Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 17 czerwca 2018
Carlo Emilio Gadda "Niezły pasztet na via Merulana"

Jakieś dwa lata temu w jednym z telewizyjnych programów o literaturze usłyszałam o wydanej właśnie wtedy powieści "Nasze dni wczorajsze" niemal nieznanej w Polsce, nieżyjącej już włoskiej pisarki Natalii Ginzburg. Przeczytałam i zachwyciłam się. To jedno z najlepszych moich czytelniczych odkryć, książka świetna, przejmująca. Kto nie słyszał, co wcale mnie nie dziwi, bo powieść wydało niszowe wydawnictwo Austeria i prawie się o niej nie mówiło, nie czytał, niech to zrobi koniecznie! Piszę o tym, bo między innymi echa tamtej lektury miały wpływ na to, że pod wpływem znakomitej recenzji Justyny Sobolewskiej nie tylko kupiłam, ale też niemal natychmiast przeczytałam powieść również niemal nieznanego w Polsce, również nieżyjącego Carlo Emilio Gaddy "Niezły pasztet na via Merulana" (PIW 2018; przełożyła Anna Wasilewska). Wprawdzie lekko się zawahałam, kiedy w krótkiej recenzji wyczytałam, że Gadda marzył podobno o napisaniu powieści realistycznej, ale pod jego piórem każda historia zaczyna pączkować - widzimy niesłychaną siłę języka, która rozsadza ramy historii i prowadzi czytelnika w nieznane. Mimo wszystko miałam nadzieję na wielką literacką przygodę. Cóż, z przykrością i lekkim ociąganiem przyznaję, że przez powieść brnęłam może nie tyle z trudem, ile bardziej ze znużeniem, zniecierpliwieniem i poczuciem, że to jednak rzecz dla bardzo wyrafinowanego czytelnika. Jakim cudem wydana w 1957 roku powieść ponad sześćdziesięcioletniego pisarza stała się we Włoszech bestsellerem, trudno mi dzisiaj zrozumieć. Gadda miał już za sobą wiele książek, ale dopiero właśnie ta przyniosła mu popularność, jednocześnie stając się zaczynem nowego we włoskiej literaturze. Cóż, czasy były inne, czytelnicy też, być może jest to też kwestia tego, że Włosi odnaleźli w tej powieści liczne aluzje i odniesienia do swojej  literatury, które w Polsce zrozumie tylko italianista albo ktoś bardzo obyty z włoską literaturą.

"Niezły pasztet przy via Merulana" to kryminał, ale tylko pozornie,  o czym od razu wiedziałam, więc nie to było przyczyną mojego rozczarowania, tym bardziej, że od dobrych kilku lat nie sięgam po ten rodzaj literatury, bo w nadmiarze lektur z czegoś trzeba zrezygnować. Zaczyna się od kradzieży klejnotów w kamienicy przy via Merulana, kilka dni później w tym samym miejscu dochodzi do brutalnego morderstwa i kolejnej kradzieży. Potem jest śledztwo, ale ono nie ma większego znaczenia. Najlepszym dowodem na to jest brak ostatecznego rozstrzygnięcia. Nie o zagadkę tu chodzi, ale o opowieść o świecie, który jest jak kłębek, gdzie plączą się liczne nitki, a wyciągnięcie jednej niewiele daje. Taki świat niełatwo zrozumieć, niełatwo dociec przyczyn tego, co się dzieje. Nie ma zresztą jednej przyczyny. Książka, jak już wspomniałam, jest pełna odniesień do włoskiej literatury, między innymi do Dantego, do filozofii. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się z posłowia tłumaczki, w którym pisze o autorze, o historii powieści, o jej interpretacji i trudnościach z przekładem. Przyznaję, że dla mnie ta erudycyjna sfera była całkowicie niedostępna.

Przyjemność wobec tego powinien stanowić język równie ważny w powieści Gaddy. Niestety jakoś nie dałam się uwieść. Trudność polega nie tylko na tym, że pisarz używa wielu dialektów, także w narracji, dość swobodnie nimi żonglując. Znacznie większym wyzwaniem są fragmenty naszpikowane nazwiskami, terminami, cytatami i słowami niezrozumiałymi. O ile nazwiska, terminy i cytaty objaśnione są w przypisach, o tyle słownictwo oczywiście nie. Trudno tego wymagać od wydawcy. Kolejnym problemem jest nieokiełznana wyobraźnia Gaddy, która stale sprowadza go na manowce. Wszystko, dosłownie wszystko może stać się zalążkiem nowej opowieści, a raczej opisu, dygresji, rozbudowanego porównania. Opowieść pączkuje, meandruje, odchodzi od głównego nurtu. Podążanie za wyobraźnią pisarza czasem sprawia przyjemność, czasem nuży. Trzeba czytać bardzo uważnie, aby się w tym nie pogubić i odczuć radość z lektury. Na dodatek mieszały mi się nazwiska, postacie, szczególnie prowadzący śledztwo policjanci. 

Na pewno jest to powieść dla wymagającego i wytrawnego czytelnika. Uczucia mam mieszane - czasem wydaje mi się, że mogłam sobie "Niezły pasztet przy via Merulana" darować, innym razem myślę, że mimo wszystko było warto.

PS. Niedawno, już po lekturze powieści, wysłuchałam w TOK FM pasjonującego wywiadu, jaki przeprowadził Paweł Sulik z tłumaczką książki. To nie zmienia jednak faktu, że książka niestety mnie pokonała.

 

środa, 13 czerwca 2018
"Zimna wojna"

O sukcesie "Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego nie sposób było nie usłyszeć. Świetne przyjęcie na festiwalu w Cannes, nagroda za reżyserię, znakomite recenzje. Wielka wrzawa, wielki szum. Jak zawsze w takich wypadkach, kiedy idę do kina, to po pierwsze wydaje mi się, że wszystko o filmie już wiem, a po drugie moja przekorna natura każe zastanawiać się, czy i ja się zachwycę. Różnie bywa. Czasem entuzjazm i mnie się udziela, czasem wychodzę rozczarowana. Tak było z "Twarzą" Małgorzaty Szumowskiej, która pozostawiła spory niedosyt. Dlatego z wielką ciekawością szłam na "Zimną wojnę". Chociaż na mnie nie podziałała tak, jak rasowy melodramat działać powinien, chociaż nie poryczałam się po seansie, a zdarza mi się skrzętnie ukrywać łzy, to wyszłam z kina w nastroju bardzo melancholijnym, a właściwie zgnębiona. Bo jest w tym filmie coś takiego, co sprawia, że rzeczywiście trudno się od niego uwolnić. Piszę te słowa w niedzielne przedpołudnie, w kinie byłam wczoraj, a wciąż mam w głowie obrazy z "Zimnej wojny". Smutną, zrezygnowaną twarz Wiktora (świetny Tomasz Kot), zadziorną minę Zuli (świetna Joanna Kulig), paryskie poddasze, roztańczone dziewczyny z zespołu Mazurek, paryską ulicę, pokryte śniegiem pola polskiej wsi, ruiny kościoła i boskie oko widoczne na zniszczonym fresku. A w głowie stale brzęczy mi muzyka. Bo "Zimna wojna" działa przede wszystkim obrazem i muzyką. Czarno-białe kadry sfotografowane przez Łukasza Żala są malarsko piękne, muzyka od ludowej po jazzową zaaranżowana przez Marcina Maseckiego jest jednym z bohaterów. Ale ten oszczędny film niekoniecznie spodoba się wszystkim. Nie jestem przekonana, czy może liczyć na masową widownię, bo kto spodziewa się klasycznego melodramatu, ten może się rozczarować. Historia jest bardziej naszkicowana niż opowiedziana, widz sam musi sobie dopowiadać to, czego nie ma na ekranie, a jego wyobraźnia może biec w różne strony. Ja w każdym razie nabieram coraz większej ochoty, aby "Zimną wojnę" obejrzeć jeszcze raz. A kto już film widział, może czytać dalej, aby skonfrontować swoje refleksje z moimi. Zapraszam.

niedziela, 10 czerwca 2018
"Książę i dybuk"

Od dawna czekałam na nagrodzony w Wenecji najnowszy dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego, autorów znakomitego "Efektu domina". Tym razem zafascynowani historią Michała Waszyńskiego postanowili zmierzyć się z pytaniem, kim naprawdę był, jaką tajemnicę skrywał. Jeśli czytelniku tej notki nie wiesz nic albo prawie nic o bohaterze tego dokumentu, jeśli udało ci się nie wysłuchać ani nie przeczytać żadnego wywiadu z twórcami, żadnej recenzji, żadnej informacji od producenta, a chcesz mieć niespodziankę i jeszcze większą przyjemność, to nie czytaj dalej, tylko idź do kina, bo naprawdę warto. Powinno ci wystarczyć zapewnienie, że film jest znakomicie zrobiony i trzyma w napięciu, bo twórcy podążają tropem Michała Waszyńskiego, polskiego księcia i filmowca, który w przedwojennej Polsce kręcił cieszące się wielką popularnością filmy, a po wojnie osiadł we Włoszech i współpracował z tuzami filmowego świata. Współprodukował choćby "Upadek Cesarstwa Rzymskiego", wielką superprodukcję. Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć, ale ponieważ bohater filmu to postać znana i informacje o nim można znaleźć jednym kliknięciem, to jednak trochę jeszcze napiszę.

Niewiera i Rosołowski próbują zmierzyć się z zagadką jego życia. Jak to się stało, że polski Żyd z Kowla, syn kowala, stał się księciem i ważnym człowiekiem europejskiego, a nawet światowego kina? Dlaczego ukrywał swoją prawdziwą tożsamość i udawał kogoś, kim przecież nie był? Dlaczego niczym kameleon zmieniał kilkakrotnie skórę i zaczynał kolejny fascynujący rozdział w swoim życiu? Może kluczem do jego historii jest przedwojenna ekranizacja "Dybuka" An-skiego nakręcona w języku jidisz, tak inna od wszystkiego, co robił wcześniej i potem. Niewiera i Rosołowski czynią ją lejtmotywem swojego dokumentu. Kilka melancholijnych scen z "Dybuka" powraca niczym mantra. Przenikają się z opowieściami o nim, z fragmentami zdjęć z czasów i miejsc, w których żył Waszyński. Oglądamy żydowskie sztetle, przedwojenną elegancką Warszawę, szlak przemierzany z armią Andersa, Rzym lat pięćdziesiątych. Kontrapunktem dla obrazów z przeszłości są odwiedziny ekipy filmowej w miejscach związanych najsilniej z jego życiem. Przejmują czytane zza kadru fragmenty dzienników Waszyńskiego, pełne tęsknoty za przeszłością, za czymś, co utracił. Nawet jeśli zna się jego historię, nawet jeśli wysłuchało się rozmowy z twórcami, to film i tak trzyma w napięciu. Znakomite są zdjęcia, które budują nastrój melancholii i smutku. Ale jednocześnie od osób wypowiadających się na ekranie najczęściej  bije radość, pogoda ducha i energia. Bardzo ciekawy i świetnie zrobiony film.

PS. Waszyński, chociaż w pewnym okresie swojego życia miał żonę, był homoseksualistą, czego nie ukrywał. W filmie pojawia się również ten wątek, chociaż nie stanowi głównego tematu opowieści, dlatego wcześniej o nim nie wspomniałam. 

środa, 06 czerwca 2018
Indyjskie lektury (III) - Arundhati Roy "Indie rozdarte"

Kolejna odsłona indyjskich lektur, na razie ostatnia, i raz jeszcze Arundhati Roy. Tym razem sięgnęłam po jej trzy eseje (?) wydane w Polsce pod tytułem "Indie rozdarte" (Wielka Litera 2014; przełożył Krzysztof Umiński). Chociaż książka ukazała się w serii Strefa Reportażu, to tylko środkowy tekst można tak zaklasyfikować, pierwszemu i trzeciemu zdecydowanie bliżej do eseju, ale w gruncie rzeczy nie ma o co kopii kruszyć. Temat i temperatura "Indii rozdartych" na tyle mnie zafrapowały, że poszukałam sobie wywiadów z pisarką. Okazuje się, że Arundhati Roy zabiera w swoim kraju głos w ważnych sprawach społecznych. Mówi i pisze głośno, co myśli, wsadza kij w mrowisko albo raczej, jak sama to określiła, rzuca granat i patrzy, co będzie. Jest dyskusja, ale jest też wrzawa, krytyka i wściekłość. U nas przypięto by jej łatkę lewaczki, które to określenie od jakiegoś czasu stało się w naszym kraju jedną z gorszych obelg. Tak, Arundhati Roy na pewno ma lewicowe poglądy, bo ujmuje się za tymi, o których się nie pamięta, nie mówi. A to ich kosztem odbywa się rozwój Indii. Tracąc wszystko, niestety nic nie zyskują. Jej teksty świetnie korespondują z tym, co w Polsce pisze Artur Domosławski w swoich reportażach o Ameryce Południowej i tych zamieszczonych w "Wykluczonych" (jeszcze nie czytałam, czekają w czytniku na swoją kolej!). Ciekawa jestem, czy są tam teksty o Indiach, z notki wydawcy wynika, że nie, a to także temat dla niego. O podobnych problemach pisał też w swojej znakomitej książce "Delhi. Stolica ze złota i snu" Rana Dasgupta. Te lektury, także obie powieści Arundhati Roy, sprawiają, że Indie przestały być dla mnie krajem z romantycznego snu, krajem, gdzie jedzie się, jak bohaterowie najnowszego reportażu Wojciecha Jagielskiego, w poszukiwaniu duchowego oczyszczenia i oświecenia, mityczną krainą Shangri-La.

O czym pisze Arundhati Roy? Tematem jej tekstów jest tragiczny los plemion żyjących w lasach i dżunglach w Indiach środkowych. Ponieważ ziemie te kryją mnóstwo cennych surowców naturalnych, ludzie ci wyrzucani są ze swoich wiosek, ze swojej ziemi, bo wielkie koncerny, międzynarodowe, ale także indyjskie, chcą te tereny eksploatować. Problem również w tym, że niektóre plemiona wierzą, że płaskie wzgórza, w których kryje się boksyt, to bogowie. Niszcząc je, dokonuje się zamachu na ich świętość. W obliczu wielkich pieniędzy nic się jednak nie liczy. Ważny jest wzrost, PKB i inne mierniki ekonomicznego rozwoju. Szkoda tylko, że rozwój nie przekłada się na poprawę losu najbiedniejszych, tych milionów wykluczonych. Prawo indyjskie, gdy w grę wchodzą bogactwa naturalne, pozwala zabierać ziemię. Można też bardzo łatwo,  podstępnie zdobyć ją, o czym również pisał Rana Dasgupta we wspomnianej już w tej notce książce.

Skoro za ludźmi wyrzucanymi ze swoich wiosek nikt się nie ujmuje, nic dziwnego, że lgną oni do maoistowskiej partyzantki, jedynej siły stającej w ich obronie, oferującej konkretną pomoc. To z kolei staje się wodą na młyn nie tylko rządzących, ale także mediów i intelektualistów. Nikt już nie dostrzega pierwotnego problemu, nie zadaje sobie pytania o przyczyny i skutki, bo problemem staje się walka z maoistowską partyzantką. Mieszkańców terenów, o które toczy się spór, okrzykuje się terrorystami, co daje rządzącym pretekst, aby powoli przekształcać Indie w państwo policyjne. Okrucieństwo policji, wojska i służb specjalnych, które pod pretekstem walki z terrorystami dopuszczają się pospolitych przestępstw, nie tylko torturują schwytanych, ale po prostu grabią i gwałcą kobiety, nakręca przemoc. I tak to się toczy. Krytycy Arundhati Roy, która nie kryje swojej sympatii dla mieszkańców terenów, po które rękę wyciąga biznes, ale jednocześnie trzeba jasno podkreślić, że nie zgadza się z poglądami głoszonymi przez maoistów, zarzucają jej, że akceptuje przemoc. Pytają, dlaczego wywłaszczani z ziemi chłopi nie sięgają po metody biernego oporu rozpropagowane przez Gandhiego. Pisarka zabija ich śmiechem. Kiedy wszyscy są obojętni, milczą albo akceptują to, co robi rząd, w zetknięciu z potężnym, wszechwładnym biznesem metody Gandhiego stają się po prostu nieskuteczne, żeby nie powiedzieć śmieszne.

Arundhati Roy nie kryje emocji, nie owija swoich poglądów w bawełnę, jasno opowiada się po stronie wykluczonych, uciskanych i ograbianych, pokazując całe skomplikowanie tej sprawy. Żeby zobaczyć, jak to wygląda od środka, spędziła kilka tygodni wśród partyzantów i mieszkańców wiosek, o które toczy się walka. I o tym opowiada środkowy tekst będący rzeczywiście reportażem. Bardzo to wszystko ciekawe i przerażające. Kto był w Indiach albo się tam wybiera, powinien książki, o których dziś wspominałam, przeczytać koniecznie, żeby w postrzeganiu tego kraju wznieść się ponad stereotypy.

PS. Arundhati Roy przyjedzie w tym roku do Krakowa na Festiwal Conrada.

środa, 30 maja 2018
Indyjskie lektury (II) - Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego "Na wschód od zachodu" (Znak 2018) pojawiła się w znakomitym dla mnie momencie. Byłam akurat po jednej książce Arundhati Roy a przed drugą, więc korespondując z nimi tematem, stała się znakomitym przerywnikiem. Już poprzedniej wiosny słyszałam, że Jagielski pisze rzecz o hipisach wędrujących w latach sześćdziesiątych z owego tytułowego Zachodu na wschód, czyli do Indii. Były to podróże drogą lądową przez Turcję, Iran, koniecznie Afganistan. Powiedziałabym, że przeczytałam "Na wschód od zachodu" jednym tchem, ale to nieprawda, bo okoliczności nie sprzyjały. Pochłaniałam ją kawałkami, ale za to intensywnie.

Książka składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy, najkrótszy, trochę osobny, jest czymś w rodzaju wprowadzenia w temat i sposób opowiadania. To zabawna historia kilku współczesnych obieżyświatów, naśladowców dzieci kwiatów,  na których Jagielski natknął się gdzieś w indyjskim Radżastanie. Właśnie wrócił z Afganistanu, odpoczywa i czeka na wiadomość od kogoś, aby z kimś innym się spotkać. Czas zabija między innymi rozmowami z nimi, a oni tak mu zazdroszczą tego Afganistanu, tak by chcieli tam pojechać. Afganistan, Jagielskiemu kojarzący się z wojnami, im jawi się jako fascynująca, niemal mityczna kraina. Jakby nie znali jego tragicznej historii. Dla ich poprzedników, prawdziwych dzieci kwiatów, był ważnym przystankiem w drodze do Indii. Ale ci, których pisarz spotkał w Radżastanie, są naiwni naiwnością ludzi Zachodu bezkrytycznie zafascynowanych Wschodem. Mnie wydają się nieco groteskowi, ale Jagielski traktuje ich z pobłażliwością i sympatią.

Już w tej części autor miesza czasy i opowieści. Historia spotkania przeplata się ze wspomnieniami reportera z miejsc, o których mówią jego młodzi znajomi, i z historiami miejscowych, właścicieli hotelików, sklepików, stad wielbłądów. Tak będzie i w części drugiej, najdłuższej, której bohaterem jest Święty. Hipis - weteran, dziś już siedemdziesięcioletni, który razem z poznanymi w Amsterdamie dziećmi kwiatami wyruszył niegdyś w długą podróż do Indii. Teraz obaj tkwią w Delhi odciętym od świata z powodu zamieszek w sąsiednim stanie, a zabijając czas, rozmawiają ze sobą. Święty został w Indiach na zawsze, uciekł od świata i ludzi odtąd dotąd, jak ich nazywali hipisi, ale czy znalazł to, czego szukał? Czy jest szczęśliwy? Czy uciekając, zyskał coś w zamian? Jakie znaczenie, jaką wartość ma to, co robił, jak żył? Właśnie znalazł się na zakręcie, uciekł z Goa, gdzie najczęściej mieszkał, bo zaszły tam za duże zmiany. Dawna portugalska kolonia stała się mekką zachodnich turystów pełną zgiełku, głośnej muzyki, śmieci, alkoholu i narkotyków. Zamiast rybackich wiosek, w których mieszkał, pojawiły się hotele i rzędy nadmorskich knajp. Historia Świętego to także opowieść o jego niespełnionej miłości do poznanej jeszcze w Amsterdamie Nancy, z którą razem wyruszył w drogę. On z miłości gotów był gdzieś osiąść, zostać z nią, ale ona była prawdziwym dzieckiem kwiatem, hołdowała wolnej miłości.

Czytałam "Na wschód od zachodu" z wielkim zainteresowaniem. Wszystko mnie w tej książce ciekawiło. I opowieści o hipisowskim ruchu, i wspomnienia Jagielskiego z jego podróży, czasem pamiętałam je już z jego książek, czasem nie, i historie jego hinduskich znajomych stanowiące często kontrapunkt dla historii hipisów, wreszcie same Indie, które też, trochę pośrednio, trochę przy okazji, są bohaterem tej książki. Jak zwykle pięknie to wszystko Jagielski opowiada, literacko podkręca. Świetna lektura, gatunkowo lżejsza od jego poprzednich reportaży.

Aż nastąpił rozdział trzeci. Opowieść o Kamal, Polce, córce dalekiej znajomej reportera, dziewczynie z tak zwanego dobrego domu, a nawet bardzo dobrego, która w latach dziewięćdziesiątych wyruszyła do Indii, zahaczyła nawet o ten mityczny Afganistan, zaginęła w nim, aby się odnaleźć, a potem została w Indiach. Została to mało powiedziane. Ona uciekła naprawdę - od Europy, od rodziny, od kariery, od dawnego życia, od przyszłości, zapewne odtąd dotąd. Uciekła i przeszła prawdziwe przeobrażenie, stała się hinduistką, ciągle w drodze z południa na północ, a potem z północy na południe, od aśramu do aśramu, od jednego bramina do drugiego, od jednego guru do drugiego. Ciągle w drodze niczym sadu. Pragnęła przejść wielką przemianę, doznać oświecenia, stać się wolna. Od trzynastu lat przemierza tę drogę z synem. To na nią czekał w Delhi Jagielski, to z nią chciał się spotkać. Jej historia jest i fascynująca, i zdumiewająca zarazem. To opowieść o kimś, kto całkowicie odrzucił swoją dawną tożsamość, zerwał wszystkie więzi, odszedł od cywilizacji, wyrzekł się wszelkich wygód, odstał od zdobyczy cywilizacji, skazał się na życie na marginesie, uwierzył, jak Hindusi, że Ganges, a właściwie Ganga, to bogini, której wody uzdrawiają, oczyszczają, przynoszą ukojenie. Ta historia skłania do postawienia istotnych pytań. Tym bardziej, że syn Kamal, wychowywany jak Hindus i nim w istocie będący, zaczyna dorastać i wybijać się na niepodległość. Chociaż matka chroni go przed tym, od czego sama uciekła, on coraz chętniej zerka w tamtą stronę. Zadaje pytania, ma żyłkę do interesów i świetnie radzi sobie ze smartfonem czy komputerem. Czy w imię wyznawanych ideałów Kamal pozwoli mu iść własną drogą, w stronę przeciwną niż ona? Przyznam, że mnie, podobnie jak Jagielskiemu, jej wybór trudno zrozumieć i zaakceptować. Czytałam ten rozdział z fascynacją i zdumieniem, chciałam wiedzieć, co będzie dalej i nadziwić się nie mogłam takiej życiowej drodze.

Ta historia napisana jest zupełnie inaczej. Bez dygresji, innym językiem, z punktu widzenia Kamal i jej syna. Przypomina opowiadanie bardziej niż część reportażu. Zaczęłam zastanawiać się nawet, czy Kamal istnieje naprawdę, czy nie została wymyślona. Dziennikarz staje się tu kimś z zewnątrz, obcym ciałem, natrętem, który mąci spokój, przeszkadza, niepokoi, jak niepokoją zmiany zachodzące w synu. I na koniec zaskoczenie, a jednocześnie rozwiązanie zagadki, skąd odmienność ostatniego rozdziału. Kto nie chce wiedzieć, niech w tym momencie przerwie czytanie. Zdradzam je, bo sam Jagielski o tym mówił w wywiadach udzielanych  przy okazji premiery książki, tłumaczył, skąd taki zabieg. Dlatego niby nie jest to już żadna niespodzianka, że autorką ostatniej części jest żona reportera, Grażyna Jagielska. Zastanawiam się tylko, dlaczego nie została wymieniona jako współautorka na okładce, ale dopiero na końcu książki. To pewnie ich wspólna decyzja, dla mnie jednak niezrozumiała. To tak na marginesie.

środa, 23 maja 2018
Indyjskie lektury (I) - Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia"

Tak się złożyło, że ostatnio moje lektury krążyły wokół Indii i nie był to przypadek. Dzisiaj o pierwszej z nich - kolejnej wydanej w Polsce powieści Arundhati Roy "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński). Niedawno zachwycałam się tu jej "Bogiem rzeczy małych", który z niewiadomych dla mnie przyczyn umknął mi, kiedy wydano go po raz pierwszy, ale szczęśliwie w ubiegłym roku ukazało się wznowienie. Niestety ponieważ  od zakończenia lektury "Ministerstwa niezrównanego szczęścia" upłynęły już ponad dwa tygodnie, a ja nie mogłam o książce napisać od razu, z konieczności ta notka nie będzie pewnie mniej wnikliwa niż zazwyczaj, bo wrażenia już nie tak świeże. A więc zaczynajmy.

Od razu wyłożę swoje credo. Po pierwsze literacko znacznie wyżej oceniam "Boga rzeczy małych". Ale natychmiast dodaję po drugie -  najnowszą powieść Arundhati Roy oczywiście też należy przeczytać. Szczególnie jeśli ktoś ciekawy jest świata, a Indii przede wszystkim. Dla tych czytelników to lektura obowiązkowa.

Najpierw krócej odniosę się do pierwszego spostrzeżenia. Otóż "Ministerstwu niezrównanego szczęścia" brakuje takiego literackiego kunsztu jak poprzedniej powieści indyjskiej autorki. Nie będę się tu szczegółowo rozwodziła, na czym rzecz polegała, zainteresowanych odsyłam do mojej notki o "Bogu rzeczy małych". W "Ministerstwie niezrównanego szczęścia" styl jest przejrzysty, prosty, zwyczajny. Musiałam nawet upewnić się, czy aby na pewno obie książki przetłumaczył Jerzy Łoziński. Oczywiście tak, więc to nie kwestia przekładu, ale autorki. Konsekwencja takiego wyboru jest taka, że lektura powieści nie nastręcza specjalnych trudności. Nie ma tu bariery, która mogła zniechęcać wielu czytelników do "Boga rzeczy małych". Natomiast tak jak poprzednio i tę historię poznajemy niechronologicznie. Narrator opowiadając dzieje bohaterów, cofa się w czasie, pozornie zbacza z tematu, snuje opowieści i dzieli się anegdotami, tworząc w ten sposób barwną mozaikę ludzkich historii.

Jak łatwo się domyślić, bohaterów jest tu wielu. Losy niektórych w pewnym momencie splatają się ze sobą, inni związani są bliskimi więzami - przyjacielskimi, a nawet miłosnymi. Początkowo wydaje się, że główną bohaterką będzie Andżun, hidźra. Hidźry są w Indiach uznawane za trzecią płeć, uważają się za kobiety. Nie zawsze są transseksualistami, czasem obojnakami albo eunuchami. Mają swoje miejsce w religii i kulturze. Żyją wspólnie, tworząc coś w rodzaju komun. Andżun też mieszka razem z innymi hidźrami w domu gdzieś w zaułkach starego Delhi, aż pod wpływem pewnych dramatycznych zdarzeń przenosi się na stary przyszpitalny cmentarz, gdzie początkowo żyje w byle jak skleconej budce, a z czasem między starymi grobowcami powstaje cały pałac będący przytuliskiem dla wszelkiej maści odmieńców i ludzi poturbowanych przez los. Jego mieszkańcem i przyjacielem Andżun staje się też młody mężczyzna, który przybrał sobie ksywkę Saddam Husajn. Potem jednak na pierwszy plan zaczyna wybijać się historia czworga przyjaciół - trzech mężczyzn i kobiety. Ich przyjaźń sięga czasów studenckich. Pochodzą z różnych środowisk i z różnych rejonów kraju, różnie też układają się ich losy. Dwaj robią karierę - jeden dziennikarską, drugi w tajnych służbach. Trzeci jest Kaszmirczykiem, co zdeterminowało jego los. A pomiędzy nimi ona, kobieta, nietuzinkowa, niezależna, o skomplikowanej biografii, trochę femme fatale, trochę kobieta dzielnie czekająca na swojego ukochanego, który daleko i oddany sprawie. Jak to wszystko razem się skleja, nie będę oczywiście opowiadać, na tym przecież polega przyjemność lektury.

A teraz czas wyjaśnić, dlaczego jest to książka dla ciekawych świata, a Indii w szczególności. Otóż czytając powieść Arundhati Roy, miałam wrażenie, że ta splątana mozaika ludzkich losów jest tylko pretekstem dla opowieści o kraju. O kraju wielu konfliktów -  religijnych, narodowych i ekonomicznych. I nie jest to opowieść wesoła. Już książka Rany Dasgupty "Delhi. Stolica ze złota i snów", którą przeczytałam kilka miesięcy temu, dała mi wiele do myślenia i jeszcze bardziej odarła Indie z romantycznej pozłotki, w jaką je opakowałam za sprawą młodzieńczych lektur. Arundhati Roy jeszcze wzmacnia ten czarny obraz. Dlaczego? Bo tłem swojej opowieści, a w gruncie rzeczy jej sednem, czyni konflikty, o których wspomniałam. Na pierwszy plan wysuwa się tu skazana pewnie na przegraną walka Kaszmirczyków o wolność, od Pakistanu i od Indii. Autorka szczególnie skupiła się na latach dziewięćdziesiątych, kiedy konflikt między Indiami i Kaszmirem eskalował przez długie lata. Wiedziałam oczywiście o nim, ale co innego coś tam wiedzieć, a co innego czytać o beznadziejnej, nierównej walce Kaszmirczyków, o najprzemyślniejszych torturach i szykanach stosowanych przez Hindusów. Ale Arundhati Roy pisze też o pogromach muzułmanów, do jakich doszło w roku 2002 w stanie Gudżarat, o maoistowskiej partyzantce działającej w lasach środkowych Indii i o rosnącym w siłę hinduskim nacjonalizmie. A o tym wszystkim nie wiedziałam albo tylko coś niecoś. Powieść pisana jest z pasją i trudno się nie zorientować, po której stronie opowiada się pisarka, co ją boli i przeraża. To wrażenie wzmacnia jeszcze moja trzecia indyjska lektura, którą teraz właśnie czytam, czyli trzy eseje (?), reportaże (?) zatytułowane "Indie rozdarte" oczywiście tej samej autorki. Gdyby powstała w Polsce podobna książka o naszych problemach, niektórzy natychmiast obwołaliby ją antypolską. A przecież nie tylko my mamy swoje trupy w szafie i nie tylko my o nich chcemy mówić.

Miało być krótko, a wyszło jak zazwyczaj. To tylko dowód na siłę tej powieści, która mimo upływu czasu tkwi we mnie tak mocno.

PS. Wszystkie książki Arundhati Roy to lektury sprzed paru miesięcy, ta notka powstała w lutym. Teraz czytam coś zupełnie innego.

 

 

 

niedziela, 20 maja 2018
Krzysztof Varga "Langosz w jurcie"

Kiedy skończyłam czytać ostatnią powieść Krzysztofa Vargi "Sonnenberg", o której pisałam w ostatniej notce, zapragnęłam koniecznie choćby na jakiś czas zanurzyć się w klimacie tej lektury, tak bardzo byłam pod jej wpływem. I wtedy przypomniałam sobie, że w głębinach mojego ukochanego czytnika spoczywa sobie, czekając cierpliwie na swoją kolej, "Langosz w jurcie" (Czarne 2016), trzecia część eseistyczno-reporterskiej trylogii Krzysztofa Vargi poświęconej Węgrom. Nie było na co czekać, pora na lekturę  tego zbioru bardziej esejów niż reportaży była idealna. W "Gulaszu z turula", pierwszej znakomitej części owej węgierskiej trylogii, Varga pisał po prostu o Węgrach i Węgrzech, swojej drugiej ojczyźnie (ojciec pisarza był Węgrem). Dla takiego laika jak ja było to odkrycie. Mnóstwo się z tamtej książki dowiedziałam, a przyjemność z czytania miałam ogromną. Nie tylko ja tak uważałam, recenzje były znakomite, książka znalazła się w finale Nike. Druga część, "Czardasz z mangalicą", to zapis licznych podróży po węgierskiej prowincji. Nastrojowy, klimatyczny, trochę jak u Stasiuka, ale jednak przecież inny. Chociaż ciekawy, to już nie tak fascynujący ani nie tak świeży jak "Gulasz z turula", momentami nawet nużył.

Piszę o tym wszystkim nie tylko po to, aby przypomnieć tym, którzy też czytali, albo poinformować tych, którzy nigdy się z tymi książkami nie zetknęli, ale także dlatego, że przed napisaniem tej notki postanowiłam odświeżyć swoje wrażenia z tamtych lektur. Aby to zrobić, sięgnęłam do moich zapisków zamieszczonych na  blogu, a rzadko mi się to zdarza. Skąd ta potrzeba? Otóż "Langosz w jurcie" po prostu mnie rozczarował, a nawet znużył. Chciałam się przekonać, czy to ja się zmieniłam, czy po prostu ostatnia część węgierskiej trylogii Vargi jest najsłabsza. No i chyba właśnie w tym tkwi problem. Już druga, co przypomniałam sobie z mojej notki, zdradzała podobne symptomy, w trzeciej chyba jeszcze się pogłębiły. Bo "Langosz w jurcie" to kontynuacja "Czardasza z mangalicą". Właściwie mogłabym w tym miejscu skończyć i polecić przeczytanie mojego wpisu o tamtej książce z zastrzeżeniem, że "Langosz" jest po prostu nudniejszy i bardziej monotonny. Varga znowu włóczy się po węgierskiej prowincji. Tym razem jednak wędruje wzdłuż granic, czasem nawet je przekracza, aby zobaczyć coś, co do Węgier już nie należy. Tu trzeba wspomnieć o traktacie z Trianon, który okroił kraj naszych południowych bratanków do rozmiarów kraiku.

Jest tu po trochu wszystkiego - wspomnień, impresji, wrażeń, historii, zabytków, innych miejsc, spotkań z ludźmi, obserwacji, refleksji, no i oczywiście jedzenia. Można nieco złośliwie napisać, że Varga stale szuka albo knajpy, gdzie może zaspokoić głód jakimś ulubionym daniem, albo noclegu. Szukając, odkrywa czasem coś, na co w swoich licznych peregrynacjach dotąd się nie natknął. Króluje oczywiście melancholia, której źródłem jest beznadzieja i nuda węgierskiej prowincji, wymieszana z fascynacją. I tak przez dwieście osiemdziesiąt stron. Im dłużej czytałam, tym bardziej mnie to nużyło. Ta powtarzalność, przewidywalność. Niewiele konkretów z "Langosza w jurcie" zostało mi w pamięci. Opowieść o "Szkole na granicy" Gezy Ottlika, podobno znakomitej węgierskiej powieści, piszę podobno, bo jej nie czytałam. Fragmenty opisujące opuszczone wsie, które co jakiś czas Varga mija, czy spotkania z Polakami przyjeżdżającymi do termalnych źródeł. Jakieś impresje, jakieś obrazy. Początkowo miałam wrażenie, że autor postawił sobie tezę, iż stopień porządności i poziom cywilizacyjny nadgranicznych terenów w dużej mierze zależy od sąsiada, z którym te tereny graniczą. Jeśli tak rzeczywiście było, to wybrzmiała ona słabo.

Być może pisarz sam doszedł do wniosku, że temat się wyczerpał, że będzie już tylko się powtarzać, bo w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji wydania swojej najnowszej powieści wspomniał, że wzięła się właśnie stąd. Z fascynacji tematem i niemożności kontynuowania książek, o których dziś pisałam. Polecać? Nie polecać? Kto czytał "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą", może domknąć całość. Kto nie zna tamtych książek, niech najpierw koniecznie po nie sięgnie, szczególnie po pierwszą, najbardziej odkrywczą, najciekawszą, po prostu najlepszą. A potem sam zdecyduje.

 

środa, 16 maja 2018
Krzysztof Varga "Sonnenberg"

Moja literacka znajomość z Krzysztofem Vargą ogranicza się do jego felietonów, które lubię, ale  z powodu braku czasu (dylemat - książki czy gazety, skoro nie da się wszystkiego, rozstrzygam na korzyść tych pierwszych oczywiście) czytam raczej z doskoku, oraz do słynnego zbioru esejów  "Gulasz z turula" i "Czardasz z mangalicą". Za trzecią książkę z tego węgierskiego cyklu, "Langosz w jurcie", właśnie się zabieram. Natomiast nie czytałam wcześniej żadnej powieści Vargi. Dlaczego? Po pierwsze, bo kiedyś byłam na bakier z polską współczesną beletrystyką i została mi z tamtego okresu wielka czarna dziura. Po drugie, bo kiedy wreszcie przeprosiłam się z nią, jakoś nie ciągnęło mnie do męskiej prozy Vargi. Co zatem spowodowało, że sięgnęłam po jego najnowszą powieść "Sonnenberg" (Czarne 2018)? Dyskusja  w Tygodniku Kulturalnym i ... "Pamięć" Petera Nadasa. Mam w sobie dotąd atmosferę tamtej książki, której akcja w dużej części rozgrywała się w Budapeszcie, więc kiedy okazało się, że Krzysztof Varga postanowił napisać węgierską powieść, co pozwoli mi znowu zanurzyć się w podobnych klimatach, odbyć ponownie literacką podróż po mieście, które niespecjalnie znam i nawet w realu niespecjalnie lubię, nie zastanawiałam się ani chwili. Literackie pożądanie było tak ogromne, że natychmiast, mimo późnej pory i nie najniższej ceny, kupiłam "Sonnenberg" i jeszcze tego samego wieczoru, a właściwie nocy, rozpoczęłam lekturę. Jaki werdykt? Nie żałuję, że dałam się namówić. Książkę pochłonęłam jednym tchem i przynajmniej na razie wydaje mi się, że to taka powieść, która zostanie we mnie na dłużej. Ponieważ, jak już wspominałam, nie znam wcześniejszych powieści Vargi, nie obchodzi mnie, na ile autor się powtarza, pisząc w gruncie rzeczy jedną i tę samą książkę. Dla mnie liczy się ta i tylko ta.

"Sonnenberg" to dygresyjny monolog bohatera - Andrasa, literaturoznawcy zajmującego się prozą austriackich pisarzy, między innymi Brocha i Musila, powieściopisarza przed wiecznym debiutem. Jego powieść, o której zdążył już wszystkim opowiedzieć, jest ciągle na etapie wymyślania koncepcji. Trwa wiosna i lato 2016, a może 2015 roku, czas płynie Andrasowi na czekaniu. Od spotkania do spotkania z kochanką. Ich głęboko skrywany romans, który, jak się niespodziewanie okaże, kryje w sobie zaskakującą tajemnicę, trwa od lat, a on stale boi się, że pewnego dnia Agnes go porzuci. Czas pomiędzy spotkaniami upływa mu na wspominaniu, rozmyślaniach, spacerach po mieście, jedzeniu, no i piciu z przyjaciółmi. Andras w gruncie rzeczy jest bardzo samotny i ma świadomość, że znalazł się na jałowym torze. Poza miłością do kobiety i literatury nic się nie dzieje. Ale i tym miłościom wyraźnie brak już świeżości, popadły w powtarzalność i rutynę. Jakby coś się w życiu Andrasa zatrzymało, zacięło, a może nigdy nie rozpędziło na dobre? Może zawsze tylko żył z dnia na dzień, rozpamiętując przeszłość - dzieciństwo w nijakiej budapesztańskiej dzielnicy Zuglo, kolegów, rodzinny dom, babcię kalwinkę, ulubione potrawy, nagłe zniknięcie ojca. Dobrym pretekstem dla takiego dryfowania jest pewnie sytuacja polityczna na Węgrzech. Polityka stanowi tylko tło, ale jednak dość istotne. W Budapeszcie odbywają się akurat burzliwe demonstracje, ale Andras stoi z boku. Nie popiera ani Fideszu, ani Jobbiku, ale nie angażuje się, nie chodzi demonstrować, nawet narzekać nie ma już ochoty i siły, zrezygnowany udał się na wewnętrzną emigrację. Ma też świadomość upływającego czasu, przemijania, tego, że życie nieuchronnie zmierza do kresu, który może nadejść zupełnie nieoczekiwanie. Z tych wszystkich powodów powieść Vargi jest bardzo melancholijna, ale nie nazwałabym jej smutną. Pewnie dlatego, że przesyca ją ironia. Andras nie tylko na innych potrafi patrzeć ironicznie, złośliwie, z dystansem, podobnie spogląda na siebie, na swoje życie.

Drugim bohaterem tej książki jest Budapeszt. Bohater stale wędruje przez miasto, które jest mu bardzo bliskie. Żyć by bez niego nie umiał. Zrealizowane marzenie o wyjeździe do Portugalii okazało się niewypałem. Czytelnik wędruje po węgierskiej stolicy  razem z nim, poznając jej historię i topografię. Dzielnice brzydkie i piękne wzgórza Budy, centrum Pesztu oddane bezmyślnie we władanie hordom turystów, którzy jawią się tu jak współcześni barbarzyńcy. Varga drobiazgowo i pięknie opisuje miasto, jego zakamarki i zaułki, główne ulice, cmentarze, knajpy, a w nich jedzenie, sklepy, zieleń budańskich wzgórz, mosty i Dunaj. Nawet transport publiczny, bo Andras porusza się po mieście autobusami, tramwajami ewentualnie trolejbusami, tylko z rzadka metrem. Jestem pewna, że można by zwiedzać Budapeszt, wędrując śladami bohatera powieści.

Jeśli ktoś nie lubi takiej prozy, długie opisy go nużą, pożąda wartkiej akcji, niech po "Sonnenberg" nie sięga. Jest jeszcze drugi powód, dla którego  to nie powieść dla każdego. Nazwałam ją  dygresyjnym monologiem. Andras snując opowieść o swoim życiu, bez przerwy ucieka w dygresje. Wspomina, rozmyśla, rwie wątki, za nic ma chronologię. Chwilami, całkiem długimi chwilami, miałam wrażenie, że czytam kolejny węgierski esej Vargi. Mnie to nie przeszkadzało, przeciwnie, było wartością dodaną, sprawiało, że "Sonnenberg" to nie kolejny błahy romans, ale coś znacznie więcej. Myślę też, że znawcy Brocha i Musila znajdą w powieści kolejną warstwę, która mnie jest niestety niedostępna. Kiedyś czytałam wprawdzie "Lunatyków" Brocha, ale pozostało mi po nich mgliste wspomnienie, a po "Człowieka bez właściwości" Musila nigdy niestety nie sięgnęłam. Ale i bez znajomości austriackiej literatury "Sonnenberg" dostarcza wiele przyjemności podszytej melancholią. Teraz, kiedy zamknęłam już książkę, zastanawiam się, czy zachęcona lekturą najnowszej powieści Krzysztofa Vargi sięgnę po poprzednie? Gdyby nie morze innych literackich propozycji, pewnie tak bym uczyniła. Ale nie wykluczam, że przeczytam jedną dla porównania.

niedziela, 13 maja 2018
"120 uderzeń serca"

"120 uderzeń serca", film Robina Campillo, pokazywany na zeszłorocznym festiwalu w Cannes w konkursie głównym, obsypany Cezarami, cieszył się we Francji ogromną popularnością. Na nasze ekrany trafia z rocznym opóźnieniem i chyba nic nie zapowiada dobrej frekwencji. Już dawno nie siedziałam w tak pustej sali, co prawda wybrałam się do kina w piękne, ciepłe sobotnie bardzo wczesne popołudnie, ale widzów było wyjątkowo niewielu. A szkoda, bo to film i świetnie zrobiony, i ze wszech miar wart zobaczenia. Przyznam, że i ja też, wiedząc mniej więcej, o czym jest "120 uderzeń serca", szłam do kina z lekkim ociąganiem, trochę z ciekawości, trochę z obowiązku, no bo w końcu cóż mnie obchodzi AIDS, do którego dziś już przywykliśmy. Są inne choroby, które mają znacznie gorszy piar, że nie wspomnę o wzbudzających medialną panikę ptasich grypach, ebolach czy innych takich dość egzotycznych zarazach. Zapomnieliśmy, a może nigdy nie dość sobie uświadamialiśmy, czym był AIDS we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. To właśnie wtedy w Paryżu toczy się akcja filmu.

Na świecie śmiertelne żniwo zbiera epidemia AIDS, a politycy i opinia publiczna stale jeszcze uważają, że ten problem dotyczy tylko trzech zamkniętych środowisk - gejów, prostytutek i narkomanów, a wszyscy oni oczywiście sami sobie są winni. "120 uderzeń serca" opowiada o działaniach, jakie prowadzi francuski oddział powstałej w Stanach organizacji ACT UP, która zrzeszała osoby głównie z grup ryzyka, seropozytywne, chore i zdrowe. Wspólnie próbują zwrócić uwagę opinii publicznej i rządzących na problem, który wbrew powszechnemu mniemaniu dotknąć może każdego, walczą też z koncernami farmaceutycznymi, oskarżając je o opieszałość w pracach nad skutecznym lekiem i zatajanie informacji o skutkach ubocznych stosowanych medykamentów. Są wściekli, więc nie przebierają w środkach. Wpadają na konferencje naukowe, do siedziby koncernu farmaceutycznego, ich ulubioną metodą jest rozpryskiwanie sztucznej krwi, co budzi panikę, bo nikt nie wie, że to tylko na czerwono zabarwiony płyn. Organizują manifestacje, odwiedzają szkoły, aby mówić, a właściwie krzyczeć, o problemie i, co najważniejsze, o profilaktyce. Starają się bezskutecznie przyciągnąć uwagę mediów. 

Chociaż to film fabularny, w dużej części przypomina dokument. Obserwujemy cotygodniowe spotkania aktywistów, dyskusje, omawianie strategii, planowanie akcji, wreszcie same akcje. Cóż w tym ciekawego? Wszystko. Podziw budzi sam sposób prowadzenia zebrań, sposób udzielania głosu, wyrażania aplauzu, no i poziom samej dyskusji. Rzeczowej, merytorycznej, często emocjonalnej, prowadzącej do konkluzji. Ileż się można z tych rozmów dowiedzieć. Godna podziwu jest też znajomość przedmiotu. Aktywiści, chociaż są studentami, uczniami, ludźmi różnych zawodów, stali się przez lata działalności ekspertami od AIDS,  dzięki czemu są partnerami w rozmowach na przykład z przedstawicielami koncernów farmaceutycznych. Nie da się ich zbyć i zagiąć. Działacze są przygotowani na wszystko. Ponieważ to akcje nielegalne, każdy z uczestników dostaje dokładną instrukcję, jak ma się zachować w starciu z policją, co zabrać ze sobą, aby w razie zatrzymania przetrwać noc na komisariacie.

Film jest bardzo żywiołowy i świetnie zmontowany. Wszystko rozgrywa się w szybkim tempie, nie ma czasu na nudę i aż kipi od emocji i energii. Mimo powagi problemu na ekranie widać radość, bo jest ona w bohaterach. Chociaż są wściekli, często bezsilni, czasem zrezygnowani, chociaż doskonale zdają sobie sprawę z konsekwencji, jakie ponoszą za swoją działalność, chociaż żyją w cieniu śmierci, przecież co jakiś czas ktoś z nich umiera, to jednak są razem. Wspólnota, jaką tworzą, jest podporą, pociechą w trudnych chwilach. Nikt tu nie jest sam. Poza tym potrafią się bawić, może dlatego, że wielu z nich ma tak mało czasu. Kilkakrotnie w filmie obserwujemy energetyczny, transowy taniec, bohaterowie skaczą w rytm muzyki, wiją się w blasku stroboskopowych, onirycznych świateł. Te sceny powracają niczym refren.

Ale film ma też drugą warstwę, która stopniowo dochodzi do głosu, szczególnie w drugiej części. To historia prywatna - romans dwojga bohaterów, Nathana, który w pierwszej scenie filmu przystępuje do ACT UP, i Seana, długoletniego działacza. Jeden z nich jest zdrowy, drugi choruje. Wiadomo, jak wszystko się skończy. Ta osobista perspektywa wprawdzie w filmie nie dominuje, jest jednak ważna. Sprowadza całą sprawę do konkretu. U źródła działalności jest mnóstwo takich tragedii, ktoś umiera, ktoś choruje, ktoś cierpi po stracie ukochanej osoby. To nie słodka love story, przeciwnie, gorzka, smutna i brudna, bo skażona chorobą. Twórcy filmu nie epatują, ale też nie uciekają od pokazywania fizjologii choroby i umierania.

Naprawdę warto zobaczyć ten film, bo przedstawia historię w polskiej  społecznej świadomości słabo znaną albo zapomnianą. Przywraca też wiarę w sens wspólnotowego działania.

środa, 09 maja 2018
Mikołaj Grynberg "Księga wyjścia"

Są książki, które przeczytać po prostu trzeba. Tak jest z wydaną przez Czarne (2018) "Księgą wyjścia" Mikołaja Grynberga. Moje osobiste powody są przynajmniej dwa. Raz, że do dziś tkwi we mnie jego "Oskarżam Auschwitz", dwa, że "Księga wyjścia" to rzecz o Marcu, którego okrągłą, pięćdziesiątą, rocznicę właśnie obchodziliśmy. Dla Mikołaja Grynberga,  autor w swoich fotografiach, a od jakiegoś czasu przede wszystkim w książkach zajmuje się ocalonymi z Holokaustu oraz ich dziećmi i wnukami, antysemicka nagonka 68 roku, której skutkiem była masowa emigracja polskich Żydów albo Polaków pochodzenia żydowskiego (jak trudno zdefiniować ich tożsamość, można przekonać się w książce), była tematem naturalnym. Nic dziwnego, że się nim zajął.

"Księga wyjścia", podobnie jak "Oskarżam Auschwitz", składa się z samych rozmów. Rozmów z ludźmi, których wydarzenia marcowe  dotknęły osobiście, wywracając ich życie do góry nogami, pozbawiając złudzeń. Bohaterowie tej książki byli wtedy uczniami, studentami albo właśnie podjęli pracę. Ich rodzice, także ofiary antysemickiej nagonki, dziś już nie żyją. Tym dramatyczniejsze i smutniejsze to świadectwo. Dlaczego? Bo niektórzy z nich o tym, że są Żydami, usłyszeli właśnie w marcu 68 roku. Nie mieli dotąd pojęcia o pochodzeniu swoich rodziców. Co ciekawe, najczęściej okazywało się w takiej sytuacji, że inni doskonale wiedzieli. Możemy tylko spróbować sobie wyobrazić, co dla nich znaczyła świadomość, że są w Polsce piątą kolumną (tak nazwał ich Gomułka w swoim haniebnym przemówieniu, na wspomnienie którego do dziś cierpnie niektórym skóra).

Ale losy rozmówców Grynberga toczyły się oczywiście bardzo różnie. Różne były drogi dojścia do Marca i różne drogi wyjścia. Niektórzy od początku mieli świadomość swojego pochodzenia, rodzice niczego przed nimi nie ukrywali. Oni najczęściej żyli w swoim środowisku - chodzili do żydowskich szkół, jeździli na kolonie dla żydowskich dzieci organizowane przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, uczęszczali na spotkania do klubów wspomnianego Towarzystwa. Tylko obracanie się w swoim kręgu dawało im poczucie bezpieczeństwa. Często towarzyszyła im świadomość, że na pewno z Polski wyjadą. Mieli już krewnych albo znajomych za granicą, nie tylko w Izraelu, udzielało im się przeświadczenie rodziców, że Żydzi nigdy w Polsce nie będą bezpieczni. Byli też jeszcze inni, tacy pomiędzy. Dowiadywali się od obcych lub kolegów, że są Żydami, najczęściej była to oczywiście inwektywa, przezywano ich, rzucano w nich kamieniami, spluwano na ich widok, bito. Nie rozumieli, co to znaczy. Pytali rodziców, nieraz otrzymywali tylko krótkie potwierdzenie bez dalszych wyjaśnień, innym razem poznawali rodzinną historię. Ilu ludzi, tyle opowieści, jednak bardzo powszechne jest doświadczenie prześladowania jeszcze na długo przed Marcem. Do wyjątków należą ci, którzy żadnego nękania nie zaznali. Nie potrafię zrozumieć, skąd w ludziach brała się ta pasja tropienia żydowskich korzeni, jeszcze mniej gotowość do prześladowania.

Każda rozmowa oparta jest na podobnym schemacie. Najpierw Grynberg pyta o rodzinną historię, o życie przed, potem przychodzi kolej na wydarzenia marcowe, których przygrywką był czerwiec 1967 roku - wygrana wojna Izraela z Egiptem (do historii przeszła pod nazwą sześciodniowej). To jądro każdej rozmowy. Nie muszę pisać, jak przykre, smutne i tragiczne są te świadectwa. Najczęściej wszystko wyglądało dość podobnie - rodzice tracili pracę, a przynajmniej jedno z nich, studenci byli relegowani z uczelni, nowego zajęcia nie sposób było znaleźć ze względu na odgórne naciski, aby takich ludzi nie zatrudniać, zaczynało się nękanie, na przykład pojawiały się obelżywe napisy na drzwiach mieszkania, niektórzy lądowali w więzieniu, coraz mniej znajomych, bo polscy się odwracali, żydowscy powoli wyjeżdżali i rozterka - co robić. Zostać czy wyjechać? Decyzja na ogół nie była prosta. Często łączyła się z rozstaniem z rodzicami, którzy wyjeżdżać nie chcieli, z rodzeństwem, z kimś ukochanym. Bywało, że najpierw jechała część rodziny, po miesiącach lub latach dobijali pozostali. Czasem władza nie chciała dać komuś pozwolenia na wyjazd. To też bywał element nękania, szczególnie, jeśli ktoś z bliskich już wyjechał. A potem udręka likwidowania mieszkania. Towarzyszyła temu cała logistyka. I nadal drobne lub większe szykany, do samego końca. Jak wyjeżdżać ze świadomością, że to nie tylko na zawsze, ale że nie będzie można do Polski przyjechać nawet na chwilę? Jak zaczynać wszystko od nowa? O tym też są te rozmowy. I o dalszych losach, o tym, co im zabrał Marzec i kim się dziś czują. Odpowiedź na to ostatnie pytanie nie zawsze bywa prosta. Poszczególne rozdziały przeplatane są rozmową Mikołaja Grynberga z jego nieżyjącym już dzisiaj ojcem, Marianem. Autor chce wiedzieć między innymi, dlaczego jego rodzice nie zdecydowali się wyjechać.

Warto też dodać, że autor zachował indywidualny język i styl swoich rozmówców. Ten zabieg sprawia, że każdy jest tu kimś innym mimo wspólnoty doświadczeń.

Książkę kończy znakomite posłowie Polowanie na piątą kolumnę historyka profesora Piotra Osęki, który w skondensowanej formie daje jasny i zrozumiały wykład o Marcu, ale także o tym, jaka była jego geneza, a sięga do czasów tuż powojennych, i jakie były skutki tamtych wydarzeń. Statystyka, którą na końcu przytacza, jest przerażająca. Czytałam, i słuchałam, trochę na temat 68 roku w Polsce, szczególnie ostatnio, kiedy mamy okrągłą rocznicę, ale nie spotkałam się z tak klarownym przedstawieniem tego zagadnienia. Lektura całości obowiązkowa.

PS. Świetnym literackim uzupełnieniem książki Mikołaja Grynberga jest powieść "Tylko Lola" Jarosława Kamińskiego. W kontekście tych rozmów jeszcze bardziej ją doceniłam. To przejmujące literackie świadectwo tamtych ponurych czasów. Kto jeszcze nie czytał, musi to zrobić koniecznie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60