Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 27 lutego 2011
"Czarny czwartek" Antoniego Krauzego. Na szczęście nie historyczna czytanka.
Miłośnicy kina pewnie się już zorientowali, że warto iść na "Czarny czwartek", film o masakrze w Gdyni w grudniu 1970 roku. Promocja filmu jest dość głośna, Kazik śpiewający balladę o Janku Wiśniewskim nie schodzi z ekranów telewizora, a recenzje są dobre czy nawet bardzo dobre. Takim produkcjom zawsze towarzyszy obawa, że będą historycznymi czytankami albo nieznośnie patetycznymi agitkami patriotycznymi. Kiedy niedawno obejrzałam "Jak zostać królem", poczułam zazdrość, że Anglicy potrafią zrobić o swojej historii film przykuwający uwagę, na który walą tłumy. Czy tłumy będą walić na "Czarny czwartek", nie wiem, ale moim zdaniem ten film ma w sobie potencjał, aby widzów przyciągnąć. Jest naprawdę bardzo dobrze zrobiony, trzyma w napięciu, przeraża i po prostu wzrusza. Scenarzyści Mirosław Piepka i Michał Pruski, którzy w 1970 byli gdyńskimi licealistami, opowiadają historię zgodnie z regułą filmów katastroficznych: na ekranie śledzimy losy jednej rodziny. Podążając jej tropem, poznamy prawdę o tamtych zdarzeniach. Wiadomo, że taki zabieg wciąga widza: łatwiej się wzruszyć losem kogoś, kogo znamy i lubimy, niż losami anonimowego tłumu. Jeszcze lepiej działa ten mechanizm, kiedy bohaterowie są postaciami autentycznymi. Tak jest w tym wypadku. Ekranowa rodzina to Stefania i Brunon Drywowie, i ich trójka małych dzieci. Nazwisko Drywy z racji porządku alfabetycznego wyryto jako pierwsze na tablicy upamiętniającej ofiary tamtych wydarzeń i jako pierwsze wyczytywane jest na wszelkich uroczystościach. Miał trzydzieści cztery lata, był najstarszy spośród zabitych, najmłodszy to piętnastolatek. Historia rodziny przeplata się z dokładnie odtworzonymi scenami manifestacji, protestów, negocjacji, aresztowań i narad partyjnych funkcjonariuszy. Reżyser wykorzystał też sporo materiałów archiwalnych, również dźwiękowych. Świetnie oddane jest tło obyczajowe: młody widz sporo się dowie o realiach życia w PRL-u. Film jest naprawdę dla każdego: i dla tych, którzy tamte czasy pamiętają i coś na ten temat wiedzą, i dla tych, którym grudzień 1970 kojarzy się z jeszcze jedną nudną, historyczną datą. Jednym słowem "Czarny czwartek" to pozycja obowiązkowa. A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
czwartek, 24 lutego 2011
"Cevdet Bej i synowie" Pamuka. Nie tylko saga rodzinna.

Powrót do Pamuka. "Cevdet Bej i synowie" (Wydawnictwo Literackie 2010) leżał na półce kilka miesięcy i czekał na swoją kolej, a że w kwietniu wychodzi kolejna powieść jednego z moich ulubionych autorów (jak słyszałam jedna z lepszych), więc postanowiłam czym prędzej przeczytać zaległą. To jedna z pierwszych pozycji tureckiego pisarza, bodajże druga, ale, jak to często w Polsce się dzieje, wydana dopiero teraz (skąd się bierze taka dość częsta praktyka wydawnicza, nie rozumiem). Tej książce przyczepiono łatkę sagi rodzinnej, porównuje się ją do "Buddenbrooków" Manna, ale, jak to zwykle bywa z łatkami, jest w tym stwierdzeniu tylko ziarnko prawdy. Ta powieść jest nie tylko sagą. To historia trzech pokoleń kupieckiej rodziny ze Stambułu prowadzona od roku 1905 do 1970. Akcja w prologu sięga roku 1905, a więc schyłku imperium ottomańskiego, czasów ruchu młodotureckiego, początku przemian, które doprowadziły do powstania Turcji w jej dzisiejszym kształcie i republiki. Środkowa, zasadnicza część obejmuje lata 1936 - 1939, a epilog to kilka dni roku 1970, tuż przed wojskowym przewrotem, który pojawia się także na kartach "Muzeum niewinności" (pisałam tu o tej książce). Prolog i epilog to rzeczywiście początek i koniec opowieści rodzinnej, ale już część druga, najdłuższa i najważniejsza, jest czymś więcej. Oprócz członków rodu pojawiają się tu dwie bardzo istotne postacie: Omer i Muhittin, przyjaciele z czasów studenckich Refika, jednego z dwóch synów tytułowego Cevdeta Beja. I to losy tej trójki śledzimy przede wszystkim w części drugiej. Jeśli chodzi o Omera i Muhittina słowa losy użyłam nieco na wyrost, bo to zaledwie trzy lata z ich życia. W epilogu czytelnik zostanie tylko zwięźle i jakby mimochodem poinformowany, co się z nimi dzieje. Najważniejsza jest tu konfrontacja trzech życiowych postaw i zderzenie młodzieńczych marzeń z rzeczywistością.

Refik początkowo wydaje się najbardziej spokojny z całej trójki: wiedzie ustabilizowane życie u boku żony, pięknej Perihan. Ma zajęcie w firmie ojca, która przez lata ze zwykłego sklepu przerodziła się w prężne przedsiębiorstwo handlowe. Praca nie jest jego największą pasją, to starszy brat, Osman, gra pierwsze skrzypce w rodzinnym biznesie. Refik wydaje się być zadowolony z życia. Spędza czas z żoną, matką, ojcem, bratem i jego żoną w rodzinnej posiadłości kupionej w roku 1905 przez Cevdeta Beja. Nie przeszkadzają mu kpiny kolegów, którzy wybrali inną drogę życiową. Omer wraca po kilkuletnim pobycie w Londynie zachłyśnięty Europą i sam siebie nazywa zdobywcą i Rastignaciem (bohater jednej z powieści Balzaka). Chce dokonać czegoś wielkiego, ale najpierw musi dorobić się na budowie kolei gdzieś w głębi kraju. Rozpiera go energia, pragnie wiele, chociaż nie bardzo wie, co to ma być. Muhittin utrzymuje się z pracy inżyniera, ale jego powołaniem jest poezja (Turcja to, jak słyszałam, kraj poetów). Pisze wiersze i zmierza do wydania tomiku poetyckiego. Obiecał sobie, że jeśli do trzydziestki nie osiągnie uznania jako autor zbioru poezji, popełni samobójstwo. Po pracy prowadzi życie artysty, włócząc się po knajpach i starając się zrobić wrażenie na dwóch młodych żołnierzach, którym wyraźnie imponuje. Tworzenie w jego wydaniu przypomina raczej artystyczną szychtę niż akt artystycznej kreacji. Taki jest punkt wyjścia.

Te trzy lata z ich życia będą dla każdego z nich przełomowe, zdecydują o ich dalszej drodze życiowej. W każdym dokona się przemiana. Wszystkich  w pewnym momencie ogarnia niepokój, melancholia, niezadowolenie z życia. Chcą odmiany, ale nie bardzo wiedzą jakiej. To bohaterowie wewnętrznie, duchowo rozmemłani, w gruncie rzeczy niezdolni do działania. Nawet jeśli coś robią, to raczej wmawiają sobie, że robią to z przekonaniem, że to ma sens. Bardzo chcą w to wierzyć. Czytając, miałam wrażenie, że całymi miesiącami tkwią w zawieszeniu, pozorując zmierzanie do celu. Marzą o czymś wielkim, noszą  głowę w chmurach, ale niewiele z tego wynika. A Refik i Omer, próbując zrealizować swoje bliżej niesprecyzowane ambicje, zachowują się nieodpowiedzialnie. Zwodzą  najbliższych, wobec których podjęli zobowiązania, nie potrafiąc podjąć jednoznacznej decyzji. Gdyby ich działania rzeczywiście prowadziły do czegoś istotnego, można by bylo ich zrozumieć. Losy przyjaciół coraz bardziej się rozchodzą, coraz mniej się rozumieją, krytykując dokonywane przez kolegów wybory. Ich rzadkie spotkania przeradzają się w kłótnie. Dzieli ich też postawa polityczna. Muhittin staje się nacjonalistą, wyznawcą idei panturkizmu, zarzuca przyjaciołom bezideowość, zapatrzenie w Europę. Oni jego poglądy też mają w pogardzie, uważają go za przedstawiciela tureckiego ciemnogrodu. Coraz trudniej się im porozumieć.

Opisywane w powieści lata trzydzieste w Turcji to moment stagnacji. Zakończył się pierwszy etap reform ojca republiki Ataturka, czas na kolejne zmiany. Starsze pokolenie, które stało za przebudową kraju, ustabilizowało się. Zdobyli posady, urzędy, stanowiska, pieniądze i odpoczywają, a młodzi albo wybierają życie rodzinne połączone z budowaniem pozycji (brat Refika, Osman), albo chcieliby coś robić, ale nie bardzo wiedzą co. Starzy też im tego nie ułatwiają, raczej zbywają, zajęci dbaniem o własne interesy i stanowiska. Ruch panturkistów z kolei przeżarty jest wewnętrznymi sporami, intrygami.

W powieści odnajdziemy konfrontację dwóch postaw: życia dla idei i codziennego, żmudnego budowania, tworzenia: firmy, rodziny, domu. Gdy jedni porywają się mniej lub bardziej skutecznie na coś nowego i wielkiego, drudzy, usprawiedliwiając się okolicznościami życiowymi, mozolnie budują swą fortunę. I tylko czasem ich również dręczy jakiś niepokój i duchowy niedosyt. Trwają jednak przy swoim albo z poczucia odpowiedzialności, albo z tchórzostwa, bojąc się radykalnych posunięć. Właściwie, kiedy pisząc te słowa, zastanawiam się jeszcze nad powieścią, dochodzę do wniosku, że trudno polubić jej bohaterów. Albo są pracowitymi, nudnymi hipokrytami, albo pełnymi dobrych chęci nieudacznikami. Może największą sympatię budzi Cevdet Bej, protoplasta rodu. On przynajmniej stworzył rodzinną potęgę. A galeria bohaterów jest w tej książce ogromna i trzeba przyznać, że nie są to postacie papierowe. Na pierwszy plan wysuwają się mężczyźni, kobiety pozostają w tle, co zresztą częste u Pamuka. Trochę szkoda, że nie możemy lepiej poznać Ayse, siostry Refika i Osmana, i ich żon. Jedynie Nigan, ich matka, i Nazli, narzeczona Omera, wyróżniają się z kobiecego tła.

Co jeszcze? Znajdziemy tu też typowy dla Pamuka (nie tylko dla niego, podobnie jest w powieściach Safak) motyw: marzenie tureckiej burżuazji o Europie, pogardę dla tego, co rodzime, bo to prowinjonalne i zaściankowe. A gdzieś w tle pojawia się polityka: najpierw zamach na sułtana, ruch młodoturecki, potem śmierć ojca republiki Ataturka, perturbacje w Europie związane z rosnącą potęgą Rzeszy, wieści o wojnie, a wreszcie zagrożenie wojskowym przewrotem. Ale to wszystko jest tylko w tle, bohaterowie mają swoje problemy, wielka polityka ich nie dotyczy.

Książkę mimo rozmiarów (ponad siedemset stron) czytałam z zainteresowaniem, sprawnie i szybko, ale muszę powiedzieć, że nie jest to najlepsza powieść Pamuka. Ponad nią wyżej stawiam "Śnieg", od którego zaczęła się moja przygoda z tureckim pisarzem, "Dom ciszy", "Stambuł" i "Muzeum niewinności" (kolejność przypadkowa; nie znam jego powieści historycznych). Niemniej jednak miłośnikom pisarza nie wolno ominąć "Cevdeta Beja i synów".

I na koniec wrócę jeszcze do porównań z "Buddenbrookami" Manna. Turecka saga rodzinna, jeśli przyjąć, że jednak nią jest, nie umywa się do sagi niemieckiego pisarza. Tam obcujemy z literaturą wielką, wybitną, mimo upływu lat aktualną, tu tylko, czy aż, z bardzo dobrą.


sobota, 19 lutego 2011
"Kolejny rok" Mike'a Leigh.
"Kolejny rok" zrobił na mnie duże wrażenie. Relacje międzyludzkie, jakie pokazuje Mike Leigh, są bardzo prawdziwe. Słyszałam opinię, że to film dla samotnych. Moim zdaniem nie dla takich, którzy nie akceptują swojej samotności i dlatego są nieszczęśliwi. Oczywiście mogą go obejrzeć, ale pociechy nie znajdą, najwyżej potwierdzenie własnych doświadczeń. Powinni go za to zobaczyć ci wszyscy, którym dobrze w ich świecie. Przejrzą się w tym filmie jak w lustrze, a jeśli odnajdą się na ekranie, nie będzie im miło. Diagnoza, jaką stawia reżyser, nie jest przyjemna. A teraz do rzeczy. Jest to opowieść o Gerri, terapeutce, jej mężu Tomie, geologu, ich rodzinie i znajomych. Celowo używam tu tego słowa, choć w opisach filmu mowa o przyjaciołach. I wcale, jak mogłoby się wydawać, nie jest to obrazek pogodny, co również sugerują zwodnicze zapowiedzi. To nie znaczy, że nieprzyjemnie się go ogląda. Wręcz przeciwnie. Tom i Gerri mieszkają w miłym, zamożnym domu gdzieś na obrzeżach Londynu, są miłośnikami dobrej kuchni, ludźmi spokojnymi, kulturalnymi, mądrymi. Piękny obrazek i taki naprawdę jest, ale tkwi w nim pewna skaza i o tym, moim zdaniem, jest film. Jaka skaza, nie zdradzę, bo powiedziałabym za dużo. Tego, kto już widział, zapraszam dalej. Kto jeszcze w kinie nie był, a niestraszne mu gadanie na ekranie, zachęcam, aby "Kolejny rok" zobaczył koniecznie.
środa, 16 lutego 2011
Shahriar Mandanipour "Irańska historia miłosna" (W.A.B. 2010)

Kto po przeczytaniu tytułu i notki na okładce spodziewa się romansu, może poczuć się zawiedziony, bo historia miłosna nie jest tu najważniejsza. Ta powieść składa się z kilku warstw. Kluczem jest słowo ocenzurowano, które pojawia się w podtytule. Bo przede wszystkim to opowieść o zmaganiach irańskiego pisarza z cenzurą. Wystarczy zajrzeć do środka, aby znaleźć dwa rodzaje czcionki: czarną grubą i zwyczajną. Ta druga przeważa. Jeśli przyjrzymy się dokładniej, zauważymy, że to, co wydrukowane na czarno, gdzieniegdzie zostało skreślone. Ciemna czcionka to po prostu romans, jaki próbuje napisać irański pisarz. Taki miał kaprys: postanowił stworzyć coś wesołego, odmiennego od swojej dotychczasowej twórczości. Ale w warunkach irańskich, gdzie obowiązuje surowa cenzura polityczna i obyczajowa, napisanie sensownej, interesującej, prawdziwej historii miłosnej nie jest wcale takie proste. Pisarz musi zmagać się nie tylko z cenzorem z urzędu cenzorskiego, ale i z cenzorem własnym, prywatnym, który zadomowił się w jego głowie. Pisząc, próbuje przewidzieć, co nie spodoba się Porfiremu Pietrowiczowi, cenzorowi (zbieżność imienia i nazwiska z bohaterem "Zbrodni i kary" Dostojewskiego zamierzona). Jeśli zapędzi się za daleko, skreśla.

Czego autor nie może umieścić w swojej książce? Oczywiście niczego, co w jakikolwiek sposób dotyka polityki. Nie poznamy wobec tego prawdziwej historii Dary, który dwukrotnie siedział w więzieniu z przyczyn politycznych (chociaż powód jego aresztowania w czytelniku, który żyje sobie wygodnie w demokratycznym kraju, może budzić zdumienie). Nie poznamy też historii jego ojca, również więźnia politycznego. Ale czujne oko cenzora śledzi też bacznie całą warstwę obyczajową romansu. Nie ma mowy o pocałunkach, o trzymaniu się za ręce, o randkach, a o seksie lepiej w ogóle zapomnieć. Ale to nie wszystko: bohaterowie powieści nie mogą na przykład przeklinać, nawet w chwilach wielkiego wzburzenia. Dlatego posługują się językiem sztucznym, nieprawdziwym. Powieść, która musi się zmagać z takimi przeszkodami, będzie z konieczności atrapą romansu, a już na pewno będzie nią dla czytelnika spoza Iranu. Bo irański pisarz i irański czytelnik zawarli pakt. Ten pierwszy stosuje przemyślny system aluzji i symboli, które mają przekazać to, czego powiedzieć wprost nie można. Ten drugi znakomicie potrafi tę symbolikę odczytać, sprawnie porusza się między wierszami. Jeśli zakochani bohaterowie głaszczą rannego gołębia, który leży między nimi, czytelnicy z Europy pomyślą sobie najwyżej: "O, jacy wrażliwi. Jakże wzrusza ich los biednego ptaszka." Tymczasem dla Irańczyków będzie to ekscytująca scena miłosna. Tylko tak pisarz może pokazać bliskość fizyczną, której pragną zakochani w sobie Sara i Dara. Skąd o tym wiem? Objaśnienia tego, jak poruszać się w skomplikowanej irańskiej rzeczywistości, znajdzie czytelnik w głównej, zasadniczej część powieści pisanej zwyczajną czcionką. Dlatego zmienia się też narrator z trzecioosobowego na pierwszoosobowego: pisarza, najprawdopodobniej alter ego autora, Shahriara Mandanipoura.

Narrator-pisarz prowadzi dialog z czytelnikiem, zachęca go do zadawania pytań, fraza: "Zapytajcie mnie dlaczego, a wtedy odpowiem tak: ..." powtarzana jest w tekście jak mantra. I autor bardzo chętnie odpowiada na te wyimaginowane pytania, objaśniając wszystkie zawiłości życia w swojej ukochanej ojczyźnie. Bo przede wszystkim jest to książka właśnie o Iranie. Ktoś, kto dotąd swą wiedzę o tym kraju opierał głównie na stereotypach, dowie się sporo. Ten, kto czytał na przykład "Czwarty pożar Teheranu" Marka Kęskawca (pisałam o tej znakomitej książce) lub oglądał irańskie filmy, albo po prostu interesuje się tą tematyką, utrwali sobie to, co już wie, ale na pewno dowie się też czegoś nowego. Mandanipour opowiada o Iranie współczesnym i o przeszłości tej bliższej, i tej najdalszej sięgającej na przykład czasów perskich. Sporo pisze o literaturze, szczególnie tej dawniejszej. Dzięki temu przestajemy się  dziwić, że irański czytelnik bez problemów porusza się pośród literackich symboli i aluzji, wszak literatura perska traktująca o miłości  symbolikę opanowała do perfekcji. Narrator-autor opowiada też o sobie: o początkach swojej literackiej kariery, o czasach studenckich, o relacjach z ojcem, o zmaganiach z urzędnikami i o życiu w Iranie.

Kolejna warstawa to opowieść o pisarskich mękach, o procesie twórczym nie tylko w kontekście zmagań z cenzorem Porfirym Pietrowiczem. Narrator zastanawia się, jak poprowadzić losy bohaterów, stale jest z siebie niezadowolony, dlatego zmienia swoją miłosną historię. Bardzo często poznajemy kilka wersji tego samego zdarzenia. Aż wreszcie bohaterowie wymykają mu się spod kontroli i próbują żyć swoim własnym życiem. Nic to zresztą nowego, pisarze często utrzymują, że następuje taki moment, w którym losy literackich postaci zaczynają się toczyć po swojemu. A ponieważ niemożliwe okazuje się napisanie irańskiego romansu  tak, aby nie narazić się cenzorowi, narrator rozwija swoją opowieść, nie bacząc na nakazy i zakazy. Ale wtedy czyha na jego bohaterów kolejna cenzura, już nie ta literacka, ale ich własna, obyczajowa. Życie zakochanych w Iranie, jeśli nie jest to znajomość aranżowana przez rodziców, to prawdziwe wyzwanie. Wszędzie narażeni są na spotkanie z bezwzględną policją obyczajową, co dla Dary obciążonego przeszłością polityczną może skończyć się tragicznie. Gdzie i jak się spotykać, jeśli nawet kafejka internetowa może stać się celem nalotu patrolu stróżów moralności a bezwzględny sąsiad-donosiciel bez przerwy spogląda zza firanki? Im lepiej poznajemy losy Sary i Dary, tym bardziej im kibicujemy i współczujemy. Czy mają szansę na wspólne życie? Okazuje się, że w ich sytuacji finansowej nie jest to takie proste. Nie wiemy też, czego bohaterowie tak naprawdę chcą. Oni sami mają z tym kłopot, stąd ciągłe kłótnie, nieporozumienia i powroty. Szczególnie Sara jest postacią skomplikowaną. Zostaje postawiona przed trudnym wyborem. Dojrzewa, staje się kobietą samoświadomą i niezależną. W pewnym momencie wykrzyczy: "Najpierw przemocą zdjęliście nam chusty z głów, aby potem przemocą znowu je nam nałożyć." (cytat z pamięci). Jak potoczą się losy bohaterów, tego oczywiście zdradzić nie mogę. Powiem tylko, że zakończenie  zaskakuje.

W książce sporo jest symboliki, nie zawsze łatwej do odczytania. Momentami powieść podąża w stronę irańskiego magicznego realizmu. Dużo tu też literackich gier, zabawy, dowcipu i ironicznego dystansu narratora-autora do siebie. Kto lubi powieści realistyczne, kto oczekuje prawdziwej historii miłosnej, takiej na serio, bez puszczania oka do czytelnika, ten może nie byc zadowolony. Komu niestraszny postmodernizm i literacka zabawa, kto ciekaw innych kultur i obyczajów, ten znajdzie tu sporo dla siebie. Mimo że wolę solidną prozę realistyczną, uważam, że warto sięgnąć po powieść irańskiego pisarza.

czwartek, 10 lutego 2011
"Pogorzelisko" - film, który też warto zobaczyć.
Dlaczego ludzie walą drzwiami i oknami na "Jak zostać królem", film świetnie zrobiony i zagrany, ale taki, o którym zapomina się następnego dnia, a omijają szerokim łukiem "Pogorzelisko", które trzyma w napięciu od początku do końca, a jednak jest czymś więcej niż tylko znakomitą rozrywką? Cóż, pytanie retoryczne, w grę wchodzi przecież marketingowa machina, magia Złotych Globów i Oskarów, pewnie też liczba kopii. A szkoda, bo film zrobiony jest tak, że może podobać się masowej widowni. Mamy tu zagadkę związaną z przeszłością rodziny, poszukiwanie i mozolne odkrywanie prawdy, podróż, wojnę i miłość. A okrucieństwo wojny jest w tym filmie pokazywane trochę teatralnie, co łagodzi odbiór. Teatralność i egzaltacja mnie trochę przeszkadzały, co nie zmienia faktu, że "Pogorzelisko" polecam. A teraz dla porządku krótka informacja o treści. Jest to historia kanadyjskiego rodzeństwa, bliźniąt Jeanne i Simona, którzy po śmierci matki, na prośbę wyrażoną w testamencie, udają się do jej ojczystego kraju gdzieś na Bliskim Wschodzie, aby odnaleźć swojego ojca i swojego brata. Dotąd byli przekonani, że ojciec nie żyje, a o istnieniu brata w ogóle nie wiedzieli. Ta podróż, skomplikowane poszukiwania, stopniowe odkrywanie przeszłości to treść tego filmu. Ale oczywiście nie tylko do epickiej opowieści sprowadza się "Pogorzelisko". O tym jednak w drugiej części, która jest raczej dla tego, kto film już widział.
piątek, 04 lutego 2011
Klaus Brinkbaumer "Afrykańska odyseja"

Można ich spotkać na ulicach włoskich, hiszpańskich, francuskich, a nawet portugalskich miast: Afrykanie handlujący biżuterią, podróbkami markowych torebek, okularami słonecznymi czy parasolami. Zwykle usmiechnięci, rozkładają na chodnikach swoje towary albo wędrują, nagabując turystów. Najczęściej opędzamy się od nich niecierpliwie, no bo po co nam kolejna para okularów? A nawet jeśli kupimy je od jednego z tych ulicznych handlarzy, to trudno oczekiwać, abyśmy natychmiast kupili następną. Kiedy zbliża się policja, szybko zwijają swój kramik i znikają. Czy zastanawiamy się, co robią w naszych miastach? Skąd się wzięli w Europie? Jaką drogę przebyli i dlaczego? Ja długo o tym nie myślałam. Kilka lat temu mignął mi  gdzieś w prasie jakiś reportaż na ten temat, ale wtedy nawet go nie przeczytałam. Potem, nie wiem jak i kiedy, zaczęły mi wpadać w ucho przypadkowe strzępy informacji. Głośno było na ten temat przy okazji reportażu Witolda Szabłowskiego "Czyściec Stambułu" opublikowanego w Dużym Formacie, za który jesienią autor otrzymał jakąś prestiżową europejską nagrodę. Aż wreszcie w zeszłym roku mówiło się o problemie afrykańskich uchodźców całkiem sporo przy okazji wydanej w Polsce książki niemieckiego reportera Klausa Brinkbaumera "Afrykańska odyseja" (Czarne 2009), która została nominowana do pierwszej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Wtedy jednak po nią nie sięgnęłam, dopiero niedawno wiedziona jakimś impulsem kupiłam i przeczytałam.

Nie jest to lektura przyjemna, mimo że połyka się ją jednym tchem. Czytelnik zostaje wytrącony ze swojego spokojnego świata, a jego dobre samopoczucie zburzone. Tyle że nie bardzo wiadomo, co dalej. Co można zrobić? Wpłacić pieniądze na konto jakiejś fundacji, która zajmuje się uchodźcami? Życzliwiej spojrzeć na ulicznych handlarzy z Afryki? Kupić od nich te cholerne okulary? Tylko tyle. Reszta nie zależy od nas, a od potężnych tego świata (czytaj: polityków), którzy na razie raczej robią wszystko, aby bronić się przed falą uchodźców. Wiadomo, każdy medal ma dwie strony, imigranci to też drobna przestępczość itd., itd. Tak tworzy się kwadratura koła, której nie sposób rozwiązać. Ale do rzeczy.

Klaus Brinkbaumer wraz z fotografem Markusem Matzelem i Afrykaninem Johnem Ampanem wędrują śladami afrykańskich uchodźców z państw Afryki Zachodniej: Ghany, Beninu, Nigerii, Senegalu czy Mauretanii. Oni są w komfortowej sytuacji: mają pieniądze, stać ich na transport, jedzenie, spanie. Tylko John musi uważać, mimo że ma europejski paszport. Czarny kolor skóry automatycznie naraża go na podejrzliwość nawet wśród swoich. To on poddawany jest skrupulatnym kontrolom na granicach, to on trafia do aresztu, skąd go trzeba wykupić, to on stanie się ofiarą napadu. Od jego towarzyszy chce się tylko pieniędzy, bo w Afryce każdy biały traktowany jest jak krezus, o czym pisał już Kapuściński w "Hebanie" (Brinkbaumer często powołuje się na polskiego reportera, który jest dla niego  autorytetem). Podróż tej trójki potrwa kilka tygodni, Afrykańczycy wędrują od kilku miesięcy do kilku lat. Częściej nie docierają do upragnionego celu (Europy), niż go osiągają. Dlaczego? Przyczyn jest wiele. Po drodze zwykle kończą się im pieniądze (na wyjazd składa się najczęściej cała rodzina, wierząc, że jeśli się uda, to wybraniec losu będzie żyłą złota i tak rzeczywiście się dzieje), więc próbują zarobić, aby udać się w dalszą drogę, a o zarobek wcale nie jest łatwo. Często padają ofiarami nieuczciwych pośredników specjalizujących się w transporcie uciekinierów (wokół nich stworzył się w Afryce cały przemysł). Wielu nie  przetrwa podróży na pace wypełnionej po brzegi zdezelowanej ciężarówki: kto siedzi z brzegu czy na końcu, może wypaść. Kiedy dotrą do Algierii, skąd już, jak się wydaje, tylko krok do osiągnięcia celu, narażeni są na deportację. Arabskie kraje Afryki Północnej, które z wyższością patrzą na resztę kontynentu, od jakiegoś czasu ochoczo współpracują z rządami państw europejskich w zwalczaniu nielegalnych imigrantów (robią to oczywiście za europejskie pieniądze). Wielu ginie w czasie przeprawy przez Cieśninę Gibraltarską. Europa jest tu na wyciągnięcie ręki, widać jej oświetlone brzegi, ale morze jest zdradliwe, łodzie zdezelowane i przeciążone. Wiadomości o takich tragediach czasem przebijają sie i u nas przez informacyjny szum. Wreszcie kiedy uda im się pokonać ostatnią przeszkodę, najczęściej zostają  złapani i deportowani do swoich krajów. Tyle że drogę powrotną odbędą w komfortowych warunkach samolotem. Mała to jednak pociecha. Wielu spróbuje jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze. Niektórzy utkną na lata gdzieś w pustynnym Nigrze, na pustyniach Algierii czy w zaułkach Tangeru. Będą wegetować, żyć prawie powietrzem, jak szczury uciekać do swoich nor. W jednej parze dżinsów, kilku podkoszulkach, zniszczonych butach. Gnieżdżą się po kilkunastu w zatęchłych norach albo w pustynnych obozach. Najczęściej milczą, niewiele się ruszają, żeby oszczędzić siły, są apatyczni. Ich jedyną rozrywkę stanowi płyta odsłuchiwana w diskmenie, ale i to do czasu, kiedy nie padnie łupem złodzieja. Albo mecz oglądany w jakiejś spelunie Tangeru. Żeby go obejrzeć, muszą coś kupić, więc w kilku składają się na butelkę coli czy piwa, które potem sączą po łyku w nieskonczoność. Wystarczy? A to przecież nie wszystko. To zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Dlaczego ryzykują i wybierają się w tę beznadziejną podróż  donikąd? Wiadomo, z biedy, z braku perspektyw, z chęci zapewnienia lepszego życia rodzinie, zwłaszcza dzieciom, ale też często z naiwności. Ci, którym się udało, ślą  bliskim pieniądze, ale najczęściej w zbyt optymistycznych barwach rysują swoją sytuację. Nie mówią o tym, jaką poniewierkę przeszli, czym naprawdę się zajmują, w jakich warunkach żyją, często przebywając w Europie nielegalnie. Mechanizm, który doskonale znamy też z naszego podwórka. Brinkbaumer w swojej książce kreśli historię i współczesną sytuację państw, z których pochodzą uchodźcy i przez które wiedzie ich trasa. Są to często kraje, które zmarnowały swoją szansę (ropa, bogactwa naturalne) przez nieudolne, despotyczne rządy, wszechobecną korupcję, nepotyzm. Bieda, bezrobocie, przestępczość, niesprzyjające warunki naturalne, zmiany klimatyczne (brak opadów powoduje pustynnienie coraz większych obszarów). Opisy pogrążonych w chaosie i beznadziei miast takich jak Lagos, Benin City czy Agadez budzą strach i litość dla tych, którzy muszą z wyroku losu w nich mieszkać. Paradoks polega na tym, że uchodźcy to zwykle najlepsze jednostki: wykształceni, mobilni, zaradni. Jak Afryka ma się bez nich rozwijać? Ale jakie perspektywy Afryka daje swoim inżynierom, lekarzom, nauczycielom, prawnikom? Koło się zamyka.

Na książkę niemieckiego reportera składają się też  wypowiedzi uchodźców spotykanych w drodze albo w Europie. Poznajemy ich losy, często tragiczne. Tylko nielicznym się udało. Dzięki temu uciekinierzy nie stanowią anonimowej masy, ale mają konkretne imiona i nazwiska, twarze, za którymi stoją ich historie. Jest to jednak przede wszystkim niezwykła, wręcz filmowa, opowieść o Johnie Ampanie, któremu podróż do ziemi obiecanej zajęła cztery lata. Jemu się właściwie udało. Po czternastu latach razem z reporterami wraca na chwilę do swojego miasta, do swojej rodziny, której już właściwie nie zna. To też cena, jaką płacą uchodźcy i ich najbliżsi za podjętą decyzję. Ci, którym się powiodło, najczęściej zakładają drugą rodzinę w Europie, co nie stanowi zresztą jakiejś specjalnej tajemnicy, ale pierwszą, tę afrykańską, cały czas wspierają finansowo. Książka jest też opowieścią o Afryce i jej mieszkańcach, jest swoistym przewodnikiem Johna Ampana, który co jakiś czas udziela reporterowi i czytelnikom zwięzłej lecji pod tytułem "Afrykański dla początkujących". Objaśnia w nim meandry mentalności Afrykanów, tłumaczy ich kulturową odmienność od Europejczyków, często jest wobec swoich ziomków krytyczny.

Brinkbaumer opisując problem, stara się wyważyć racje. Z jednej strony ustami jednego z uchodźców oskarża Europejczyków, pisząc:

" Nasz problem jest waszym problemem i problemem wszystkich, jest problemem ludzkości. Ale wy Europejczycy chcecie cieszyć się waszym pięknym światem i o nic się nie troszczyć. Tylko że tak się już nie da (...). Świat stracił równowagę, a wy Europejczycy chcecie zyskać na czasie, zachować jak najdłużej wasze życie w obecnej postaci."

Z drugiej strony powołuje się na opinię ekonomistki Axelle Kabou, która twierdzi:

" że Afryka jest w znacznie większym stopniu sama odpowiedzialna za swoją sytuację , niż to Afrykanom w smak. Od zawsze wierzą oni mianowicie, że reszta świata winna im jest ratunek, wchodzą w rolę ofiary i żebraka (...)."

"Afrykańska odyseja" wpędziła mnie w czarny nastrój, poczucie beznadziei i niesprawiedliwości świata. Wystarczy, że całkowicie bez swojej winy urodzisz się w niewłaściwym miejscu lub w niewłaściwym czasie, albo jedno i drugie, i twój los jest przesądzony. Jesteś skazany na beznadziejną egzystencję. Wnioski nasunęły się same, ale to zbyt osobiste, żeby tu o tym pisać. I dopiero film "Ludzie Boga", o którym pisałam ostatnio, przywrócił mi utraconą egzystencjalną równowagę. Mimo wszystko cały czas tkwi we mnie poczucie dyskomfortu i niemożności, bo zrobić można naprawdę niewiele.

Kto nie boi się czytelniczych wyzwań, kto przynajmniej chce wiedzieć, co dzieje się za naszą miedzą, ten musi tę książkę przeczytać, mimo że nie jest miła i przyjemna. 


środa, 02 lutego 2011
"Ludzie Boga". Film krzepiący mimo wszystko.
Gdyby nie mój ulubiony Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura, najprawdopodobniej przeoczyłabym ten film w nawale innych. Tytuł i plakat (kilku zakonników zgromadzonych wokół stołu) nie przyciągnęły mojej uwagi i myślę, że to może dotyczyć wielu widzów. A szkoda, bo "Ludzi Boga" koniecznie trzeba zobaczyć! Dawno żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ten. Dawno tak bardzo się nie wzruszyłam, nie oglądałam filmu w takim napięciu i z taką uwagą, aby nie uronić żadnego słowa, bo chociaż słów nie pada tu przesadnie wiele, są bardzo ważne. Dawno już tak nie współodczuwałam z ekranowymi bohaterami. Mogłabym jeszcze długo wyrzucać z siebie ochy i achy, ale po szczegóły, jak zwykle, odsyłam do drugiej części, raczej tych, którzy już film widzieli. Piszę tak emocjonalnie, bo w powodzi wielu interesujących tytułów ten może umknąć. A naprawdę nie powinien! Teraz krótko kilka informacji o treści. Film opowiada o autentycznych zdarzeniach z 1996 roku, które wstrząsnęły Francją (pewnie również dlatego obejrzało go tam ponad trzy miliony widzów). Jest to historia kilku francuskich zakonników z klasztoru w górach Atlas w Algierii, którzy żyją wśród miejscowej, muzułmańskiej społeczności w idealnej symbiozie, lecząc, pomagając, służąc radą. Kiedy w kraju rozpętuje się wojna domowa wzniecona przez islamskich fundamentalistów, wydaje się oczywiste, że powinni dla własnego bezpieczeństwa wyjechać. Historia jest prawdziwa, co się stało, być może niektórzy wiedzą, jeśli nie, wystarczy sprawdzić w internecie. Film nie ma w sobie nic z plakatu, z religijnej agitki, nie był też sponsorowany, jak mawia pewien mój znajomy, przez producentów chusteczek do nosa. To bardzo mądry obraz pokazujący, jak słabość i wielkość mieszają się w człowieku. To próba odpowiedzi na pytanie, jak radzić sobie ze światem, który jest raczej zły niż dobry. Dostałam tu to, czego nie dał mi "Hadewijch". I mimo przygnębiającego tematu ten film ukoił mój egzystencjalny pesymizm. Może tylko na chwilę, ale dobre i to. Koniecznie trzeba obejrzeć, a kto w kinie już był, może czytać dalej.