Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 19 lipca 2017
Mo Yan "Żaby"

Chociaż Chiny interesują mnie bardzo i sporo na ten temat czytałam, to nigdy dotąd nie sięgnęłam po prozę chińskiego noblisty Mo Yana, a to dlatego, że, jak słyszałam, jego książki to chiński realizm magiczny, a ja od realizmu magicznego raczej trzymam się z daleka. Tymczasem do lektury jego powieści namówili mnie znajomi zdziwieni moją opinią. Nasza znajomość zaczęła się od książek, także chińskich. Czytałam wtedy „Złotego chłopaka, szmaragdową dziewczynę” Yiyun Li, okazało się, że oni też ją znają i tak od słowa do słowa przegadaliśmy kilka godzin o naszych gustach czytelniczych. To oni polecili mi Mo Yana, szczególnie „Klan czerwonego sorga” i „Żaby”. No i właśnie teraz przeczytałam tę ostatnią powieść (W.A.B. 2014; przełożyła Małgorzata Religa), a za jakiś czas na pewno sięgnę po kolejną.

„Żaby” czyta się znakomicie. To trochę sagi rodzinnej, trochę opowieści o losach przyjaciół wywodzących się z jednej wioski, trochę obraz przemian społecznych. Ale główną bohaterką jest ciotka narratora, Wana Nogi, zwanego też Kijanką. Wan Noga był niegdyś wojskowym kucharzem, potem został dramatopisarzem o pseudonimie Kijanka. Chyba nie osiągnął sukcesu, bo nikt nie wystawia jego sztuk. Jemu zdaje się to nie przeszkadzać. Pragnie napisać dramat o swojej słynnej ciotce, o której opowiada w  listach pewnemu japońskiemu pisarzowi. Nazywa go mistrzem i darzy wielkim szacunkiem. I tak w miarę rozwoju korespondencji poznajemy historię ciotki, samego Wana Nogi, jego rodziny i przyjaciół, a to wszystko na tle historii Chin, od czasów inwazji japońskiej do czasów współczesnych.  Całość kończy sztuka teatralna napisana przez Kijankę zatytułowana „Żaby”. O ile listy, zasadnicza część powieści, jest realistyczna, o tyle dramat ma też elementy fantastyczne, oniryczne. Muszę uczciwie przyznać, że ten ostatni fragment będący komentarzem do opowiedzianych wydarzeń najmniej mi się spodobał.

Kim jest ta ciotka, która tak fascynuje narratora? To słynna na całą okolicę znakomita położna, przez jednych szanowana i uwielbiana, przez innych znienawidzona. Bo położna w Chinach nie tylko przyjmuje porody, ale też  odpowiada za wdrażanie w życie i pilnowanie polityki jednego dziecka, szczególnie jeżeli jest tak wierna partii komunistycznej jak ciotka, która nigdy nie kryła się ze swoimi poglądami, głosiła je z dumą i nawet w czasach rewolucji kulturalnej, poddana seansowi nienawiści, lżona i poniżana, oskarżana o zdradę i szpiegostwo, swoich sympatii do partii się nie wyrzekła. Zasadniczym tematem powieści Mo Yana jest właśnie polityka jednego dziecka. I trzeba przyznać, że  to opowieść fascynująca i przerażająca zarazem. Jak wspomniałam, przeczytałam kilka książek o Chinach, reportaży i esejów, ale w żadnym, poza ogólnikami, autorzy nie poruszali tej tematyki. Dlatego „Żaby” to dla mnie odkrycie kolejnej terra incognita.

No bo co w praktyce kryło się pod pojęciem polityki jednego dziecka? Niby wiadomo, ale jak ten nakaz  egzekwowano? O tym właśnie opowiada powieść Mo Yana. Najpierw jest nawet zabawnie. Takie właśnie są sceny, kiedy ciotka wraz ze swoją ekipą, płynie po rzece łodzią (Wsie, w których toczy się akcja, położone są  nad rzeką.) i nagle z megafonu słychać jej mocny głos apelujący do obywateli, aby pamiętali o polityce jednego dziecka. Ale przecież na apelach się nie kończy. Mężczyzn mimo oporu poddaje się wazektomii, kobietom, też wbrew ich woli, zakłada się spirale. To wszystko prowadzi do licznych tragedii. Dziś konsumpcyjnie nastawione chińskie młode pokolenie, szczególnie mieszkańcy miast, łatwiej godzi się z taką polityką, już zresztą złagodzoną, ale kiedyś, zwłaszcza na wsi, te nakazy budziły opór. Nie tylko chodziło o to, aby mieć więcej dzieci, najważniejsze było posiadanie syna, bo tylko on zapewnia kontynuację rodu. Na wszelkie sposoby próbowano obejść obowiązujące prawo, a jeśli się komuś udało, do akcji znowu wkraczała bezwzględna ciotka i jej pomocnicy. Robili wszystko, aby kobietę zmusić do aborcji. W każdy możliwy sposób - szantażem, groźbą, siłą. Ciotka, dzięki której na świat przyszły tysiące dzieci, jednocześnie tyle samo albo więcej unicestwiła, najczęściej wbrew woli ich matek, czasem też ojców. Dlatego im starsza, tym ma większe wyrzuty sumienia. To, co robiła, zaczyna ją prześladować. Nieurodzone dzieci wracają do niej w różny sposób. Szuka potwierdzenia słuszności swojej życiowej drogi, no bo co by było z Chinami, gdyby nie polityka jednego dziecka? Co by było z Ziemią? Jak zawsze w takich sytuacjach, nie ma dobrej odpowiedzi – to, co dobre w skali makro, niekoniecznie jest dobre dla pojedynczego człowieka.

Ale „Żaby” mają więcej bohaterów. To także opowieść o życiu narratora, Kijanki, i jego szkolnych przyjaciół. Jednym się udało, osiągnęli sukces, stali się biznesmenami, wysłali dzieci na studia, nawet zagraniczne, inni są życiowymi rozbitkami. A w tle historia Chin – wielki głód, rewolucja kulturalna, powolne przemiany, wreszcie Chiny współczesne, tak inne od tych dawnych. Obraz tego co dziś nie jest wcale optymistyczny. Wioska zmieniła się w wielkie miasto, w którym buduje się nowoczesne osiedla, często to atrapy miast europejskich, nierzadko w dużej części puste, rzekę uregulowano, wszędzie turystyczny gwar, komercja, nawet religia się temu poddaje. Ludzie gonią za pieniędzmi, wdają się w nieuczciwe biznesy, liczy się blichtr i konsumpcja, warczą na siebie, są agresywni, nieżyczliwi. Ten niewesoły obraz współczesności i tragiczne wydarzenia z przeszłości łagodzone są gawędziarskim, lekkim tonem, jakim Kijanka snuje swoją opowieść. Dlatego czasy wielkiego głodu czy rewolucji kulturalnej nie przerażają jakoś specjalnie. To, co czytałam na ten temat w innych książkach, było niewyobrażalnie dramatyczne. Czy to cena, jaką płaci Mo Yan za to, że publikuje swoje powieści w Chinach? Przez niektórych nazywany jest wszak reżimowym pisarzem.

 

środa, 12 lipca 2017
Stefan Hertmans "Głośniej niż śnieg"

Tak się złożyło, że kiedy zachwycona czytałam książkę niderlandzkiego pisarza Stefana Hertmansa „Wojna i terpentyna”, o której pisałam kilka notek temu, właśnie wydawnictwo Marginesy wydało jego kolejną powieść „Głośniej niż śnieg” (2017; przełożyła Alicja Oczko). Niewiele myśląc, kupiłam (akurat trafiła się promocja) i niesiona entuzjazmem niemal natychmiast po nią sięgnęłam. Niestety tym razem się zawiodłam. To zupełnie inna proza, proza, za jaką nie przepadam, żeby nie powiedzieć, jakiej nie lubię. Czytając, miałam bardzo mieszane uczucia. Przyjemność lektury, tak, tak, była i przyjemność, mieszała się ze zniecierpliwieniem, znudzeniem i ... z ciekawością. Nie raz miałam ochotę dać sobie spokój z tą książką, ale jednak bardzo chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. I nie chodziło tylko o to, co się stanie, ale także o to, jak do tego dojdzie.

W jednej z recenzji przeczytałam, że „Głośniej niż śnieg” to trochę Browna i trochę Houellebecqa. Ponieważ nie znam ani jednego, ani drugiego (tak, tak, nie znam żadnej powieści Houellebecqa), trudno mi to zweryfikować. Zakładam, że Juliusz Kurkiewicz, autor rzeczonej recenzji, wie, co pisze. Prawdopodobnie Hertmans nawiązuje do swego francuskiego kolegi po piórze świadomie, skoro jedną z części rozpoczyna motto będące cytatem z jego książki. Swoją drogą w żadnej z trzech recenzji, do jakich z ciekawości zerknęłam, nie znalazłam głębszej analizy tego faktu. Czy diagnozy Hertmansa są podobne? Czy to polemika? A może zabawa albo tylko wykorzystanie popularności Houellebecqa? Z wiadomych względów rozstrzygnąć nie mogę.

Hertmans połączył w swojej powieści sensacyjną fabułę ze spojrzeniem na zamożnych europejskich mieszczuchów. Bohaterem książki jest John de Vuyst, redaktor pracujący w wydawnictwie. Nagle coś dziwnego zaczyna dziać się wokół niego. Dostaje białe koperty zaadresowane w nieznanym języku, do wydawnictwa trafia książka, która wydaje mu się stekiem bredni. Kiedy zaczyna serfować po internecie w poszukiwaniu wiadomości związanych z jej treścią, psuje się komputer,  w  mieszkaniu pojawiają się tajemnicze czerwone kulki, a wreszcie ktoś zaczyna go nękać i prześladować. Podobny los spotyka Margę, jego żonę, z którą właśnie się rozstał. Zbieg okoliczności goni zbieg okoliczności. Jednocześnie światem wstrząsa seria dramatycznych i bardzo krwawych zamachów. Czy to wszystko przypadek, czy terrorystyczny spisek, w który z niewiadomych przyczyn zostają zamieszani John i jego żona? Intryga oparta jest na historii Chazarów, ludu pochodzenia tureckiego, który od VI wieku naszej ery zamieszkiwał ziemie między Morzem Kaspijskim, Kaukazem i Krymem. Przyjmuje się, że Chazarowie świadomie między VIII a IX wiekiem przeszli na judaizm. Jedna z teorii głosi, że Żydzi aszkenazyjscy to ich potomkowie.

Ponieważ Hertmans nie jest pisarzem pokroju Dana Browna, a sensacyjna intryga to tylko pretekst, miłośnicy literatury wyłącznie sensacyjnej nie powinni zabierać się za lekturę powieści „Głośniej niż śnieg”, bo się po prostu znudzą. Nie ten typ prowadzenia narracji. Owszem, chwilami intryga wybija się na pierwszy plan, ale tylko chwilami. Bo poza tym pisarz miesza narracje, punkty widzenia, psychologizuje, prowadzi rozważania na temat sytuacji Izraela, współczesnego antysemityzmu, muzyki barokowej. Partie realistyczne, które dominują, mieszają się z onirycznymi i fantastycznymi. Nie wiadomo, co bohaterów spotyka naprawdę, a co jest snem. A już zakończenie miłośników literatury spod znaku Dana Browna nie dość, że rozczaruje, to w dodatku na pewno znudzi. Mnie w powieści niderlandzkiego pisarza przeszkadzały dwa aspekty. Pierwszy to mieszanie realizmu z elementami fantastycznymi. Ja po prostu nie lubię wszelkiej fantastyki, i tej naukowej, i tej spod znaku fantazy, nie dla mnie realizm magiczny, nie przepadam też za groteską, chociaż tę ostatnią jeszcze jakoś trawię. Właśnie dlatego dotąd nie sięgnęłam po żadną powieść przywoływanego tu kilkakrotnie Houellebecqa. Oczywiście to nie znaczy, że nie ma wyjątków. Bez trudu mogłabym tu przytoczyć kilka, a może kilkanaście tytułów, które lubię, czasem nawet bardzo. Choćby „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, Lem, „Hobbit” i pierwsza część „Władcy pierścienia” Tolkiena (w połowie drugiej odpadłam). Ale dość tej dygresji, wracam do Hertmansa. Drugi aspekt, który przeszkadza mi w jego powieści, to wątek sensacyjny, o którym tu tyle pisałam. Przyznam, że nieco mnie nudził, a poza tym nie nadążałam za intrygą, co być może nie najlepiej o mnie świadczy. W pewnym momencie wszystko zaczęło mi się mieszać.

Za to zainteresowała mnie warstwa obyczajowa powieści, jej klimat. Bohaterowie Hertmansa to wolne elektrony. Są samotni, cyniczni, nie potrafią nawiązać bliższych relacji, zadowalają się przypadkowymi znajomościami, które sprowadzają właściwie tylko do seksualnych przygód. John musi zmierzyć się z pierwszymi oznakami starzenia się, z przewlekłą chorobą. Nie potrafi się z tym pogodzić. Jest zmęczony, zniechęcony, praca go nudzi, nic nie interesuje. Tylko seks sprawia mu przyjemność. Wolność, z której bohaterowie korzystają, nie przynosi im szczęścia. Są wypaleni. Poczucie pustki, braku sensu wzmaga choroba a potem śmierć matki Johna. Nie znajduje ukojenia ani w religii, ani w rodzinie. Pogrzebowe ceremonie i rytuały są mu obce, niezrozumiałe. Z rodzeństwem nie łączy go żadna więź. Przygnębiający nastrój potęguje koszmarna pogoda w dniu pogrzebu. Żałobnicy ślizgają się w błocie, są przemoknięci i zmarznięci, a trumna niczym statek pogrąża się w wodzie, którą wypełniony jest grób. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Ale nikomu nie jest do śmiechu, scena pogrzebu nie ma w sobie nic z groteskowego humoru, jaki cechuje na przykład prozę Pilcha, który w jednej ze swoich powieści opisuje podobne perypetie. Nawet pożegnania ojca z umierającą matką, czego John jest świadkiem, ogrom ich miłości, jeśli przynosi oczyszczenie, to tylko na chwilę. Dostrzega przede wszystkim tragiczny wymiar tej wzruszającej sceny. Zamachy, po początkowym szoku, bohaterowie zaczynają traktować jak jeden z elementów rzeczywistości. Po wysłuchaniu wiadomości, po obejrzeniu kilku krwawych zdjęć zobojętniali wracają do życiowej rutyny, zwyczajnych przyjemności, do których już dawno przywykli. Osacza ich jakieś niejasne zagrożenie potęgujące  niepokój. Niby taka diagnoza nie jest niczym odkrywczym, a jednak została dość sugestywnie nakreślona.

W internecie natknęłam się na wywiad z tłumaczką Hertmansa, Alicją Oczko, dlatego wiem, że jeszcze w tym roku Marginesy wydadzą jego trzecią powieść, a przekład kolejnej właśnie powstaje. Czy je przeczytam? Pewnie mimo wszystko tak. Wszak „Wojna i terpentyna” mnie zachwyciła.

 

środa, 05 lipca 2017
"Aquarius"

Takiej posuchy filmowej nie pamiętam od lat. Tej wiosny w kinie byłam zaledwie kilka razy, a przecież zdarza mi się w ciągu weekendu obejrzeć nawet dwa filmy. Dlatego mój blog chwilowo powinien zmienić tytuł na czytam, no bo przecież prawie nic nie oglądam. A lato jak zwykle nie zapowiada się szczególnie atrakcyjnie. No ale na szczęście wreszcie pojawił się film, na który czekałam. To brazylijski "Aquarius" z fenomenalną Sonią Bragą w roli głównej. Już samo oglądanie aktorki, przyglądanie się stworzonej przez nią postaci sprawia ogromną przyjemność. Sonia Braga jest w tym filmie magnetyczna, mimo wieku piękna, fascynująca. Chociaż temat jest poważny - walka głównej bohaterki, Clary, z biznesmenami, którzy chcą ją zmusić do sprzedaży mieszkania - jest to film, który znakomicie się ogląda. O takich filmach mówię, że są ładne w oglądaniu, podoba mi się też inne określenie, przyznaję, nie moje, - film dla ludzi. Tak, to mądry, świetnie zrealizowany, pięknie sfotografowany film dla ludzi. Koniecznie muszę podkreślić, że wbrew temu, co znajduje się w opisach "Aquariusa", twórcy poruszają tu znacznie więcej tematów. To nie tylko historia zmagań Clary z wielkim, krwiożerczym biznesem. A wisienką na torcie jest znakomite zakończenie, które sprawiło mi dziką radość. Koniecznie trzeba się wybrać na ten niezwykle kolorowy film. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

środa, 28 czerwca 2017
Dorit Rabinyan "Żywopłot"

Po lekkim wahaniu zdecydowałam się sięgnąć po powieść izraelskiej pisarki Dorit Rabinyan „Żywopłot” (Smak Słowa 2016; przełożyła Agnieszka Olek). Wahanie wynikało z dwóch powodów. Pierwszy, bo to jej debiut w Polsce, więc nigdy nie wiadomo, na co się trafi, a tracić czasu na miałkie powieści, już mi się po prostu nie chce. Nie raz  o tym pisałam, powtarzam to niczym mantrę. Powód drugi, książka Dorit Rabinyan to romans. Wątek miłosny proszę bardzo, ale klasyczny romans niekoniecznie. W końcu jednak, jako że łapczywie czytam o Izraelu niemal wszystko, co wpadnie mi w ręce, to samo dotyczy też izraelskiej prozy, postanowiłam zaryzykować. Na moją decyzję niemały wpływ miał też szum medialny wokół książki. Z pisarką rozmawiał nawet sam Paweł Smoleński, reporter od spraw izraelskich, a mój ukochany Amos Oz dał powieści  rekomendację. Wiadomo, jak to z takimi poleceniami bywa, ale jednak wszystko ma swoją miarę i z pewnością wybitny pisarz byle chłamu nie firmowałby swoim nazwiskiem. Przeczytałam a teraz dzielę się swoimi przemyśleniami.

Z czystym sumieniem mogę polecić „Żywopłot” miłośniczkom (i oczywiście miłośnikom) romansów, ambitnych czytadeł oraz tym, którzy o konflikcie palestyńsko-izraelskim wiedzą niewiele albo zgoła nic (są tacy?). To dobry punkt wyjścia, aby trochę wiedzy liznąć, coś sobie uświadomić, a potem drążyć dalej. Bo tym wszystkim po trochu powieść Dorit Rabinyan jest. To bardzo sprawnie napisana historia miłości Liat, Żydówki z Izraela, i Himliego, Palestyńczyka z Zachodniego Brzegu. Miłości niemożliwej, zakazanej, ot kolejna wersja Romea i Julii. Ich uczucie miałoby małe szanse na spełnienie, gdyby nie to, że spotkali się w Nowym Jorku. Ona na naukowym kilkumiesięcznym stypendium, on, malarz, od paru lat mieszkający na Brooklynie. Na tym neutralnym gruncie, w wielokulturowym tyglu kim są, skąd pochodzą, nie ma znaczenia. Zanim zrozumieją, że ona jest z Tel Avivu, a on z Ramalllah, zdążą się sobą zainteresować, a zaraz potem zdarzy im się wielka miłość od pierwszego wejrzenia. Przyciągnie ich do siebie podobny wygląd - ona o ciemniejszym kolorze skóry, bo pochodzi z rodziny irańskich Żydów, nowojorczykom przypomina Arabkę, on  Arabem jest. Szybko odnajdują wspólne wspomnienia, doświadczenia, smaki, zapachy, krajobrazy. Tęsknią za ciepłem, szczególnie, że zima tamtego roku w Nowym Jorku była wyjątkowo mroźna, śnieżna i długa, za słońcem, za przyprawami. Ona tęskni też za morzem, za telavivskimi plażami, on również, ale inaczej, bo przecież nigdy na tych plażach się nie opalał, tego morza nie widział! Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Może dlatego nie umie pływać. Okazuje się, że różnice nie mają znaczenia, że nie jest ważne, kim są, ale jacy są. Nie patrzą na siebie jak na Żydówkę i na Palestyńczyka, ale jak na kobietę i na mężczyznę. On jest wykształconym, obytym w świecie artystą, tak widzi go Liat. To z jej perspektywy poznajemy ich historię, ona jest narratorką, ona wspomina. Niektóre szczegóły zatarły się w jej pamięci, ale pozostała intensywność tamtych doznań.

Od początku jednak wiemy, że ich miłość musi być miłość napotka  przeszkody. Oboje zdają sobie sprawę, że to uczucie na kilka miesięcy, że potem ona wróci do Izraela, on zostanie w Nowym Jorku. Liat stara się to bagatelizować, Himli mniej. Ale nie jest w stanie postawić wszystkiego na jedną kartę. Tęskni za domem, za rodziną, za Izraelem. Nie ma w sobie odwagi, aby powiedzieć rodzicom, z kim się spotyka. Boi się walczyć z ich lękami, uprzedzeniami, stereotypami. Kiedy rozmawia z nimi przez telefon, każe mu wyjść z pokoju. On ma do niej żal, ale kiedy do Nowego Jorku na kilka dni przyjeżdża z grupą arabskich studentów jego brat studiujący w Berlinie, kiedy spotkają się z nimi, on też będzie zachowywał się inaczej. Nie stanie w jej obronie, w milczeniu będzie przysłuchiwał się, jak atakuje ją jego brat. Na nowojorskim gruncie różnice między nimi mają niewielkie znaczenie, więcej ich łączy niż dzieli, kiedy jednak znajdą się w towarzystwie swoich, natychmiast wchodzą w przypisane sobie, a może wyssane z mlekiem matki, role. W dyskusji nie będą szukać kompromisu, usztywnią się i będą bronić racji swojego narodu, a właściwie jego konserwatywnego skrzydła. Chociaż ona w domu kłóci się z rodzicami, którzy mają prawicowe poglądy, teraz mówi ich głosem. Podobnie on.

Czytając powieść, wiele razy zadawałam sobie pytania - co stanie się dalej, o czym to będzie, czy to tylko romans, jak skończy się ta historia? Przyznam, że kiedy książka zamieniała się w opis miłosnego żaru, w historię romansu, kiedy tak rozdział po rozdziale śledziłam miłosne odurzenie Liat i Himliego, nieco się nudziłam, ale na szczęście zaraz potem do głosu dochodziły inne wątki i czytałam znowu z zainteresowaniem. Nie mogę jednak powiedzieć, aby poruszyła mnie ta  opowieść o zakazanej, niemożliwej miłości. Nie uroniłam ani jednej łzy, chociaż zawsze w literaturze fascynowały mnie, i jednocześnie przejmowały dreszczem, takie rozstania, taka miłość, która z jakichś powodów, ale nie choroby, musi zostać przerwana i kochankowie doskonale o tym wiedzą. Takie życie na całego, ale z wyznaczonym deadlinem, ze świadomością końca. Jakiś czas temu oglądałam izraelski film „W ciemno”, o parze gejów, Żydzie i Palestyńczyku, który poruszył mnie znacznie mocniej, bo z o wiele większą mocą uświadomił mi, jak taka miłość (nie chodzi o to, że pomiędzy mężczyznami) jest trudna, niemożliwa niemal. Szczególnie jeśli jedno z kochanków jest mieszkańcem Zachodniego Brzegu, o Strefie Gazy w ogóle nie ma co mówić, jeśli dodatkowo pochodzą z różnych sfer społecznych. Jak polityka, to, gdzie się urodziliśmy i gdzie mieszkamy, wchodzi z butami w najintymniejsze sfery życia. na początku tego akapitu wspomniałam, że z wypiekami na twarzy, no może przesadziłam, powiedzmy z ciekawością, czekałam, jak Dorit Rabinyan zakończy tę historię. Kiedy się wreszcie dowiedziałam, początkowo uznałam, że poszła na literacką łatwiznę, żeby i wilk był syty, i owca cała. Okazało się, że nie miałam racji. Historia kochanków inspirowana jest tym, co kilka lat temu przeżyła autorka. Pierwowzorem Himliego był palestyński artysta Hassan Hourani, z którym była w związku. Jego historia skończyła się tak jak historia bohatera powieści.

Na sam koniec muszę dodać, że „Żywopłot” wywołał w Izraelu burzę. W pewnym sensie stał się powieścią zakazaną, odsądzaną od czci i wiary, co oczywiście przysporzyło mu wielkiej popularności, bo liberalnie nastawieni czytelnicy w geście solidarności z autorką kupowali po kilka egzemplarzy książki. O tym wszystkim opowiadała Dorit Rabinyan, kiedy promowała swoją powieść w Polsce. I dopiero ten fakt, to wpisanie tej, z naszej perspektywy, politycznie niewinnej powieści na indeks, budzi zdumienie i zgrozę.

 

środa, 21 czerwca 2017
Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"

 Długo zastanawiałam się, czy kupić książkę "Wojna i terpentyna" napisaną przez niderlandzkiego (?) - w takim języku pisze, flamandzkiego (?) - tak stoi w brytyjskiej Wikipedii,  pisarza Stefana Hertmansa (Marginesy 2015; przełożyła Alicja Oczko). Boję się trochę ryzyka, jakie niesie za sobą lektura powieściopisarza debiutującego na naszym rynku. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi - wydawcy reklamują książki, jak się da. Każda jest znakomita, każda wybitna. Można srogo się zawieść. Trochę się o "Wojnie i terpentynie" mówiło, jakoś o niej usłyszałam, a ostatecznie postanowiłam zaryzykować, kiedy dowiedziałam się, że Hertmans jest cenionym poetą. Skoro poetą, to może i po jego powieść warto sięgnąć. A kiedy ostatnio Marginesy wydały jego kolejną pozycję, postanowiłam czym prędzej przeczytać tę, która czekała sobie na wirtualnej półce. No i nie żałuję.

Od razu napiszę, że to na pewno nie jest książka dla każdego. Celowo używam słowa książka, bo jednak trudno "Wojnę i terpentynę" zakwalifikować jako powieść, chociaż tak się o niej pisze. To skrzyżowanie eseju i opowieści o dziadku Hertmansa ze strony matki, Urbainie Martienie, urodzonym w 1891 roku, zmarłym w 1981. Kiedy był już dość sędziwym, siedemdziesięcioletnim człowiekiem (w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku o siedemdziesięciolatku można było śmiało tak powiedzieć, dziś byłaby to obelga dla człowieka w takim wieku), zaczął spisywać swoje wspomnienia. Powstały dwa zeszyty zapisków obejmujące okres dzieciństwa i czas pierwszej wojny światowej. Kilka miesięcy przed śmiercią podarował je swojemu trzydziestoletniemu wnukowi. Zanim Hertmans do nich zajrzał, minęło trzydzieści lat. Kolejne kilka zanim zaczął pracować nad książką, która ukazała się w roku 2013 tuż przed okrągłą, setną, rocznicą wybuchu pierwszej wojny.

Pisarz podąża tropami swojego zmarłego dziadka, robi to w czasie i w przestrzeni. Posiłkując się zapiskami, a potem wspomnieniami własnymi i członków rodziny, rekonstruuje na naszych oczach życie Urbaina Martiena. Chodzi po śladach dziadka, po miejscach z nim związanych, ze smutkiem rejestruje zmiany w krajobrazie. Tam, gdzie kiedyś były sielskie przedmieścia, kwitły łąki, zieleniły się sady, dziś po szosach szybkiego ruchu, po obwodnicach suną sznury samochodów pod ołowianym niebem (niebem o kolorze ścierki, jak lubi pisać Hertmans). Nie ma już wielu budynków, które odwiedzał dziadek w czasach swojej młodości, wiele miejsc straciło dawny urok, Gandawa nie jest już taka piękna jak niegdyś. Pewnie autor nieco idealizuje miasto z początku zeszłego wieku, przecież jego dziadek w czasach dzieciństwa mieszkał w ubogiej dzielnicy, gdzie najprawdopodobniej ścieki płynęły rynsztokami, ale trzeba mu przyznać, że robi to bardzo przekonująco. Oczami wyobraźni widzę te potworne drogi śmierdzące spalinami, te ohydne blokowiska i przyjazną, miłą, pełną uroku Gandawę sprzed lat.

Hertmans przegląda też stare zdjęcia, pamiątki, wspomina chwile spędzone z dziadkiem, sporo miejsca zajmuje analiza jego obrazów, bo Urbain Martien umiłował malarstwo, był malarzem amatorem, robił kopie i malował własne obrazy. Dziś tylko niektóre znajdują się w posiadaniu rodziny, inne rozsiane są nie wiadomo gdzie, bo dziadek obrazy rozdawał, nigdy nie sprzedawał. Kiedyś zdumiony wnuk odkrył jedną z jego prac na ścianie jakiegoś gandawskiego lokalu.

"Wojna i terpentyna"  skojarzyła mi się z "Austerlitz" Sebalda, jedyną jego książką, jaką na razie przeczytałam. Chodzi o sposób pisania i o temat - dziecko, wojna. O ile na Sebalda pozostałam  doskonale obojętna, o tyle Hertmans wciągnął mnie bez reszty do swojego świata i bardzo poruszył. Wiem, wiem krytycy literaccy pokiwaliby z politowaniem głowami  nad moimi literackimi gustami, no bo jak można  przedłożyć Hertmansa nad Sebalda. Ja jednak tak właśnie robię, mogę śmiało powiedzieć, że w książce tego pierwszego po prostu się zakochałam. Mam przed oczami małego Urbaina, który jako najstarszy z rodzeństwa musi pomagać matce. Widzę, jak zziębnięty błąka się po zaułkach Gandawy z ciężkim wiadrem i żebrze o węgiel, widzę, jak ciężko pracuje w odlewni, jak przesiaduje ze swoim ukochanym ojcem w kościołach, w których ten restauruje albo maluje freski, widzę, jak zachwyca się jego  pracą, jak sam z wielkim samozaparciem próbuje malować, jak się po wielekroć zniechęca i jak wraca do swojej pasji, widzę, jak się gorliwie modli przed obrazem Matki Boskiej Siedmiobolesnej. Przyglądam się jego silnemu związkowi z dumną matką, która kiedyś postawiła na swoim i wyszła za mąż za biednego malarza Franciscusa, popełniając mezalians, skazując się na ubogą egzystencję, na walkę o byt. Wreszcie widzę, jak jego młodość brutalnie przerywa wybuch pierwszej wojny. W tej części książki Hertmans oddaje głos dziadkowi, przywołuje zapiski, które od niego dostał.

To fragmenty jeszcze bardziej poruszające, momentami wstrząsające. Chaos i bezsens, zniszczenia, eksodus uciekających cywilów, płonące wioski, żołnierze wysyłani na pewną śmierć, jęki rannych i umierających, martwe zwierzęta, brud, choroby, głód, potworne zimno, błoto okopów, w których tygodniami tkwili walczący, smród odchodów, bezprzykładne bohaterstwo. Tylko po co? Żeby zdobyć kilka kilometrów ziemi? Pogarda oficerów, wśród których dominowali Walonowie, dla prostych żołnierzy, przede wszystkim Flamandów. I utrata złudzeń. Coś się w tych ludziach załamało, stracili spokój i młodzieńczy idealizm. Dawny świat runął, w każdym wymiarze - materialnym i duchowym. Nikt nie pomagał leczyć ich wojennych traum, nikt nie słyszał o stresie pourazowym. Tym bardziej przykro, kiedy Hertmans chodzi po miejscach, gdzie walczył dziadek, dziś zapomnianych, opuszczonych. Kto pamięta o tamtych wydarzeniach? To tylko nudne fakty z podręczników historii, daty, miejsca bitew, niewiele więcej. A za tym nudziarstwem kryje się ludzkie nieszczęście, ból, tragedia. Potem życie dziadka też układało się różnie - nieszczęśliwa miłość, mania prześladowcza, pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Szczęście dawało mu malowanie. Równowagę i spokój osiągnął dopiero na starość.

Warto sięgnąć po książkę Hertmansa, warto poświęcić jej czas i uwagę, zagłębić się w tamten bardzo zmysłowo odtworzony świat,  obcować z ludźmi sportretowanymi na jej kartach, warto zadumać się nad ich losem i światem.

środa, 14 czerwca 2017
Richard Flanagan "Klaśnięcie jednej dłoni"

Moje ostatnie lektury to przede wszystkim literatura faktu, bo postanowiłam przeczytać wszystkie książki nominowane w tym roku do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego znajdujące się  na mojej wirtualnej półce. A tak się wyjątkowo złożyło, że na tegorocznej liście znalazło się aż siedem reportaży (na dziesięć), które albo już czytałam, albo takich, które  czekają na swoją kolejkę. (Ten wpis powstał w marcu. Moje notki o nominowanych reportażach od dawna są na blogu.)  W pewnym momencie poczułam, że muszę zrobić przerwę, odetchnąć nieco od ciężkich tematów i sięgnąć po powieść. Wybór padł na "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Robert Sudół). Po przeczytaniu "Ścieżek północy" postanowiłam kontynuować znajomość z prozą tego australijskiego pisarza. Chciałam odetchnąć, tymczasem pogrążyłam się w mroku. Już dawno nie czytałam tak przerażająco smutnej książki. Tak, smutnej. Ten epitet chyba najlepiej oddaje charakter powieści Flanagana. Chociaż nie ma tu jak w "Ścieżkach północy" tak wiele okrucieństwa, to i bez tego powieść przygnębia. To rodzinna psychodrama. Historia słoweńskich imigrantów osiadłych na Tasmanii.

Dwa są źródła przytłaczającej atmosfery, atmosfery beznadziei. Pierwsze, chociaż nie ono jest głównym tematem książki, to obraz życia imigrantów z Europy. Byli wśród nich na pewno tacy, którym się z czasem udało. Wielu jednak prowadzi monotonne, beznadziejne życie pozbawione nadziei. Harują w fabrykach albo na budowach elektrowni wodnych. Mieszkają w podłych domkach, w nędznych osadach wzniesionych specjalnie dla robotników pracujących na budowie. Ich jedyną rozrywką jest piwo wypijane razem z innymi mężczyznami w miejscowym pubie. To tam zapominają o swoich smutkach, o zawiedzionych nadziejach, o rozczarowaniach, o pogardzie, jaką otaczają ich miejscowi. Dla nich są bambo. A przecież miało być inaczej. W świecie, który opuścili, coś znaczyli - byli profesorami, lekarzami, mieli rodziny, żyli wśród swoich. Tu wszystkie więzi zostały zerwane, nowe są płytkie, a dawny prestiż jest bez znaczenia, miejscowi mają ich za nic. Cała nadzieja w dzieciach. To im może się udać. Nawet przyroda jest niegościnna. Zimą szaleją śnieżyce, latem pożary pustoszą kraj. Żeby zbudować elektrownię, trzeba w pocie czoła karczować las, rozbijać skały. Natura, chociaż groźna, jest przynajmniej piękna. Natomiast wszystko, co stworzyła cywilizacja, odstręcza brzydotą. Takie są kolejne robotnicze osady, w których mieszka jeden z głównych bohaterów, Bojan Buloh, takie jest Hobart. Nie wiem, jak to miasto wygląda dziś. Opisane w książce - i to z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, i to z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - robi przygnębiające wrażenie.

Jeszcze bardziej ponura jest historia rodziny Bulohów, Marii i Bojana, słoweńskich imigrantów, którzy na początku lat pięćdziesiątych razem z kilkunastomiesięczną córeczką Sonją przybywają na Tasmanię. Czy to trudne warunki życia, wojenna trauma sprawiają, że Bojan chętniej spędza czas w pubie niż w domu z żoną i dzieckiem? Czy to dlatego Maria w pewien zimowy, śnieżny wieczór zostawi małą córeczkę samą w domu i już nigdy nie wróci? Jakże zrozpaczona, pogrążona w depresji musiała być, kiedy po raz ostatni przytuliwszy Sonję, pożegnała się z nią słowami mnie trzeba iść? Odtąd Bojan jeszcze więcej czasu spędza w pubie, próbując zagłuszyć ból. Co zrobić z dzieckiem? Jak ma je wychowywać samotny mężczyzna pracujący na budowie? Dlatego Sonją opiekują się obce rodziny. To zimny wychów. Kiedy jest starsza, musi im pomagać niczym Kopciuszek. Dziewczynka tęskni za ojcem, jest samotna, czeka, kiedy zabierze ją na weekend do domu, a zdarza się to bardzo rzadko, marzy, aby wspólnie zamieszkali. Ale kiedy się to wreszcie zdarzy, sielanki nie będzie. Bojan kocha córkę, ale zgnębiony samotnością, przytłoczony mizerią egzystencji, pogardą miejscowych, którą bardzo mocno odczuwa, coraz więcej pije. Coraz rzadziej okazuje jej swoje uczucia, coraz bardziej nienawidzi siebie. Alkoholowe libacje, fizyczna przemoc, bieda, domowe obowiązki, samotność - tak wygląda  dzieciństwo Sonji. A mimo to dziewczynka tęskni do ojca, który, kiedy jest trzeźwy, potrafi być wspaniałym człowiekiem. Wesołym, radosnym. Jednak coraz rzadsze są chwile, kiedy jest dobrze. Aby się ratować, Sonja opancerzy się, zobojętnieje na ból zadawany przez ojca, bo tylko tak może się bronić. Patrzymy na niego jej oczami. Nienawidzimy go i lubimy jednocześnie. Bo przecież potrafi być troskliwy, miły, dbać o dom, jest doskonałym stolarzem. Ale kiedy pije, staje się ordynarny, agresywny, cuchnie przetrawionym alkoholem.

Jaka może być przyszłość Sonji? Ratunkiem jest ucieczka i walka o siebie. I chociaż w końcu jakoś stanie na nogi, wydostanie się ze społecznych nizin, to będzie psychicznie okaleczona. Nie potrafi kochać, nie potrafi związać się z kimś na dłużej. A jednak z czasem w tej beznadziei zabłyśnie jakaś jaśniejsza barwa. To przyjaźń życzliwych ludzi, próba wybaczenia, zapomnienia, próba odbudowy więzi między ojcem a córką. No i jeszcze coś. Czy to się uda? Sonja nie ma złudzeń, wie, że to być może tylko na chwilę, więc się nią cieszy, nie zastanawia się już, co będzie w przyszłości. Teraz ma w sobie siłę, aby żyć.




środa, 07 czerwca 2017
"Sieranevada"
Nie mogłam opuścić najnowszego rumuńskiego filmu - "Sieranevada" Cristi Puiu, ojca filmowych sukcesów kina znad Dunaju. W każdym razie to od "Śmierci pana Lazarescu" zaczął się triumfalny pochód przez festiwale rumuńskich reżyserów, co podobno niekoniecznie przekłada się na popularność wśród ich rodaków. Taką informację gdzieś kiedyś przeczytałam, za jej prawdziwość nie ręczę, chociaż wydaje mi się dość wiarygodna. "Sieranevada" w polskich kinach masowo na pewno oglądany nie będzie, to film dla koneserów. Trwa niemal trzy godziny, akcja prawie cały czas toczy się w ciasnym, zagraconym mieszkaniu, w którym rodzina spotyka się na stypie w czterdziestym dniu od śmierci (albo pogrzebu, nie zapamiętałam) zmarłego ojca. Nic specjalnego się nie wydarzy poza kłótniami, nieporozumieniami, rozmowami. Rodzinna psychodrama, portret rumuńskiej klasy średniej, na którym i my możemy się odnaleźć. Film jest znakomicie zrobiony. Sposób prowadzenia kamery sprawia, że widz ma wrażenie uczestnictwa w tym spotkaniu. Jakbyśmy byli w środku. Słyszymy i widzimy tyle, ile widzi i słyszy ktoś, kto w tej stypie uczestniczy. Goście i domownicy rozchodzą się po mieszkaniu, stale krążą pomiędzy pokojami a kuchnią, jak to w takich przypadkach bywa, więc jasne jest, że nie można być na raz wszędzie, słyszeć i widzieć wszystkiego. Kamera najczęściej śledzi bohaterów z perspektywy przedpokoju, zaglądając tylko do klaustrofobicznych wnętrz. Czasem zapuszcza się do jednego z pokoi albo do kuchni. Ta klaustrofobiczna atmosfera w połączeniu z agresją, która bije od bohaterów, jest dość męcząca, ale myślę, że to zmęczenie celowe. Mnie "Sieranevada" podobała się bardzo, ale, podkreślam jeszcze raz, na pewno nie jest to film dla każdego. A kto już widział, może czytać dalej.
środa, 31 maja 2017
Jakub Małecki "Dygot"

Kiedy w 2015 roku w wydawnictwie Sine Qua Non ukazała się powieść Jakuba Małeckiego "Dygot", mówiło się o niej dużo i bardzo dobrze. Zastanawiałam się nawet, czy nie przeczytać, ale dałam sobie spokój, bo na mojej opasłej liście książek, które chcę przeczytać były pilniejsze lektury. Potem wyszły "Ślady", chyba mniej entuzjastycznie przyjęte, ale teraz nominowane do Nike. Z czasem o książkach Małeckiego przestałam myśleć, bo wypychały je pozycje nowsze i nowsze. Do czasu. Bo nagle polecił mi je znajomy. Nie ma to jak osobista rekomendacja innego książkoholika, którego gustom literackim się wierzy. Kiedy nadarzyła się atrakcyjna promocja, kupiłam, a teraz jestem już po lekturze "Dygotu".

Trzeba przyznać, że powieść Małeckiego czyta się znakomicie. Wciąga, hipnotyzuje, trochę jak "Morfina" Twardocha. To dwutorowo prowadzona historia dwóch wiejskich rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Długo nic o sobie nie wiedzą, mieszkają w innych wsiach gdzieś w okolicy Koła. Szybko domyślamy się, że ich losy muszą się spleść i tak rzeczywiście się stanie. Historia zaczyna się jeszcze przed drugą wojną, kończy w latach dziewięćdziesiątych. Co jakiś czas narrator zaznacza upływ czasu, przywołując jakieś istotne zdarzenia z dwudziestowiecznej historii, na przykład poznański czerwiec. Ale nie jest to powieść polityczna. Czemu służą te odwołania? Może przekornemu zakorzenieniu fabuły w świecie realnym? Chciałoby się napisać w tu i teraz, ale raczej należałoby powiedzieć w tam i wtedy. Użyłam słowa przekornemu, bo w powieści Małeckiego realizm łączy się z żywiołem metafizycznym. Nie wiem, czy można "Dygot" nazwać realizmem magicznym, nie bardzo się na tym znam. No może w takim potocznym znaczeniu tego pojęcia. Jedną z rodzin ściga klątwa, losy drugiej przepowiedział Cygan. Niby jest to opowieść mocno osadzona w wiejskiej i prowincjonalnej rzeczywistości - bohaterowie zmagają się z codziennymi problemami, pracują na gospodarce, prowadzą w mieście sklep warzywny, zmagają się z kłopotami finansowymi, posyłają dzieci do szkół, piją, łajdaczą się i tak dalej, i tak dalej. Sporo tu jednak dziwności. W rowie mieszka straszydło, człowiek - nieczłowiek, zwany przez jednego z bohaterów Strzępkiem. Syn Łabendowiczów  jest albinosem, wyrzutkiem, nieakceptowanym przez wiejską i małomiasteczkową społeczność. Na rzeczywistość patrzy w dziwny sposób, miewa wizje, świat mu się przelewa przed oczyma. Potem znajdzie się na to medyczne wytłumaczenie - albinosi mają problemy ze wzrokiem. Po wsi chodzi wiejska wariatka, Dojka, która wszystko widzi i wszystko wie. W domu mieszka oswojona sowa zwana Durną. W innym domu wybuchnie granat. Silne są tu związki z przyrodą - ze zwierzętami, z ziemią. A to przecież nie wszystko. Wiele tu dziwnych zbiegów okoliczności, a wszystkie przysłowiowe strzelby wybuchają.

Ale  najważniejszy jest pesymizm. Przekonanie, że choćby nie wiem jak się człowiek starał i tak dopadną go wszystkie nieszczęścia świata. Bo świat jest prawdziwym łez padołem. Na bohaterów czyha Historia, choroby, nawet zwykły ból zębów okaże się dopustem Bożym, cierpienia, niespełnione miłości, ścigają ich wyrzuty sumienia, które nie dają spać po nocy, sąsiedzi są gotowi wbić nóż w plecy, dzieci albo same sprowadzają na siebie nieszczęścia i schodzą na złą drogę, aby, gdy jest już za późno, cierpieć, albo rodzą się dziwne (Wiktor - albinos), albo ulegają nieszczęśliwym wypadkom. A na końcu i tak śmierć każdemu pisana. To  tragiczne spojrzenie na ludzką egzystencję symbolizuje tytułowy dygot. Strach przed ludźmi, przed losem, przed cierpieniem, przed nieznanym. Bo człowiek to tylko trzcinka na wietrze, igraszka w ręku mrocznych sił.

Jak wspomniałam, książkę pożera się jednym tchem. A jednak wyczuwam w niej jakiś fałsz. Chociaż podobnie patrzę na świat, chociaż jestem realistką do bólu, co niektórzy mylą z pesymizmem, to jednak nieobce mi są radości. To one chronią przed ostatecznym zwątpieniem. Tymczasem czytając "Dygot", miałam wrażenie, że bohaterów dosłownie ścigają nieszczęścia. Ta kondensacja wszystkiego, co ciemne, losy trzech, a właściwie czterech pokoleń, rozpisane są przecież na niecałych czterystu stronach, z jednej strony wywołuje pożądany efekt - przekonanie, że świat jest miejscem  strasznym, z drugiej po jakimś czasie miałam wrażenie przesytu, sztuczności. Jednym słowem czułam, że mam do czynienia z literackim konceptem. Zaczęłam widzieć szwy. Dlatego książkę, chociaż zgrabna, zręcznie napisana, momentami zniewalająca urodą języka, skończyłam czytać z niedosytem. Jeśli, czytelniku tej notki, musisz z braku czasu starannie wybierać lektury, to po pierwsze sięgnij Myśliwskiego, a po drugie "Skoruń" Macieja Płazy. Te książki są prawdziwe, nie ma w nich żadnej fałszywej nuty.

PS. Przywołałam akurat tych autorów, bo obaj piszą o wsi i o prowincji.


niedziela, 28 maja 2017
Ann Reid "Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015"

Po przeczytaniu zbioru reportaży Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz „Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje” rzuciłam się na inną książkę o Ukrainie, która od dawna leżała sobie na mojej wirtualnej półce książek oczekujących na przeczytanie. Chodzi o „Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015” (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Wojciech Tyszka) napisaną przez brytyjską dziennikarkę i historyczkę Ann Reid. Pretekstem było szukanie odpowiedzi na pytanie, czy Ukraina to rzeczywiście kraj, w którym trudno żyć, bo rządzą nim przemoc i bezprawie. Właśnie taki obraz naszego wschodniego sąsiada wyłaniał się z mojej poprzedniej lektury. W gruncie rzeczy wiedziałam, że pełnej odpowiedzi nie dostanę, bo „Pogranicze” to połączenie współczesnego reportażu z książką historyczną. Dlatego między innymi kilka miesięcy temu je kupiłam, bo, wstyd się przyznać, ale o historii Ukrainy wiedziałam tyle, co nic.

Książka Ann Reid składa się z dwóch części. Pierwszej, znacznie dłuższej, która powstała w połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, kiedy Ukraina odzyskała niepodległość. Autorka podróżując przez historię kraju, szuka jednocześnie odpowiedzi na pytanie, jaka będzie jego przyszłość. Jak sama pisze w przedmowie do polskiego wydania, niektóre jej prognozy nie sprawdziły się, inne okazały się trafione. Mam wrażenie, że w przyszłość patrzyła bardziej optymistycznie, chociaż dostrzegała problemy związane z Krymem, Donbasem, widziała, jak politycy marnują kolejne szanse. Najbardziej chwaliła mądrą politykę narodowościową, dzięki której łagodzono napięcia pomiędzy Ukraińcami a mieszkającymi na Ukrainie Rosjanami.

Druga część "Pogranicza" powstała specjalnie na potrzeby wydania polskiego. Trudno przecież było opublikowaną w roku 2016 książkę zakończyć w połowie lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory minęła cała epoka. Epoka rozczarowań, nadziei, dwóch rewolucji, epoka zakończona wojną domową. Ta część to już nie historia, a rzetelna opowieść o Pomarańczowej Rewolucji, Majdanie, utracie Krymu i wojnie w Donbasie. Kończy ją rozdział, w którym Ann Reid powtórnie stawia pytania  o przyszłość Ukrainy. Pisze, jak wiele zależy od Putina i Europy. Czy Unia zechce zrozumieć, że silna Ukraina jest naszemu kontynentowi potrzebna i dlatego trzeba ją wesprzeć? Żeby tak się stało, nie można patrzeć na ten kraj oczyma rosyjskich ekspertów, a dziś często tak się dzieje. Jednak najwięcej zależy od samych Ukraińców. Jeśli i tym razem z reform nic nie wyjdzie, kraj pogrąży się w marazmie albo w odmętach kolejnej rewolucji. Taką diagnozą kończy swoją książkę Ann Reid.

Równie ciekawa jest część pierwsza, do której teraz wrócę. To podróż przez historię Ukrainy. Podróż w sensie dosłownym. Autorka wędruje od miasta do miasta, a każde z nich jest pretekstem do przyjrzenia się kolejnej epoce z dziejów terenów, na których dziś znajduje się Ukraina. Napisałam to w sposób nieco zawikłany, ale inaczej się nie da. Bo stwierdzenie, że to kolejne etapy w dziejach Ukrainy byłoby po prostu nieprawdziwe. Fenomen tego kraju polega bowiem na tym, że właściwie go nie było. Jeśli się pojawiał, to dosłownie na chwilę, a pomiędzy krótkimi okresami państwowego bytu nie było żadnej ciągłości. Ukraińcy odwołują się do Rusi Kijowskiej, którą uważają za kolebkę swojej państwowości. Nie zgadzają się z tym oczywiście Rosjanie. Pytanie, kto jest spadkobiercą Rusi Kijowskiej, wśród historyków pozostaje otwarte. Tak czy inaczej Ukraina zawsze była czyjaś - polska, rosyjska, kozacka, habsburska, Krym, matecznik Tatarów Krymskich, związany był z Imperium Osmańskim. Inny był wschód, inny zachód, jeszcze inne południe. Historia tych ziem zmieniała się jak w kalejdoskopie. Do czego wobec tego może odwoływać się współczesna Ukraina, skoro ukraińska świadomość narodowa zaczęła się odradzać dopiero w XIX wieku? Do Rusi Kijowskiej? Spuścizny po Kozakach? Krótkiego okresu niepodległości w roku 1918? Bardzo to wszystko ciekawe. Wędrując po miastach, autorka przygląda się przeszłości, ale opisuje także dzień dzisiejszy.

Po książkę warto także sięgnąć z jeszcze jednego powodu. Ponieważ nasza historia splata się z historią Ukrainy, mamy okazję przyjrzeć się polskiej przeszłości obcymi oczami. Inne rozłożenie akcentów jest bardzo pouczające i ciekawe.



 

środa, 24 maja 2017
Małgorzata Czyńska "Kobro. Skok w przestrzeń"

Po obejrzeniu "Powidoków" Wajdy i spektaklu Teatru Telewizji pod tym samym tytułem, po przeczytaniu kilku artykułów i wysłuchaniu audycji radiowych postanowiłam sięgnąć po książkę Małgorzaty Czyńskiej "Kobro. Skok w przestrzeń" wydaną w 2015 roku przez wydawnictwo Czarne. Chociaż w galeriach malarstwa mogę spędzać godziny, to nie ma co czarować  - nie sztuka awangardowa mnie tam przyciąga. Nie rozumiem czarnych kwadratów na białym tle, przez sale z awangardą przemykam, omiatając obrazy tępym wzrokiem. Nie ukrywam, że Katarzyną Kobro zainteresowałam się nie z powodu jej twórczości. Moją ciekawość wzbudził film Wajdy i dyskusja wokół niego. Czuję się więc trochę jak podglądaczka, trochę jak czytelniczka plotkarskich pism czy portali, powiedzmy takich ambitniejszych. To nieco prowokacyjne zdanie oddaje mój stan ducha, w żadnym wypadku nie dotyczy książki, o której dziś piszę. Tu dygresja - dla porządku informuję, że ta notka powstała w lutym, niedługo po obejrzeniu "Powidoków".

Gdybym przyrównała biografię rzeźbiarki pióra Małgorzaty Czyńskiej do rzeczonych pisemek i portali, wyrządziłabym jej wielką krzywdę. Autorka zajmuje się przecież nie tylko prywatnym życiem Katarzyny Kobro. Bohaterka interesuje ją jako kobieta, żona, matka, ale przede wszystkim jako bezkompromisowa artystka oddana sztuce swojej i swojego męża, Władysława Strzemińskiego. W książce znajdziemy historię ich drogi artystycznej, obfite cytaty z artykułów, manifestów i wypowiedzi obojga artystów, ale także historyków sztuki, którzy zajmowali się ich twórczością. Czyńska pisze o niezrozumieniu ich twórczości, złych recenzjach, twórczej samotności i stopniowym zyskiwaniu uznania. Przyznaję, że chociaż czytając, bardzo się starałam, nadal pozostaję gdzieś obok tego, co tworzyli. Autorka mocno akcentuje ich pasję pedagogiczną i starania, aby w przedwojennej Łodzi stworzyć pierwszą w Polsce kolekcję sztuki awangardowej.

Sztuka sztuką, a życie życiem. Długo udawało im się nie dostrzegać uciążliwej codzienności. Potem coś pękło. Czyńska próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego  uwielbiany przez innych Strzemiński, nagle w domu zmienił się w potwora. Co się stało, że swoją żonę nazywał wściekłą Kobrą, chciał jej odebrać dziecko, uniemożliwił pracę na uczelni i znęcał się nad nią fizycznie. Dlaczego ta szczęśliwa kiedyś para zaczęła się tak bardzo nienawidzić, bo trzeba uczciwie przyznać, że i Katarzyna Kobro pisała o nim w niewybrednych słowach. Czyńska stawia tezę, że to konflikt na tle religijnym i drugi związany z tożsamością narodową stały się przyczyną nieszczęścia. Katarzyna Kobro była Rosjanką, być może o niemieckich korzeniach, przywiązaną do religii prawosławnej. W tajemnicy przed mężem ochrzciła córkę w cerkwi, w czasie wojny w Łodzi podpisała listę rosyjską, co w tym kontekście nie powinno dziwić. Podobnie zrobił Strzemiński, który też przecież urodził się w Rosji i mieszkał tam jeszcze po rewolucji. Z czasem stało się to przyczyną jego wyrzutów sumienia i doprowadziło go do obsesji na tym tle.

Osobną kwestią, która zajmuje Czyńską, jest obraz rodziców, jaki stworzyła w swojej książce i licznych innych wypowiedziach Nika Strzemińska, która stała się kustoszką  pamięci o nich. Z jednej strony walczyła o recepcję ich twórczości, o pamięć, z drugiej konfrontowała się z bolesną przeszłością. Autorka często przeciwstawia opowieść Niki opowieści najbliższych przyjaciół czy sąsiadów Strzemińskich. Często dostajemy dwie odmienne wersje, słowo przeciwko słowu. Czyńska stara się odpowiedzieć na pytanie, gdzie jest prawda. Wszak to Nika Strzemińska stworzyła białą i czarną legendę swoich rodziców.

Wiele jest niedopowiedzeń w dramatycznej historii Katarzyny Kobro. Bardzo to smutna opowieść. O trudnym życiu, zakrętach historii, niejasnej tożsamości narodowej, dramatycznych wyborach, artystycznej pasji, bezkompromisowości i samotności, o niedocenieniu, małżeństwie, które z sielanki zamieniło się w piekło, wreszcie o macierzyństwie. Kobro umiera w biedzie,  bardzo cierpiąc. W nieszczęściu wspiera ją Nika i grono oddanych przyjaciół. Warto przeczytać książkę Małgorzaty Czyńskiej, nie tylko po to, aby skonfrontować ją z filmem Andrzeja Wajdy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53