Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 17 października 2018
"7 uczuć"

Marek Koterski należy do tych kilku polskich reżyserów, za których niekoniecznie dałabym się pokroić. Nie czekałam z niecierpliwością na jego kolejne filmy, widziałam zaledwie kilka, a najsłynniejszy, "Dzień świra", po kilku latach od premiery u znajomych na ekranie telewizora. Jakoś nam nie po drodze. Ale w czasie gdyńskiego festiwalu tak dużo mówiło się o jego najnowszym obrazie, "7 uczuć", że wpisałam go na listę polskich filmów pokazywanych w Gdyni, które koniecznie muszę zobaczyć. Kiedy ucichł festiwalowy szum, kiedy "7 uczuć" pojawiło się na ekranach, recenzje niekoniecznie są entuzjastyczne. Podobnie było z "Niną". Z tym większą ciekawością poszłam do kina.

Bohater Koterskiego, Adaś Miauczyński, próbuje leczyć swoje nieudane życie na kozetce terapeutki, a ta każe cofnąć mu się do dzieciństwa, z którego pamiętamy podobno zaledwie czterysta godzin. Niczego tu nie zdradzę, bo prawdopodobnie wszyscy zainteresowani i tak wiedzą, jeśli napiszę, że w role dzieci wcielili się dorośli aktorzy, między innymi Gabriela Muskała, Katarzyna Figura, Maria Ciunelis, Joanna Bogdańska, Marcin Dorociński, Robert Więckiewicz, Andrzej Mastalerz, Andrzej Chyra, Tomasz Karolak i Michał Koterski, który gra główną rolę. Pomysł bardzo ciekawy, myślę, że z dziecięcymi aktorami nie udałoby się reżyserowi osiągnąć takich efektów. Sceny szkolne utrzymane są najczęściej w poetyce groteski, niektóre przypominają swoim rytmem raczej spektakl teatralny niż film, co nie jest w tym wypadku zarzutem. Przeciwnie, rozegrane w takiej formie wydały mi się bardzo ciekawe, często zostały brawurowo przeprowadzone. Takie są zabawy na szkolnym boisku, gromadny powrót do domu czy dwie kluczowe dla filmu sceny rozgrywające się w pustej po południu szkole. Piszę dookoła, aby nie spojlerować. Kto film widział, domyśli się, o czym myślę. W podobnym rytmie rozegrane są też świetne, krótkie niczym błysk flesza sceny w domach kolegów Adasia. Rodzice walą w swoje dzieci jak w worek treningowy.

To w dzieciństwie terapeutka każe się Adasiowi doszukiwać przyczyny jego życiowych niepowodzeń. Dzieciństwo zostało tu odarte z wszelkiego powabu. Zupełnie nie przypomina mitu, który każe nam wierzyć, że to najszczęśliwszy okres w życiu. Jest pełne lęków, traum, konfliktów, zawiedzionych uczuć, samotności i niezrozumienia. Świat rówieśników to dżungla, szkoła to ostoja głupoty, nauczyciele zamiast uczyć przeżywania tych tytułowych siedmiu uczuć (radość, złość, smutek, strach, samotność, wstyd, poczucie winy), każą klepać na pamięć dopływy Nilu, a rodzice zamiast wspierać, wysłuchać i pocieszyć, wrzeszczą i wymagają. To ring, na którym toczy się pojedynek. Każdy tu walczy z każdym - dzieci pomiędzy sobą, uczniowie z nauczycielami i wreszcie z rodzicami. Znikąd pomocy. Życie od początku jest do kitu, bo przecież później nie będzie wcale lepiej, co w końcu z rezygnacją przyznaje szkolna woźna grana przez Sonię Bohosiewicz. Chociaż nie jest to wszystko jakoś szczególnie odkrywcze, to jednak śmiech więźnie w gardle i robi się smutno. Kontrapunktem dla tego potwornego świata są sielskie dekoracje, w jakich ten dziecięcy koszmar się rozgrywa. Willowa dzielnica, stary dom z ogrodem. Ale to tylko pozory, nie dajmy się zwieść.

Ogląda się "7 uczuć" bardzo dobrze, także dzięki świetnemu aktorstwu. Wymieniłabym jeszcze Maję Ostaszewską i Adama Woronowicza w rolach rodziców Adasia oraz Joannę Kulig jako jedną z matek. To wszystko nie oznacza, że nie mam żadnych zastrzeżeń. Nie wiem, dlaczego Koterski nie jest konsekwentny i rezygnuje z pewnych pomysłów, które wprowadza na początku filmu. Z czasem gdzieś się ulatniają. Nie wiem też, czy intencją reżysera było przypisanie jednego z tytułowych siedmiu uczuć do konkretnego dziecka. Jeśli tak, to nie wybrzmiało to zbyt klarownie. A może nie dość uważnie śledziłam film? Ale najbardziej drażni łopatologiczne zakończenie, kiedy to szkolna woźna poucza z ekranu, jak należy wychowywać dzieci. Mimo tych wątpliwości "7 uczuć" obejrzeć na pewno warto.

sobota, 13 października 2018
"Nina"

O "Ninie" Olgi Chajdas głośno zrobiło się kilka miesięcy temu. Nie pamiętam już, na których festiwalach była pokazywano, w każdym razie szła fama, że film ciekawy, wart obejrzenia. W Gdyni pokazywano go w sekcji Inne Spojrzenie, właściwie nie wiadomo dlaczego, bo jest to kino zrobione jak najbardziej po bożemu. Może chodziło o temat - miłość lesbijską? Jeśli tak, to pokazuje, gdzie jesteśmy. Sama reżyserka odżegnuje się od takiego zawężania, uparcie twierdzi, że to film o miłości. Bardzo mocno podkreśla słowa, które wypowiada w pewnym momencie Nina na sugestię siostry, że jest biseksualna. Zakochałam się w osobie, mówi, jestem magdoseksualna, dodaje. Takie spojrzenie łączy, wszak miłość jest miłością. Tylko my szufladkując, dzielimy. Trudno się z tym nie zgodzić. "Ninę" niełatwo zobaczyć, wyświetlana jest w niewielu kinach, raczej tych małych, ale nawet tam wypiera ją na razie "Kler". Dlatego obejrzałam ją z opóźnieniem, w tygodniu, bo w weekend grana jest w porach nieludzkich, czytaj późno wieczornych. I było tak, jak często w podobnych sytuacjach, kiedy film poprzedza fama świetności. Widziany z bliska nie wydaje się aż tak znakomity. Na pewno warto "Ninę" obejrzeć, choćby dla znakomitego aktorstwa, szczególnie dla Julii Kijowskiej i Elizy Rycembel, ale i Andrzej Konopka w roli zdradzanego męża budził moją sympatię. Oszczędny, wycofany, wściekły i nieszczęśliwy. Także dla tematu, bo jakby się Olga Chajdas nie zapierała, trudno zignorować fakt, że to kobiece love story. No ale kiedy już się ogląda, niestety widać szwy. Przede wszystkim w scenariuszu. Ale o tym za chwilę, w drugiej części. Mimo zastrzeżeń "Ninę" bardzo dobrze się ogląda. Kto nie widział, niech się do kina wybierze, kto już był, może czytać dalej. Zapraszam.

środa, 10 października 2018
Dominique de Saint Pern "Baronowa Blixen"

Od czasu do czasu wchodzę na stronę szacownego wydawnictwa Czytelnik. W taki sposób odkryłam biografię Karen Blixen autorstwa francuskiej dziennikarki i pisarki Dominique de Saint Pern zatytułowaną "Baronowa Blixen" (2016; przełożył Bogdan Baran). Kierując się sentymentem, postanowiłam ją przeczytać. Nie będę udawać, że jestem znawczynią twórczości Karen Blixen. Znam tylko jedną jej książkę. Tak, czytelniku tej notki, zgadłeś, to "Pożegnanie z Afryką". Oczywiście sięgnęłam po nią po obejrzeniu słynnego filmu Sydney'a Pollacka z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Właściwie teraz chętnie bym ją sobie przypomniała, ale pewnie tego nie zrobię, bo czytnik pęka od książek, które domagają się lektury, na tradycyjnej półce książek oczekujących też zostało ich jeszcze dużo. Taki los książkowego mola - wiecznie czyta, a mimo to niczego nie ubywa. Ale wróćmy do biografii duńskiej pisarki. Jak już przed chwilą wspomniałam, Karen Blixen funkcjonuje dla mnie jako autorka jednej książki, chociaż przecież wiedziałam, że napisała ich wiele. Jej postać opromieniona jest afrykańską legendą. Farma w Afryce, nieudane małżeństwo z baronem Brorem Blixenem i wielka miłość do Denysa Finch Hattona zakończona jego tragiczną śmiercią. Bankructwo i powrót do Danii, gdzie spędziła resztę życia. Jak? Co się z nią działo? Pisała, ale poza tym? Dlatego jeśli ktoś, tak jak ja, ma sentyment do "Pożegnania z Afryką", obojętnie w jakiej wersji, powinien po biografię Karen Blixen sięgnąć.

Książka napisana jest dość nietypowo, bo w formie powieści. Narratorką, ale tylko w niektórych partiach, jest wieloletnia sekretarka pisarki, Clara Selbron. I z tym łączy się mój jedyny zarzut. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie sposób, w jaki narratorka snuje swoją opowieść. Wiele w tym egzaltacji i sztuczności. I właśnie to sprawia, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż czytam szkolne zadanie. Oczywiście nie jest to zadanie przeciętniaka, ale jednak widać szwy i silenie się na oryginalność za wszelką cenę, co drażni. Przynajmniej mnie. Szczególnie widoczne jest to w pierwszej części, kiedy Clara opowiada o swojej wyprawie do Afryki śladami Karen Blixen na zaproszenie producentów filmu. Spotyka się z żyjącymi jeszcze bohaterami "Pożegnania z Afryką", z Meryl Streep i z osobami, które pisarkę znały. Odwiedza jej ukochane miejsca. Poza tym jednak opowieść o duńskiej pisarce jest po prostu ciekawa, bo odsłania jej nieznane mi, a pewnie nie jestem wyjątkiem, oblicze.

Z biografii wyłania się obraz Karen Blixen, postaci tragicznej.

Nieudane małżeństwo i pamiątka na całe życie - syfilis, którym zaraził ją Bror. Jemu nic specjalnego się nie działo, ona zmagała się z chorobą do końca swoich dni. Im starsza była, tym bardziej cierpiała. Wielka miłość do Denysa, niby szczęśliwa, ale ... ale ona chciała od niego czegoś więcej (małżeństwa), on wolny ptak, nie potrafił prowadzić osiadłego życia. Nie dla niego stałe więzi, dzieci, rodzina. Pojawiał się i znikał, aż wreszcie, kiedy przygoda Karen z Afryką dobiegała końca, kiedy cierpiała z tego powodu, on postanowił ostatecznie odejść. Już wcześniej nie było jak dawniej. A potem cios ostateczny - tragiczny wypadek lotniczy.

Farma. Walka o przetrwanie. Podtrzymywana kroplówkami rodzinnych pieniędzy, aż w końcu krewni powiedzieli dość. Karen nie potrafiła im tego darować, nie chciała wyjeżdżać, nie chciała zostawiać swoich afrykańskich podopiecznych, martwiła się o ich los, nie wiedziała, jak ma żyć na nowo w Danii.

Powrót. Brak celu i sensu. Świadomość, że ona, czterdziestoletnia kobieta, żyje na koszt matki. Odrodziła się dzięki pisaniu. Ale radość sukcesu psuły ciężkie, biedne wojenne czasy. Tu mała dygresja. Dowiedziałam się z biografii Karen Blixen o tym, jak Duńczycy uratowali przed zagładą niemal wszystkich swoich Żydów! Osiem tysięcy! Wspólnie, solidarnie! W ciągu kilku dni! Wydało mi się to tak nieprawdopodobne, że musiałam potwierdzić ten fakt u znajomego historyka. Dlaczego wcześniej o tym nie wiedziałam? Tylko ja byłam taką ignorantką? Zdumiałam się i wzruszyłam. A teraz dalej o Karen.

Ostatnia część książki opowiada o jej powojennych losach. I niestety niszczy romantyczną legendę. Bo Karen Blixen jawi się tu jako postać tragiczna, ale zwyczajnie niesympatyczna. Z jednej strony wspaniała, fascynująca pisarka i osobowość, znękana chorobą, samotna, chociaż otoczona ludźmi, z drugiej traktująca ich instrumentalnie, obcesowa, despotyczna, intrygantka. Niezwykłe było jej zauroczenie młodym poetą Thorkildem Bjornvigiem. Przyjaźnili się. On był nią zafascynowany jako pisarką i osobowością, ona darzyła go chyba jakimś rodzajem uczucia. Na swój sposób więziła, odsunęła od rodziny i kształtowała. Rozmawiali o sztuce. Otoczyła go zbytkiem. Ale jednocześnie była zazdrosna, apodyktyczna, małostkowa. Thorkild rzeczywiście stał się znacząca postacią duńskiej literatury. Być może zawdzięcza to w jakiejś mierze Karen. Trochę mi szkoda pięknego, romantycznego mitu wykreowanego przez film Sydney'a Pollacka. Cóż jednak zrobić, trudno dyskutować z faktami.

niedziela, 07 października 2018
Magdalena Grzebałkowska "Komeda. Osobiste życie jazzu"

Bardzo wysoko cenię sobie historyczny reportaż Magdaleny Grzebałkowskiej "Rok 1945", natomiast nie czytałam dotąd żadnej z jej książek biograficznych, a to z tej prostej przyczyny, że po ten rodzaj literatury sięgam rzadko. Zdarza się to albo wtedy, kiedy interesuje mnie bohater, albo trochę z przypadku. Po biografię Katarzyny Kobro pióra Małgorzaty Czyńskiej sięgnęłam po obejrzeniu "Powidoków" Wajdy  i spektaklu Teatru Telewizji, a o Zofii Stryjeńskiej przeczytałam pod wpływem wywiadów z Angeliką Kuźniak, jej biografką. Podobnie było z Komedą. Pewnie nigdy nie przeczytałabym książki o nim, gdyby nie radiowa rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską ("Komeda. Osobiste życie jazzu"; Znak 2018). Miałam wprawdzie w swoim życiu okres, kiedy sporo jazzu słuchałam, była to, i chyba nadal jest, moja ulubiona muzyka, chodziłam na koncerty, kupowałam płyty. Mam nawet "Astigmatic" Komedy, ale chyba do niej nie dorosłam, pamiętam, że nie potrafiłam się nią zachwycić. A co wiedziałam o jej autorze? Piąte przez dziesiąte, czyli bardzo niewiele.

Może dlatego początkowo nie mogłam się w tę biografię wciągnąć, nawet przerwałam lekturę, bo nieoczekiwanie wygrała z nią "Nieczułość" Martyny Bundy, a potem, kiedy do niej wróciłam, nie mogłam się oderwać. Czytając, celowo nie sprawdzałam żadnych faktów biograficznych, aby mieć jeszcze większą przyjemność. Poznałam z książki datę śmierci Komedy, ale nie wiedziałam, dlaczego umarł tak młodo. W pewnym momencie myślałam nawet, że zginął w domu Romana Polańskiego, zamordowany razem z jego żoną i gośćmi przez bandę Mansona. Tymczasem okoliczności jego śmierci są zupełnie inne. Też tragiczne, tym bardziej, że takie głupie i przypadkowe, no i bardzo smutne. Bo ileż smutku jest w fakcie, że artysta, który właśnie wspiął się na szczyt, pewnie pierwszy z wielu, właśnie osiągnął niebywały sukces, komponując muzykę do "Dziecka Rosemary" Romana Polańskiego, a motyw przewodni ścieżki dźwiękowej, "Kołysanka", stał się hitem, leży kilka miesięcy w śpiączce w amerykańskim szpitalu, z czasem prawie zapomniany i w końcu trzeba zbierać pieniądze na jego transport do Polski. Na mnie ten splot okoliczności - nagła śmierć w rozkwicie kariery i w tych okolicznościach finansowych - zrobił przygnębiające wrażenie. Jakaś ironia losu. Tylko żona, Zofia Komedowa, z którą się rozstał, przyleciała z Polski, aby przy nim być. No i i kilkoro, nawet niekoniecznie przyjaciół, bardziej znajomych, zachowało się przyzwoicie - pomagali i opiekowali się Zofią, sami bywali w szpitalu. Tylko oni wszyscy stanęli na wysokości zadania. Po pierwszym szoku, kiedy czas mijał, inni zajęli się swoimi sprawami. Taki nieoczekiwany i tragiczny był koniec Komedy, artysty, króla życia.

Chociaż sława i przede wszystkim pieniądze nie przyszły łatwo. Grzebałkowska, jak każdy biograf, musiała pokazać kontekst. Ten kontekst to komunizm, a na początku jego najciemniejsza twarz, stalinizm. Czasy, kiedy jazz był w krajach komunistycznych zakazany jako muzyka zgniłego, kapitalistycznego świata. Dlatego bardzo długo w Polsce słuchano go i grano w podziemiu, co dziś wydaje się zupełnie niewiarygodne. Podobnie niewiarygodne wydają się kolejne lata, kiedy w czasach odwilży można już było jazz grać. Publiczność szalała, ale nadal wielu krytyków odsądzało ten rodzaj muzyki od czci i wiary. Niektórzy pewnie dlatego, że jej nie rozumieli, szczególnie jazzu nowoczesnego, inni może nadal z pobudek ideologicznych. Mimo że interesuję się przeszłością, kiedy mam okazję, czytam, słucham, to jednak pewne sprawy, o których pisze Grzebałkowska, okazały się dla mnie zaskoczeniem. Jak trudno było uprawiać jazz nawet wtedy, kiedy wyszedł już z podziemia. Po pierwsze zerwana została ciągłość, polscy muzycy nie mieli kontaktu ze swoimi kolegami z Europy, o amerykańskich w ogóle nie ma co mówić. Trzeba je było dopiero mozolnie nawiązywać. Nie mieli w takim razie od kogo się uczyć. Polscy jazzmani do wszystkiego dochodzili ciężką pracą, metodą prób i błędów, ale najwięcej znaczyły entuzjazm i miłość do jazzu. Po drugie brakowało instrumentów! Grali na starych albo pożyczonych, nie było na czym ćwiczyć, a bywało, że i grać. Grzebałkowska przywołuje podania, jakie słała do Ministerstwa Kultury Zofia Komedowa (wtedy jeszcze chyba żoną Komedy nie była), menadżerka jego zespołu, aby zdobyć pieniądze na ich zakup. Po trzecie paszporty i cała logistyka, jaka towarzyszyła wyjazdom na zagraniczne koncerty, kiedy już taka możliwość się pojawiła. Dziś to wszystko wydaje się niewiarygodne, ale o paszport trzeba było za każdym razem składać podanie, a wynik wcale nie był pewny. Kolejna sprawa, z naszego punktu widzenia niezrozumiała, płyty. Płyt zagranicznych muzyków w sklepach nie było, bo ich nie sprowadzano, szczęściarzem mógł się nazwać ten, kto miał rodzinę albo przyjaciół za granicą. Nagranie płyty też nie było łatwe, bo komunistyczna gospodarka nawet w tej dziedzinie nie dawała rady. Nagrać to jedno, ale potem te krążki wytłoczyć, to dopiero problem! Dziś to wszystko wydaje się śmieszne, ale tak właśnie było! Z czasem pojawił się kolejny kłopot - kiedy entuzjazm publiczności nieco opadł, kiedy jazz przestał być owocem zakazanym, kiedy zaczął się rozwijać i coraz więcej muzyków, także Komeda, grało jazz trudny, nowoczesny, a nie tradycyjny, niełatwo było się z koncertów utrzymać, bo brakowało jazzowych klubów i ... słuchaczy. Narzekania jazzmanów przytaczane przez Grzebałkowską przypominają dyskusję polskich pisarzy na temat zarobków wywołaną przez Kaję Malanowską kilka lat temu. To nie ironia, wcale problemu nie lekceważę.

Ale autorka pisze też o wesołej, żywiołowej stronie środowiska muzyków jazzowych - ich barwnym, kolorowym życiu. O szalonych imprezach, na przykład w schronisku na Kalatówkach, o piciu, o kupowaniu zachodnich samochodów (to przyszło trochę później, wraz z zagranicznymi wyjazdami), jednym słowem o życiu towarzyskim i uczuciowym. Pojawiają się na kartach książki postacie znane i barwne - Leopold Tyrmand, Jan Ptaszyn Wróblewski, Jerzy Duduś Matuszkiewicz, Andrzej Kurylewicz, Michał Urbaniak, Urszula Dudziak i wielu innych jazzmanów, ale także filmowcy, na przykład Roman Polański czy Jerzy Skolimowski. Wszak Komeda coraz rzadziej grał, coraz więcej komponował dla filmu. To w końcu przyniosło mu sukces, także finansowy.

Ale jest to też opowieść o Zofii Komedowej, o jej związku z Komedą i o niej samej. Postaci nietuzinkowej, ale trudnej, szczególnie po alkoholu, a z czasem coraz chętniej po niego sięgała, zwłaszcza, że okazji nie brakowało. Jej życiowe wybory, które wielu mogą się wydać niepojęte, niezrozumiałe, skłaniają do przemyśleń. Nie każda kobieta spełnia się jako matka. Ona taka właśnie była. Jej syna z pierwszego małżeństwa długo wychowywała babcia, a potem kiedy zamieszkał z Zofią i Komedą  w ich pokoju z kuchnią w żoliborskim mieszkaniu, raczej był dla nich zawadą. Ja na pewno nie potrafię i nie chcę rzucać w nią kamieniem. Kobieta tragiczna, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę ostatni etap ich związku.

To tyle, a znacznie więcej w książce. Naprawdę warto po nią sięgnąć, nawet jeśli temat pozornie wydaje się zupełnie obcy.

środa, 03 października 2018
Martyna Bunda "Nieczułość"

Powieść Martyny Bundy "Nieczułość" (Wydawnictwo Literackie 2017) zbierała bardzo dobre, a nawet rewelacyjne, recenzje. Potwierdzeniem rangi literackiego debiutu doświadczonej reporterki była Nagroda Gryfia, a także nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia (dostały ją "Mikrotyki" Pawła Sołtysa) oraz Nagrody Conrada. Ta ostatnia, przyznawana debiutantom, wręczana jest pod koniec października na Festiwalu Conrada w Krakowie, a więc wszystko jeszcze przed autorką. Mimo achów i ochów krytyki, mimo nominacji jakoś nie miałam ochoty po powieść sięgać, a potem było jak często - zbieg okoliczności sprawił, że jednak sięgnęłam. Po obejrzeniu "Kamerdynera" Filipa Bajona bardzo chciałam pozostać jeszcze w atmosferze  filmu, dowiedzieć się więcej na temat Kaszubów i Kaszub - tego wielokulturowego terenu. I wtedy przypomniałam sobie o powieści Martyny Bundy. Pamiętałam, że jej bohaterkami są cztery kobiety - Rozela i jej trzy córki, Ilda, Gerta i Truda mieszkające w kaszubskiej wsi Dziewcza Góra. To dlatego nie zwlekając, zabrałam się za lekturę "Nieczułości".

Niestety dość szybko zorientowałam się, że powieść nie może spełnić moich oczekiwań, bo jej akcja zahacza wprawdzie o czasy przedwojenne i drugiej wojny światowej, ale przede wszystkim toczy się już po wojnie, kiedy z wielokulturowości Kaszub zostało niewiele. Niemieccy junkrzy wraz ze zmianą granic musieli wyjechać, większość uciekła wcześniej ze strachu przed Armią Czerwoną. O to do autorki pretensji mieć nie mogę, to moja nieuwaga sprawiła, że miałam nadzieję na coś innego. Ale ... ale zastanawiam się, dlaczego właściwie akcja powieści rozgrywa się na Kaszubach? Jakie to ma znaczenie? Poza imionami bohaterek i Jacobem, za którego matka nie pozwoliła Trudzie wyjść za mąż, bo Niemiec, nie znajduję  nic, żadnego punktu zaczepienia. A i z imionami mam problem. Czy są kaszubskie? Brzmią raczej z niemiecka. Ale może Kaszubi żyjąc obok Niemców, przejmowali od nich imiona? Poszperałam i znalazłam Rozelę i Trudę (jeśli jest zdrobnieniem od Gertrudy), jest Gertka, ale nie Gerta, jako zdrobnienie od Geraty, Ildy nie ma w ogóle. To wszystko prowadzi do wniosku, że problematyka kaszubska nie została przez autorkę wykorzystana. Równie dobrze akcja powieści mogłaby się toczyć w innym miejscu w Polsce. 

Mimo tego, a także innych wątpliwości, o których za chwilę, nie żałuję, że po "Nieczułość" w końcu sięgnęłam - wprawdzie nie znalazłam tu opowieści o Kaszubach i wielokulturowości tych terenów, ale historia czterech kobiet jest bardzo ciekawa i czyta się ją niemal jednym tchem. Zawiłości losu bohaterek zostały wtłoczone w schemat - silne kobiety, które same muszą zmagać się z losem i walcem dziejów, ponieważ na mężczyzn nie bardzo mogą liczyć. Bo albo ich nie ma - to przypadek Rozeli nieślubnej córki nieślubnej córki, która wprawdzie wychodzi za mąż, ale niewiele może się mężem nacieszyć, bo ten buduje Gdynię i stale jest nieobecny w domu. Jeśli już do niego wraca, to płodzi kolejne córki. Albo są to mężczyźni słabi, którymi trzeba się opiekować lub wyciągać z tarapatów. Takich wybrały sobie Ilda i Gerta. A ten jedyny zaradny i obrotny, mąż Trudy, z czasem popadnie w największe kłopoty i też nie będzie z niego pożytku.

Bohaterki są świetnie scharakteryzowane, dostajemy ich rozbudowane portrety, poznajemy motywacje. Każda z nich jest inna. Matka - oschła, skrywa wojenną tajemnicę, która cieniem położyła się na jej życiu. Wprawdzie to twarda kobieta i na co dzień nie daje po sobie poznać, co przeszła, pozbierała się, bo musiała, ale nie zapomniała. Potrafi dostać histerii, kiedy wnuczki dopytują się o bliznę na brzuchu. Gerta - rozważna, też twarda, rozsądna i zaradna. Truda - najbardziej nieprzewidywalna z sióstr, atakami histerii wymusza na otoczeniu to, na czym jej zależy. Przez całe życie będzie pamiętała matce, że nie pozwoliła jej wyjść za mąż za Jacoba. Mimo romantycznego uczucia potrafi swoją wielką miłość przez całe lata sprytnie wykorzystywać. I wreszcie Ilda - motocyklistka, samodzielna, silna, a mimo to uwikłana w toksyczny związek. Siostry rozjeżdżają się w różne strony, czasem mają do siebie pretensje, ale zawsze wracają do rodzinnego domu w Dziewczej Górze i mogą na siebie liczyć. Gładko brzmi? I takie też trochę jest. Chociaż meandrów losów bohaterek nie sposób przewidzieć, to sam schemat w pewnym momencie zaczął mnie irytować. Za dużo też tu dziwnych sytuacji, nieprawdopodobnych splotów okoliczności, co szczególnie widoczne jest w zakończeniu. Właściwie nie wiem, czy jest ono pisane serio, czy autorka świadomie gra z konwencją. Szkoda, że powieść nie jest dłuższa. Akcja to kilkadziesiąt lat, im dalej, tym szybciej gna, tym bardziej dziurawa i powierzchowna się wydaje.

Oprócz portretów bohaterek powieść ma jeszcze inne mocne strony. Jedną z nich jest zanurzenie w detalach, szczegółach. Autorka buduje świat, a nie kreśli go paroma cienkimi kreskami. Druga to tragiczny epizod wojenny, bardzo mocny, przejmujący. Trzecia - dobrze oddane realia komunistycznej Polski. Szczególnie te najwcześniejsze - lata czterdzieste i pięćdziesiąte. Dla młodszych czytelniczek (Dlaczego zakładam, że po "Nieczułość" sięgną raczej kobiety niż mężczyźni?) będzie to szczególnie ciekawe.

Nie żałuję, że po powieść Martyny Bundy sięgnęłam, ale, co widać, nie potrafię się zachwycić aż tak bardzo jak recenzenci. Znacznie wyżej cenię "Tylko Lolę" Jarosława Kamińskiego czy "Krótką wymianę ognia" Zyty Rudzkiej.

niedziela, 30 września 2018
"Kler"
Kiedy przed paroma tygodniami pojawił się trajler "Kleru", razem z nim pojawiły się też obawy, że Smarzowski zmarnował okazję, aby poważnie porozmawiać o grzechach Kościoła, wśród nich tym najbardziej bulwersującym - pedofilii. Że nakręcił satyrę rysowaną grubaśną krechą. Wtedy pomyślałam sobie, że nawet jeśli tak właśnie będzie, to trudno, ale przynajmniej ktoś, mówiąc bardzo kolokwialnie, dowali Kościołowi, w Polsce nietykalnemu. Wykrzyczy całą złość, która gromadzi się w części społeczeństwa. Skoro kolejne rządy tańczą tak, jak im biskupi zagrają, skoro państwo teoretycznie świeckie, staje się coraz bardziej wyznaniowe, to przynajmniej Smarzowski popsuje humory kościelnej hierarchii. Na szczęście od festiwalu w Gdyni wiadomo, że trajler zupełnie nie oddaje ducha jego najnowszego filmu. Teraz kiedy właśnie obejrzałam "Kler", mogę potwierdzić, że tak jest rzeczywiście. To nie ani komedia, ani satyra. Raczej dramat, film który działa bardzo mocno, przygnębia i wstrząsa. Czy coś zmieni? Nie jestem taką optymistką jak niektórzy. W krótkiej perspektywie pewnie nie, ale kropla drąży skałę i być może za kilka, kilkanaście lat polski Kościół znajdzie się w takiej sytuacji jak irlandzki, na co wytrwale, z uporem pracuje. Chociaż ... znam osoby wierzące, wcale niefanatyczne, nie z rydzykowego Kościoła, które wiedzą, ale wolą omijać te problemy szerokim łukiem, bo to burzy ich spokój. Nie akceptuję, ale potrafię ten mechanizm zrozumieć. Tyle refleksji okołofilmowych, a kto ma ochotę na te stricte filmowe, może czytać dalej. No bo tym razem pewnie nie muszę zachęcać, aby na "Kler" się wybrać.
środa, 26 września 2018
Tomasz Grzywaczewski "Granice marzeń. O państwach nieuznawanych"

Na książkę Tomasza Grzywaczewskiego "Granice marzeń. O państwach nieuznawanych" (Czarne 2018) jakoś specjalnie nie miałam ochoty. W końcu temat w rozmaitych ujęciach już się w moich lekturach przewijał wielokrotnie. Jeszcze raz o tym samym, kiedy tyle innych ciekawych książek? A potem było jak często. Entuzjastyczne głosy w Tygodniku Kulturalnym plus polecenie bliskiej mi osoby i jednak postanowiłam się ugiąć. No i przeczytałam, jednym tchem. Reportaż bardzo ciekawy i świetnie napisany. Oprócz faktów, rozmów, krwistych bohaterów, podróży, jest jeszcze wrażliwość na otoczenie - barwne opisy odwiedzanych miejsc, czasem nieciekawych czy wręcz brzydkich jak Naddniestrze, czasem zrujnowanych przez wojnę jak okolice Doniecka, czasem zniszczonych przez dziki kapitalizm jak centrum Odessy, a czasem zniewalająco pięknych jak Abchazja. Aż chciałoby się tam pojechać - zanurzyć się w morzu, podziwiać urodę gór schodzących do wody, porośniętych bujną roślinnością, która pochłania także zniszczone domy i eleganckie niegdyś, a dziś popadające w ruinę wille. A że o wielu sprawach już wcześniej czytałam? Nie szkodzi. Pamięć jest tak krucha i zawodna, że powtórka, tym bardziej w innym ujęciu, nie zawadzi. Tu krótka dygresja. Przeraża mnie to, jak łatwo się zapomina. Co zostaje z lektury reportaży, esejów czy książek historycznych? Po jakimś czasie niestety tylko mgliste pojęcie o sprawach, o których się czytało.

Tomasz Grzywaczewski opowiada w swojej książce o państwach nieuznawanych na terenach Poradziecji. Ten termin pojawia się w jego reportażach wielokrotnie. Ciekawe, kto go wymyślił? Dawniej kojarzyłam to słowo z książkami Szczerka, ale może to nie on jest jego autorem? Warto pamiętać, że termin państwa nieuznawane może mieć podwójne znaczenie. Pierwsze oczywiste - państwo nieuznawane przez inne państwa. To casus Naddniestrza, Abchazji, Osetii Południowej, Republiki Ługańskiej i Donieckiej, Górskiego Karabachu. Ale jest jeszcze drugie, szersze - państwo nieistniejące albo istniejące w formie okrojonej. To przypadek zachodniej Armenii, która znajduje się w granicach Turcji. To tam leży święta góra Ormian, Ararat, to tam leży jezioro Wan, to tam leżą ormiańskie klasztory. No i przypadek szczególny - Odessa. Miasto o bogatej wielokulturowej, wielonarodowej tradycji, dlatego przez wielu mieszkańców uznawane za wyjątkowe. Ale są i tacy, którzy widzieliby je jako twór zupełnie osobny, oderwany od Ukrainy, od banderowców, jak mówią o Ukraińcach. To dlatego podróże Grzywaczewskiego zahaczały także o Odessę czy turecki Kurdystan, który miesza się z Armenią zachodnią.

No właśnie - miesza się. To słowo klucz. Tytułowe państwa nieuznawane to często tereny wielokulturowe, pograniczne, gdzie mieszają się języki, tradycje, narody. Dlaczego nie mogą żyć razem na jednej ziemi, jak sąsiedzi? Skąd nagle ambicje czy, jak pisze Grzywaczewski, marzenia, aby wybić się na niepodległość? Najczęściej przyczyną jest bomba z opóźnionym zapłonem podłożona jeszcze za czasów Imperium Rosyjskiego albo później przez Stalina, która dziś wybucha za sprawą Rosji. Jak Kreml rozgrywa Naddniestrze, Górski Karabach, Abchazję czy inne nieuznawane państwa, jak prowadzi swoją grę, jak rządzi i dzieli, jak wykorzystuje je do destabilizowania sytuacji w regionie, o tym pisze w bardzo przystępny sposób autor reportaży. Zamrożone konflikty - ten termin najlepiej oddaje problem. Trochę inny jest przypadek Armenii i jej zachodniej części znajdującej się w granicach Turcji. To kraj, niegdyś potężny, przez który stale przetaczał się walec historii. Na jego terenie swoje wojny toczyły potęgi. Państwo- fenomen. Znacznie więcej Ormian mieszka w diasporze niż w kraju. Jak mówi jeden z rozmówców, kiedy dzieje się źle, Ormianie do Armenii wracają, żeby pomóc, kiedy robi się spokojniej, wyjeżdżają, bo trudno tam żyć.

Podobnie jak trudno jest żyć w innych nieuznawanych państwach. Bo marzenia to nie wszystko. Potrzebna jest jeszcze wizja przyszłości i ciężka praca, praca u podstaw. Tymczasem tej pracy albo nie sprzyja tocząca się wojna, albo tymczasowość spowodowana zamrożonym konfliktem, nigdy nie wiadomo, kiedy ludzie znowu zaczną do siebie strzelać, albo korupcja i oligarchizacja kraju. Często jedno łączy się z drugim. Trudno też o rozwój, jeśli państwo jest nieuznawane przez międzynarodową społeczność. I tak toczy się takie tymczasowe, beznadziejne życie, bez przyszłości, bez perspektyw. Okupione cierpieniem ludzi, którzy musieli uciekać, potracili swoje domy, swój świat, którzy opłakują najbliższych, żyją pod ostrzałem, w wiecznym zagrożeniu.

Chociaż książka bywa dowcipna, opowiada o miejscach często oszałamiająco pięknych, to jej wydźwięk jest smutny. Jaka przyszłość czeka mieszkańców tych nieuznawanych państw? Życie z dnia na dzień.

poniedziałek, 24 września 2018
"Kamerdyner"

Wczoraj snułam tutaj około festiwalowe refleksje i zapowiedziałam, że dzisiaj będzie o nagrodzonym Srebrnymi Lwami "Kamerdynerze" Filipa Bajona. Zatem obietnicę spełniam. Są tacy polscy reżyserzy, których filmy oglądam sporadycznie. Albo nie przepadam za kinem, jakie uprawiają, to przypadek Koterskiego i Kolskiego (chyba powinnam napisać, że tak mi się przynajmniej wydaje, bo, wstyd przyznać, tego drugiego właściwie nie znam), albo kieruję się recenzjami. I tak jest z Bajonem. Dlatego mam sporą lukę w jego filmach, czego teraz żałuję. A na "Kamerdynera" poszłam, bo podczas festiwalu dość dobrze o nim mówiono, no i przede wszystkim zainteresował mnie temat. Muszę przyznać, że z kina wyszłam poruszona. Naprawdę nie myślałam, że "Kamerdyner" aż tak mi się spodoba. Raczej spodziewałam się sążnistego kina epickiego, które obejrzę, ale szybko zapomnę. Nie, nie zapomnę. Z paru powodów.

Po pierwsze temat. Podobnie jak Filipa Bajona, co wiem z wywiadu, jaki przeczytałam, interesuje mnie opowieść o miejscach na styku. Na styku kultur, narodów, języków. I takie właśnie były Prusy Wschodnie. Ja też jestem entuzjastką powieści "Muzeum ziemi ojczystej" Lenza (Bajon wymienia ją we wspomnianym wywiadzie). To dzięki niej wiem więcej i rozumiem dramat ludzi, którzy musieli stamtąd, a konkretnie z Mazur, uciekać, i tych, którzy tam zostać postanowili. Zdaję też sobie sprawę z całej komplikacji tamtejszego świata. Potem, kiedy oglądałam "Różę" Smarzowskiego, nie byłam już jak dziecko we mgle. W "Kamerdynerze" Bajon też opowiada o Prusach Wschodnich, ale o  ich zachodniej części, gdzie obok pruskich junkrów (właścicieli wielkich majątków ziemskich - przyznam, że w takim znaczeniu tego słowa nie znałam; kolejny punkt dla Bajona) mieszkali Kaszubi. Nie ma co udawać - tej historii nie znałam zupełnie. A przecież urodziłam się i wychowałam całkiem niedaleko. W mieście, w którym przed wojną znajdowało się jedno z dwóch polskich liceów na terenach, jakie po plebiscycie przypadły Niemcom. Dlatego tymi tematami jakoś byłam zainfekowana od dzieciństwa. Ale jeśli chodzi o Kaszubów, to pamiętam tylko wizytę zespołu ludowego w mojej szkole. I ten dziwny język traktowany na zasadzie wielkiej atrakcji i dziwowiska. I nic więcej, czarna plama. A o zbrodni w Piaśnicy, trwającym wiele miesięcy mordowaniu Kaszubów, którzy opowiadali się za Polską, też nie miałam pojęcia. Już tylko w odkryciu tego nieznanego świata, tego niedotykanego tematu tkwi wartość tego filmu. Ale przecież nie jedyna.

Następny plus to piękne zdjęcia i świetne aktorstwo. Czuła jestem na urodę filmowego obrazu, dlatego z przyjemnością patrzyłam na cudnie fotografowane krajobrazy i wnętrza. Ten film ma oddech. No i aktorzy. Oczywiście Janusz Gajos - jego Bazyli Miotke jest trochę śmieszny, trochę ironiczny, trochę chłopek roztropek, ale przecież uparcie dąży do celu, no i wreszcie tragiczny. Oczywiście nagrodzony Adam Woronowicz. Grany przez niego Herrmann von Krauss jest cyniczny, właściwie niemal do końca odpychający, gwałtownik, bez pardonu korzystający z przysługujących mu praw właściciela majątku (to ironia, nikt nie ma takich praw, jakie on i jemu podobni sobie przyznawali), a w końcu też tragiczny. Ale także Anna Radwan, która wciela się w żonę Hermanna, Gerdę - mądrą, stanowczą, ironiczną, z rezygnacją godząca się na niewierność męża, do upadłego broniącą tego, na czym jej zależy. Już drugi raz pada tu słowo ironia, bo rzeczywiście całkiem sporo jej w dialogach. No i wreszcie Sebastian Fabijański, świetny jako tytułowy kamerdynera, którą to funkcję jego Mateusz Kroll przywdziewa jak chroniącą go zbroję. Jego rola chwyta za serce. Powinnam jeszcze wymienić Borysa Szyca, Łukasza Simlata czy demonicznego Marcela Sabata i wielu innych. Warto wspomnieć, że niektórzy bohaterowie mają swoje korzenie w postaciach autentycznych, co zdradził reżyser we wspomnianym wywiadzie.

No i wreszcie sama fabuła - ciekawa, wzruszająca i zapadająca w pamięć. Opowieść o rodzinie, o miłości niemożliwej, o tych z majątku i tych ze wsi, o panach i sługach, trochę jak u Altmana w "Gosford Park", o świecie, co bezpowrotnie minął i o walcu Historii, który przejechał się po nim i po zamieszkujących go ludziach. No i w końcu jest to nieuchwytne coś, co sprawia, że albo w film wchodzę, albo, czego nie cierpię, pozostaję obojętna. Chyba po prostu chodzi o emocje. A tych mi nie brakowało. Ze ściśniętym gardłem i z charakterystycznym uciskiem oglądałam sceny narastającej grozy i potem znakomicie i niezwykle rozegraną scenę egzekucji w Piaśnicy. Poza tym najbardziej poruszył mnie wątek Gerdy i historia głównego bohatera, Mateusza Krolla.

I na koniec z kronikarskiego obowiązku dodam, co mi się nie podobało. Zarzut pierwszy - nie od razu potrafiłam się wciągnąć w tę opowieść - szybkie, początkowo, przeskoki czasowe nie pozwoliły mi na wejście w filmowy świat. Z obawą pomyślałam, że będzie to galop przez historię, taki filmowy bryk. Na szczęście potem tempo zwolniło i moje obawy nie ziściły się. Zarzut drugi - bohaterowie mówią, że idą trudne czasy, że świat zmienia się na gorsze, ale nie czuć tego na ekranie. Niepokój, lęk, groza długo pozostają tylko w sferze deklaracji. Też na szczęście do czasu. I wreszcie zarzut ostatni - nie bardzo rozumiem, dlaczego bohaterowie grani przez Janusza Gajosa i Daniela Olbrychskiego niemal się nie zmieniają fizycznie. Czy charakteryzacją nie da się odmłodzić aktora? Bo o taki zabieg w tym wypadku by chodziło. Może nieelegancko o tym wspominać, ale przecież widok obu bohaterów, którzy w ciągu tych czterdziestu lat w ogóle się nie zmieniają, przeczy przecież zdrowemu rozsądkowi. Ale to tylko drobiazgi. Trzeba "Kamerdynera" obejrzeć.

PS. Zapomniałam dodać, że świetnym pomysłem było wprowadzenie na ekran języka kaszubskiego. Przydało to filmowej opowieści autentyzmu.

niedziela, 23 września 2018
Kilka refleksji po gdyńskim festiwalu.

Skończył się właśnie festiwal w Gdyni. Jak co roku pilnie śledziłam relacje i już zaczęłam z niecierpliwością czekać na filmy, o których się mówiło. Czasem jednogłośnie z aprobatą, ale często zdania były podzielone i to jest może najbardziej ekscytujące. Na co w takim razie na pewno wybiorę się do kina?

W pierwszej kolejności na "Ninę" Olgi Chajdas, bo wchodzi na początku października. Stop! Wróć! Przecież w najbliższy piątek idę na "Kler", mam już nawet bilet! A potem czekać będę na "Ułaskawienie" Jana Jakuba Kolskiego, na "Jak pies z kotem" Janusza Kondratiuka, na "Fugę" Agnieszki Smoczyńskiej, na "Eter" Krzysztofa Zanussiego i wreszcie na "7 uczuć" Marka Koterskiego. Kolejność tej wyliczanki przypadkowa. Chyba dałam się przekonać, że "Wilkołak" Panka, chociaż to horror, a ja od horrorów trzymam się z daleka, to film, który powinno się obejrzeć. No i znowu ulegnę Kindze Dębskiej - wybiorę się na "Zabawę, zabawę", mimo że po pierwsze słyszałam bardzo rozbieżne opinie na temat tego filmu, ale sam temat interesujący, a po drugie jakoś nie jestem fanką jej kina i nie podzielałam entuzjazmu, jakim obdarzano "Moje córki krowy", bo "Planem B" chyba nikt się nie zachwycał. Na listę rezerwową zapisuję "Autsajdera" Adama Sikory i "Dziurę w głowie" Piotra Subbotki.

Oczywiście widziałam już i pisałam o "Twarzy" Małgorzaty Szumowskiej, która mnie rozczarowała, i o "Zimnej wojnie" Pawła Pawlikowskiego - należę do jej entuzjastów, obejrzałam nawet dwa razy, dlatego cieszę się, że dostała Złote Lwy. Zastanawiam się jednak, czy filmy nagrodzone wcześniej na najważniejszych festiwalach nie powinny być pokazywane w Gdyni poza konkursem. Takie wyróżnienie wydaje mi się rodzajem presji na jury. I wreszcie widziałam już i też pisałam o "Pewnego razu w listopadzie" Andrzeja Jakimowskiego. Ten ostatni film został zdecydowanie niedoceniony przez festiwalowe jury, krytyków i publiczność, a szkoda, bo chociaż nie bez wad, to jednak dobry, poruszający i bardzo ważny. Tkwi we mnie do dziś.

No i na koniec muszę zasygnalizować, że już byłam w kinie na "Kamerdynerze" Filipa Bajona nagrodzonym Srebrnymi Lwami. Czy słusznie? Tu zawieszam swoje refleksje i pozostawiam cię, czytelniku tej notki, w niepewności, ale tylko do jutra. Bo jutro będzie o "Kamerdynerze" właśnie. Zatem kto ciekawy, niech przeczyta.

19:12, czytamogladam , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 września 2018
Aleksander Kaczorowski "Ota Pavel. Pod powierzchnią"

Tej książki nie mogłam pominąć. Kto zakochał się miłością wielką i dozgonną w "Śmierci pięknych saren" lub w innym zbiorze opowiadań Oty Pavla, kto trafiony zatopiony, musi, po prostu musi, sięgnąć po biografię pisarza autorstwa wielkiego czechofila Aleksandra Kaczorowskiego ("Ota Pavel. Pod powierzchnią" Czarne 2018). We wspomnianych przed chwilą opowiadaniach i ja zakochałam się na zabój - czytając je, zachwycałam się pięknym językiem, śmiałam się w głos, ale wielokrotnie miałam w oczach łzy, bo wbrew temu, co twierdzi drugi apologeta Pavla, Mariusz Szczygieł, który daje "Śmierć pięknych saren" znajomym w prezencie i namawia wszystkich do ich czytania, nie jest to lektura tylko przyjemna. Pod śmieszną, rajską i piękną powierzchnią kryje się głęboki tragizm wynikający z historii autora. Przekonanie, że muszę biografię Oty Pavla przeczytać, wzmocniło jeszcze spotkanie z Aleksandrem Kaczorowskim, na którym byłam. Autor tak znakomicie opowiadał o swoim bohaterze i o swojej książce, że czym prędzej ją kupiłam i była to pierwsza lektura, za którą się zabrałam po powrocie z podróży. I oczywiście nie żałuję, bo książka jest bardzo ciekawa. Jak każda dobra biografia opowiada o życiu jej bohatera w szerszym kontekście. Tym razem Kaczorowski, autor książek o Hrabalu, Havlu i innych tytułów o Czechach, skupił się na relacjach czesko-żydowskich w czasie wojny i w czasach komunistycznych, wiele miejsca poświęcił też temu okresowi w czeskiej historii i jego odmienności w stosunku do tego, co działo się wtedy w Polsce. Pretekstem do opowiadania o tych problemach jest oczywiście historia Oty Pavla.

Bo Ota Pavel, a właściwie Popper, pochodził z czesko-żydowskiej rodziny. Jego matka, Hermina, była Czeszką, ojciec, Leo, zasymilowanym Żydem, jak większość czeskich Żydów. Formalnie wobec tego pisarz Żydem nie był ani się nim w dzieciństwie nie czuł, podobnie jak jego ojciec czy bracia. W czasie wojny nie miało to oczywiście żadnego znaczenia, dlatego wszyscy członkowie rodziny ojca, którym nie udało się wcześniej wyjechać, po kolei dostawali wezwania do gett lub do obozów. Tak to się w Czechach odbywało. Trafiali najpierw do Terezina, który nie był obozem zagłady, a potem najczęściej dalej. Otę uratowało to, że zanim zdążył osiągnąć odpowiedni wiek, wojna się skończyła, ale żył przecież ze świadomością odroczonego wyroku, musiał pracować, a warunki życia jego i matki były bardzo ciężkie. Kto czytał opowiadania Pavla, zna tę historię, wie, jak potoczyły się losy dziadków (zginęli), ojca i starszych braci (przeżyli, wrócili). Wojenne przeżycia pisarza i jego bliskich, które najpierw poznałam z opowiadań, a teraz dokładniej z książki Kaczorowskiego, wzruszają mnie i przerażają. Najbardziej chyba zdjęcie, jakie zrobili sobie bracia Oty razem z matką w Pradze tuż przed udaniem się na miejsce zbiórki. Tak robiło wielu czeskich Żydów w podobnej sytuacji, niektórzy pozowali nawet z przydzielonymi numerami deportacyjnymi. Oni nie. Eleganccy, w białych, wyprasowanych koszulach, uśmiechnięci, ostatnie szczęśliwe chwile. Czy na pewno szczęśliwe?  Przecież musiały być już zabarwione przeczuciem losu, który ich czekał. Ale na zdjęciu tego nie widać. Oczywiście wtedy jeszcze nie zdawano sobie sprawy z ostatecznego rozwiązania.

Kolejny poruszający wątek w biografii Oty Pavla, z którego nie zdawałam sobie sprawy, to jego droga twórcza - historia tego, jak człowiek bez matury, bez wykształcenia, trochę przez przypadek, a głównie dzięki swojej samoświadomości i tytanicznej pracy, został pisarzem. Bo trochę przez przypadek trafił do radia, potem do  gazety, najpierw wojskowej, później sportowej, zaczął pisać o sporcie, swojej wielkiej pasji, szczególnie o hokeju, piłce nożnej i kolarstwie, a wreszcie opowiadania, które znamy z tomu "Śmierć pięknych saren" i "Jak spotkałem się z rybami" (najczęściej wychodzą razem). To opowieść o tytanicznej pracy, o perfekcjonizmie, o nadziejach, radościach, ale i zwątpieniach, o zmaganiu się z problemami finansowymi, o przekonaniu, że jest niedoceniony i że doceniony zostanie kiedyś. Tak się stało. Dziś do grobu pisarza na praskim żydowskim cmentarzu prowadzą strzałki z jego nazwiskiem, tak jak do mogiły Franza Kafki, którego też tam pochowano. I wreszcie jest to opowieść o planach kolejnych książek, które niestety nigdy nie powstały. Kto zna opowiadania Oty Pavla i cokolwiek z jego biografii, ten wie dlaczego - bo od 1964 roku do końca życia (1973) zmagał się z chorobą psychiczną - cyklofremią (inaczej chorobą afektywną dwubiegunową), czyli okresami manii i depresji. Dlatego też pisanie przychodziło mu często z wielkim trudem, bo chociaż było dla niego terapią, to wydzierał je chorobie. I kolejnych swoich planów zrealizować już nie zdążył - przerwała je nagła śmierć.

Opowieść o zmaganiach z chorobą to kolejny tragiczny rys w biografii pisarza i kolejny powód do wzruszeń. Tak, czytając historię Oty Pavla, niejednokrotnie miałam łzy w oczach. Z listów do braci i do przyjaciela, pisarza Arnoszta Lustiga, wyłania się historia męki i udręczenia. Choroba uniemożliwiała mu normalną egzystencję, nie pozwalała pracować, zrujnowała życie małżeńskie i rodzinne, wreszcie zdegradowała finansowo. I chyba nieuprawnione jest stwierdzenie, iż zrobiła z niego pisarza. Przeciwnie, jego droga pokazuje, że pisarzem i tak by został.

To oczywiście nie wszystko. Biografia Oty Pavla jest znacznie bogatsza i niezwykle ciekawa. Już sama opowieść o tatusiu, Leo Popperze (potem też Pavlu, bo cała rodzina zmieniła nazwisko, ta historia też zajmuje sporo miejsca), jest po prostu fascynująca, bo taka to była niezwykła postać i nieprawdopodobne momentami życie. Kto zna opowiadania pisarza, ten co nieco wie. Ważnym wątkiem jest historia przyjaźni ze wspomnianym tu Arnosztem Lustigiem czy stosunek Oty Pavla do komunizmu i do wydarzeń 68 roku w Czechach. Portret dopełnia opowieść o małżeństwie i rodzinie pisarza. Nie był chyba najlepszym ojcem. Uniemożliwiły mu to praca i choroba. Aleksander Kaczorowski pokazuje też, co usuwała z opowiadań Pavla cenzura. Co ciekawe cenzorskie ingerencje łączą się przede wszystkim z wątkami żydowskimi. Dlaczego? To też biograf tłumaczy w swojej książce.

I na koniec jeszcze jedno. Tego w biografii Oty Pavla nie ma, mówił o tym autor na spotkaniu, w którym uczestniczyłam. Chodzi o polskie wydania opowiadań pisarza. Dotąd nie ukazała się w Polsce taka edycja jak w Czechach po 89 roku. Zebrane w całość opowieści z tomów "Śmierć pięknych saren", "Jak spotkałem się z rybami" i inne, czasem niepublikowane u nas, wyszły po pierwsze bez cenzorskich ingerencji, a po drugie ułożone zostały chronologicznie według zamysłu autora. W ten sposób tworzą całość, coś na kształt powieści składającej się z odrębnych całostek. Wielki żal! Pozostaje mieć nadzieję, że skoro Czarne powiedziało już a (biografia), to powie b i wyda w taki sposób opowiadania Oty Pavla. A jeśli nie oni, to może Mariusz Szczygieł w swoim wydawnictwie Dowody na Istnienie. Wszak oprócz dwóch serii reporterskich jest tam seria Stehlik, w której ukazują się książki czeskich pisarzy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63