godwina, naprawdę mną wstrząsnęło. Nieoczekiwanie dopełniło lekturę "Biednych ludzi z miasta Łodzi", od której chciałam uciec.

Okazało się, że Tochman miał rację. To niezwykła, przejmująca książka, która krok po kroku odsłania przed czytelnikiem kolejne tajemnice. Zwyczajny, nieco sielankowy świat stopniowo na naszych oczach zamienia się w koszmar. To czytelnicza wyprawa w nieznane, odkrycie nowych lądów: kraju, problemów, nietuzinkowej historii człowieka. Ale refleksja niewesoła: w tylu miejscach na ziemi dzieją się rzeczy straszne, świat jest chaosem, wszystko może nagle runąć, a szczęście dane jest  tylko na chwilę.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14