Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 28 lutego 2013
"Rust and bone" Jacquesa Audiarda
Temat "Rust and bone" może odstraszać. Młoda kobieta, która w wypadku zostaje kaleką, mężczyzna, który pomaga jej dźwignąć się po tej tragedii, a na dokładkę dziecko. Zapowiada się klasyczny wyciskacz łez albo powiastka z morałem, ewentualnie coś w stylu "Nietykalnych" (nie powinnam się wyzłośliwiać, bo nie widziałam, a nie widziałam, bo podejrzewałam, na co się zanosi). Jednym słowem filmowy okład na duszę: przeszkody da się pokonać, chcieć to móc, a jako zwieńczenie słodki happyend. Ale komu nazwisko reżysera nie jest obce, ten domyśli się, że nie będzie tak prosto. Jacques Audiard nakręcił "W rytmie serca" z moim ulubionym Romainem Durisem, ale przede wszystkim rewelacyjnego "Proroka". Czy ktoś taki może zrobić ckliwe filmidło? Nie! Dlatego zupełnie nie interesowało mnie, co mają do powiedzenia na temat "Rust and bone" krytycy, tylko czym prędzej pomknęłam do kina. Miałam rację. To film psychologiczny, w którym wbrew pozorom nie tylko o okaleczoną dziewczynę chodzi. Równie ważny jak Stephanie jest Ali. Powiedziałabym nawet, że to jego historia wysuwa się na pierwszy plan. Obserwujemy jego emocje, jego niełatwe relacje z ludźmi, szczególnie z siostrą i synem. Więcej nie chcę zdradzać. Film niesie tych dwoje bohaterów, także dzięki świetnym aktorom: Marion Cotillard i Mathiasowi Schoenaertsowi. Oboje przykuwają uwagę. To naprawdę bardzo dobre kino, które świetnie się ogląda. Połączenie (trochę) komercji z mądrością. Namawiam, warto zobaczyć. Dwie godziny miną jak z bicza strzelił. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
czwartek, 21 lutego 2013
Grażyna Jagielska "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym."

Być może nigdy nie sięgnęłabym po książkę Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia" (Znak 2013), gdyby nie  zachwyty wszystkich uczestników mojego ulubionego programu Tygodnik Kulturalny w TVP Kultura. Przyznaję, temat mnie bardzo interesuje, zawód reportera zawsze wydawał mi się fascynujący, a już zawód korespondenta wojennego szczególnie, ba, jawił mi się nie tylko jako zajęcie niezwykle barwne, ale i romantyczne. Wiem, wiem, to nieprawda. Dawno wyrosłam z pensjonarskiej naiwności, trochę o tym czytałam i słyszałam, zdaję sobie doskonale sprawę z ciemnej strony tej profesji. Nadal jednak temat mnie intryguje. Mimo tego, gdyby nie rozmowa w Tygodniku, książkę Jagielskiej zakwalifikowałabym pewnie zaocznie jako coś w rodzaju babskiego czytadła i obeszła szerokim łukiem. No i ten gwar medialny! Rozmowy nie tylko w poważnych programach czy mediach, ale i w telewizjach śniadaniowych. Rozumiem: promocja, ale wszystko ma swoje granice. Teraz, kiedy właśnie przed chwilą skończyłam "Miłość z kamienia", wiem, jak krzywdzące dla autorki były moje zaoczne sądy. Bo książka Jagielskiej nie jest jakimś ckliwym, babskim czytadłem, jest niezwykle interesującą, smutną i niewygodną opowieścią o cenie, jaką płaci dwoje bliskich sobie, kochających się ludzi za to, że jedno z nich bez przerwy jeździ na wojny (w ciągu dwudziestu lat pięćdziesiąt trzy). Chciałam napisać o cenie, jaką płaci rodzina, ale to nieprawda, bo autorka nie wspomina, czy i jaki wpływ na dzieci miał zawód ich ojca i choroba ich matki.

Zanim jednak przejdę do sedna, do tego, co mnie poruszyło, muszę wspomnieć o tym, co mi przeszkadzało i przeszkadza nadal. Jagielska nie ukrywa, że to książka bardzo osobista, intymna, o niej, Grażynie Jagielskiej, i o jej mężu, Wojciechu Jagielskim, znanym reporterze Gazety Wyborczej, autorze licznych książek, zdobywcy wielu nagród. Autorka nie ubrała swoich doświadczeń w maskującą formę powieści, ale mimo starannej literackiej obróbki (język, styl), która daje jej wspomnieniom pewien dystans, napisała wprost. O sobie, swoich cierpieniach, swojej chorobie, o swoim mężu i jego wyjazdach, stopniowym oddalaniu się od siebie, rozchodzeniu się wspólnych zainteresowań i planów, o rozpadzie ich związku, nieudanej próbie rozwodu i, napiszę to bez ogródek, chociaż zabrzmi brutalnie, o egoizmie swojego męża pochłoniętego PASJĄ. I nawet jeśli spotkany w ośrodku Lucjan, który dwa razy zabił męża swojej córki Mariolki, towarzysz jej rozmów jest postacią wymyśloną na użytek tej książki, to i tak nic nie zmieni faktu, że istota rzeczy jest prawdziwa. Oto mamy przed sobą życie dwojga znanych z imienia i nazwiska ludzi i możemy się na nie bezwstydnie gapić, uczestniczyć w nim. To nawet nie jest podglądactwo czy tabloidowe wścibstwo. Autorka swoim gestem dała czytelnikom prawo do oceny. To dlatego mogę napisać, że jej mąż, człowiek niezwykle sympatyczny, skromny, zwyczajny, niezrównany gawędziarz (byłam jesienią na spotkaniu z nim, takie zrobił na mnie wrażenie) jest, jak wielu innych mężów, egoistą. A jednak ta sytuacja mnie uwiera, nie czuję się z tym dobrze. Niby mam prawo do oceny, ale mimo to zastanawiam się, czy powinnam. Czy wiem wszystko? Dręczy mnie pytanie: dlaczego Jagielska i jej mąż (po ukazaniu się książki udzielają wywiadów wspólnie, reporter nie ucieka od odpowiedzialności, co bardzo cenię) zdecydowali się aż na taką szczerość? Niby trochę mówią o tym w wywiadach, ale przyznam, że nie rozumiem. A ponieważ mam z uczestnictwem w ich życiu problem, sama w dalszej części tej notki ustawię ich w roli bohaterów literackich. Dla mnie będą Żoną Reportera i Reporterem.

Książka Jagielskiej jest opowieścią o związku. O tym, jaką cenę za bycie z kimś płaci kobieta i o tym, że ceny nie płaci mężczyzna, a jeśli już to znacznie mniejszą. Dlatego stawiam ją obok powieści Doris Lessing: "Złotego notesu", a szczególnie "Lata przed zmierzchem" (o obu pisałam). Pewnie można do tego zestawu dodać jeszcze "Marzenia i tajemnice" Danuty Wałęsy, ale tego nie  zrobię, bo nie czytałam. To Żona Reportera ponosi konsekwencje pasji swojego męża. Żyje jego życiem, usuwając gdzieś w cień swoje marzenia, które kiedyś były ich wspólnymi. To ona bierze na siebie ciężar codzienności (o tym pisze autorka niewiele, nie to ją zajmuje), to ona przejmuje jego stres, to w nią zapadają jego opowieści o ludziach, których spotkał na wojnach. On o nich nie pamięta, bo w ciągu tych dwudziestu lat przeżył tysiące poruszających spotkań, z nią zamieszkali Meraba Kakubawe, zastrzelony Gruzin, którego głowa potoczyła się chodnikiem, i Taja, Czeczenka regularnie raz w miesiącu gwałcona przez rosyjskich żołnierzy. To Żona Reportera czeka na telefon, który zawiadomi ją o jego śmierci. Wyobraża sobie, kto i jak jej o tym powie. A wszystko po to, aby się na tę śmierć przygotować. To ona, kiedy Reporter jest na kolejnej wojnie w poszukiwaniu kolejnego Wydarzenia, próbuje okiełznać czas, podzielić go na mniejsze odcinki, aby jakoś przetrwać. To ona spędza ten okres w dresie, siedząc na podłodze w łazience albo w kuchni, gdzieś między zlewem a kuchenką. I czeka, czeka na dzwonek telefonu. To czekanie wyrzuca ją poza nawias życia, czuje się wyobcowana, nie potrafi spotykać się z przyjaciółkami i toczyć beztroskich rozmów. Choćby chciały, nie zrozumieją jej strachu, a więc  o czym niby miałaby z nimi rozmawiać? I tak to trwa latami, aż zaprowadzi Żonę Reportera do kliniki leczenia stresu bojowego, chociaż to nie ona, ale on, sławny Reporter, jeździł na te wojny. Ale sytuacja nie jest taka prosta. Otóż  sama pozbawiła się prawa do żądań. Nie może mu tego zabronić, ponieważ kiedy próbowała ratować ich związek, nieopatrzenie pojechała z nim na trzy wojny, wcielając się w rolę fotografa, który zawsze mu towarzyszył. Oprócz potwornego strachu przywiozła z nich zrozumienie dla jego pasji. Dotknęła jej, posmakowała, poczuła to oszałamiające doznanie pełni życia, co zgubiło ją ostatecznie. A poza tym  przecież jego sukcesy, sława, uznanie napawały ją dumą. To były i jej sukcesy, bo żyła jego życiem. O swoim zapomniała. A on, Reporter? Dla niego najważniejsza jest PASJA. Od żony oczekuje zrozumienia, wsparcia, bo to daje mu pewność, że wszystko będzie dobrze, że po raz kolejny się uda. Jest dla niego oczywiste, że ona będzie  czekała, aż wróci, bo przecież musi mieć do czego wracać. Nie zauważa, co się z nią dzieje. Tak bardzo żyje innymi sprawami, że zupełnie nie trafił do jego świadomości fakt, iż kiedyś mieli pieniądze, które dawały komfort nieporównywania w sklepie cen kawy, tylko wybrania z półki tej ulubionej, a dziś muszą zadowolić się tańszą, bo gdzieś między wojnami przyszedł krach na giełdzie. Zresztą, kiedy i na co miałby wydawać te pieniądze? "Rozumiesz, jakie to dla mnie ważne, prawda?", "niesamowita historia", "takiego tematu chyba jeszcze nie miałem" rzuca Reporter do żony w przelocie między kolejnymi wojnami, oczekując, że ona podzieli jego entuzjazm.

Jagielska w swojej książce stawia pytania o związek dwojga ludzi. Czy kobieta musi wyrzec się siebie? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie potrafi walczyć o swoje, odejść, skoro związek ją, dosłownie, zabija? Ile można poświęcić dla miłości? I dlaczego to my, kobiety, częściej rezygnujemy z siebie, nie oczekując tego samego od mężczyzny? Dlaczego na ogół to oni realizują swoją pasję, a my swoją dla nich poświęcamy? Dlaczego niemożliwy jest kompromis? Gdzie są granice miłości? Czy człowiek tak bardzo pochłonięty pracą może być w związku? Jemu tak jest wygodniej, ale czy ma prawo narażać ją? No ale co zrobić, kiedy pasja pojawi się w trakcie? Kiedy nasze, niegdyś wspólne, oczekiwania i plany się rozejdą? Jeśli napisałabym, że Żona Reportera powinna żądać od męża, aby porzucił swa pasję, albo odejść, to przecież strasznie uprościłabym problem. Przyznaję jednak, że jest we mnie gniew. Mam ochotę krzyczeć: kobieto, dlaczego pozwoliłaś zamienić swoje życie w piekło? Ale mimo tych gorzkich słów, które tu padły, muszę wszakże przyznać, że to książka o triumfie miłości. Kończy się happyendem. Nic nie poradzę jednak na to, że gdzieś spod tego szczęśliwego zakończenia przebija smutek.

Druga niezwykle ważna i interesująca warstwa książki Jagielskiej to opowieść o korespondencie wojennym. O tym, jak ta praca wciąga, staje się ważniejsza od czegokolwiek innego. O tym, że jest pogonią za skarbem, którym może być wywiad z ukrywającym się dowódcą rebelii albo zdobycie materiału, którego nie mają inni, albo opisanie konfliktu. I o rywalizacji z innymi korespondentami: kto pierwszy, kto zdobędzie lepszy kąsek. O niebezpieczeństwach i takiej adrenalinie, że nie zauważa się kuli, która przestrzeliła plecak. Również o tym, że nie można przestać, bo przeżywanie PEŁNI tak wciąga. Wreszcie próbuje Jagielska rozstrzygnąć ważny etyczny dylemat: czy godzi się żyć z wojny? Czy można czerpać sławę z opowieści o cudzym nieszczęściu i czy można dla tej dziennikarskiej sławy ryzykować swoje życie i szczęście najbliższych osób? Mnie kołacze się po głowie myśl, że ktoś jednak musi nam opowiadać o świecie, o tych wszystkich konfliktach i ciągnących się za nimi ludzkich dramatach. Po co? Przecież powinniśmy przynajmniej wiedzieć, mieć świadomość, która obezwładnia, bo nic się nie da zrobić, nie da się pomóc, co najwyżej można wpłacić jakąś drobna kwotę na pomoc dla ludzi wygnanych z domów, żyjących w obozach dla uchodźców. Może w ten sposób docenimy to, co mamy? Bo szczęśliwi być nie możemy, mając świadomość, że wokół tyle dramatów.


wtorek, 19 lutego 2013
Filmowe remanenty: "Wesele w Sorrento" i "Pan Lazhar".

Ostatni okres obfitował; w kinowe premiery, dla których warto było poświęcić czas. O dwóch najważniejszych, "Drogówce" i "Nieulotnych", pisałam, dziś krótko o innych.

"Wesele w Sorrento" kusi tytułem. Swoje dokłada plakat sugerujący, że zobaczymy komedię romantyczną. Trzeba jednak wiedzieć, że to film duńskiej reżyserki z kręgu Dogmy, Susanne Bier. Widziałam chyba wszystkie jej filmy pokazywane w Polsce: "Otwarte serca", "Bracia", "Tuż po weselu", "W lepszym świecie". To kino świetne, ale ciężkie, wstrząsające (szczególnie  "Bracia" i "W lepszym świecie"). Wiwisekcja rodziny, odkrywanie tego, co ukryte to częsty motyw duńskiej kinematografii. Początkowo chciałam na "Wesele w Sorrento" iść w ciemno, chociaż zdziwił mnie tytuł i ten plakat zupełnie nie w stylu Bier. Kiedy recenzje okazały się raczej takie sobie, zrezygnowałam. Przecież było co oglądać. Potem jednak postanowiłam sprawić sobie przyjemność. I rzeczywiście sprawiłam, bo to kino przyjemne. W ramy romantycznej komedii reżyserka wstawiła swoją ulubioną rodzinną psychodramę. Konwencja jednak zobowiązuje, więc chociaż problemy poważne pazur nieco stępiony, od czasu do czasu można się nawet uśmiechnąć. A na deser piękna willa w pomarańczowym gaju w pięknym Sorrento (widoki naprawdę cudowne), śliczna jak anioł aktorka grająca córkę głównej bohaterki, no i przystojny Pierce Brosnan. Wystarczy, aby spędzić mile czas. Nie jest to arcydzieło, ale film miły. Być może jednak widzowie zachwyceni poprzednimi filmami Susanne Bier poczują się rozczarowani, podobnie jak wielbiciele beztroskich komedii romantycznych.

Czymś zupełnie innym jest kanadyjski "Pan Lazhar" nominowany w zeszłym roku do Oskara w kategorii filmów zagranicznych (konkurent naszego "W ciemności"). Ten skromny film naprawdę warto zobaczyć. To historia tytułowego pana Lazhara (świetnie zagranego przez Mohameda Fellaga), algierskiego imigranta starającego się w Kanadzie o azyl polityczny, który rozpoczyna pracę nauczyciela w szkole podstawowej. Jego sytuacja nie jest prosta, bo musi zastąpić ulubioną przez dzieci nauczycielkę, która popełniła samobójstwo. Nie muszę dodawać, jakim szokiem i dramatem było to dla uczniów. Szkoła próbuje uporać się z traumą przeżywaną przez dzieci. Ten film to subtelne kino obserwacji, a nie akcji, kino niedopowiedzeń, gdzie nie wykłada się kawy na ławę. Po dramatycznym początku zdarzenia toczą się niespiesznie. Z ogromną przyjemnością i uwagą obserwowałam poczynania tytułowego bohatera. Pan Lazhar, skromny, cichy, zamknięty w sobie, kulturalny, ale smutny człowiek, nieco niedzisiejszy i na pewno niekanadyjski, jest pełen entuzjazmu dla tego, co robi. Mimo że i on dźwiga bagaż niewesołych doświadczeń, tchnie spokojem i pogodą ducha. Ma w sobie ten rodzaj mądrości życiowej, która cechuje ludzi doświadczonych przez los. W swoim działaniu kieruje się intuicją i zdrowym rozsądkiem. Nie rozumie zachodniego świata stworzonego przez biurokratów, gdzie obowiązują procedury, nakazy i zakazy, które mają służyć dobru dzieci, ale przez swoją sztywność niekoniecznie im służą. Wymyślający je urzędnicy zapomnieli, że szkoła to żywy organizm i dlatego czasem byłoby lepiej postąpić niestandardowo. Tytułowy bohater przykuwa uwagę. Mimo że zwyczajny, cichy i skromny jest człowiekiem nietuzinkowym. Ale z równą przyjemnością patrzyłam na dziecięcych bohaterów też świetnie granych i wnikliwie sportretowanych.

Czas na podsumowanie. Na najnowszy film Susanne Bier pójść można dla miłej, mądrej rozrywki, nie spodziewając się niczego wielkiego i ambitnego. "Pana Lazhara" prawdziwi miłośnicy kina zobaczyć powinni koniecznie. Nie przegapcie tego nienachalnego, skromnego jak jego bohater, ale mądrego filmu. I to tyle, tak na marginesie.

czwartek, 14 lutego 2013
"Nieulotne" Jacka Borcucha
Zanim przejdę do "Nieulotnych", wrócę jeszcze na moment do Smarzowskiego. W notce o "Drogówce" zastanawiałam się, jaki jest człowiek, który tak czarno widzi świat. Po opublikowaniu notatki, przeczytałam wywiad z reżyserem. Wszystko się wyjaśniło. Smarzowski kręci filmy o tym, co go przeraża (teraz zgłębia wydarzenia na Wołyniu w czasie drugiej wojny). Kiedy to przeczytałam, pomyślałam, że go nie tylko rozumiem, ale i zazdroszczę. Ja o tym, co mnie przeraża i porusza, a jest tego sporo, mogę jedynie próbować komuś opowiedzieć, jeśli ktoś zechce słuchać, on może to wykrzyczeć w swoim filmie. Tyle komentarza do poprzedniego wpisu, a teraz zgodnie z tytułem o "Nieulotnych". Przyznam, że czekałam na ten film, bo sporo się o nim mówiło przed premierą, a i zwiastuny były zachęcające. Lubię kino Borcucha na tyle, aby oglądać to, co kręci, ale bez przesady. Widziałam i "Tulipany", i "Wszystko, co kocham", tak, sprawiły mi przyjemność, ale nie oszalałam. A "Nieulotne"? Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ten film wzbudzi skrajne emocje: albo zaakceptujesz, albo cię zirytuje. Ja należę do tych pierwszych, mimo że chyba spodziewałam się czegoś innego, niż dostałam. Myślałam, że będzie to film o problemie, a tymczasem dominuje melancholijny, tajemniczy klimat. Ważniejsze są piękne zdjęcia Michała Englerta niż akcja i słowa. Wiele tu niedopowiedzeń, niejasnych sytuacji, co, jak twierdzi reżyser, było zamierzone. Piękna, wycyzelowana forma, która zdominowała treść, może zmęczyć. Zwykle i mnie to drażni, ale tym razem dałam się uwieść (no prawie) filmowemu nastrojowi. Im dłużej myślę o "Nieulotnych", tym bardziej mi się podobają. Pewnie spora w tym zasługa pary głównych bohaterów: Michała (Jakub Gierszał) i Kariny (Magdalena Berus), którzy przykuwająca uwagę swoją młodością. Ja film polecam, ale zrozumiem tych, którym się nie spodoba. A kto już widział, może czytać dalej.
czwartek, 07 lutego 2013
Wojciech Smarzowski "Drogówka"
W tym tygodniu nie byłam oryginalna i wybrałam się na "Drogówkę". Smarzowski to reżyser, obok którego trudno przejść obojętnie. Zbyt ważny w polskim kinie. Nie ma się co krygować, ja też należę do jego admiratorów. Napiszę bez zbędnych wstępów: film zobaczyć trzeba koniecznie, chociaż zgadzam się z tymi, którzy uważają, że "Drogówka" jest słabsza od "Wesela", "Domu złego" i przede wszystkim "Róży". Słabsza nie znaczy przecież w tym wypadku słaba. Świetne aktorstwo, świetne zdjęcia i montaż, dzięki którym film przypomina dokument, sensacyjna fabuła, szybkie tempo (miejscami aż za szybkie, bywa, że trudno ogarnąć szczegóły intrygi, co zresztą moim zdaniem nie jest najważniejsze) i przede wszystkim gorzki portret społeczeństwa. A co mnie nie przekonuje? Wątek korupcyjny, chociaż zdaję sobie sprawę, że jego słabość wynika z formuły kina sensacyjnego, na jaką tym razem zdecydował się reżyser. Tych wszystkich, którzy kina Smarzowskiego nie znają (są tacy?), muszę uprzedzić, że w opisie świata widzianego oczami reżysera dominują barwy czarne. Jego bohaterowie, nawet jeśli wykształceni i na stanowiskach, są prymitywni, chamscy i ulegają wielu rozmaitym słabościom (łagodnie powiedziane). Z ekranu wylewa się ocean wszelakiego brudu. I chociaż obrazki, które oglądamy, wyglądają znajomo, są naprawdę z życia wzięte, to jednak świat aż taki straszny nie jest. Wiem, wiem, że to artystyczna wizja, przerysowanie i kondensacja, ale kiedy w każdym filmie Smarzowskiego świat wygląda podobnie czarno i brudno (wyjątkiem jest "Róża" dzięki szlachetnym bohaterom), zastanawiam się, jaki mrok panuje w duszy reżysera. I piszę to raczej ze współczuciem, a nie po to, aby czynić z tego zarzut. Tyle we wstępie, a część druga jak zwykle dla tych, którzy już "Drogówkę" widzieli.