Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 26 lutego 2014
"Tajemnica Filomeny"
Komu podobał się "Piękny umysł", "Jak zostać królem" albo coś w podobnym stylu, ten pewnie zaakceptuje "Tajemnicę Filomeny" Stephena Frearsa. Kino gładkie, eleganckie, krzepiące, bardzo dobre w oglądaniu, a i łzę uronić można. Reżyser znany, w roli głównej znakomita aktorka, Judy Dench. Jednym słowem rozrywka idealna. Ja jednak wyszłam rozczarowana. Naiwnie spodziewałam się czegoś innego. Może dlatego, że zmylił mnie wiele obiecujący lid do recenzji Tadeusza Sobolewskiego. Sugerował, że to kino poważne ("... dla wszystkich, których dotyka dzisiejszy kryzys religii"). Sobolewski nie pisze o pierwszym lepszym filmie, wybiera tylko te ważne, zwykle ufam jego gustom, tym razem zdecydowanie się rozminęliśmy. Cóż z tego, że "Tajemnicę Filomeny" rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, cóż z tego, że krzepi, cóż z tego, że wzrusza. Kicz też krzepi i wzrusza. Nie chcę się powtarzać, ale trudno, po raz kolejny napiszę: wolę obraz niedoskonały, ale poruszający poruszeniem prawdziwym, a nie łatwym i prostym. A szkoda, bo "Tajemnica Filomeny" ma potencjał na taki właśnie film, ale musiałby go zrobić ktoś inny, na przykład Mike Leigh. Tyle we wstępie, a w drugiej części konkrety dla tych, którzy w kinie już byli.
środa, 19 lutego 2014
Iwan Bunin "Późna godzina"

Zatęskniłam za literaturą rosyjską. Sama nie wiem, skąd mi się to wzięło. Wprawdzie od dawna mam ochotę na powrót do "Anny Kareniny" i "Zbrodni i kary", ale nowości oraz inne lektury zwyciężają. Jakiś czas temu w księgarni zobaczyłam Babla, gruby tom wydany przez Muzę. Wstyd się przyznać, nigdy go nie czytałam, pewnie z powodu mojej awersji do opowiadań. Ale ostatnio przeprosiłam się z tą krótką formą literacką, już nie jestem taka ortodoksyjna, więc pewnie także dlatego chodzi za mną ten Babel. Babla na razie wprawdzie nie kupiłam (ale wkrótce to zrobię, już jest na mojej najkrótszej liście książek, które muszę mieć), za to idąc jego tropem, wpadłam na Iwana Bunina. Kierując się impulsem, kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Ładnie wydany tom nosi tytuł "Późna godzina" (Sic! 2012; przełożyła Renata Lis) i składa się z opowiadań emigracyjnych z tomu "Ciemne aleje", w tym kilku nigdy w Polsce niewydawanych, oraz z dziennika z lat 1918-1919 "Nieszczęsne dni", całość zamyka opowiadanie "Koniec", w którym Bunin wykorzystał swoje doświadczenia związane z ucieczką z Odessy. Ucieczką  bardzo dramatyczną, ostatnim statkiem zatłoczonym do granic możliwości, targanym sztormem. Wszystko niezwykle starannie wydane w serii Wielcy pisarze w nowych przekładach, ze wstępem tłumaczki, jej obszernymi przypisami i esejem o Buninie. Mam tylko jedno zastrzeżenie. Moja pretensja dotyczy przypisów. Nie w tym rzecz, że znajdują się na końcu, trudno, tak przecież często bywa, oczywiście wolę, kiedy są na tej samej stronie, ale żeby nie zostały w żaden sposób oznaczone? Z taką praktyką jeszcze się nie spotkałam! Zgaduj, czytelniku, co objaśnione zostało w przypisach! Doprawdy nowatorstwo! Ale dajmy już spokój przypisom, czas przejść do meritum.

Opowiadania Bunina są prawdziwymi perełkami, ich lektura sprawia wielką przyjemność. To najczęściej krótkie teksty oparte na dość podobnej kompozycji i osnute wokół jednego tematu, miłości. Przede wszystkim nieszczęśliwej, niespełnionej, młodzieńczej. Pełne melancholii, nostalgii, smutku. Mnie, miłośniczce dramatów Czechowa, kojarzą się z jego sceniczną twórczością. Są delikatne i zwiewne, o uczuciu najczęściej nie mówi się wprost, wszystko, co istotne, toczy się gdzieś między słowami (po raz kolejny pozwolę sobie użyć mojego ulubionego zwrotu zaczerpniętego z filmu Sofii Coppoli, który uwielbiam). Ale od czasu do czasu nagle i niespodziewanie czytelnik dostaje cios między oczy. Jedno krótkie zdanie powala na ziemię. Przypomina, że miłość, nawet młodzieńcza, może być przyczyną największej udręki. Od uczucia do tragedii droga niedaleka. Trudno pisać o takich tekstach zbudowanych z niezwykle ulotnej materii, trzeba je czytać. Żadne słowa nie oddadzą ich siły, urody i smutku. Zanurzając się w lekturze, ma się wrażenie, że autor w sposób niezwykły dotyka sedna ludzkiej egzystencji. Bunin pisał swoje opowiadania na emigracji, powstawały na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych, ale ich akcja toczy się w przedrewolucyjnej Rosji. Były powrotem do świata, który znał i kochał. Tęsknił za nim, a on bezpowrotnie przeminął. Odtworzył go pieczołowicie w swoich miniaturach. Bohaterami jego tekstów są mieszczanie i ziemianie, czasem tylko ktoś niższego stanu. Przenosimy się na ulice rosyjskich miast albo do ziemiańskich dworów. Punktem wyjścia jest najczęściej jakaś zwyczajna sytuacja, punktem dojścia wspomnienie. I to ono na ogół jest istotą.  Piękne opowiadania, na pewno będę do nich wracała, ot tak na wyrywki.

Drugą część tomu, dłuższą, stanowi dziennik Bunina z lat 1918-1919 pisany najpierw w Moskwie, potem w Odessie, dokąd pisarz uciekł wraz z żoną. Zapiski powstawały w konspiracji, starannie ukrywane, bo gdyby wpadły w niepowołane ręce, napytałyby Buninowi biedy. Pisarz ich część schował tak doskonale, że, kiedy w końcu zdecydował się na ucieczkę, jak się okazało, w ostatnim momencie, nie udało mu się ich odnaleźć. Dziennik jest świadectwem pierwszych lat rewolucji. Najbardziej uderza chaos i niepewność. Nikt nie wie dokładnie, co się dzieje. Bez przerwy pojawiają się pogłoski o udanej interwencji niemieckiej albo o sukcesach białych. Beznadzieja egzystencji miesza się z wiarą w rychły upadek znienawidzonych bolszewickich rządów. Bunin stara się nie przyjmować do wiadomości nowego, dlatego między innymi datuje swoje notatki według starego stylu. Kipi pogardą i nienawiścią do tych, którzy reprezentują nowe porządki i są ich beneficjentami. Na kartach dziennika utrwalił burzenie dawnego świata i chaos rewolucji. Biedę, głód, zimno nieopalanych mieszkań, rozruchy i potworne represje. Szczególnie okrutna jest część odeska dziennika. Tu bardzo często odnotowuje pisarz aresztowania i likwidację wrogów rewolucji, prawdziwych lub tylko wyimaginowanych. Pisze też o pogromach Żydów, do jakich dochodziło w okolicy. Bunin obsesyjnie chodzi do portu patrzeć na francuski okręt wojenny, który po wycofaniu się Francuzów zacumował na redzie. Póki tam stał, póty tliła się jeszcze jakaś nadzieja.

Dziennik jest interesującym świadectwem historii, ale muszę wyznać, że momentami mnie trochę nużył. Jak zwykle przy lekturze takich zapisków gubiłam się nieco wśród natłoku nazwisk w większej części niewiele mi mówiących. To nie oznacza oczywiście, że nie warto po "Nieszczęsne dni" sięgnąć. Przeciwnie. Jednak zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam pełne literackiej urody i siły opowiadania.          


środa, 12 lutego 2014
"Wielkie piękno"
W poprzednim wpisie wspominałam, że napiszę o "Wielkim pięknie" Sorrentiniego. To film meteor. Wydaje mi się, że miał wejść już jakiś czas temu, ale premierę przesunięto. A tu nagle okazało się, że zdobył Europejską Nagrodę Filmową w kilku (!) kategoriach (film, reżyseria, aktor, montaż), Złoty Glob dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego i, jakżeby inaczej, nominację do Oskara w tej samej kategorii. Złoty Glob i nominacja do Oskara mogą dziwić, bo to kino niekomercyjne, na pewno nie dla każdego (o czym lojalnie uprzedzam). Wskazuje się na podobieństwo do Felliniego, mówi się, że wyrasta z ducha jego kina. Ciekawość i wiara w to, że film może okazać się dużym przeżyciem, sprawiły, że poszłam na niego przed "Jackiem Strongiem", o czym w poprzedniej notce wspominałam. Zdradziłam też wtedy, że film Pasikowskiego pozostał ze mną, a wrażenia z "Wielkiego piękna" gdzieś się ulotniły. W kategoriach obiektywnych (czy takie istnieją?) oczywiście film Sorrentiniego jest lepszy. To inna półka i inna liga, pewnie nawet nie ma sensu zestawianie ich ze sobą, tak bardzo są różne (robię to tylko dlatego, że widziałam jeden po drugim). Ale kino to też, a dla mnie przede wszystkim, przeżycie, emocje. I tu włoski film przegrywa. Ma zachwycać, a jakoś nie zachwyca. Powiem precyzyjniej: kiedy oglądałam zachwycał (chociaż nie od razu, trzeba się wgryźć, oswoić), jednak im więcej czasu mija od seansu, tym wrażenia bledsze. Działa melancholijny nastrój, działa wiele niezwykłych scen, ale gdzieś ulatnia się cała mądrość, przesłanie pozostaje tylko na poziomie deklaratywnym. Kto się kinem interesuje, zobaczyć powinien, ale kto film traktuje przede wszystkim jako rozrywkę, może się znudzić. Akcji tu właściwie nie ma (główny bohater, starzejący się dziennikarz, snuje się po Rzymie, dyskutuje albo imprezuje), jest za to wiele dziwności i surrealistycznych scen, a wszystko przyprawione niewesołymi refleksjami o życiu i krytyką klasy próżniaczej. Tyle we wstępie, a po szczegóły zapraszam do części drugiej. Oczywiście tych, którzy film już widzieli.
poniedziałek, 10 lutego 2014
"Jack Strong"

Pewnie powinnam zacząć od tego, że historia pułkownika Kuklińskiego jakoś dotąd mnie specjalnie nie zajmowała. Oczywiście miałam jakie takie pojęcie, o co chodziło, ale nie rozpalał mnie dylemat: bohater czy zdrajca? Może dlatego na najnowszy film Pasikowskiego nie czekałam z wypiekami na twarzy. Chciałam go obejrzeć, ale nie aż tak bardzo, jak to nieraz mi się zdarza, więc najpierw wybrałam się na "Wielkie piękno" Sorrentiniego, którego byłam bardzo ciekawa (ale o tym we środę). A przed wyprawą na "Jacka Stronga" przeczytałam wywiad z profesorem Paczkowskim o sprawie Kuklińskiego, żeby nie oglądać filmu bez historycznego podkładu. Warto to zrobić, ale dziury w niebie nie będzie, jeśli sięgnie się po jakieś materiały po seansie. A teraz wreszcie czas na werdykt. Cóż, wrażenia po obejrzeniu "Wielkiego piękna" dość szybko po wyjściu z kina gdzieś się ulotniły, a film Pasikowskiego mam wciąż przed oczami.

To bardzo sugestywne, trzymające w napięciu kino gatunkowe. Reżyser pozostał wierny sobie i, tak jak w przypadku "Pokłosia", zrobił film dla masowej widowni. Mimo że historię znałam i doskonale wiedziałam, jak się skończy, cały czas śledziłam ją z wielkim zainteresowaniem. Już pierwsza scena wprowadza nastrój zagrożenia. Odtąd wiemy, co stanie się z Kuklińskim, jeśli zostanie zdekonspirowany. Rozumiemy, dlaczego tak bardzo się boi, a my boimy się razem z nim. Wiemy, jakie ryzyko podjął. Wybór gatunku, szpiegowski thriller, ma oczywiście konsekwencje. Pasikowski nie rozważa w swoim filmie dylematu: zdrajca czy bohater. Stawia konsekwentnie na jedną kartę: bohater. Może czasem robi to mało finezyjnie, jakby chciał, aby widz nie miał żadnych wątpliwości, że Kukliński to kryształowa szlachetność. Film bardzo wiernie odtwarza całą historię. Zaczyna od pokazania, jak rodzi się decyzja o współpracy a potem skupia się na konsekwencjach. Ryzyko, strach, ogromna samotność, narażanie nie tylko siebie, ale i rodziny. Prowadzenie podwójnego życia ma swoją cenę, co na ekranie doskonale widać. Aby usprawiedliwić decyzję Kuklińskiego, Pasikowski bardzo mocno akcentuje to, jakimi pionkami w wielkiej politycznej grze byli żołnierze. I ci szeregowi, i ci pracujący w sztabie generalnym, i wreszcie sama wierchuszka. Żeby godzić się na to, trzeba było albo bardzo wierzyć w komunistyczną ideologię, albo nie myśleć, albo być cynikiem wyzutym z wrażliwości. Rosjanie są tu pokazani jako demoniczne zło, potwory (czasem niemal dosłownie). Wiem, że niektórzy ten brak zniuansowania (źli Rosjanie, dobrzy Amerykanie) mają reżyserowi za złe. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadza. W konwencji się mieści. Drażni mnie za to coś innego, oprócz wspomnianej już łopatologii, nadmierny patos. Na szczęście nie ma go zbyt wiele, pojawia się głównie w zakończeniu. 

"Jack Strong" to naprawdę dobre sensacyjne kino, z kilkoma świetnymi rolami (Dorociński jak zwykle nie zawodzi). A przy okazji film zmusza do zainteresowania się tematem. To niewątpliwie jeszcze jedna zaleta.

środa, 05 lutego 2014
Stefano Liberti "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy"

Nie mogłam nie przeczytać zbioru reportaży włoskiego dziennikarza Stefano Libertiego "Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy" (Czarne 2013; przełożył Marcin Wyrembelski). Nie tylko dlatego, że wydanie książki zbiegło się w czasie z tragedią, jaka miała miejsce u wybrzeży wyspy i  temat imigrantów forsujących przez morze bramy niegościnnej Europy znowu stał się głośny (oczywiście na chwilę; teraz jakoś zniknął). Odkąd kilka lat temu przeczytałam fascynujący i przerażający reportaż Klausa Brinkbaumera "Afrykańska odyseja", w którym autor podąża szlakami imigrantów za wszelką cenę próbujących dostać się do Hiszpanii, ten problem stał się mi bardzo bliski. Ze współczuciem i bezradnością myślę o tych wszystkich Afrykańczykach, których widywałam na ulicach miast południowej Europy, jak sprzedają swój badziewny towar produkowany pewnie przez podobnych im biedaków gdzieś w krajach Azji. Dlatego książka Libertiego stała się dla mnie lekturą obowiązkową. Autor od lat zajmuje się tą tematyką, to nie pierwsza jego praca poświęcona problemom niechcianych w Europie imigrantów. Jest też autorem filmu dokumentalnego na ten sam temat. Reportaże zamieszczone w tomie "Na południe od Lampedusy" są owocem jego fascynacji, a właściwie, jak sam pisze, obsesji. Powstawały w ciągu kilku lat, kiedy to autor wielokrotnie podróżował szlakami imigrantów. Zatrzymywał się w miejscach, w których gromadzili się, czekając na transport, albo w takich, w których utknęli, często na lata. Był w Senegalu, Mauretanii, Nigrze, Libii, Algierii i Maroku, a na końcu odwiedził tytułową Lampedusę. Spotykał się i rozmawiał z ludźmi w drodze, z wieloma połączyły go bliższe więzy, ale także z tymi, którzy takie podróże organizują, i z rozmaitymi urzędnikami europejskich instytucji.

Liberti inaczej niż wspomniany tu Brinkbaumer mniej zajmuje się przyczynami emigracji. Nie epatuje specjalnie biedą czy beznadziejną sytuacją gospodarczą, społeczną i polityczną krajów subsaharyjskich, skąd przede wszystkim pochodzą bohaterowie jego reportaży. Jakby przyjął za oczywiste, że skoro uciekają, podejmują trud podróży rozpaczy, to mają ku temu powody. Skupia się za to na dwóch sprawach. Po pierwsze z pasją zgłębia wszystko, co łączy się z organizacją takich wypraw. Stara się przeniknąć do gett, w których imigranci przebywają dłużej, czekając na łut szczęścia, aby wyruszyć dalej. Bada ich strukturę, hierarchię, podpatruje codzienność. Włóczy się po medynach Tangeru i Rabatu, odwiedza algierską Maghnijję, miasto imigrantów sklecone z prowizorycznych szałasów, zagląda do punktów przesiadkowych w Nigrze czy zapomnianych miejsc Sahary Zachodniej. Wysłuchuje dziesiątków podobnych do siebie, rozpaczliwych lub pełnych nadziei opowieści ludzi, którzy utknęli w drodze albo zostali z niej zawróceni. To jeden wątek reportaży Libertiego. Drugi to pokazywanie, jak dwuznaczną rolę pełnią tu kraje europejskie i instytucje unijne, które dają spore pieniądze państwom północnej Afryki, aby to one zatrzymywały u siebie imigrantów z krajów subsaharyjskich. Szczególnie zasłużyły się w tym procederze Włochy, przez lata dogadując się z reżimem Kadafiego. Stąd łapanki na ulicach marokańskich, libijskich czy algierskich miast. Stąd brutalne traktowanie schwytanych i odsyłanie ich z powrotem (nierzadko porzuca się ich na pustyni, skazując na śmierć, przed którą może ich uchronić jedynie przypadkowy ratunek). Stąd swoisty ping pong, który trwa na granicy na przykład Maroka i Algierii czy Turcji i Grecji. Stąd imigranci czekający na ziemi niczyjej pomiędzy granicami. Autor pokazuje, jak przy okazji wylewa się dziecko z kąpielą. Ofiarami represji padają często ludzie, którzy od lat mieszkają w jednym z północnoafrykańskich krajów. Zdążyli już ułożyć sobie tam życie, pracują, zarabiają, zgromadzili jakiś dobytek. Nagle zostają pozbawieni wszystkiego i odesłani donikąd. Są i tacy, których celem wcale nie jest Europa, ale właśnie Libia (to już chyba przeszłość) czy Maroko. Dawniej mogli się tam osiedlać, teraz automatycznie znajdują się w kręgu podejrzeń i ich los jest bardzo niepewny. Liberti pokazuje także, jak kraje europejskie swoją egoistyczną czy nierozważną polityką przyczyniają się do produkowania imigrantów (na przykład nielegalne połowy europejskich statków na wodach Senegalu zrujnowały tamtejszych rybaków, zmuszając ich do szukania szczęścia w Hiszpanii). I jeszcze jeden paradoks: w gruncie rzeczy Europa  potrzebuje przybyszów z Afryki. Kto będzie pracował na polach Hiszpanii? Kto będzie wykonywał tysiące innych prac, których Europejczycy nie chcą się imać?

I wreszcie trzeci wątek pojawiający się w książce. Obalanie mitów. Przede wszystkim włoski dziennikarz kwestionuje liczby imigrantów forsujących drogą morską bramy Europy. Twierdzi, że są zdecydowanie zawyżone, a przyczyniły się do tego media. Zarzuca urzędnikom Frontexu ignorancję (swoją wiedzę czerpią właśnie z mediów, sami nie prowadzą żadnych rzetelnych badań). Efektem tego są ogromne środki wydawane na walkę z imigrantami. Drugi mit dotyczy pośredników, którzy te podróże rozpaczy organizują. Powszechnie uważa się, że są to wielkie, zorganizowane siatki przemytników. Liberti udowadnia, że to nieprawda. Najczęściej zajmują się tym drobni naganiacze, pośrednicy działający na małą skalę. Obowiązuje zasada: jest popyt, jest podaż. Sami wędrowcy traktują ten proceder jako coś naturalnego. Zarobek jak każdy inny. Trzeci mit to przekonanie, że uciekinierzy to ludzie prości. Nieprawda, jest wśród nich wielu wykształconych. Trudno mi oczywiście ocenić, na ile Liberti ma rację, obalając mity (szczególnie ten pierwszy). Jego argumenty wydają się wiarygodne, ale na pewno są tacy, którzy je kwestionują.

Wbrew temu, co może wydawać się po przeczytaniu tej notki, nie jest to lektura sucha. Chociaż sporo tu konkretów, przypisów, liczb i faktów, to jest ten reportaż przede wszystkim relacją z podróży nasiąkniętą emocjami. Takie są historie wędrowców spotkanych na trasie, takie są opisy odwiedzanych miejsc. Często brzydkich, zagubionych na końcu świata, tchnących beznadzieją albo przynajmniej melancholią, ale fascynujących swoją atmosferą. Ważna, smutna i ciekawa książka. Takich nigdy dość.

poniedziałek, 03 lutego 2014
"Hannah Arendt"

Jakiś czas temu zobaczyłam w kinie zwiastun filmu o Hannah Arendt. Nie zachęcał. Zapowiadało się na biograficzną czytankę w amerykańskim stylu. Gwoździem do trumny była scena wykładu. Sala pełna studentów, którzy na koniec w hołdowniczym uwielbieniu biją brawo. Aż zazgrzytałam zębami. Szkoda, pomyślałam. Jakież było moje zdumienie, kiedy pojawiło się nazwisko reżyserki: Margarethe von Trotta. Hollywoodzki film? To przecież do niej nie pasuje. Po raz kolejny przyszło mi się przekonać, że zwiastuny kłamią. Może jednak nie zaryzykowałabym wizyty w kinie, gdyby nie głosy, że może to nie dzieło wybitne, ale ciekawe mimo swojej klasycznej, nieodkrywczej formy. Zgadzam się w pełni z tymi opiniami. Ale po kolei.

Po pierwsze film jest produkcją europejską (francusko-luksembursko-niemiecką). Po drugie nie jest wcale biografią niemieckiej filozofki, uczennicy Martina Heideggera. Margarethe von Trotta skupia się na tym okresie życia Arendt, kiedy ma już ustaloną pozycję w Stanach. I właśnie wtedy decyduje się zostać korespondentką New Yorkera na procesie Eichmanna w Jerozolimie. Widz dostaje też kilka retrospektywnych scen opowiadających o jej związku z Heideggerem. Kiedy Arendt wyjeżdżała do Izraela, szykowała się na spotkanie z potworem. Tymczasem obserwując Eichmanna podczas procesu, stwierdza, że jest zwyczajnym człowiekiem, który wyrzekłszy się myślenia, ślepo wykonywał rozkazy zwierzchników. To wtedy rodzi się jej słynna teza o banalności zła. Dziś klasyka, wtedy wywołuje burzę. Książka opublikowana po procesie, w której wyłożyła swoją tezę, a jakby tego było jeszcze mało, oskarżyła wielu przywódców żydowskich o współpracę z nazistami, ściągnęła na nią gromy. I to właśnie w filmie niemieckiej reżyserki wydało mi się najciekawsze.

Margarethe von Trotta pokazuje, jaką cenę płaci Hannah Arendt za niezależność, bezkompromisowość i śmiałość swoich poglądów. Uczennica Martina Heideggera pozostaje wierna jego nakazowi myślenia, dlatego, kiedy dochodzi do wniosku, że Eichmann nie jest potworem a zło jest banalne, zwyczajne, nie cofa się przed głoszeniem swoich przemyśleń. Pozostaje wierna sobie, cierpliwie tłumaczy, że nie broni nazistowskiego zbrodniarza, tylko wyjaśnia mechanizm zbrodni. Wywołuje furię. Mimo że o internecie jeszcze nikomu się nie śniło, tym bardziej o zjawisku sieciowego hejterstwa, to śmiało możemy mówić o hejterstwie listowym. Arendt otrzymywała stosy papierowej korespondencji ociekającej inwektywami i nienawiścią. Odwrócili się od niej prawie wszyscy, także przyjaciele, co odczuła najboleśniej. Musiała też liczyć się z utratą stanowiska na uczelni, a przecież miała świeżo w pamięci amerykańską poniewierkę. Mimo to trwała przy nakazie myślenia i samodzielności sądów. Była wierna swoim poglądom i nie bała się ich głosić, chociaż niewielu je podzielało. Taka postawa to rzadkość, także dziś. Ilu potrafi myśleć samodzielnie, nie powielać schematów, powszechnych sądów, iść pod prąd? Ilu ma odwagę zaryzykować środowiskowy i towarzyski ostracyzm? Wbrew pozorom Hannah Arendt nie jest pokazana jako postać spiżowa. Widzimy i jej słabości, i to, ile kosztuje ją osamotnienie i potępienie. Jak bardzo czuje się zmęczona nagonką.

Poza tym film jest też ciekawy z powodów czysto poznawczych. Bardzo dobrze odtwarza klimat epoki i w sposób przystępny, prosty, ale nie czytankowy, przybliża postać niemieckiej filozofki i jej poglądy. Jeszcze jeden walor to oryginalne zdjęcia z procesu Eichmanna. Widz może śledzić jego reakcje, wypowiedzi tak, jak robiła to Arendt (obserwowała proces nie na sali sądowej, ale z pokoju dla korespondentów, dzięki czemu mogła widzieć go z bliska na ekranie). I rzeczywiście, mamy przed sobą zwykłego, spokojnego, rzeczowego człowieka. A scena wykładu zakończona studencką owacją? Owszem, jest, ale zwiastun kłamał, a to, co z niego zniknęło, całkowicie zmienia jej wymowę. Co to było, oczywiście nie mogę zdradzić. Warto wybrać się na film Margarethe von Trotty o Hannah Arendt. Nie jest to arcydzieło, ale rzetelna filmowa robota, która porusza i skłania do przemyśleń.