Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 31 stycznia 2013
Szczepan Twardoch "Morfina"

Kilkakrotnie przy okazji różnych wpisów wspominałam, że rzadko zdarza mi się sięgać po współczesną polską beletrystykę. To nie tak, że jestem uprzedzona, po prostu, kiedy czytam lub słucham omówienia jakiejś polskiej powieści, która właśnie się ukazała, zawsze stwierdzam, że to nie dla mnie. A to temat nie taki, a to forma odstręczająca. Tym razem było inaczej: postanowiłam sięgnąć po najnowszą powieść Szczepana Twardocha "Morfina" (Wydawnictwo Literackie 2012) nie dlatego, że powszechnie wychwalana (przecież nie pierwszy raz krytycy pieją z zachwytu nad polską powieścią) czy nagradzana (ileż to razy pozostawałam niewzruszona, kiedy coś nagradzano), ale dlatego, że zainteresował mnie temat. Nie bez znaczenia były też uwagi, że to epicka powieść z rozmachem. Temat plus  forma poparte znakomitymi recenzjami skłoniły mnie do lektury. Przeczytałam i pędzę podzielić się refleksjami.

"Morfinę" rzeczywiście czyta się znakomicie. Ma w sobie coś hipnotycznego, naprawdę trudno się od niej oderwać. Narracja prowadzona przez głównego bohatera, trzydziestoletniego Konstantego Willemanna (o nim za chwilę), na zmianę z tajemniczą narratorką  wciąga niesamowicie, magnetyzuje, sprawia, że podążamy za Kostkiem w jego wędrówce po Warszawie, a potem przez Polskę, Słowację aż do Budapesztu. Dajemy się uwieść dziwacznym, zwariowanym, nieprawdopodobnym opowieściom narratorów o postaciach zaludniających ten świat. Poznajemy w ten sposób nie tylko ich przeszłość, ale często też przyszłość. Mnie te niesamowite, nierzadko absurdalne czy irracjonalne ludzkie historie (a jak nieprawdopodobna i fantastyczna jest historia głównego bohatera!) przypominały nieco losy powieściowych bohaterów Johna Irvinga, pisarza, którego niegdyś uwielbiałam, ale już po dwie jego ostatnie książki nie sięgnęłam, bo jakoś mi przeszło. To wszystko sprawia, że mimo objętości powieść można połknąć w ciągu kilku dni, oddając się po prostu nieskrępowanej przyjemności lektury. A przecież temat, gdyby go ująć inaczej, do miłych nie należy.

Otóż jest to historia trzydziestoletniego warszawskiego lekkoducha, Konstantego Willemanna, któremu raptem we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku wali się jego wygodny świat. Świat pieniędzy, które hojną ręką daje matka, świat kobiet, alkoholu, tytułowej morfiny. Koniec z eleganckimi strojami, przyjęciami, przesiadywaniem w knajpach wśród malarzy, literatów i ich akolitów. A co stanie się z jego higieniczną, eugeniczną żoną Heleną, ukochanym synkiem Jureczkiem, niezłym samochodem i mieszkaniem w domu z czekolady? Bo i to Kostek miał. Żeby dopełnić tego obrazu, wspomnę jeszcze o przyjacielu Jacku, jego żonie Idze i odrażającym higienicznym i eugenicznym teściu, miłośniku endecji. Konstanty, hulaka, trochę przez przypadek, a może wcale nie przez przypadek, trochę wbrew swojej woli, a może jednak trochę za swoją zgodą, zostaje wciągnięty w wir nieprawdopodobnych konspiracyjnych zdarzeń. Jeśli ktoś w poprzednim zdaniu rozpoznał (niestety nieudolną) podróbkę stylu Gombrowicza, to  nieprzypadkowo, bo powieściowa narracja pełna jest takich nawiązań. Zresztą aluzji literackich czy filmowych można tu znaleźć więcej. Mnie przypomina się "Eroica" Andrzeja Munka i, może trochę mniej, ale jednak, jego "Zezowate szczęście". Pewnie nie należy zapominać o całym nurcie wojenno-przygodowym. Za to z pewnością znajdziemy w "Morfinie" bezpośrednie nawiązania do mickiewiczowskiego "Konrada Wallenroda". Bo Konstantemu Willemannowi przyjdzie odegrać niewdzięczną, ale jakże zaszczytną, rolę Wallenroda, cóż z tego, że przypadkowego, groteskowego, śmiesznego i żałosnego. Bohater cały czas spogląda na siebie z boku, świadomy, że stale, wbrew swojej woli, jest wtłaczany w różne  role i maski, bierze udział w spektaklu pod tytułem Patriotyzm, Konspiracja, do którego ktoś wbrew jego intencjom go zaangażował, cóż było począć, na odczepnego zdecydował się podjąć tę grę. Trochę dla świętego spokoju, trochę dla zabawy, trochę, bo, kiedy zgodził się na jedno, dalej nie bardzo mógł się wycofać. A on marzy tylko o zdobyciu buteleczki z ukochaną morfiną, która pozwoliłaby mu odejść na chwilę w niebyt i zapomnieć, że Niemcy zabrały mu jego ukochaną Warszawę. Jeżeli jest na nich wściekły, to dlatego, że zranili mu miasto, które kocha. Miasto knajp, artystów, zabaw.  I tu przechodzimy do najważniejszego pytania powieści: pytania o tożsamość. Konstanty Willemann zadaje je sobie wielokrotnie. Kim jestem, pyta. Polakiem? Niemcem? Ułanem? Patriotą? Niemieckim oficerem? Konstantym a może Baldurem? I w końcu nie przez polskość czy niemieckość się definiuje. Jest po prostu Konstantym Willemanem, lubiącym kobiety, samochody, alkohol, morfinę i wygodne życie.

Świat jest w tej powieści chaosem, w którym nie ma zbiegów okoliczności, o ludzkich losach często decyduje przypadek. Bohaterowie odgrywają role narzucane przez wychowanie, przez społeczeństwo, przez historię, przez narodową tradycję. Jednocześnie jest w tym świecie jakaś tajemnicza, ciemna moc, która zna przeszłość i przyszłość, wpełza w  kogoś, kogo sobie upatrzyła. Z jednej strony zatruwa go swoją czernią, z drugiej chce chronić. Ale wcale nie jest wszechmocna. W końcu bezsilna opuszcza swego wybranka, by zwrócić się ku innemu. Kim jest? Czarną rozpaczą? Mrokiem? Złem? Wszystkim tym, co ciemne w człowieku? Ciemną stroną świata? Trudno rozstrzygnąć.

Czas zmierzać do puenty. Otóż niby wszystko jest świetnie. Niby podzielam zachwyt recenzentów. Tak, to bardzo sprawnie napisana powieść. Autor gra świadomie formą, kiedy chce, stylizuje język, jakby chciał pokazać, że potrafi, ale przecież w nowoczesnej, postmodernistycznej powieści nie musi, bawi się narracją, stawiając przed czytelnikiem zagadkę, pyta o tożsamość i narodową tradycję, zgrabnie szkicuje obraz międzywojennej Polski, pokazuje jej upadek. Kreuje świat początku wojny, którym rządzą niepewność, śmierć, chaos i bieda. Wszyscy próbują się przystosować, ułożyć sobie życie na nowo. Jego bohaterowie stawiają sobie pytania: co będzie i są zupełnie nieświadomi tego, jak okrutnie będzie, a przecież my, czytelnicy, wiemy doskonale, wie też ta ciemna siła, która wpełza w Konstantego. Jednym słowem autor świetnie pokazuje ten moment w historii narodu i jednostki, kiedy coś się kończy, a coś, jeszcze nie wiadomo co, wyłania się z chaosu. Jest tu i Warszawa (chociaż nie tak realistycznie pokazana jak u Prusa na przykład; realizm Twardocha to raczej tylko nazwy ulic, konkretne miejsca, budynki, znane postacie, ale nie drobiazgowe opisy), i Polska, i nawet Budapeszt, w którym, ku zdziwieniu bohaterów, toczy się normalne życie. A jednak, mimo że czytałam z hipnotyczną przyjemnością, mimo że doceniam, to jednak jestem trochę rozczarowana. Bo spodziewałam się powieści prawdziwej, gdzie bohaterowie to nie tylko literackie typy (rozdarty hulaka, patriota-endek, matka Polka, dziwka, pierwsza miłość), które można opisać przy pomocy kilku zaledwie słów-wytrychów, ale ludzie z krwi i kości, niejednoznaczni, o których można by pisać bez końca, prowadzić ich psychologiczną wiwisekcję. Tu wszystko jest na wierzchu, zamysł autora czytelny, wszystkie literackie szwy widoczne, nie ma się nad czym dłużej zadumać, trudno się przejąć losem bohaterów, bo to tylko literackie klisze. Jedyną zagadką jest owa ciemna siła, ale może to tylko jakiś pseudofilozoficzny bełkot, na który dajemy się nabrać? No cóż, to po prostu powieść postmodernistyczna. Brak jej literackiego ciężaru, który doskwiera szczególnie boleśnie, jeśli zderzyć ją z lekturą czegoś z literackiej ekstraklasy, co, niestety, zrobiłam. Zaraz po odłożeniu Twardocha zabrałam się za Philipa Rotha. Właśnie czytam "Duch wychodzi". Też nie mogę się oderwać, ale tym razem mam poczucie, że obcuję z prozą, która dotyka najważniejszych egzystencjalnych pytań.

Na okładce "Morfiny" wydawca umieścił reklamowy slogan: "Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada", pewnie licząc na to, że zanęci nim czytelników. W ten sposób sprowadził powieść Twardocha tylko do roli czytadła. To oczywiście nieprawda. Ale może coś w tym jednak jest? Może "Morfina" to takie postmodernistyczne czytadło dla czytelnika z ambicjami?

wtorek, 29 stycznia 2013
"Pięć rozbitych kamer"

Warto wybrać się do kina na dokument "Pięć rozbitych kamer". To historia trwającego kilka lat protestu prowadzonego przez mieszkańców palestyńskiej wioski Bil'in wspieranych przez izraelskich obrońców praw człowieka i aktywistów z całego świata przeciwko izraelskim osadnikom, a właściwie przeciwko państwu Izrael, które pozwala na budowę muru oddzielającego budowane  osiedle od wioski. Ogrodzenie powstaje z naruszeniem prawa, uniemożliwiając mieszkańcom wioski swobodny dostęp do ich pól. Rzecz na Zachodnim Brzegu normalna. Osadnicy wykorzystując różne kruczki prawne, albo i nie, zabierają ziemię pod budowę kolejnych osiedli, potem dla własnego bezpieczeństwa odgradzają je murem, potem dla własnej wygody budują szerokie drogi, po których mogą poruszać się tylko oni. W ten sposób metodą faktów dokonanych anektują dla siebie coraz większe obszary Zachodniego Brzegu, nie bacząc na to, że przy okazji skutecznie utrudniają życie Palestyńczykom i niemiłosiernie ranią krajobraz tonami szarego betonu. Emad, mieszkaniec Bil'in, prosty chłop, ojciec czterech synów, od 2005 roku rejestruje kamerą to, co dzieje się w jego wiosce. Inspiracją do kręcenia były narodziny najmłodszego syna, które zbiegły się z budową osiedla i muru.

Początek był niewinny: copiątkowe radosne, pokojowe demonstracje. Ale te pokojowe protesty tłumione przez izraelskich żołnierzy, z czasem coraz bezwzględniej, przekształcają się w regularne bitwy. Obserwujemy eskalację przemocy i nienawiści. Ofiarami stają się także dzieci wciągane przez dorosłych w spór. Z patriotycznych pobudek funduje się im dzieciństwo przesiąknięte nienawiścią. W takiej atmosferze dorastają, nie znając innego życia. Ofiarami konfliktu są też młodzi, izraelscy żołnierze, którzy uczą się pogardy dla Palestyńczyków. Oglądając film, zastanawiałam się, o czym myślą, co czują, kiedy zabierają z domów kilkunastoletnich przerażonych chłopaków, aby ich aresztować, kiedy wykonują rozkazy dowódców, kiedy strzelają do pokojowej demonstracji. Trudno cokolwiek wyczytać z ich pokerowych twarzy. Na problem deprawacji młodych mieszkańców Izraela odbywających służbę wojskową  zwraca uwagę wielu publicystów, także izraelskich.

Bardzo smutny, przejmujący, nostalgiczny film o miłości do ziemi i o degradacji krajobrazu. Serce się kraje na widok betonu wciskającego się w piękny, surowy teren, na widok wyrywanych z ziemi starych drzewek oliwnych, na widok drucianej siatki kaleczącej pola. A mieszkańcy Bil'in uparcie walczą o swoje. Wiedzą, że kijem rzeki nie zawrócą, osiedla nie zburzą, ale może przynajmniej ogrodzenie. A kogo interesuje temat, zachęcam do przeczytania pięknej książki Raja Shehadeha "Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie." wydanej przez Karakter (pisałam).

czwartek, 24 stycznia 2013
Paweł Smoleński "Pochówek dla rezuna"

Od dawna wiedziałam, że w serii Reportaż wydawnictwa Czarne ukazał się "Pochówek dla rezuna" Pawła Smoleńskiego (2011; chyba wydanie drugie) traktujący o stosunkach polsko-ukraińskich głównie w okolicach Przemyśla i w Bieszczadach. Mimo że lubię izraelskie reportaże Smoleńskiego, jakoś na tę książkę nie miałam ochoty. W końcu nie sposób przeczytać wszystko, co się wydaje! Zresztą temat interesował mnie średnio, o rzezi na Wołyniu trochę wiedziałam, przekonana byłam, że o tym, co działo się w czasie wojny i tuż po wojnie na wspomnianych terenach też mam jakieś pojęcie. W jakim błędzie byłam! A zrozumiałam swoją ignorancję, kiedy po przeczytaniu rewelacyjnej powieści Oksany Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów" postanowiłam jednak sięgnąć po tomik reportaży Smoleńskiego. Jak już pisałam w notce na temat książki ukraińskiej pisarki, odkryłam w niej inny punkt widzenia. UPA, która nam kojarzy się tylko z okrutnymi mordami dokonywanymi na ludności polskiej na Wołyniu w czasie drugiej wojny światowej, dla Ukraińców jest symbolem walki o niepodległą Ukrainę toczonej jeszcze długo po zakończeniu wojny. Po lekturze "Muzeum porzuconych sekretów" poczułam niedosyt wiedzy na ten temat, więc kiedy tylko przypomniałam sobie o książce Smoleńskiego, natychmiast postanowiłam ją przeczytać. Jak to zwykle bywa, w międzyczasie pochłonęły mnie inne lektury, ale wreszcie zrealizowałam swój zamiar i korzystając z wolnego dnia, połknęłam ukraińskie reportaże na raz. Może lepszym pomysłem byłoby jednak dawkowanie sobie tej lektury w mniejszych porcjach, bo Smoleński obficie cytuje świadectwa okrutnych zbrodni i pacyfikacji wsi, nic dziwnego, że pod koniec dnia byłam już mocno zgnębiona tym, czego się dowiedziałam.

A "Pochówek dla rezuna" jest rzeczywiście przerażający. Przeraża przeszłość, przygnębia teraźniejszość. Chciałam dowiedzieć się z tej książki czegoś więcej o UPA, odkryłam gordyjski węzeł zagmatwanych stosunków polsko-ukraińskich. Wciąż żywą przeszłość, która kładzie się cieniem na tym, co dzisiaj. Niezałatwione sprawy, wzajemne oskarżenia i żale, poczucie krzywdy każdej ze stron konfliktu. I nadal żywe lęki. Mniejszości ukraińskiej, która często woli nie przyznawać się głośno do swojej narodowej tożsamości z obawy o szykany, i Polaków, którzy boją się, że przeszłość powróci. Do tego dochodzą jeszcze dość skomplikowane kwestie religijne, bo na tych ziemiach koegzystują obok siebie trzy religie: katolicyzm rzymski, grecki i prawosławie. Mimo że Smoleński nie zajmuje się w swojej książce rzezią na Wołyniu, jest ona stale obecna w tle, przywoływana przez polskich bohaterów reportaży. Ich zdaniem tamte zdarzenia tłumaczą to wszystko, co działo się w Bieszczadach w czasie drugiej wojny i w kilka lat po niej: krwawy i równie okrutny konflikt polsko-ukraiński. Autor przywołuje w swojej książce tragiczne i zawstydzające fakty: pacyfikacje ukraińskich wsi (Bircza, Zawadka Morochowska, Pawłokoma, Piskorowice) dokonywane przez polskie podziemie albo przez polskie wojsko, wysiedlenia Łemków w ramach akcji Wisła, niszczenie cerkwi i śladów po niechcianych sąsiadach, obóz w Jaworznie, w którym po wojnie więziono Łemków i Ukraińców. Pokazuje błędne koło nienawiści, z którego nie ma wyjścia: efektem polskich zbrodni był oczywiście ukraiński odwet, po którym natychmiast następowała polska zemsta i tak w kółko. Polacy, jakby zarażeni ukraińskim okrucieństwem z Wołynia, odpłacali się swoim sąsiadom w identyczny sposób. I nie chcę, i nie mam siły epatować szczegółami, nie są to przecież sprawy nieznane, wiele się o nich mówiło i pisało przy okazji rocznicy wydarzeń wołyńskich. Wspomnę tu tylko, że z jednej strony pogardliwe, z drugiej budzące lęk słowo rezun, dla bohaterów książki będące synonimem Ukraińca, nie wzięło się znikąd. Wiele miejsca w reportażach autora zajmuje też to, co działo się potem, już w latach postalinowskich, kiedy do swoich wiosek zaczęli powracać wysiedleni Łemkowie i Ukraińcy. Ale podobnie jak książka Anny Bikont "My z Jedwabnego" (pisałam), jest ten zbiór  opowieścią o zamkniętym świecie prowincji, gdzie urazy z przeszłości trwają po dziś. To nic, że gdzieś tam między Warszawą a Kijowem na szczytach wielkiej polityki toczą się rozmowy, nazywa się wzajemne winy, przeprasza za zbrodnie, dąży do pojednania. Tu to nic nie znaczy. Tu nadal pamięta się o zadrach z przeszłości tak, jakby to zdarzyło się wczoraj, tu nadal trwa licytacja: kto winien, kto zaczął, kto wobec tego miał prawo się zemścić. To dlatego starania o godny pochówek rezunów z Birczy szły jak po grudzie, to dlatego toczą się spory o cerkwie, o tablice upamiętniające miejsca zbrodni, o znaki, o symbole. Niewielu jest odważnych, którzy gotowi są przeciwstawić się miejscowej społeczności i dążyć do pojednania. W końcu każdego burmistrza czy wójta czekają w końcu wybory, więc nawet jeśli po cichu przyznaje rację pokrzywdzonym, to głośno nigdy się do tego nie przyzna. Ale Smoleński pokazuje, że powoli coś się zmienia. W Baligrodzie zawiązał się komitet ratujący cerkiew popadającą w ruinę, w pobliskiej Mchawie już nie dochodzi do awantur i przepychanek pod kaplicą, do której przyznają się oba wyznania, ktoś przeprasza, gdzieś odbywają się uroczystości upamiętniające mordy, a biorą w nich udział obie strony konfliktu.

Smoleński stara się te niełatwe kwestie pokazywać obiektywnie. Pisze o ludziach, których trudno ocenić jednoznacznie: ktoś zapisał się w historii pięknymi czynami, potem postąpił haniebnie, ktoś inny wiele wycierpiał, wiele zrobił dla pojednania, ale raptem rzuca słowa, które jątrzą, ktoś zapoczątkował odnowę miejscowego kirkutu, przyczynił się do zabezpieczenia śladów po dawnej cerkwi, dba o to, aby w miejscowej szkole mówiono prawdę o historii i kulturze tej ziemi, a jednocześnie bierze udział w przepychankach w czasie uroczystości religijnych. Takich przykładów mogłabym przytaczać wiele. Jeśli ktoś odniósł wrażenie, że Smoleński pisze o winach Polaków, usuwając w cień winy ukraińskie, to ma rację i nie ma jej jednocześnie. Ma, bo rzeczywiście przede wszystkim, tak przynajmniej odczytuję intencje autora, celem tej książki jest pokazanie tego, co w naszej historii bolesne. I nie ma co zasłaniać się powtarzanym na tych terenach argumentem, że mieliśmy do tego prawo po tym, co na Wołyniu robili Ukraińcy. Bo cóż temu winni Łemkowie i ukraińska mniejszość w Bieszczadach? Dlaczego ich miała dosięgnąć zemsta za czyny nie przez nich popełnione? Ale jednocześnie nie ma racji, bo Smoleński jednak nie zapomina o kontekście. Książkę zamyka bardzo ważny rozdział o niezwykle ciekawej postaci, Jewhenie Stachiwie. Jak pisze Smoleński, to dla Ukraińców człowiek na miarę Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Walczył w UPA i ma odwagę o tym mówić, ale ma też odwagę przyznać się do błędów: nacjonalistycznych poglądów z przeszłości. Mówi o swojej przemianie z ukraińskiego nacjonalisty w ukraińskiego patriotę, co daje mu prawo do krytyki tych, z którymi się nie zgadza. To bardzo ważny rozdział. Także dlatego, że pokazuje historię konfliktu, jego przyczyny. To właśnie w nim w pigułce znalazłam wiadomości o UPA, których w tej książce szukałam. Jak już wspominałam, Smoleński stara się zachować obiektywizm, dlatego polskie zbrodnie w Bieszczadach pokazuje na tle czasów tuż powojennych. Łatwiej zrozumieć to, co się stało, jeśli się wie o moralnych spustoszeniach, jakie dokonały się w społeczeństwie polskim w czasach wojny. O spadku wrażliwości, zobojętnieniu na zbrodnię i wielu innych zjawiskach. Pacyfikacje wsi, bandytyzm, napady, zbrodnie to nie tylko specyfika tych terenów. Świetnie pisze o tym historyk Marcin Zaremba w wydanej niedawno książce "Wielka trwoga. Polska 1944-1947", o której wkrótce napiszę.

I na zakończenie jeszcze krótko o tym, co mnie szczególnie poruszyło, a może lepiej by było napisać wzruszyło? To reportaż o Łemkach, tragicznych ofiarach polsko-ukraińskich waśni. O ich miłości do swoich wiosek i lasów, o tęsknocie, o poniewierce, cierpieniu i wreszcie o nielegalnym powrocie, bo tęsknota okazała się większa niż strach. Poruszająca jest również świadomość tego, że i w Bieszczadach dawny świat zginął bezpowrotnie. Nie ma już (dosłownie) wielu wiosek, cerkwi, nie ma śladów po ludziach. Kiedyś mieszkali tu w miarę zgodnie Ukraińcy, Łemkowie, Żydzi, Polacy. Dziś ich opuszczone albo zrujnowane wioski,cmentarze, cerkwie zarasta trawa.

Polecam "Pochówek dla rezuna" każdemu. Nie jest to lektura przyjemna, łatwa i miła, ale naprawdę ważna i świetnie napisana. Kiedy brałam się za nią, nie przypuszczałam, że tyle przede mną odkryje, tak mnie zwyczajnie wciągnie i poruszy. Dotąd znałam Smoleńskiego z jego reportaży izraelskich, ale ten zbiór chyba bardziej zapadł mi w pamięć (chciałoby się napisać górnolotnie w duszę, ale ponieważ nie trawię egzaltacji, pozostanę przy neutralnej pamięci).

czwartek, 17 stycznia 2013
Józef Roth "Marsz Radetzkiego"

Lubię odkrywać stare rejony literatury. Klasykę zapomnianą, niepopularną, tę mniej znaną. O "Marszu Radetzkiego" Józefa Rotha (Czytelnik 1977; przełożyła Wanda Kragen) wiedziałam właściwie tylko tyle, że istnieje. Nie mam pojęcia, dlaczego kojarzyłam tę książkę z nudną, wojenną literaturą. Skąd taka myśl? Doprawdy nie wiem. Jakiś czas temu dzięki koleżance powróciła do mnie pamięć o tej powieści. Namawiała, żebym przeczytała, że to literatura, jaką lubię. Tak trafiła na listę lektur, które muszę  w końcu zdobyć i przeczytać. Może jeszcze nieprędko zrealizowałabym ten zamysł, gdybym nie dowiedziała się, że Michał Zadara wystawia w Łodzi adaptację innej powieści Rotha, "Hotel Savoy". Właściwie inspirowana tym, co mówił w prasie, miałam ochotę zacząć swoją przygodę z Józefem Rothem właśnie od tej książki, ale ponieważ na razie nie udało mi się jej zdobyć, wróciła myśl o "Marszu Radetzkiego". No i nie żałuję, na pewno na tym nie skończę mojej znajomości z pisarzem. Ale dość tych wstępów, do rzeczy.

Na początek wypada jednak wspomnieć o autorze. Urodzony w 1894 roku w Galicji, nieopodal Brodów, uważany jest za jednego z najważniejszych pisarzy austriackich dwudziestego wieku. Tym, co stało się pożywką dla jego twórczości, była pierwsza wojna światowa i rozpad Austro-Węgier. W okrojonej Austrii nie czuł się już jak u siebie, dlatego pewnie nigdzie nie mógł zagrzać miejsca. Podróżom sprzyjała dziennikarska profesja. W 1939 roku, na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny, zapomniany i ubogi, popełnił samobójstwo. Ten zwięzły życiorys pisarza tchnie smutkiem. Trudno mi powiedzieć, czy rzeczywiście takie było jego życie, nic więcej o nim nie wiem, za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że smutna i melancholijna jest powieść Józefa Rotha, którą właśnie przeczytałam.

To historia wywodzącego się ze Słowenii rodu von Trottów. Dziadek głównego bohatera, Karola Józefa, w bitwie pod Solferino (1859) ocalił życie cesarza Franciszka Józefa. Za swój bohaterski czyn ten potomek słoweńskich chłopów otrzymał szlachectwo. To niezwykłe zdarzenie, nieco podkoloryzowane, sławione nawet w dydaktycznych, uczniowskich czytankach zaważy na życiu jego syna, ale przede wszystkim wnuka, wspomnianego przed chwilą Karola Józefa. Nieco już przykurzona sława dziadka roztaczać będzie nad nim ochronny parasol. A on sam stale będzie miał w pamięci portret bohaterskiego przodka wiszący w domu ojca. Dziadek i jego czyn są symbolem czasów, kiedy monarchia austro-węgierska była w Europie prawdziwą potęgą. W takim przeświadczeniu dorastał Karol Józef w niewielkim morawskim mieście, gdzie jego ojciec sprawował funkcję starosty. Póki orkiestra wojskowa w każdą niedzielę odgrywa tytułowy Marsz Radetzkiego, póty monarchia trwa. To jednak tylko pozory. W czasach, kiedy rozgrywa się zasadnicza akcja powieści, habsburska potęga już się kruszy, z czego jednak tylko niektórzy zdają sobie sprawę. Jak już jest słaba ta wielonarodowa monarchia pokazuje w symboliczny sposób jedna z ostatnich scen książki, kiedy to pomiędzy oficerami dochodzi do gwałtownej kłótni o zastrzelonego właśnie w Sarajewie arcyksięcia Ferdynanda. Nie dość, że węgierscy oficerowie zaczynają nagle rozmawiać w swoim ojczystym języku, co irytuje nierozumiejących ani słowa żołnierzy innych nacji, to jeszcze w końcu mają czelność obrażać zmarłego, którym skrycie pogardzali. Teraz, kiedy wszystko się sypie, mogą już bez skrępowania dać upust swoim uczuciom. Wybucha awantura, a Karol Józef będzie mógł, jak niegdyś jego dziad, stanąć w obronie następcy tronu. Czymże jest jednak ten sprzeciw wobec tego, czego dokonał jego przodek. 

Karolowi Józefowi od wczesnej młodości towarzyszy cień śmierci. Pierwsze poważne doświadczenie życiowe to śmierć kogoś bardzo mu bliskiego. Obraz robaków pożerających ciała zmarłych będzie pojawiał się na kartach książki kilkakrotnie. Potem jeszcze nie raz przyjdzie mu się zetknąć ze śmiercią ważnych dla niego osób. Jakby tego było mało, będzie się zmagał z dojmującym poczuciem winy. Po raz kolejny wraca w literaturze pytanie o winę niezawinioną. Ile naszej odpowiedzialności, jeśli nie mieliśmy złych intencji, a staliśmy się tylko narzędziem w rękach złośliwego losu? Drugim dojmującym doświadczeniem życiowym Karola Józefa jest samotność, która jego melancholię jeszcze potęguje. Od lat wczesnej młodości wychowywany z dala od ojca, w szkołach z internatem, potem w wojsku, ma z nim symboliczny kontakt. To norma w tym męskim świecie. Tak było zawsze, tak jest teraz. A jednak łączy ich jakieś bezsłowne zrozumienie. Czy to wystarcza? Czy wymowne ściśnięcie ręki i krótka, rzeczowa, sucha wymiana zdań może zastąpić rozmowę, nawet jeśli pod powierzchnią jest prawdziwe ojcowskie uczucie? Ale w momentach krytycznych zawsze będzie mógł liczyć na pomoc ojca. Samotny jest Karol Józef także w koszarach, w swym oficerskim pokoju. Z zazdrością zagląda do okien pomieszczeń, w których nocują prości żołnierze. On, oficer, mieszka wygodnie, ale żyje samotnie, oni się tłoczą, ale są razem. Nie rozumie swoich kolegów-oficerów wiodących miałkie życie. Chociaż  intelektualistą nie jest, mierzi go taki żywot. Czuje się wyobcowany, bo oddzielają go od towarzyszy z pułku bolesne doświadczenia i zrodzony z nich egzystencjalny smutek. Jedynego przyjaciela, czującego podobnie wojskowego lekarza, w pewnym sensie zawiedzie, a kiedy odzyska jego przyjaźń, będzie już za późno.

Dla mnie jest to powieść o życiu naznaczonym duchowym cierpieniem, ale jednocześnie płynącym z dnia na dzień, bez celu. Życiu w cieniu wielkiego przodka, życiu, któremu brak wagi. Jest tylko proza i małość. A bohater mimo że cierpi, mimo że zmaga się z poczuciem bezsensu, nie potrafi nic zmienić. Zmiany, których dokonuje, są powierzchowne i prowadzą  do degrengolady. W świecie bez wojen nie potrafi, podobnie jak  jego koledzy z wojska (ale oni się nad tym nie zastanawiają), wyznaczyć sobie istotnych zadań i celów. Skoro nie może być bohaterem jak dziadek, staje się przeciętnym nikim. Z tym trudno mu się pogodzić, dlatego ta świadomość, obok doświadczenia śmierci i utraty, jest przyczyną jego egzystencjalnego cierpienia. Właściwie staje się bohaterem a rebours. Los dwukrotnie zakpi sobie z niego. Jak, nie zdradzę.

Ta powieść to także obraz rozkładu armii. Znudzeni, pozbawieni celu żołnierze piją, grają w karty, zadłużają się u podejrzanych typów, chodzą na panienki. Z dawnej świetności pozostał chyba tylko jeszcze honor. Stąd samobójstwa albo pojedynki. Ale jakże miałkie są ich przyczyny! Hazardowe długi, jakieś błahe kłótnie. Może nie rozumiem tamtego świata, ale dla mnie w tych bezsensownych śmierciach jest jakaś ironia, śmiech nad marną kondycją człowieka. Nic dziwnego, że taka armia, kiedy przychodzi do wojny, nie jest w stanie się bić i ponosi klęski. Obrazy wojennego chaosu, przegranej, bałaganu, dezinformacji i śmierci zbierającej swe żniwo kończą książkę.

Nad powieścią unosi się duch rozpadu, zagłady, przemijania, starości. Towarzyszą mu przywoływane już przeze mnie niezwykle sugestywne, obrzydliwe i złowrogie obrazy robactwa pożerającego w ziemi ciała zmarłych czy złowrogich kruków, które nagle pojawiły się w okolicy i obsiadły wszystkie drzewa, krakaniem zwiastując śmierć.

Jest w tej książce scena, której nie zapomnę. Scena nocnej rozmowy Karola Józefa z jego przyjacielem, wojskowym lekarzem. Czas niemiłosiernie się kurczy, płyną minuty a za nimi godziny, obaj wiedzą, że już nigdy nie spotkają się. Takie literackie czy filmowe obrazy  obarczone świadomością rozstania zawsze robią na mnie wielkie wrażenie. Dotąd jednak były to sceny damsko-męskie, tu rzecz dzieje się pomiędzy przyjaciółmi. Rozstanie  przyjaciół może być równie bolesne jak rozstanie kochanków.

Warto odkryć dla siebie powieść nieco zapomnianego austriackiego pisarza, chociaż nie jest to lektura optymistyczna.

P.S. Jak często bywa, od powstania brudnopisu tej notki do momentu jej umieszczenia na blogu upłynęło sporo czasu. W tym okresie udało mi się kupić "Hotel Savoy", który cierpliwie czeka na półce.



czwartek, 10 stycznia 2013
Bohdan Slama "Cztery słońca"
Czeski reżyser Bohdan Slama należy do tych twórców, których kupuję w ciemno. Nie obchodzi mnie, ile gwiazdek będzie miał jego film i co napiszą recenzenci. Bez względu na to wybiorę się do kina. Widziałam wszystkie jego obrazy pokazywane w Polsce: najpierw "Dzikie pszczoły", potem "Szczęście" i "Mojego nauczyciela". Pierwszy jeszcze mnie nie zachwycił, ale dwa następne już tak. Szczególnie "Szczęście". Slama pokazuje na ekranie przeciętnych ludzi w zwyczajnym otoczeniu. Świat wykreowany przez niego nie jest piękny, przeciwnie, bywa po prostu brzydki: takie jest blokowisko, w którym mieszkają bohaterowie "Szczęścia", taka jest wieś z "Dzikich pszczół", a i ta z "Mojego nauczyciela" do najpiękniejszych nie należy. Zniszczone, ciasne, zagracone wnętrza dopełniają tego obrazu. Swoim bohaterom każe się zmagać z dokuczliwą codziennością, często stawia ich w sytuacjach trudnych, zmusza do dokonywania ważnych, ale niełatwych wyborów, wielu z nich to życiowi nieudacznicy, którzy na własne życzenie pakują się w kłopoty. Podobnie jest w najnowszym filmie Slamy "Cztery słońca". Przeciętna, patchworkowa rodzina i zwyczajne życie, a właściwie, jak to u tego reżysera, udręka codzienności. I wnikliwe portrety bohaterów. Nie ma tu ludzi szlachetnych, ani skończonych drani, jak w życiu: w każdym, nawet najbardziej irytującym, można znaleźć coś dobrego. Film Slamy nie jest komedią, jednak oglądając go, kilkakrotnie uśmiechnęłam się. Niestety jest to śmiech z ludzkiej głupoty. Chociaż "Cztery słońca" nie dotknęły mnie aż tak bardzo jak "Szczęście" i "Mój nauczyciel", to nadal Bohdan Slama pozostaje jednym z moich ulubionych reżyserów, a film polecam bez względu na recenzje, które chyba nie są najlepsze. A kto już w kinie był, może przeczytać ciąg dalszy.
czwartek, 03 stycznia 2013
Lizzie Doron "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?"

Gdyby nie przypadek, w ogóle nie wiedziałabym, że kolejna książka izraelskiej pisarki Lizzie Doron została w Polsce wydana. Po prostu wyskoczyła mi nagle jak królik z kapelusza, kiedy przeglądałam stronę jakiejś księgarni internetowej. Ot tak, jako podpowiedź. A że jej poprzednia powieść "Spokojne dni", o której też zresztą dowiedziałam się trochę przez przypadek (wpadł mi w ręce wywiad z autorką), to moje odkrycie literackie (pisałam), wobec tego jasne było, że "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?" (MUZA 2012; przełożyła Magdalena Sommer) muszę mieć natychmiast. Kupiłam, chwilę poleżała na półce w oczekiwaniu, aż skończę pewną historyczną cegłę, no i właśnie dziś, korzystając z wolnego dnia połknęłam ją jednym tchem. A jest to książeczka nieduża, taka, którą można przeczytać w ciągu kilku godzin. I chyba tak lepiej zrobić, niż czytać po kawałku.

Lizzie Doron należy do tych pisarzy, którzy stali się moimi literackimi idolami. Amos Oz, Pamuk, Josef Skvorecky, Eginald Schlattner, Miljenko Jergović, Wasilij Grossman, Siegfrid Lenz, Philip Roth,  ostatnio Oksana Zabużko. Chciałabym przekonać wszystkich czytających, aby ich dla siebie odkryli! Szczególnie tych mniej znanych. O Pamuku słyszeli wszyscy, o Ozie czy Rocie pewnie wielu, ale ilu zetknęło się z Lenzem czy Schlattnerem albo z Lizzie Doron? Dlatego dzielę się swoim zachwytem! Krzyczę: czytajcie ich książki, dla mnie były one czymś więcej niż tylko powieściami! To olśnienia, odkrywanie nowych światów, nowych obszarów literatury! Te lektury działały na mnie z niezwykłą siłą! Często wzruszające, zawsze poruszające! Takie, które wpisuje się na listy różnych naj. Czekam na kolejne nieprzetłumaczone jeszcze u nas powieści Jergovicia, uzupełniam lekturę Rotha, liczę na to, że Amos Oz czy Oksana Zabużko będą pisać nadal, żałuję, że niczego nie napiszą już Grossman i Skvorecky. A Schlattner i Lenz? Są już przecież bardzo wiekowi. 

Pośród tych wielkości książeczki Lizzie Doron mogą wydawać się najskromniejsze. Niewielkie, cieniutkie. Ale siła literatury nie zawsze tkwi w powieściach ogromnych rozmiarów. I piszę te słowa ja, miłośniczka cegieł. Tym większy to z mojej strony komplement. "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?" to pierwsza powieść izraelskiej autorki. Właściwie bardziej zbiór króciutkich opowiadań, których bohaterkami są mieszkająca w Izraelu Helena, polska Żydówka, która jako jedyna z rodziny ocalała z Holokaustu, i jej córka Elizabet, urodzona już po wojnie w nowej ojczyźnie, przedstawicielka drugiego pokolenia po Holokauście. Jak pisze autorka we wstępie: 

"Oto kilka opowieści z ich życia z lat 1960-1990. Kronika dawno zapomnianych wypadków."

Narratorką jest córka, która wspomina nieżyjącą już matkę, starając się zrozumieć, gdzie miała swoje źródło jej odmienność, dziwaczność. Kiedy była dzieckiem, często wstydziła się matki, stawała się ofiarą jej dziwactw, strachów, fobii i uprzedzeń. Mimo że książeczka jest, jak pisałam, niewielka, autorka portretuje swoją bohaterkę niezwykle wnikliwie. To samotna kobieta wciąż opłakująca bliskich zmarłych. Długo wierzyła, że uda jej się odnaleźć kogoś, kto ocalał. Daremnie. Dźwiga balast obozowych przeżyć, być może życia w ukryciu. Żyje wspomnieniami wśród takich jak ona ocalałych uciekinierów z Europy. Ale jest  największym odmieńcem, szaloną dziwaczką żyjącą na pograniczu świata realnego i swoich imaginacji. Nieszczęśliwa i samotna, tęskni za śniegiem, zielenią polskich pól, za światem, który już nie jest jej. Przeżarta nienawiścią do wszystkiego, co niemieckie, dźwiga kompleks narodu, który dał się biernie poprowadzić na rzeź. Teraz za wszelką cenę chce udowodnić, że może być inaczej, że Żydzi potrafią się bronić i walczyć. W jej szalonym świecie jest córka, której chce zapewnić normalne życie, którą chce ocalić, gdyby wszystko miało się powtórzyć. Robi to na swój dziwaczny sposób, często przysparzając Elizabet wstydu. Chcąc, żeby miała życie jak inne dzieci, wielokrotnie sprawia, że córka także czuje się jak odmieniec.

W książce Lizzie Doron dużo dzieje się pomiędzy słowami. Nie ma wywlekania uczuć, babrania się w traumach, nic tu nie jest nazywane wprost. Bardziej domyślamy się, niż wiemy. Nie ma opisów dramatycznych i tragicznych zdarzeń z czasów Holokaustu. Jest tylko zżarty przez robactwo stary, obozowy pasiak ukryty na dnie szafy w zamkniętej na cztery spusty skrzyneczce, której kłódka rozpada się ze starości w rękach córki, która po śmierci matki decyduje się przeszukać zamkniętą część starej szafy. Są tylko numery na rękach Heleny i jej przyjaciółek, którymi posługuje się Elizabet zamiast trudnymi do zapamiętania imionami. Jest w tych opowiadaniach wiele niezwykłych historii, bo niezwykła jest Helena. Często naprawdę śmiesznych, wywołujących nie tylko uśmiech, ale wręcz głośny chichot. Wiele tu ironii i absurdu. Takie skrzyżowanie Kereta z Hrabalem? Wiele mają te opowieści z baśni, niektóre są na baśń czy legendę stylizowane. Ten literacki zabieg przenosi wspomnienia o Holokauście i dawnym świecie w sferę baśniowego niebytu. Tak robi matka, aby ocalić swoją córkę. To wszystko sprawia, że czyta się tę książeczkę jednym tchem. Ale jest przecież tuż pod powierzchnią okrutna prawda. Ocalenie udaje się tylko częściowo, a może wcale. Córka pomimo nadzwyczajnych starań matki też jest ofiarą. Chcąc ją chronić i ratować, wystawia na pośmiewisko, obie stają się odmieńcami. Ale jest jeszcze coś gorszego: samotność. Żyją razem, ale każda samotnie. Nie ma między nimi bliskości, serdeczności, wylewności. Dopiero dorosła Elizabet  odkrywa, że jej matka była na swój sposób niezwykła. Dopiero wtedy czasem ze zdumieniem dowiaduje się, że jako dziecko mogła być z niej dumna.

Ta książeczka jest zapowiedzią tego, co w "Spokojnych dniach" wybrzmiewa bardzo mocno. Tu przeżycia wojenne, samotność, starość, cierpienie, strach i trauma zostają owinięte fantazją, absurdem, ironią. Tam stają się głównym tematem powieści, dojmującym, bolesnym. Kiedy skończyłam tamtą książkę, rozpłakałam się i nie były to łzy łatwego wzruszenia, raczej płacz spowodowany dotknięciem najgłębszych egzystencjalnych doznań. Namawiam do przeczytania obu. Najpierw "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?", potem "Spokojnych dni". Na zakończenie dodam, że Lizzie Doron posiada niezwykłą umiejętność: potrafi paroma pociągnięciami pióra, w kilku zdaniach nakreślić portret jakiejś epizodycznej postaci. W ten sposób tworzy galerię barwnych, niezwykłych bohaterów. To jeszcze jedna zaleta obu książek.