Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 17 stycznia 2018
Renata Lis "W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu"

Od dawna zbierałam się, aby przeczytać książkę Renaty Lis „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu” (Sic! 2015), która w 2016 roku zdobyła nominacje do dwóch ważnych nagród literackich, Nike i Gryfii. Dużo się o niej wówczas mówiło, a że wcześniej zachwyciłam się „Późną godziną” - emigracyjnymi opowiadaniami Bunina i fragmentami jego dziennika z czasów rewolucji (trochę mniej) w tłumaczeniu i opracowaniu właśnie Renaty Lis, zatem nic dziwnego, że chciałam sięgnąć po książkę o ich autorze. Celowo nie używam słowa biografia, bo „W lodach Prowansji” biografią nie jest. Po pierwsze autorka śledzi życie Bunina przede wszystkim w latach 1940-1944, kiedy mieszkał w Grasse na południu Francji, sięga też trochę wstecz i wybiega do przodu (śmierć pisarza), ale zajmuje się tylko okresem, kiedy przebywał już na emigracji, nie wraca do lat spędzonych w Rosji. Po drugie ta książka jest czymś więcej niż fragmentem biografii, jeśli by takie założenie przyjąć. Bo Renata Lis ucieka w liczne dygresje, nawet współczesne dotyczące dzisiejszej Rosji, najczęściej bardzo ciekawe. Kiedy na przykład opowiada o ucieczce Bunina i jego świty z Grasse zaraz po zajęciu Francji przez Niemcy, przywołuje obficie fragmenty „Szkiców piórkiem” Bobkowskiego z tego samego okresu. Stara się porównać ich doświadczenia, zastanawia się, czy mogli się spotkać gdzieś na drogach Francji ogarniętej paniką. Kilkakrotnie pisze o swoich wizytach w miejscach związanych z Buninem albo jego twórczością. Raz będzie to Grasse, innym razem klasztor Marty i Marii w Moskwie pojawiający się w jednym z opowiadań emigracyjnych, które w różnych ilościach i zestawieniach funkcjonują pod tytułem „Ciemne aleje”, a których wybór (czternaście) stanowi pierwszą część wspomnianej „Późnej godziny”. Jednak przede wszystkim główny temat książki to Bunin - pisarz emigrant. Ale siłą rzeczy jest to też opowieść o rosyjskiej emigracji, bo w takim środowisku niemal wyłącznie obracał się pisarz. Bo chociaż mieszkał we Francji, w Paryżu albo w Grasse, żył życiem rosyjskim. Mentalnie dawnej Rosji nigdy nie opuścił. Nie interesowała go Francja ani Francuzi. Tęsknił za Rosją, ale za Rosją sprzed rewolucji. Jego słowa o tym, że chciałby wrócić do domu, narobiły wiele szumu. Interpretowano je jako chęć powrotu do ojczyzny. Trzeba wiedzieć, że sowieckie władze robiły wiele, aby ściągnąć do kraju z emigracji znanych pisarzy, także jego. Renata Lis twierdzi, posiłkując się odpowiednią argumentacją, że Bunin nigdy nie miał takiego zamiaru.

Wątek emigracyjny wpisuje się w dzisiejszą dyskusję o uchodźcach i imigrantach. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że życie Bunina, jego najbliższych, jego znajomych i innych rosyjskich emigrantów było usłane różami, to srodze się myli. Najpierw poniewierka w Turcji, kwarantanny, obozy przejściowe, straszne warunki, życie w barakach, w ścisku, bez miejsca na intymność, samotność. A potem we Francji ciągła walka o pieniądze. Raz było lepiej, raz gorzej. Nic dziwnego, że od jakiegoś czasu każdej jesieni Bunin i jego żona Wiera wyczekiwali werdyktu noblowskiej akademii, bo nazwisko pisarza pojawiało się w spekulacjach. Nie bez podstaw, bo zabiegano o nagrodę dla niego. Nobel ustawiłby go finansowo, zdjął odium proszalnika, bo tak często to wyglądało – pisarz zabiegał o pożyczki. Jak wiadomo Bunin Nobla dostał w roku 1933 i przez chwilę był królem życia, chociaż używał materialnych rozkoszy też na kredyt - a konto przyszłego czeku. Trwało to jednak krótko, korona szwedzka stała wówczas słabo, pieniądze rozchodziły się szybko, zainteresowanie wywołane nagrodą minęło, po jakimś czasie znowu miał problemy z wydawaniem swoich książek, a w latach 1940-1941, których przede wszystkim dotyczy książka Renaty Lis, po pieniądzach nie zostało nawet wspomnienie. To czas wyjątkowo dla mieszkańców graskiej Żanety, tak nazywała się willa, w której mieszkali, trudny. Drożyzna, brak jedzenia, srogie zimy. Bunin albo jego bliscy w rozmaitych zachowanych wspomnieniach czy listach piszą o trudnościach ze zdobyciem jedzenia na kartki, bo na czarnorynkowe nie było ich stać, o monotonnej diecie, o przeraźliwym zimnie panującym w domu. Do tego wojenny strach o siebie, o innych rozsianych po Europie, samotność, tęsknota. Takie to było życie. Zapomniany pisarz zmagający się z trudami codzienności. Do tego dochodził paniczny lęk przed śmiercią, o której myślał nie tylko w czasie wojny, ale i wcześniej, i później. Renata Lis próbuje dociec, z czego ta obsesja wynikała. Ostatni rozdział swojej książki poświęca autorka śmierci pisarza i temu, co się z nią wiązało.

Ale czasy wojenne są dla pisarza bolesne z jeszcze jednego powodu – ostatecznie opuściła Żanetę jego ukochana, Galina. Co prawda ich związek rozpadł się w roku 1933, kiedy poznała śpiewaczkę Margę i dla niej rzuciła Bunina, ale w ciągu tych lat często mieszkały z pisarzem, jego żoną Wierą i innymi rezydentami pod dachem Żanety. To też było dla niego bolesne, ale miał ją przynajmniej blisko. Renata Lis próbuje zrozumieć sytuację, w jakiej przez lata znajdowali się Bunin, jego żona Wiera i Galina. Szczególnie stara wczuć się w położenie Wiery, którą mąż postawił niegdyś przed faktem dokonanym i oświadczył, że zamieszka z nimi Galina. Co innego wiedzieć o romansie męża, co innego mieszkać z jego ukochaną w jednym mieszkaniu czy domu na oczach świata. Wiera pozornie pogodziła się z sytuacją, przynajmniej taką twarz pokazywała światu, ale jak dowodzi autorka, musiała cierpieć. Kochała go, a i on ją kochał. Niektórym trudno to zrozumieć, ale z uczuciami się nie dyskutuje. Tak było, tak żyli. Renata Lis tropi podobne trójkąty w opowiadaniach pisarza i znajduje ich sporo. Widać, że było to dla Bunina ważne. Niewiele jednak wiemy o tym, co czuli, jak to przeżywali. Bunin spalił dzienniki z tego okresu, a w swoich „Graskich dziennikach” Galina była bardzo dyskretna. Starannie wypreparowała ten temat.

Wiele miejsca poświęca autorka książki analizie emigracyjnych opowiadań Bunina. Dostrzega w nich to, czego zwyczajny czytelnik raczej nie ma szans zauważyć. Dopiero dysponując taką erudycją, wiedzą, znajomością języka, takim analitycznym okiem, można wynieść z ich lektury to, co dla zwykłego mola książkowego niedostępne. Szkoda. Jeszcze bardziej zmartwiła mnie informacja, że czytając Bunina w przekładzie, tracimy wiele. Pisarz operował ogromnym bogactwem językowym na polski trudno przekładalnym. To, co po rosyjsku brzmi niebanalnie, dojmująco, intrygująco, po polsku często zamienia się w kicz. Dlatego na pewno warto sięgnąć po „Późną godzinę” w tłumaczeniu Renaty Lis.

Oprócz spraw poważnych, analiz, erudycyjnych dociekań, dygresji, znajdziemy w książce Renaty Lis wiele ciekawostek z życia codziennego w Żanecie. Te drobiazgi ubrane są w formę czasem zabawnych, czasem smutnych miniatur. Dopełniają one portret Bunina. Zastanawiam się, czy go polubiłam. Nie wiem, ale na pewno mu współczułam.

Kto zna Bunina, kto lubi rosyjską literaturę, kto literaturę traktuje poważnie, powinien koniecznie sięgnąć po książkę Renaty Lis. A wcześniej, a może lepiej potem, koniecznie należy przeczytać „Późną godzinę” i delektować się opowiadaniami pisarza, które mnie jakiś czas temu zachwyciły. Chociaż na pewno nie wydobyłam z nich tyle, ile ich tłumaczka i popularyzatorka, to i tak lektura sprawiła mi wielką radość.

 

niedziela, 14 stycznia 2018
Ludwika Włodek "Cztery sztandary, jeden adres"

Miłośników odkrywania białych plam, zwiedzania terra incognita, dowiadywania się czegoś nieoczywistego o czymś, co wydawało się dotąd oczywiste i nieskomplikowane, namawiam, aby koniecznie sięgnęli po reporterską książkę Ludwiki Włodek „Cztery sztandary, jeden adres” (Wydawnictwo Literackie 2017). Ponieważ, jak to czasem bywa, nie od razu po skończeniu lektury udało mi się, coś o niej napisać, z konieczności, bo pamięć i emocje już nie tak świeże, wpis będzie krótki i może trochę powierzchowny. Mimo wszystko chciałam koniecznie zwrócić na ten reportaż uwagę.

Autorka zaprasza czytelnika do zgłębienia skomplikowanej historii Spisza, poznania jego mieszkańców i ich kultury, ale przede wszystkim próbuje odpowiedzieć na kilka pytań. Czyj jest Spisz – polski czy słowacki? Kim są Spiszacy – Polakami, Słowakami, a może Rusinami? A gdzie Węgrzy i Cyganie? A Niemcy sprowadzeni tam w XIII wieku? A Wołosi, którzy osiedlali się na Spiszu dwa  wieki później? A Żydzi, którzy do drugiej wojny też tam żyli? Ktoś taki jak ja, dla kogo nazwy Niedzica, Jurgów, Frydman, Łapsze, Kieżmark, Lubowla, Lewocza i Spisz niekoniecznie oznaczały jedno, dzięki książce Ludwiki Włodek otworzy oczy ze zdumienia i będzie miał poczucie, że wkracza na zupełnie nieznany dla siebie teren.

Skomplikowana historia powodowała, że Spisz kilkakrotnie w ciągu wieków zmieniał przynależność państwową, był dzielony pomiędzy różne państwa, wielokrotnie dokonywano korekty granic. To wszystko sprawiło, że ci, którzy tam mieszkali, a to ulegali madziaryzacji, a to słowakizacji albo musieli dokonywać wyboru, gdzie chcą mieszkać – w Polsce czy na Słowacji, co niekoniecznie oznaczało, że czuli się Polakami lub Słowakami. Szczególnie zmiany granic po pierwszej i drugiej wojnie światowej sprawiały, że dzielono gospodarstwa i rodziny. Autorka pokazuje, jak wszystko jest ulotne, jak często decyduje przypadek. To, kim Spiszak się czuł, zależało choćby od wyboru szkoły, w której uczono albo po węgiersku, albo po słowacku, albo po polsku. Dlatego dzieliły się rodziny, bywało, że jeden syn czuł się Słowakiem, drugi Polakiem. Potrzeba określania swojej narodowości zaczęła pojawiać się dopiero w dziewiętnastym wieku i później wraz z procesami, jakie toczyły się w całej Europie. Na Spisz przybywali tak zwani budziciele, którzy krzewili wśród miejscowych polskość albo słowackość czy węgierskość. Ludwika Włodek sporo miejsca poświęca najnowszej historii i pokazuje walkę o Spisz Polaków i Słowaków. Nie ucieka od niezbyt chlubnych kart naszej przeszłości, pisze o wykorzystaniu przez Polskę sytuacji i zajęciu części spornych terenów po traktacie monachijskim w 1938 roku. Pokazuje, jak na ziemiach przygranicznych niesnaski narodowościowe są żywe do dziś.

Ale „Cztery sztandary, jeden adres” to nie podręcznik do historii. Ta książka jest przede wszystkim opowieścią o ludziach, niezwykle barwną i zajmującą. Poznamy między innymi historię rodzin, które były właścicielami zamków w Lubowli i w Niedzicy oraz wielu innych ciekawych postaci związanych ze Spiszem. Ludwika Włodek pisze też o tym, jak dziejowe zawieruchy burzyły spokojne życie zwyczajnych ludzi. Opowiada o Żydach, którzy kiedyś żyli na Spiszu, a których już tu nie ma, i o Niemcach wysiedlanych po drugiej wojnie. O zsyłkach na Syberię po wkroczeniu Armii Czerwonej i prześladowaniach w komunistycznej Słowacji. Próbuje dociec, jakim cudem na Spiszu zachowała się do dziś jedna niemiecka wieś. Sporo miejsca poświęca Cyganom mieszkającym na Słowacji w miejscach, których nie da się nazwać inaczej niż getta. Pisze o księżach, którzy z nimi pracują, i o skomplikowanych problemach społecznych.

Po prostu jest to książka pasjonująca i naprawdę warto po nią sięgnąć.

 

środa, 10 stycznia 2018
Anna Bikont "Sendlerowa. W ukryciu"

Od kiedy tylko pojawiły się wieści, że Anna Bikont pracuje dla Czarnego nad książką o Irenie Sendlerowej, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. Biografia miała się ukazać znacznie wcześniej, datę wydania przesuwano, w końcu "Sendlerowa. W ukryciu" (Czarne 2017) wyszła jesienią. Nie dziwi mnie, że książka powstawała tak długo - jestem pełna podziwu dla ogromu drobiazgowej pracy, jaki wykonała autorka. Przekopanie się przez tysiące dokumentów i wiele książek to robota iście benedyktyńska. Świadectwem tego są obszerne przypisy i pokaźna bibliografia. Myślę sobie, że mnie niestety nie starczyłoby cierpliwości, także talentu i determinacji, co stwierdzam z żalem. Dlatego nie ja piszę takie książki, tylko dzielę się refleksjami o nich. Cóż, pozostaje odrobina zazdrości i podziw dla tych, którzy to robią, no i oczywiście czytanie efektów ich mrówczej pracy.

Kiedy słuchałam o planach wydawniczych, a nawet kiedy książka się ukazała, nie miałam pojęcia, że narobi tyle szumu. Dlaczego? Bo sama byłam ignorantką, bo sama uległam mitowi Ireny Sendlerowej, która uratowała dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci, osobiście wyprowadzała je z warszawskiego getta przez gmachy sądów na Lesznie, ich nazwiska zapisała na bibułkach i ukryła w słoiku zakopanym pod jabłonką, po wojnie żyła w zapomnieniu, niedoceniana, a w czasach stalinowskich prześladowana. Polska i świat o niej zapomnieli i byłoby tak po wiek wieków, gdyby nie kilka amerykańskich uczennic, które natknęły się na jej historię i w ramach szkolnego projektu przygotowały sztukę teatralną o Irenie Sendlerowej, i szczęśliwym zbiegiem okoliczności przypomniały ją światu. Prawda, że piękne i wzruszające? Łzy same cisną się do oczu. Tymczasem, jak się okazuje, gdzieś dzwonią, ale nie w tym kościele, nie rozdają rowerów, tylko kradną. Anna Bikont pokazuje, jak było naprawdę i naraża się na krytykę, bo nic tak dobrze nie robi na dobre samopoczucie jak piękny mit. Niektórzy twierdzą, że nie należało go burzyć. Jak mówiła sama Sendlerowa, kiedy dzięki amerykańskim uczennicom pod koniec życia eksplodowała jej sława, stała się doskonałym antidotum na "Sąsiadów" Grossa. Przyznam, że nie rozumiem zarzutów kierowanych pod adresem książki Anny Bikont, nie zgadzam się z nimi. Bo po pierwsze nie ma co dyskutować z faktami, a po drugie te fakty niczego Irenie Sendlerowej nie ujmują, przeciwnie dopiero teraz jest postacią z krwi i kości, a przez swoją wielkość i słabość, przez swoje wybory życiowe, przez swoje skomplikowane życie osobiste fascynującą.

Co w takim razie jest prawdą, a co miejską legendą stworzoną częściowo przez samą Sendlerową? Tak, ratowała żydowskie dzieci i nie tylko dzieci, robiła to, pracując w Wydziale Opieki, najpierw trochę na własną rękę, potem działając w Żegocie. Ale nie wyprowadzała ich osobiście, nie było ich aż dwa i pół tysiąca, nie ma też żadnej listy zakopanej w słoiku pod jabłonką. Irena Sendlerowa zajmowała się logistyką całego przedsięwzięcia. Szukała miejsc, gdzie dzieci można było ukryć, przekazywała na ten cel pieniądze, nieraz zawoziła je osobiście pod wyszukany adres. Takich kobiet jak ona, pracujących w tym samym Wydziale Opieki i współpracujących z Żegotą, kiedy powstała, było kilkanaście. Współdziałały ze sobą, przyjaźniły się, tworzyły całą siatkę pomocy. Jeśli chodzi o te mityczne dwa i pół tysiąca, to Anna Bikont udowadnia, że to po prostu niemożliwe. Wystarczy uświadomić sobie, że z miliona żydowskich dzieci wojnę  przeżyło pięć tysięcy. To dane szacunkowe, ile było ich dokładnie, nie wiadomo. Autorka próbuje dociec, kiedy i w jakich okolicznościach pojawiła się ta powielana potem liczba, w którą bezmyślnie wierzyliśmy. Czy to Irenie Sendlerowej coś ujmuje? Uratowanie jednego Żyda, jednej żydowskiej rodziny, to bohaterstwo, dzięki jej systemowej działalności i innych dzielnych kobiet ocalało ich kilkadziesiąt. To mało, żeby uznać kogoś za bohatera? A że nie wyprowadzała ich osobiście? Te sądy na Lesznie i inne sposoby tak działają na wyobraźnię! Tymczasem wyprowadzić, nie było taką sztuką, za to ocalić po aryjskiej stronie było rzeczywiście i sztuką, i bohaterstwem. I o tym też bardzo szeroko pisze Anna Bikont w swojej książce.

Co jeszcze jest mitem w opowieści o Irenie Sendlerowej? Jej historia powojenna. To, że nie była doceniana, zanim nie odkryły jej historii amerykańskie uczennice. Anna Bikont bardzo skrupulatnie przytacza dowody na to, że mówiono o niej, pisano, odznaczano. Faktem jest natomiast, że rzeczywiście dzięki amerykańskim uczennicom wybuchła na jej punkcie histeria. To wtedy powstał i utrwalił się jej mit, którego częścią było komunistyczne prześladowanie, co akurat nie jest prawdą. Drzwi do jej mieszkania, a potem do jej pokoju w domu opieki nie zamykały się, tylu przychodziło gości. Pisano o niej, przeprowadzano wywiady, kręcono filmy, odznaczano. Ba, została nawet zgłoszona do pokojowego Nobla, czym wyrządzono jej niezwykłą krzywdę. Dlaczego? Po szczegóły odsyłam do książki. Irena Sendlerowa w tamtych czasach sama przyczyniła się do powstania swojej legendy. Skrupulatnie czuwała nad piarem na swój temat, czego przykładem jest pełna nieścisłości i przekłamań poprzednia jej biografia pióra Anny Mieszkowskiej. Dlaczego to robiła? Nad tym też zastanawia się Anna Bikont i próbuje zrozumieć.

Tymczasem prawdziwa Irena Sendlerowa jest postacią fascynującą nie tylko ze względu na to, czego dokonała w czasie okupacji, ale także dlatego, że była kobietą skomplikowaną, pełną sprzeczności, dokonywała wyborów, które budzą sprzeciw. Żeby ją zrozumieć, trzeba sięgnąć do jej młodości. Otóż jej działalność wojenna i powojenny akces do nowych władz (z partii, czytaj z PZPR-u, nie wystąpiła nigdy, czego dowodzi Bikont), to efekt lewicowych poglądów. Tak, Sendlerowa już przed wojną była człowiekiem lewicy, dlatego zajmowała się opieką społeczną, dlatego w czasie wojny pomagała Żydom, dlatego po wojnie w komunistycznym państwie dalej robiła to, na czym znała się najlepiej i co było jej bliskie. Dopiero po latach w liście do jednej z żydowskich przyjaciółek pisze krytycznie o swoich powojennych wyborach. Trzeba też przyznać, że w czasie antysemickiej kampanii 68 roku zachowywała się bardzo przyzwoicie, co oczywiste w kontekście jej biografii. Równie skomplikowane, a przez to niepasujące do mitu, było jej nieudane życie osobiste. Bikont w swojej książce odkłamuje mity, odkrywa prawdziwą Sendlerową i stara się ją zrozumieć. Naprawdę niczego jej to nie odbiera.

Ale ta książka jest czymś znacznie więcej niż biografią tej konkretnej osoby. To także opowieść o polskim antysemityzmie, o tym, jak właśnie z tego powodu trudno było pomagać Żydom. Wrogiem Żydów i tych, którzy starali się ich ratować, byli niestety sami Polacy. Nie tylko szmalcownicy, ale ta milcząca większość, która szeptała między sobą, wskazywała, roznosiła plotki. To przez takich ludzi zlatywali się później szmalcownicy. To Polak był wrogiem i Polaka, i Żyda. A wystarczyłoby, żeby nie szeptali, żeby nie przeszkadzali. Opowiadając konkretne historie uratowanych przez Sendlerową dzieci, Bikont pokazuje, jak trudne było samo pomaganie i jak potworny był los ratowanych. Jak żyły w ciągłym lęku przenoszone z miejsca na miejsce, osamotnione, oddzielone od rodziców, wśród niekoniecznie życzliwych ludzi. Jak musiały udawać, że są kimś innym, często wielokrotnie zmieniając tożsamość, jak musiały wysłuchiwać antysemickich uwag, zapomnieć, kim są. Już sama decyzja o przekazaniu dziecka na aryjską stronę była nieprawdopodobną tragedią. No i tragedie powojenne. Co robić? Oddawać dzieci ich ocalałym krewnym, czy zostawić w rodzinie, która pokochała, albo u sióstr w klasztorze? Dziś te decyzje mogą wydawać się proste, ale trzeba pamiętać o niepewnych czasach, w jakich je podejmowano, i pozostałych okolicznościach.

Jest wreszcie książka Anny Bikont opowieścią o dzielnych ludziach, głównie kobietach, z Wydziału Opieki i z Żegoty, co często szło ze sobą w parze, które ratowały Żydów. I o innych, bywa, że bezimiennych, którzy im pomagali. Lektura obowiązkowa!!!!!!!

niedziela, 07 stycznia 2018
"I tak cię kocham"

Od jakiegoś czasu kilkakrotnie w moim ulubionym kinie widywałam zwiastun amerykańskiej komedii romantycznej "I tak cię kocham", więc pomyślałam sobie - jeśli będzie miała dobre recenzje, to się wybiorę. I stało się - recenzje dobre, nic innego wartego uwagi nie grali ("Party" podobno teatralne i niewykorzystany pomysł, "Gra o wszystko" przegadana; taki film musiałby być rewelacyjny, abym się skusiła.), a ja po "Dzikich różach" i "The Florida Project", i o tej  paskudnej porze roku potrzebowałam czegoś takiego. Lżejszego, inteligentnego, zabawnego, miłego. Więc poszłam.

Historia, jak wiadomo, oparta jest na faktach, jej bohater, amerykański aktor pakistańskiego pochodzenia Kumail Nanjiani gra siebie, jest jednocześnie współautorem scenariusza i niby wszystko się zgadza. Film przyjemny, inteligentny, zaskakujący, akcja napisana przez życie nie rozwija się w sposób przewidywalny, w ramy romantycznej komedii wtłoczono znacznie więcej - różnice kulturowe, ona Amerykanka, on zasiedziały w Stanach Pakistańczyk, konflikt rodzinny, dylemat, co wybrać miłość czy familię, z której kulturowo się wyrosło, ale którą się kocha, problemy małżeńskie. Ogromną przyjemnością jest też podziwianie Holly Hunter w świetnej roli. W ogóle wątek rodziców Emily i ich relacji z Kumailem poprowadzony jest bardzo ciekawie. No więc niby wszystko jest w porządku, niby powinno zachwycać, no może bez przesady - bardzo się podobać, a jednak nie zachwyca. Nie powiem, obejrzałam bez przykrości, ale też bez wielkiego entuzjazmu. Gdybym nie poszła, dziury w niebie by nie było, gdybym nie była w nastroju, pewnie bym żałowała. Nie wstawię "I tak cię kocham" na moją, krótką, listę filmów lekkich, które oglądam niemal za każdym razem, kiedy nadarza się okazja. Co na niej jest? "Notting Hill". "Cztery wesela i pogrzeb", "Wpływ księżyca", rzadko pokazywana "Zielona karta", może jeszcze coś.

Dlaczego "I tak cię kocham" nie dołączy do tego żelaznego repertuaru? No cóż, nie ma między nami chemii. Żeby film rozrywkowy porwał mnie, musi rzeczywiście być czymś niezwykłym, poprzeczka zawieszona jest wysoko. Po prostu za dużo w swoim życiu nachodziłam się do kina. Powiem szczerze, trochę się nudziłam - szczególnie pokazywane kilkakrotnie występy Kumaila i jego przyjaciół, wszyscy są komikami uprawiającymi mało w Polsce popularny stand up, również ich rozmowy dawały mi się we znaki. No i rozwleczone zakończenie, miałam wrażenie, że już, już, a tu jeszcze nie. Odradzać nie będę, jeśli ktoś ma ochotę na miłą, inteligentną komedię romantyczną nieociekającą lukrem, to proszę bardzo. Może to tylko ja marudzę.

środa, 03 stycznia 2018
"Dzikie róże"

Końcówka roku pożegnała mnie świetnymi filmami. W 2017 bywało różnie, zdarzały się okresy, że w kinie nie byłam kilka tygodni, co w moim przypadku jest sytuacją wyjątkową, a teraz taki miły akcent. Przed tygodniem "The Florida Project", tym razem "Dzikie róże" Anny Jadowskiej, o których od Nowych Horyzontów było już głośno. W Gdyni film trafił do sekcji Inne Spojrzenie zamiast do konkursu głównego, co raczej uznano za nieporozumienie. Odebrało to też Marcie Nieradkiewicz szansę na nagrodę aktorską, a gra w "Dzikich różach" rewelacyjnie. Nie tylko tu zresztą. To świetna aktorka. A sam film jest bardzo poruszający. Takie lubię najbardziej. Stawia dużo pytań, nie daje jednoznacznych odpowiedzi, zostawia pole do interpretacji. Długo o nim myślałam. To kameralna, rozpisana na kilku aktorów historia trzydziestoletniej Ewy mieszkającej na wsi gdzieś daleko od szosy - jeśli ktoś nie ma samochodu, skazany jest na łaskę sąsiadów lub kilkukilometrowy marsz i łapanie okazji. Ewa ma zrzędząca matkę, dwoje dzieci, męża pracującego za granicą i niewykończony dom, w którym da się już mieszkać, ale to wieczna prowizorka. Monotonna, męcząca codzienność i ogromna samotność. Więcej nie mam prawa zdradzić. Nie jest to oczywiście kino akcji, chociaż emocji nie brakuje. Ta rozgrywana w powolnym tempie, ale bez przesady, historia niesie ze sobą kilka suspensów. Ostatni, który jeszcze inaczej oświetla opowieść, na końcu. Trafił mnie niczym grom z jasnego nieba. Najważniejsze jest w tym filmie to, co rozgrywa się pomiędzy bohaterami. Ewą, jej mężem, matką i małą Marysią. Kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, kto w kinie nie był, niech koniecznie "Dzikie róże" obejrzy".

środa, 27 grudnia 2017
"The Florida Project"
Kiedy w zapowiedziach na stronie mojego ulubionego kina pojawił się amerykański film pod niewiele mówiącym tytułem "The Florida Project", nie zwróciłam na niego uwagi i z góry wstawiłam na listę filmów, których nie zamierzam oglądać. Nie przeczytałam nawet opisu - wystarczyło zdjęcie plus fakt, że to film amerykański, a ja filmy amerykańskie oglądam wyjątkowo (Mam znajomego, który nie ogląda ich z zasady, ale to już przesada). Żeby tak nie spróbować dowiedzieć się więcej? Głupie? No głupie, wiem, wiem. Więc kiedy nagle w poważnych mediach i poważnych programach zaczął brzmieć jednogłośny chór zachwytów, nie miałam wyjścia - trzeba było iść do kina. A kiedy szłam, zastanawiałam się, czy film mnie czymś jeszcze zaskoczy, bo ciągle nie dowierzając, że rzeczywiście warto, trochę za wielu rozmów na jego temat wysłuchałam. Wiedziałam, że to słuszny film (to nie ironia) o tej gorszej Ameryce, o ludziach wyrzuconych poza nawias. Surowy, niemal jak dokument, zestawiany z "Moonlight", innym rewelacyjnym amerykańskim filmem, na który kiedyś nie bardzo miałam ochotę, a potem oglądałam jak w transie. A jednak! "The Florida Project" okazał się rzeczywiście znakomicie zrobiony, grające główne role dzieci są rewelacyjne, Willem Dafoe też bardzo dobry, problem, jak już pisałam, ważny, no i na szczęście było jednak trochę inaczej, niż się spodziewałam. A dlaczego tego zdradzić we wstępie nie mogę. Trzeba zobaczyć. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 20 grudnia 2017
Wojciech Jagielski "Dobre miejsce do umierania"

Kiedy tylko skończyłam czytać „Wszystkie wojny Lary” Wojciecha Jagielskiego, pomyślałam, że dobrze będzie przypomnieć sobie, co działo się w Gruzji w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To właśnie na ten czas przypadła młodość Lary, dzieciństwo jej synów. Jak pisałam w poprzedniej notce poświęconej tamtej książce, historia bohaterki opowiadana przez nią pozbawiona była (celowo) wszelkich szczegółów politycznych. Kiedy Lara mówiła o wojnie, trzeba się było domyślać, o którą konkretnie chodzi. Dlatego z przepastnych czeluści czytnika wydobyłam kolejną książkę Wojciecha Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania” (wznowienie Znak 2013, wydanie pierwsze W.A.B. 2005). Sięgając po nią, byłam pewna, że to reportaż z Gruzji. Tymczasem gdybym kupując książkę, uważniej przeczytała notkę, wiedziałabym, że składają się na nią historie z całego Kaukazu – także z Armenii, Azerbejdżanu, Osetii Południowej, Inguszetii, a jeden nawet z rosyjskiego Astrachania. Oczywiście nie ma to specjalnego znaczenia i tak bym po nią sięgnęła.

Czytana dziś książka Jagielskiego jest zapisem historycznym. Autor w swoich reportażach uchwycił czas przełomu, kiedy rozpadał się Związek Radziecki a dawne republiki kaukaskie wybijały się na niepodległość, i czas pierwszych bardzo gwałtownych lat budowania nowych państw. Jeśli ktoś powie, że w takim razie nie warto dziś tej książki czytać, bo to zamierzchła przeszłość, a świat idzie do przodu i obraz Zakaukazia zapisany na kartach „Dobrego miejsca do umierania” jest już nieaktualny, to stanowczo zaprotestuję. Rzeczywiście dzisiejszą Gruzją, Armenią, Azerbejdżanem nie wstrząsają już rewolty i wojny, nie ma już tam takiej biedy i korupcji, o jakich opowiada Jagielski, ba, Gruzja przeżywa od kilku lat turystyczny boom, do Armenii też się podróżuje, najmniej atrakcyjny wydaje się Azerbejdżan, ale i tam turysta może wjechać, znam takich, którzy odwiedzili nawet Górski Karabach. Zawsze jednak warto wiedzieć, jak było. Także po to, aby zrozumieć, co dzieje się w tym zakątku świata dzisiaj i co zdarzyć się może. Przykład pierwszy z brzegu - nie pojmiemy, dlaczego Armenia poddała się i nie zdecydowała się ostatecznie podpisać umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, nie znając jej bolesnej historii. Opowieść o ormiańskim poecie Rubiku jest jedną z najsmutniejszych, jakie czytałam. Rubik tak jak inni mieszkańcy Erywania i innych ormiańskich miast nieustająco marznie, aby ogrzać pokój, pali ukochanymi książkami w zdobytym za ostatnie pieniądze piecyku. Naprawdę miałam łzy w oczach, kiedy wyobraziłam sobie, jak siedzi i wybiera, co spalić najpierw, chociaż wie, że i tak ogień pochłonie wszystko, jak siedzi i po raz ostatni przegląda książkę, która zaraz skończy w piecu. Głodny, w dziurawych butach, bo na nowe musi dopiero odłożyć pieniądze, brnąc w mokrym śniegu, przemierzając ciemne ulice, wraca z pracy do domu. Pieszo, bo komunikacja właściwie nie istnieje. Nie ma prądu, nie ma wody. Naprawdę niewiele różni się ten obraz od tego, co w książce Barbary Demick  czytałam o oblężonym Sarajewie. Rubik nie jest wyjątkiem, tak żyje większość Ormian, bo kraj znajduje się w morderczych kleszczach blokady i dlatego właściwie nie istnieje. Czy można się dziwić, że mając taką historię w pamięci, Ormianie wolą nie zadzierać ze swoim jedynym protektorem, Rosją? Reszta świata za Armenię umierać nie będzie.

Właściwie książka Jagielskiego składa się tylko ze smutnych historii. Początkowy entuzjazm, jaki towarzyszył odzyskaniu niepodległości okupionej mniejszymi lub większymi ofiarami, wiarę, że odtąd będzie już tylko dobrze, szybko zastępowała beznadziejna rzeczywistość. Reportaże Jagielskiego to obraz wojen, pogromów, korupcji, bezprawia i biedy. Nie bardzo już dziś pamiętamy, że Gruzja lat dziewięćdziesiątych to właściwie państwo upadłe. Konflikty zbrojne z Osetią Południową i przede wszystkim z Abchazją, walki na ulicach Tbilisi, których efektem było zrujnowanie reprezentacyjnej ulicy Rustawelego, polityczne morderstwa, prywatne milicje, armie niemal, porwania dla okupu, rozzuchwalona policja, rabunki na drogach, napady, korupcja i bieda. Armenia i Azerbejdżan to z kolei, poza innymi plagami, stale tlący się konflikt o Górski Karabach zakończony krwawą wojną. A Inguszetia brutalnie spacyfikowana przez Osetię? Z ciężkim sercem czyta się historie ludzi, którzy musieli uciekać przed wojną i pogromami, zostawiając niemal cały dorobek życia. Dramatyczne są opowieści ze zdobytego przez Abchazów Suchumi, grabionego przez trzy dni przez najemników z Kaukazu, dzięki którym Abchazi pokonali Gruzinów. Równie ponura jest historia pacyfikacji wsi w niewielkiej Inguszetii. I tak dalej, i tak dalej. Długo bym mogła jeszcze wymieniać. Jagielski nie pisze podręcznika do historii, ale reportaż, dlatego opowiada konkretnie. Te opowieści zawsze mają bohatera, człowieka, nie kolejną liczbę w statystyce zabitych, wypędzonych, przesiedlonych. Pełne są detali, drobnych obserwacji, tym większe robią wrażenie.

Dlaczego Kaukaz jest od wieków beczką prochu? Bo żyje tam sto narodów różniących się religią, językiem, obyczajami, kulturą. A każdy z nich dumny, przekonany o swojej wyższości i o tym, że sąsiad knuje przeciwko niemu. Dlatego kaukaskie narody nigdy nie potrafiły się zjednoczyć, przeciwstawić wrogowi, który nieustannie pustoszył te tereny. Kolejne wojny nie pozwalały wybrzmieć konfliktom, zamrażały je, a kiedy kurz bitewny opadł, wszystko zaczynało się od nowa. Dlatego tam czas nie ma znaczenia, konflikt sprzed wieków i sprzed dziesięciu lat są tak samo ważne. Jak pisze Jagielski, dramat kaukaskich narodów polegał na tym, że miały jeden dylemat do rozstrzygnięcia – któremu wrogowi oddać się w niewolę. O wolności mowy nie było. Czy dzisiejsza niepodległość Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu to tylko epizod w dziejach? Czy Armenia naprawdę jest niepodległa?

„Dobre miejsce do umierania” to bardzo ciekawa i świetnie napisana książka. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że spośród  reportaży Jagielskiego, które dotąd przeczytałam, ten jest najmniej literacko wysmakowany. To po prostu zbiór tekstów połączonych tematem, zebranych w jedną całość. Być może część z nich w identycznej lub trochę innej formie ukazywała się niegdyś w gazetach. To nie umniejsza wagi tej książki. Jest stwierdzeniem faktu, bo swoimi kolejnymi książkami autor przyzwyczaił mnie do przemyślanej, kunsztownej kompozycji i literackiego języka. Warto pamiętać, że ta książka była debiutem Jagielskiego. Sprawdzając to, znalazłam informację, że jej pierwsze wydanie to rok 1994, a nie 2005, jak pierwotnie myślałam.

Najnowsze kończy się epizodem, którego z oczywistych względów nie było w poprzednich. Opowieść o kilkudniowej wojnie Gruzji z Rosją o Osetię Południową z roku 2008. To jeden z tych zamrożonych konfliktów, który po latach odżył. Może warto  zadać smutne pytanie – czy inne zahibernowane konflikty też przypomną światu o sobie za jakiś czas? A jest ich na Kaukazie sporo. Trudno uwierzyć, aby ten rejon świata od zawsze wstrząsany wojnami miał już na zawsze zostać stabilny.

 

środa, 13 grudnia 2017
"Nie jestem twoim murzynem", "Przy Planty 7/9"

Dziś bardziej informacyjnie niż refleksyjnie o dwóch dokumentach, które właśnie weszły do kin. Dlaczego informacyjnie? Bo pierwszy "Nie jestem twoim murzynem" jest na tyle wymagający, że aby dokładniej zagłębić się w jego treść, należałoby go obejrzeć uważnie kilka razy, najlepiej jeszcze robiąc przy okazji notatki. To oczywiście niemożliwe. Drugi, "Przy Planty 7/9", aż tak wymagający nie jest, ale widziałam go w lipcu ubiegłego roku na jakimś pokazie, więc trudno dzisiaj po takim czasie o wnikliwą refleksję. Teraz zupełnie nieoczekiwanie, znienacka wchodzi do kin. Mimo trudności, jakimi się przed chwilą podzieliłam, chcę wspomnieć o tych filmach, żeby zwrócić na nie uwagę, bo warto, a właściwie należy je obejrzeć.

"Nie jestem twoim murzynem" to opowieść o amerykańskim rasizmie, o walce z segregacją, o jej bojownikach - Martinie Lutherze Kingu, Malcolmie X i najmniej w Polsce znanym Medgarze Eversie. Jednym słowem to opowieść o Ameryce i nie jest to historia budująca. Stany, obiekt naszych westchnień, marzeń, podziwu, nie są rajem. A lubimy tak o nich myśleć. Właściwie  lubiliśmy, bo przecież nasz ogląd Ameryki zmienia się, a może już się zmienił. Ale ten film ma jeszcze jednego bohatera, kto wie, czy nie najważniejszego - to afroamerykański pisarz, zmarły w latach osiemdziesiątych James Baldwin. Również żywo zaangażowany w walkę o równe prawa Afroamerykanów. Przez wiele lat mieszkał w Paryżu i w Europie, tam nauczył się być wolnym człowiekiem, tam rasa nie miała znaczenia, przynajmniej aż takiego. Postanowił jednak wrócić do Stanów, bo tęsknił, a poza tym zaczęła mu doskwierać jego komfortowa sytuacja, kiedy jego rodacy cierpieli i walczyli. To jemu film zawdzięcza oryginalność. Ale jednocześnie ta oryginalność sprawia, że tak trudno zapamiętać wszystko, co by należało. Dlaczego? Otóż Baldwin zamierzał napisać książkę poświęconą trzem wyżej wymienionym działaczom, którzy byli jego przyjaciółmi. Ostatecznie powstało tylko trzydzieści stron. I właśnie ten nasycony emocjami, wymagający skupienia tekst stanowi narrację filmu. Oprócz tego oglądamy mnóstwo archiwalnych materiałów, które są znakomitą ilustracją czytanego zza kadru eseju. To fragmenty telewizyjnych rozmów z bohaterami dokumentu, ich wystąpienia na uniwersytetach, fragmenty hollywoodzkich filmów, w których czarnoskórzy bohaterowie pełnili rolę kwiatka do kożucha, zdjęcia z demonstracji i manifestacji, z pogrzebów zamordowanego Malcolma X i Martina Luthera Kinga, makabryczne fotografie zlinczowanych, powieszonych Afroamerykanów. Ogromne wrażenie robią informacje ilustrowane zdjęciami o pierwszych czarnoskórych uczniach, którzy po oficjalnym zniesieniu segregacji próbowali egzekwować swoje prawo do nauki z białymi dziećmi. Spotykali  się z wielkim sprzeciwem - protestowano przeciwko nim, opluwano ich, lżono. Trzeba było mieć ogromną determinację i odwagę, aby to wszystko przetrwać. Kto protestował, pluł i znieważał? Zwyczajni, bardzo sympatycznie wyglądający obywatele Stanów. Oczywiście biali. Materiały archiwalne zderzone zostają ze współczesnymi. Na przebitkach oglądamy zdjęcia zamordowanych współcześnie czarnoskórych Amerykanów, zamieszki, na przykład w Ferguson, ale i fotografie prezydenta Obamy z żoną. Co oprócz tego wszystkiego zostało mi w pamięci? Że świat wcale nie jest biały, a biel jest synonimem władzy i dominacji. Dlaczego? Jakim prawem? Kto je dał białym? Niby banał, ale warto to sobie po raz enty uświadomić. I jeszcze słowa wypowiedziane przez Jamesa Baldwina w czasie telewizyjnej dyskusji, kiedy polemizował z jakimś białym profesorem (chyba), którego nazwiska nie zapamiętałam. Profesor nie miał siebie za rasistę i twierdził, że Afroamerykanie mogą po prostu zajmować się swoimi sprawami, na przykład pisać książki. I wtedy James Baldwin spokojnie, ale stanowczo odpowiedział, że trudno zajmować się pisaniem, kiedy człowiek stale się boi, kiedy wie, że się nim gardzi, kiedy musi myśleć o prześladowaniach. Cóż, pewnie uprościłam. Dlatego trzeba iść do kina. Tyle o "Nie jestem twoim murzynem".

Teraz krótko o drugim dokumencie o trochę dziwnym tytule "Przy Planty 7/9". To adres domu w Kielcach, w którym 4 lipca 1946 roku zaczął się pogrom zwany kieleckim. Zdarzenie przez lata spychane w niepamięć, bo wygodniej zapomnieć o czarnych kartach naszej historii. Jeśli już mówiono na ten temat, to zawsze usprawiedliwiano pogrom ubecką prowokacją, podobnie jak Jedwabne niemiecką. Kiedy słyszę takie gadanie, buntuję się przeciwko tego typu usprawiedliwieniom, bo prowokacja prowokacją, ale ktoś wziął w niej udział. I nie byli to tylko milicjanci i ubecy, ale też zwykli mieszkańcy miasta. Film nie jest tylko opowieścią o tamtych zdarzeniach, ale przede wszystkim to historia zmagania się z pamięcią o nich, historia procesu wybaczania, przepraszania i wreszcie pojednania. A wszystko to stało się możliwe dzięki determinacji i uporowi jednego człowieka, psychologa, praktykującego katolika, co powinni wziąć sobie do serca wszyscy mieniący się katolikami, Bogdana Białka, który po 1989 zaczął pogrom odgrzebywać, przywracać do publicznej świadomości i organizować w jego rocznicę marsze pamięci. Spotkał go ostracyzm, fala nienawiści dzisiaj zwana hejtem i wiele innych nieprzyjemnych zdarzeń. W filmie opowiada o podążaniu drogą, którą sobie wyznaczył, ale i o zwątpieniu, zmęczeniu, załamaniu. Bardzo przejmujący, bardzo ważny dokument.

środa, 06 grudnia 2017
Wojciech Jagielski "Wszystkie wojny Lary"

Dopiero teraz przeczytałam głośną książkę Wojciecha Jagielskiego „Wszystkie wojny Lary” (Znak 2015) nominowaną do rozmaitych nagród. Sama się zdziwiłam, że to już dwa lata mijają od jej wydania. Chociaż czytam na okrągło, głównie nowości, to i tak większość z nich przestaje już być świeżynką, kiedy po nie sięgam. A gdzie klasyka? Gdzie nieoczekiwane odkrycia? A przecież czasem chciałoby się do czegoś wrócić. Ot tak dla przyjemności czy żeby zrewidować dawne opinie. Pozostaje mi westchnąć – ciężki jest los nałogowego czytelnika! A po „Wszystkie wojny Lary” chciałam sięgnąć nie tylko dlatego, że głośne, ale przede wszystkim z powodu autora. Stosunkowo późno odkryłam Wojciecha Jagielskiego – pisarza, bo dziennikarza oczywiście czytałam, ale za to od pierwszej jego książki, jaką poznałam, a było to „Wypalanie traw”,  wiedziałam, że muszę nadrobić zaległości i czytać na bieżąco to, co jeszcze napisze.

„Wszystkie wojny Lary” czyta się jednym tchem. Forma zbliża tę książkę do powieści, ale to jednak reportaż. Historia Lary, mieszkanki gruzińskiej Doliny Pankisi znajdującej się na granicy z Czeczenią, której dwaj synowie wyruszyli do Syrii na wojnę, jest prawdziwa. Tylko spotkania z Larą w McDonaldzie były dwa, a potem jeszcze kilka przez skype. Jak mówił autor w wywiadach udzielanych po opublikowaniu książki, jego bohaterka opowiadała bardzo plastycznie, miała świetną pamięć. Pamiętała sytuacje i ich okoliczności. I tak ze szczegółami, z detalami snuła swoją smutną historię. Może dlatego Wojciech Jagielski wybrał taką właśnie formę – monolog Lary tylko z rzadka przerywany narracją reportera. Monolog nacechowany indywidualnym stylem, językiem prostej, trochę sentymentalnej kobiety – zgnębionej matki, która dzieląc się swoją historią, próbuje zrozumieć, kiedy popełniła błąd. Teraz gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że Lara wpisuje się w ikoniczny obraz matki-pacyfistki albo matki antywojennej (może lepiej byłoby powiedzieć: matki protestującej przeciwko wojnie?), która cierpi, bo wojna zabrała jej synów, która jest gotowa zrobić wszystko, by wyrwać ich z jej bezlitosnych szponów. Jej monolog to lament, z którego ma płynąć ostrzeżenie. Gdyby Lara nie mieszkała w zapomnianej przez ludzi Dolinie Pankisi, być może jej protest przybrałby inne formy. Może uczestniczyłaby w antywojennych manifestacjach albo działała w jakiejś organizacji na rzecz ofiar wojny.

Kiedy czytałam jej opowieść, miałam jeszcze jedno bardzo silne skojarzenie – z baśnią. Tak, sposób narracji jest nieco baśniowy. W takim klimacie utrzymana jest też opowieść narratora o historii Doliny Pankisi i większość partii narracyjnych. Tylko naprawdę bardzo rzadko, może dwa, trzy razy, głos zabiera reporter - rzeczowo, konkretnie, krótko komentując zdarzenia, trochę na zasadzie przypisu. Skojarzenie z baśnią potęguje brak dat i nazwisk polityków na przykład obalonego w wyniku rewolucji róż prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadzego czy prezydenta Czeczenii Dudajewa. Oczywiście czytelnik albo pamięta historyczne zdarzenia, albo może je bez trudu sprawdzić. Dzięki takim zabiegom historia osadzona w bardzo konkretnym czasie, wpisana w wielką Historię staje się jednocześnie uniwersalna i ponadczasowa. Dopiero na końcu w osobnym rozdziale zatytułowanym Niespokojne czasy przełomu wieków znajdziemy kalendarium wydarzeń na świecie od roku 1991 do roku 2014. Podkreślam – na świecie. To z kolei uświadamia czytelnikowi szerszą perspektywę. Pokazuje, w jakim stopniu wojny czeczeńskie i wojna w Syrii są częścią szerszego procesu dziejowego, którym sterują światowe mocarstwa i państwa Zachodu. Bo po drodze jest jeszcze Afganistan, wojna w Zatoce, Irak, arabska wiosna. To wszystko jedna układanka. Los Lary, mieszkanki zapomnianej, nieco baśniowej Doliny Pankisi, nie zależy tylko od niej. Staje się częścią globalnych procesów. Jakby nie było dla niej ratunku. Chcąc chronić synów przed wojną, ucieka z Czeczenii, wraca do domu do doliny, potem wysyła ich do ojca do Europy. Na nic jej trud i tak nie przechytrzy losu – po paru latach jej synowie pojadą  na wojnę w Syrii. Lara ma do siebie pretensje – zaczyna żałować, że wywiozła ich z Czeczenii, bo gdyby doświadczyli wojny, zyskaliby na nią odporność. Zadziałałaby niczym szczepionka. Ale niepotrzebnie czyni sobie wyrzuty – znając globalne procesy, z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że jej synów i tak opętałby demon dżihadu. Dlatego Lara jest postacią tragiczną, nie tylko z powodu wielkiego cierpienia. Jest jak postać z greckiej tragedii – każdy jej wybór był skazany na klęskę. Nie mogła uciec przed przeznaczeniem.

A właściwie mogła. W świecie idealnym. A może tylko (aż?) mądrze rządzonym. Puśćmy wodze fantazji. Stańmy się na chwilę idealistycznie naiwni. Najpierw globalnie. Gdyby nie wojny w Afganistanie i Iraku. Gdyby Rosja pozwoliła Czeczenii na niepodległość. Gdyby niepodległa Czeczenia była mądrze rządzonym, zamożnym krajem. Gdyby nie wojna w Syrii. Gdyby wszyscy międzynarodowi gracze mieli wolę ją skończyć. Gdyby w Gruzji nie było wojen domowych. A teraz bardziej przyziemnie. Gdyby w Dolinie Pankisi była praca i perspektywy dla młodych. Albo chociaż w Telawi, w Tbilisi czy w innych gruzińskich miastach. Gdyby Gruzini nie pogardzali Kistami (w Dolinie Pankisi obok prawosławnych Gruzinów mieszkają muzułmańscy Kistowie, czyli Czeczeni; Lara jest Kistką, nie Gruzinką), traktowali ich na równi ze sobą, dawali im takie same szanse na pracę, na awans. Gdyby Europejczycy, kiedy już przyjmą do siebie imigrantów, też dbali o ich równe szanse,  nie spychali do odrębnych dzielnic, skazując na kiszenie się we własnym sosie, frustrację i radykalizację nastrojów. Gdyby nie religijny fanatyzm. Wreszcie gdyby nie męskie uwielbienie wojny, fascynacja nią. Gdyby faceci nie traktowali jej jak męskiej przygody. Gdyby świat nie był taki męskocentryczny. Gdyby, gdyby, gdyby. Niestety. Świat tak nie wygląda. Dlatego Lara w pojedynkę prawdopodobnie nie miała szans. Nawet gdyby nie zlekceważyła zmiany w zachowaniu synów. Czy udałoby się jej odciągnąć ich od salafickiego meczetu, który powstał w sąsiedztwie jej wioski, w Duisi? Tam stale się coś działo, było tak atrakcyjnie! Czy potrafiłaby odizolować ich od partyzantów opowiadających przy ognisku o swoich wyczynach w czasie czeczeńskiej wojny? Przecież te opowieści były takie fascynujące! Słuchali ich z wypiekami na twarzy! Historia synów Lary to modelowy przykład religijnej radykalizacji młodych mężczyzn. Niby wiadomo, co można zrobić, a jednak nikt tego nie robi. Dlatego „Wszystkie wojny Lary” to książka smutna i pesymistyczna na wielu płaszczyznach. Tej osobistej i tej uniwersalnej.

 

niedziela, 03 grudnia 2017
"Serce miłości"

Wybrałam się na film Łukasza Rondudy "Serce miłości" z powodów czysto filmowych. Wyznaję szczerze, że dopóki o filmie nie zrobiło się głośno, o jego bohaterach, Wojciechu Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, nie wiedziałam nic, a to z tej prostej przyczyny, że sztuki wizualne, a właściwie sztuka współczesna, i muzyka alternatywna to nie moja bajka. Nie jestem w tym osamotniona, bo, jak powiedział Jacek Poniedziałek w radiowym wywiadzie, który odsłuchałam po obejrzeniu filmu, sztuka współczesna się w Polsce nie przyjęła. Podobno nie bez winy samego środowiska, które jest bardzo hermetyczne. Ale nie będę się więcej wymądrzać, bo w gruncie rzeczy nic na ten temat nie wiem. Właściwie dopiero po wyjściu z kina, kiedy wróciłam do domu, zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu jakichś materiałów o artystach, którzy stali się bohaterami i współtwórcami filmu (razem ze scenarzystą Robertem Bolestą napisali dialogi). Znalazłam sporo ciekawych treści - obszerny materiał o Wojciechu Bąkowskim na stronie Culture.pl, bardzo interesujący wywiad z nim przeprowadzony przez Tadeusza Sobolewskiego i portret Zuzanny Bartoszek pióra Pauliny Reiter w Wysokich Obcasach. Również wart przeczytania. Piszę o tym, bo moje poszukiwania to dowód na inspirującą moc filmu. Tak, naprawdę warto wybrać się do kina, nawet jeżeli tak jak ja niewiele się wie o bohaterach "Serca miłości".

Dlaczego ktoś postanawia opowiedzieć o życiu Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek? To nie przypadek. Łukasz Ronduda jest jednym z kuratorów Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, wykładowcą akademickim. Od lat dla muzeum kręcił filmy o artystach, a "Serce miłości", tytuł wymyśliła Zuzanna Bartoszek, jest jego drugim obrazem kinowym.  To wierna opowieść o wspólnym życiu artystów, w którym symbiotyczny związek, burzliwa, wybuchowa miłość i sztuka splatają się w jedno. Ich bytowanie to nie sielanka. Zazdrość o siebie, o sztukę, oskarżenia o kradzież pomysłów, rywalizacja, ale i wzajemne napędzanie, czerpanie z siebie. Nawet fizycznie tworzą niemal jeden organizm, są do siebie podobni. Przyciągają się i odpychają, kochają i ranią, kłócą. Żyją sztuką i dla sztuki, w sztuce są zanurzeni, sztuka jest treścią ich życia. A inspiracją do tworzenia jest wszystko. Sen, wizyta w galerii handlowej, bezmyślnie powtarzane zdanie, codzienność.

Jest całkiem możliwe, że dla takiego laika i ignoranta jak ja  filmowa opowieść nie byłaby tak fascynująca, gdyby nie para aktorów wcielająca się w Wojciecha Bąkowskiego i Zuzannę Bartoszek. Jego gra Jacek Poniedziałek, ją rewelacyjna Justyna Wasilewska. Oboje są świetni, ale ona wręcz rewelacyjna. Po prostu magnetyczna. Szczupła, z powodu choroby swojej bohaterki łysa, androgyniczna, ale fascynująca. Przez strój, przez twarz, przez to, co mówi, jak się zachowuje, jak się zmienia. Sama przypomina dzieło sztuki, jej życie to wieczna gra, teatr - przybieranie masek, ról. Chociaż taki sposób bycia jest mi obcy, oglądanie go na ekranie  intryguje. To inspirujący powiew świeżości. Fascynujące widowisko. A dla wtajemniczonych ważne też będą fragmenty wierszy, filmów, performance i koncerty.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56