Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 25 lutego 2015
Mikołaj Grynberg "Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne"

Właśnie przeczytałam zbiór rozmów Mikołaja Grynberga "Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne" (Czarne 2014). Chyba bezpośrednim impulsem do lektury był wywiad z autorem. Ta książka to obcowanie z zupełnie nieznanym, innym światem, to odkrywanie białych plam, poznanie kompletnie odmiennych doświadczeń. Przecież tematyka Holokaustu nie jest mi obca, przecież czytałam dwie głęboko poruszające mikro powieści Lizzie Doron "Spokojne czasy" i "Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną"  (polecam!!!) poruszające ten sam temat, a jednak muszę  przyznać się szczerze, że nie zdawałam sobie sprawy ze skali problemu. Powieść to powieść, a zebrane w jednym tomie dwadzieścia cztery rozmowy z przedstawicielami tak zwanego drugiego pokolenia Holokaustu przeprowadzane w ostatnich latach bombardują czytelnika z całą mocą. Drugie pokolenie, czyli dzieci ocalałych z Zagłady, Żydzi. Mikołaj Grynberg (rocznik 1966) jest jednym z nich. Od lat, można powiedzieć, że obsesyjnie, zajmuje się tą tematyką. Wydał między innymi "Ocalonych z XX wieku" i album fotograficzny "Auschwitz - co ja tutaj robię?". Dlaczego to robi? Żeby dać świadectwo, żeby o problemie mówić, a wreszcie, co wielokrotnie pojawia się w rozmowach zamieszczonych w jego ostatniej książce, aby spotkać takich jak on, braci i siostry połączonych wspólnym doświadczeniem, które innym niełatwo zrozumieć. Czytając, wielokrotnie miałam wrażenie, że dla rozmówców Grynberga te opowieści to jak wychodzenie z szafy. Szczególnie dotyczy to Żydów polskich, którzy swoje pochodzenie odkryli najczęściej jako ludzie dorośli. Inaczej ma się sprawa z Żydami mieszkającymi w Stanach czy w Izraelu (właśnie takie trzy grupy rozmówców wybrał sobie autor).

Jakie doświadczenia ich łączą? Co sprawia, że rozumieją się w lot, że są dla siebie jak bracia? Przede wszystkim to, że wychowywali się w dziwnych rodzinach. Rodzinach bez dziadków, ciotek, wujków, kuzynów. Rodzinach bez przeszłości. Jakby wcześniej nic nie było. Niektórzy dosłownie mówią, że w dzieciństwie mieli właśnie takie poczucie. Tylko oni i rodzice. Dopiero kiedy szli do szkoły, ze zdumieniem odkrywali, że świat wygląda inaczej. Zaczynali się dziwić i dręczyć rodziców pytaniami. Najczęściej napotykali na mur milczenia, czasem wydzierali opowieści, nie zdając sobie sprawy, na jakie cierpienie narażają rodziców. Ci, którzy odpowiedzi nie dostali, jako dorośli na własną rękę próbowali się czegoś dowiedzieć, często dopiero po śmierci rodziców. Wtedy odkrywali, że na przykład przed wojną ojciec miał inną żonę i dziecko. Uświadamiali sobie, że właściwie nie powinno ich być. Swoje istnienie zawdzięczają Zagładzie i przypadkowi, który ich rodziców ocalił z piekła. Ale byli też tacy, których zatruto Holokaustem. Zagotowałeś wodę, jak cię prosiłem? Nie? W Auschwitz już byś nie żył. Tu nikt cię siłą nie trzyma, to nie Auschwitz. W jednych domach panował emocjonalny chłód i szczególnie matki nie potrafiły wyjść ze skorupy, w której się skryły, w innych przeciwnie, nadopiekuńczość, obsesyjne telefony, stała potrzeba kontaktu. Często małżeństwa ich rodziców nie były szczęśliwe, bo zawarte w pośpiechu, zaraz po ocaleniu, z potrzeby bliskości, a potem nie wytrzymywały próby czasu, okazywały się pomyłką. Dwoje ludzi wyrwanych z piekła nie potrafiło normalnie żyć. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, niewiele tu dramatycznych, nieludzkich, okrutnych holokaustowych opowieści. Zaledwie kilka. Albo rozmówcy niewiele wiedzą na ten temat, albo nie mówią. Jedni opornie przystępują do rozmowy z Grynbergiem, inni przeciwnie, chętnie opowiadają. I nie wszystko jest w tonacji czarnej. Zdarza się opowieść o miłości, o dobrym dzieciństwie, o niezwykłym życiu, zdarza się żart i śmiech. Na pewno to, co ich wszystkich łączy, to świadomość, że są inni, bo wychowali się w innych rodzinach.

Ale doświadczenia Żydów mieszkających w Polsce, w Stanach i w Izraelu są też zupełnie odmienne. Polscy Żydzi, o czym już wspomniałam, najczęściej nie wiedzieli o swoim pochodzeniu, było to przed nimi skrzętnie ukrywane w obawie przed nienawiścią, szykanami, niezrozumieniem. Wychowywali się w świecie bez Żydów. Kiedy odkrywali prawdę, bywało, że zaczynali interesować się żydowską kulturą, religią, obyczajami, zaczynali działać w żydowskich organizacjach, chodzić do synagogi, dzieci posyłali do żydowskiej szkoły. Oczywiście takich problemów nie mieli Żydzi amerykańscy. Ci od początku wiedzieli, kim są, a najczęściej mieszkali wśród swoich, bojąc się świata gojów. Kapitalnie opowiada o tym bohater "Kompleksu Portnoya" Philipa Rotha, o którym niedawno pisałam. Jeszcze inne jest doświadczenie Żydów izraelskich. Ci często spotykali się z pogardą tych, którzy do Palestyny przyjechali przed wojną. To swoisty rodzaj antysemityzmu, pogarda dla tych, którzy dali się jak barany prowadzić na rzeź. I jedni, i drudzy często nie potrafią zrozumieć swojego interlokutora. Jak możesz mieszkać w Polsce? Pytają. Uciekaj stamtąd. Radzą. Ale inni przyjeżdżają do Polski, nawet wielokrotnie.

Mikołaj Grynberg pyta, ale i sam musi odpowiadać na pytania, często zaczepne, agresywne. To rozmowa równego z równym, ludzi złączonych wspólnotą doświadczenia. Dzięki temu i on jest jednym z bohaterów swojej książki. Książki, którą trzeba przeczytać, bo otwiera oczy, pozwala dowiedzieć się i spróbować zrozumieć, nam, którzy wychowaliśmy się w normalnych rodzinach (a jeśli nienormalnych to inaczej).



środa, 18 lutego 2015
Herbjorg Wassmo "Stulecie"

Nie ma to jak dobra powieść, jej głód wciąż mi towarzyszy, czai się gdzieś, ćmi. Najlepiej, żeby była gruba, ciekawa i istotna. Co jakiś czas muszę odetchnąć od reportażu czy innego nonfiction, dlatego staram się wyłapywać interesującą beletrystykę. Jeśli nie ma akurat pewniaka (czytaj: jednego z moich ulubionych autorów), szukam czegoś ciekawego. Nowe nazwisko zawsze jest ruletką, czasem trafiają się perły, tak, właściwie przypadkowo, odkryłam Eginalda Schlattnera (napisał tylko trzy powieści, u nas wyszły dwie "Fortepian we mgle" i "Czerwone rękawiczki", namawiam!), innym razem wzruszam ramionami i myślę, że można było sobie darować. Ostatnio skusiłam się na norweską powieść Herbjorg Wassmo "Stulecie" (Smak Słowa 2014; przełożyła Ewa M. Bilińska), którą znalazłam na portalu Xsięgarnia. A że po lekturze "Czasów secondhand" Swietłany Aleksijewicz miałam ochotę odetchnąć, sięgnęłam właśnie po tę rodzinną sagę (uwaga dla zdezorientowanego czytelnika: notki niekoniecznie zamieszczam w kolejności, w jakiej powstały). To typowy przykład literatury środka. Nie arcydzieło, ale solidna książka dająca radość czytania i przyjemność obcowania z opowieścią. Właśnie tak, nie zachwyt, ale, niebłaha przyjemność. Po takiej lekturze nie ma się poczucia zmarnowanego czasu, ale niekoniecznie musimy zaraz sięgać po kolejną powieść autorki.

Herbjorg Wassmo oparła swoją książkę na rodzinnej historii. Jej bohaterkami uczyniła swoje najbliższe krewne: prababkę Sarę Susanne, babkę Elidę, matkę Hjordis i wreszcie siebie, ale tylko z czasów dzieciństwa. Wbrew pozorom nie powstały wspomnienia ani historia rodzinna. Nie, to powieść pełną gębą. Autorka czyni kobiety ze swojej rodziny jej pełnokrwistymi heroinami. Nie tylko odtwarza ich losy, łechcąc mile ciekawość czytelnika, ale przede wszystkim stara się wyobrazić sobie, co czuły, co myślały, o czym marzyły, co je dręczyło. Im głębiej w przeszłość, tym więcej kreacji. W pierwszym rozdziale zatytułowanym Znak, który jest rodzajem wstępu, Wassmo przyznaje, że niewiele wie o motywach najważniejszych życiowych decyzji swoich bohaterek. Szczególnie dotyczy to babci, a jeszcze bardziej prababki, którą odkryła właściwie przez przypadek. Ów znak to data jej urodzenia, 19 stycznia 1842 rok. Sto lat później na świat przyszła autorka, jeszcze później tego samego dnia urodzi swojego syna. Niezwykła, chociaż przecież przypadkowa, zbieżność stała się impulsem, a pole do snucia opowieści dawało odkrycie, że Sara Susanne pozowała do obrazu znajdującego się do dzisiaj w ołtarzu katedry na Lofotach. Jego autorem był tamtejszy pastor. Życie babki, o której co nieco wiedziała, też było niezwykle ciekawe. Dlaczego zdecydowała się oddać troje ze swoich dziesięciorga dzieci na kilka lat rodzinom zastępczym? Czy tylko dlatego, aby jechać z ciężko chorym mężem na leczenie do Kristianii (dziś Oslo), a opieka nad nim i dziećmi stała się w pewnym momencie ponad jej siły? I tu mam pewne wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że budując portret psychologiczny Sary Susanne i Elidy, autorka przykłada do nich dzisiejszą miarkę. One myślą i marzą jak współczesne kobiety. Mają podobne wątpliwości, gnębią je udręki związane z macierzyństwem i zwyczajnym, codziennym kołowrotkiem. Kiedy czytam o niezwykłych bohaterkach sióstr Bronte, wiem, że ich historie, chociaż wykraczające poza dziewiętnastowieczną przeciętność, są prawdziwe, bo oparte na doświadczeniu autorek. Z jednej strony wykraczają poza swój świat, z drugiej są w nim zanurzone. Pewnej granicy nie przestąpią, ba, przez myśl im to nie przejdzie. Kiedy czytam o depresjach i chandrach Sary Susanne i Elidy, brzmi to dla mnie sztucznie. Gdyby zdjąć im kostium z epoki, byłyby jak, wypisz wymaluj, współczesne matki miotające się pomiędzy miłością do męża i dzieci, a pragnieniem wyrwania się z monotonnej codzienności, kieratu wiecznych kłopotów i obowiązków. Dlatego o wiele ciekawsza, bo prawdziwa, wydaje mi się opowieść o Hjordis, matce autorki i tym, co jak zadra tkwi między nimi. Nigdy niewypowiedziany żal, nigdy niezadane pytanie, trauma małej dziewczynki, której jako jedynej w powieści autorka udzieliła głosu. Każda z ksiąg, bo tak podzielone zostało "Stulecie", zaczyna się rozdziałem, którego bohaterką i narratorką jest sama autorka. Z jednej strony z perspektywy człowieka dorosłego komentuje i ujawnia pewne fakty, z drugiej oddaje głos sobie małej, pisząc w ten sposób o swoim dzieciństwie, naznaczonym lękiem przed  nim. Kogo tak nazywa, zdradzać nie będę. Czego się boi, możemy się tylko domyślać. Niestety historia Hjordis i jej córki to najkrótsza części powieści. Może autorka, zdradzając, że materią swojej książki czyni rodzinę, nie chciała posunąć się dalej. Nie wszystko na sprzedaż.

Najciekawsza w "Stuleciu" jest po prostu historia kobiet, ich mężów, krewnych i znajomych. Śledzi się ją z zapartym tchem, z prawdziwą przyjemnością. A ich losy, chociaż przecież tak zwyczajne, obfitują w dramatyczne i tragiczne momenty. Trochę tylko nie rozumiem, dlaczego autorka nie prowadzi akcji linearnie, tylko skacze na przemian od historii Sary Susanne do historii Elidy. Czemu ten zabieg służy? Poza odpowiedzią banalną: ma wzmóc ciekawość czytelnika, trzymać go w napięciu, innej nie znajduję. Ale przecież historia jest wystarczająco ciekawa, więc po co uciekać się do takich chwytów?

No i jest jeszcze jedna warstwa tej powieści, która mnie bardzo zaciekawiła. Obyczajowa. Akcja toczy się głównie na północy Norwegii, na Lofotach i w ich okolicach na stałym lądzie. Bohaterowie to przede wszystkim właściciele drobnych gospodarstw, którzy utrzymują się  trochę z ziemi, trochę z handlu, trochę z rybactwa. Ich życie związane jest z naturą, z ziemią i z morzem, zależne od pogody i od ławic ryb. Fiordy i rozwinięta linia brzegowa sprawiają, że z wizytą do krewnych czy przyjaciół płynie się łódką. To świat ludzi, którzy całe życie nie wychylają nosa poza najbliższą okolicę. Jeśli ktoś podróżuje, to mężczyźni zajmujący się handlem lub w poszukiwaniu pracy. Kobietom życie upływa na ciążach (to ich kwadratura koła, jak nie doprowadzić do kolejnej, właściwie zdane są w tym względzie tylko na naturę), karmieniu piersią, wychowywaniu dzieci i licznych gospodarskich zajęciach. W tym świecie pastor i lekarz to jedyni światowcy. Ludzie z północy są obiektem kpin mieszkańców  południowej Norwegii. Inaczej się ubierają, inaczej mówią, inaczej żyją.

Jeśli ktoś lubi rodzinne sagi, jeśli ktoś lubi poddać się rytmowi opowieści, jeśli ktoś lubi odkrywać nowe światy, może spokojnie sięgnąć po "Stulecie" Herbjorg Wassmo.


środa, 11 lutego 2015
Anthony Shadid "Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny"

Jakiś czas temu, nie tak znowu dawno, pisałam tu o książce "Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego nie ma" autorstwa Anthonego Shadida, amerykańskiego reportera o libańskich korzeniach, laureata Pulitzera. Wtedy trochę narzekałam, bo spodziewałam się bardziej czegoś o tytułowym Bliskim Wschodzie, mniej o historii rodziny autora. Było odwrotnie. Zapowiadałam wtedy, że do Shadida wrócę, bo na mojej półce książek oczekujących leży już jego grubaśny reportaż z Iraku "Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny" (Czarne 2014; przełożyła Izabela Szybilska-Fiedorowicz). To za teksty, które stały się częścią tego tomu, dostał pierwszego Pulitzera. Właśnie skończyłam lekturę i, jak się spodziewałam, tym razem mogę z przekonaniem napisać, że książkę koniecznie należy przeczytać. Świetnie napisana, z talentem literackim, bardzo ciekawa, a przede wszystkim rzuca światło na historię Iraku, tę sprzed dekady i tę dawniejszą. Shadid przebywał tam z przerwami od roku 1998 do czerwca 2004. Potem wrócił jeszcze, aby relacjonować pierwsze wybory. I to przede wszystkim o tamtych czasach pisze. Oczywiście nie mogło się obyć bez wycieczek w przeszłość, bo to przecież często klucz do zrozumienia tego, co stało się w Iraku po obaleniu przez Amerykanów reżimu Saddama Husajna. A tamten czas rzuca z kolei światło na to, co dzieje się w tym kraju dziś.

Shadid snuje swą opowieść metodycznie. Rozpoczyna tuż przed amerykańską inwazją sceną rozgrywającą się w czasie amnestii zarządzonej przez Saddama. Jest to scena i fascynująca, i niewyobrażalna, i straszna. Więzienie opuszczają tłumy skazanych, tłumy oczekujących na swoich bliskich koczują przed budynkiem i wzdłuż drogi. W tym gigantycznym chaosie nie wszyscy się odnajdą. Potem reporter opisuje po kolei okres oczekiwania na inwazję, samą wojnę, czas tuż powojenny, amerykańską okupację i wreszcie początek rebelii, która trwa do dziś. Epilog to, jak wspomniałam, czas pierwszych wyborów, które na chwilę przyniosły nadzieję, jak wiemy złudną. Nie będę wdawać się tu w szczegóły, podzielę się wrażeniami i kilkoma refleksjami.

Przede wszystkim muszę koniecznie wspomnieć o metodzie pracy, jaką przyjął autor. Jego reportaże to w przeważającej mierze zapis spotkań i rozmów ze zwykłymi Irakijczykami, głównie mieszkańcami Bagdadu, ale też prowincji. Do większości z nich wraca w czasie swoich kolejnych pobytów w Iraku. Dzięki temu widać, jak zmienia się ich sposób postrzegania rzeczywistości. Od pogodzenia się z myślą o wojnie, która niesie lęk i nadzieję, przez radość z obalenia Sadddama, wiarę w lepszą przyszłość, a potem jej utratę i wreszcie zwyczajną wściekłość, że tak się to wszystko skończyło. Tylko od czasu do czasu Shadid pozwala sobie na komentarz czy wprowadzenie szerszego historycznego tła. Dzięki irackiej perspektywie czytelnik może wejść w sam środek wydarzeń, spróbować zrozumieć to, co czuli dumni mieszkańcy tego kraju. Amerykańska inwazja oglądana z bezpiecznej odległości była szybka, chirurgiczna, precyzyjnie uderzała w cele związane z reżimem Saddama. Niestety takie są szlachetne intencje. Praktyka to niestety również bombardowanie źle wybranych celów, pomyłki, przypadkowi ludzie, którzy znaleźli się w zasięgu ataku. Nie ma wojny bez ofiar cywilnych. I chociaż w statystykach pozbawieni domów, ranni, okaleczeni czy zabici zwykli mieszkańcy Bagdadu mogą być niewielkim procentem, to kiedy jest się w środku, kiedy poznaje się tych, którzy cierpią wojenną nędzę, drżą ze strachu przed kolejnym bombardowaniem, zadają sobie pytanie, jak długo jeszcze, tracą dach nad głową czy najbliższych, zupełnie inaczej się na to patrzy. Ojciec tulący zmasakrowane ciało syna, nastolatka Amal zapisująca w dzienniku swój strach, tłumy uciekające z miasta, mężczyzna samotnie pilnujący swojego domu. To wszystko robi wrażenie. Potem nastąpi nagły wybuch radości. Shadid dokładnie, niezwykle plastycznie relacjonuje scenę, którą doskonale znamy z ekranów telewizorów. Zburzenie pomnika Saddama. Jakbym oglądała ją na nowo. Ale to tylko chwilowy wybuch szczęścia i nadziei. Zaraz nastąpi to, o czym dziś doskonale wiemy. Najpierw ogromne rozczarowanie, bo z końcem wojny wcale nie jest lepiej! Dlaczego stale nie ma prądu? Dlaczego ci wielcy Amerykanie nie potrafią go zapewnić? Takie retoryczne pytania chyba najczęściej zadawali rozmówcy reportera. Właściwie to pretensje, które przyjmują formę pytań. Czy potrafisz zrozumieć, czytelniku tej notki, co oznacza brak prądu w tamtym klimacie? Ale to nie wszystko. Po wojnie zapanował niesamowity chaos, bezkrólewie, rozkradano i demolowano dosłownie wszystko, a zaraz potem zaczął się terror. Morderstwa, zamachy, samochody pułapki, porwania. To wszystko znamy z medialnych przekazów. Irakijczycy, dla których lepiej oznaczałoby powrót do złotej ery lat siedemdziesiątych zeszłego wieku, jedynego w miarę szczęśliwego okresu w nowożytnej historii Iraku (wtedy mogło się wydawać, że będzie się rozwijał jak bogate państwa Zatoki Perskiej), szybko przeżyli ogromne rozczarowanie i jeszcze większy wstrząs. Strach nie minął, przeciwnie, wzmógł się. Niedogodności życia przybrały charakter permanentny. I ziścił się czarny sen, amerykańska okupacja stała się faktem. W dodatku okupacja nieudolna. Chociaż autor jest Amerykaninem, nie szczędzi krytyki swoim rodakom, żołnierzom i administracji. Okupacja odebrała dumnym Irakijczykom wolność, nie dając nic w zamian. A to był dopiero początek, rebelia, wojna domowa miały się dopiero rozkręcić, o czym z dzisiejszej perspektywy doskonale wiemy.

Czytając książkę, zadawałam sobie wielokrotnie pytanie, co dziś dzieje się z rozmówcami autora? Jakie są ich losy? Czy żyją? Niektórzy pewnie wyjechali, o czym autor pisze w swojej książce. A przecież wcześniej wcale nie było lepiej. Irak to umęczony wojnami kraj. Krwawe, bezsensowne konflikty, powstania i rebelie trwają tam prawie bezustannie od początku lat osiemdziesiątych, od idiotycznej wojny z Iranem wywołanej przez  Saddama. Wyrosły całe pokolenia, które nie znają świata bez wojny. Czy potrafimy to sobie w ogóle wyobrazić?

Na koniec dodam jeszcze, że to przecież nie wszystko, co znajdziemy w książce Anthonego Shadida. Dzięki jego reportażowi poznamy skomplikowane stosunki religijne, niejednoznaczną ocenę przeszłości, uwarunkowania polityczne, problemy społeczne, nastawienie do Amerykanów i wiele innych zagadnień. Niech zapowiedzią tego, będzie scena, jakiej nie mogę zapomnieć. Opowieść o ojcu, który musiał wykonać wyrok na swoim synu, bo ten współpracował z Amerykanami. Musiał, bo sam potępiał jego czyn, a poza tym nie miał wyboru. Gdyby tego nie zrobił, zemsta dosięgłaby nie tylko nieszczęśnika-zdrajcę, ale całą jego rodzinę.

PS. Przy okazji przypomnę o innym fascynującym, zupełnie różnym reportażu z Iraku. To "Nowy, wspaniały Irak" Mariusza Zawadzkiego. Obie książki to lektury obowiązkowe. Przeczytajcie koniecznie!

niedziela, 08 lutego 2015
"Wyspa kukurydzy"

Czasem sugerowanie się opinią innych prowadzi na manowce. Być może i tak wybrałabym się na gruziński film "Wyspa kukurydzy", bo wiosną zachwyciły mnie, również gruzińskie, "Mandarynki", bo interesuje mnie tamten region, bo wreszcie film odnosi międzynarodowe sukcesy. Ale nie ukrywam, że ostatecznym impulsem były zachwyty wszystkich uczestników dyskusji w Tygodniku Kulturalnym (TVP Kultura). Poczułam, że muszę koniecznie i pognałam, oczekując wielkiego olśnienia, doznań niemal metafizycznych. Może bym się nie rozczarowała, gdyby moje oczekiwania nie były tak wielkie. Bo muszę uczciwie przyznać, że film obejrzałam z zainteresowaniem, mimo że to obraz bardzo minimalistyczny. Na ekranie niewiele się dzieje, a słów pada jeszcze mniej. Rzeka oddzielająca Gruzję od Abchazji tworzy wyspy, na których ziemia jest bardzo żyzna. Okoliczni mieszkańcy kolonizują je na jeden sezon, aby coś zasiać i zebrać plony, które pozwolą im przetrwać zimę. Ale natura bywa zdradliwa. Co rzeka dała, może zabrać. Film jest opowieścią o takim kolonizowaniu jednej z nich. Patrzymy, jak starszy mężczyzna, Abchaz, przybywa na wyspę, bada ziemię, buduje szałas, sadzi kukurydzę, kukurydza rośnie. Trzeba coś jeść, więc łowi ryby, czasem położy się na ziemi, popatrzy w niebo i tak dalej, i tak dalej. Prozaiczne, ciężkie, monotonne czynności, a wokół piękno świata zapiera dech w piersiach. Ale świat tylko pozornie jest piękny, bo przecież wokół toczy się wojna abchasko-gruzińska. Aby dopełnić obrazu, muszę dodać, że mężczyźnie pomaga nastoletnia wnuczka, która jest w wieku, kiedy z dziewczyny zmienia się w kobietę.

O czym jest ten film? O wszystkim po trochu. O tym, jak zdani jesteśmy na łaskę i niełaskę natury, o wojnie, o wyborach moralnych, o ciężkiej doli biednych ludzi, o budzącej się kobiecości, o wrażliwej dziewczynie dziwiącej się światu, o patriarchalnym świecie. Tego wszystkiego można się w "Wyspie kukurydzy" doszukać, problem w tym, że filmowy minimalizm posunięty został do takich granic, że gdzieś zginęło przeżycie. Niestety nie doznałam ani olśnienia, ani iluminacji. Czekałam i czekałam, i nic. Jedna mocna scena wprawiająca widza w osłupienie i magnetyczna twarz aktorki grającej główną bohaterkę nie przydają filmowi wagi. Jakże inne pod tym względem są "Mandarynki" nominowane do Oskara. Temat podobny, wojna abchasko-gruzińska, ale opowiedziana historia, też przecież filmowo nierozbuchana, robi wrażenie, po prostu dotyka. Warto, a może nawet trzeba, gdzieś ten film odnaleźć i obejrzeć. A "Wyspę kukurydzy"? Jeśli ktoś nie boi się takiego kina, które trafnie określa się mianem festiwalowego, na pewno nie będzie znudzony, ale wielkich doznań niech niekoniecznie oczekuje. Chociaż każdy odbiór jest inny, więc nie wykluczam, że ktoś się jednak zachwyci jak dyskutanci w Tygodniku Kulturalnym.

środa, 04 lutego 2015
Natalia Ginzburg "Nasze dni wczorajsze"

Uwielbiam takie odkrycia! Powieść - spełnienie. Pochłania od pierwszych zdań, wciąga w swój świat, zagarnia. Czytasz właściwie jednym tchem, gdybyś mogła, najchętniej nie przerywałabyś lektury aż do końca. No i najważniejsze, wreszcie czujesz jej ciężar, wreszcie wiesz, że to coś więcej niż zwykła literatura środka. Te zachwyty kieruję pod adresem "Naszych dni wczorajszych" (Austeria 2014; przełożyła Alina Pawłowska-Zampino), powieści nieżyjącej już Natalii Ginzburg, uważanej za jedną z ważniejszych postaci włoskiej literatury. Napisała dużo, niestety zła wiadomość jest taka, że w Polsce ukazała się przed laty tylko jeszcze jedna jej książka. Nie wiem, czy Austeria pójdzie za ciosem i wyda coś jeszcze. Bardzo bym sobie tego życzyła. Szczególnie chciałabym przeczytać jej najważniejszą powieść, "Leksykon rodzinny" ("Lessico famigliare"). Nie ma nic gorszego niż zaostrzenie apetytu, którego nie można zaspokoić!. I pomyśleć, że na "Nasze dni wczorajsze" trafiłam trochę przez przypadek. Zachwalano je w książkowym programie Sztuka czytania w TVP Kultura (Niestety program zniknął z anteny, na jego miejsce jesienią pojawiło się Capuccino z książką, moim zdaniem gorsze. Chwilowo, mam nadzieję, że chwilowo, nawet tego nie ma.) Zresztą, czy to rzeczywiście przypadek? W końcu po to ogląda się takie programy (i słucha ich radiowych odpowiedników). Kiedy pomyślę, że istnieje przecież wiele niszowych, małych wydawnictw, takich jak Austeria, które od czasu do czasu wydają podobne nieodkryte skarby, robi mi się żal, że być może nigdy na nie nie trafię. Tyle tytułem wstępu, wybacz mi gadulstwo, czytelniku tej notki, czas przejść do powieści.

Jej akcja toczy się w małym, nienazwanym, miasteczku gdzieś na północy Włoch w okolicy Turynu. Zaczyna się jakiś czas przed drugą wojną, kończy po jej zakończeniu. Początkowo bohaterami są członkowie jednej rodziny. Ojciec, który przed laty rzucił adwokacką karierę, aby oddać się spisywaniu pamiętników zatytułowanych Sama prawda. Notował w nich samą prawdę o znienawidzonym królu, faszystach i mieszkańcach miasteczka, którzy niczym lisy przefarbowali swoje poglądy, stając się kanaliami. Wyobrażał sobie chwilę tryumfu, jaką przeżyje, kiedy je opublikuje. Ale najważniejszymi bohaterami jest  rodzeństwo. Starsi, Concettina, męczy się nad pracą magisterską i umawia z licznymi adoratorami, i Ippolito, chce zostać adwokatem, a tymczasem pełni przy ojcu rolę kogoś w rodzaju sekretarza. Dwoje młodszych to jeszcze uczniowie, Giustino i Anna. Jest i pani Maria, która prowadzi im dom, niegdyś dama do towarzystwa ich babki, aż do jej śmierci. Dość szybko grono bohaterów powieści powiększa się o członków rodziny drobnych fabrykantów. Mieszkają naprzeciwko, są znacznie zamożniejsi, a ich dom nadal cieszy się świetnością, podczas kiedy rodzinna siedziba Anny i jej rodzeństwa dobre czasy ma dawno za sobą. Z ważnych postaci powinnam wymienić jeszcze Danila, odrzuconego adoratora Concettiny i zdeklarowanego antyfaszystę, i Cenzo Renę, otoczonego legendą przyjaciela rodziny, bogatego ekscentryka, podróżnika, pomiędzy wojażami mieszkającego w małej, biednej mieścinie na południu Włoch. Poza tym na kartach powieści pojawia się jeszcze cała galeria niezwykle barwnych, znakomicie sportretowanych postaci drugoplanowych, szczególnie, kiedy akcja przeniesie się do San Constanzo, miasteczka, w którym jest dom Cenzo Reny.

"Nasze dni wczorajsze" to opowieść o zwykłym życiu w cieniu światowej zawieruchy. Bohaterowie uczą się, przyjaźnią, spierają, spiskują (ale co to za spiski), marzą (między innymi o tym, że zostaną rewolucjonistami), kochają, dorastają, tęsknią za sobą albo się nienawidzą, zdradzają, zakładają rodziny albo pozostają samotni. Nie omijają ich zdarzenia tragiczne: rozstania a przede wszystkim śmierć. Sporo tu też śmiesznych zdarzeń o anegdotycznym zabarwieniu, sporo zabawnych postaci, barwnych ludzkich egzemplarzy, o czym już wspominałam. Ale przecież nie na tym polega wartość tej powieści. Przede wszystkim czujemy, że bohaterowie są prawdziwi, z krwi i kości, to nie papierowe literackie twory. Przeżywają, cierpią, marzą, rozpaczają naprawdę. Najbardziej uderzyło mnie ich osamotnienie. Właściwie każde z nich wiedzie swoje życie, niby są razem, niby się spotykają, a jednak niewiele wiedzą o tym, co każde z nich przeżywa. Niby mają nieograniczoną wolność i swobodę, bo nikt się nimi nie zajmuje, ale ta wolność bywa kulą u nogi. Chcieliby czegoś więcej, ale nie bardzo wiedzą, co to miałoby być. Są często naiwni, bo jeszcze bardzo młodzi, albo nie mają dość energii, aby swoje marzenia próbować realizować. Jedynie Danilo stąpa twardo po ziemi, za co płaci, bez szemrania, sporą cenę. Czy dlatego, że jest prostym chłopakiem, nie pięknoduchem z inteligenckiej czy fabrykanckiej rodziny? Chociaż wszyscy wymienieni przeze mnie bohaterowie są w tej powieści ważni, to na pierwszy plan wysuwa się najmłodsza, Anna. Najbardziej zagubiona i samotna, tak bardzo poszukująca drugiego człowieka, że gotowa zatracić siebie. Chociaż narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, to chyba najbardziej przybliża jej punkt widzenia. 

Narracja to w "Naszych dniach wczorajszych" sprawa osobna i pierwszej wagi. Specyficzna, nie tylko dlatego, że konsekwentnie skrywa w sobie dialogi. Jej osobliwością jest to, że prowadzona jest językiem prostym, dziecięco naiwnym. Jakby opowiadało dziecko albo bardzo młoda osoba, zagubiona w świecie, bez życiowego doświadczenia. Stąd liczne eufemizmy i nie nazywanie pewnych spraw wprost. Na przykład faszyści z miasteczka to kanalie, a ich córki to córki kanalii. Kiedy tak mówi o nich ojciec,  jego słowa brzmią prawdopodobnie poważnie, powtórzone przez narratora są śmieszne, ironiczne, jakby nierozumiejące ich znaczenia dziecko powtarzało je za dorosłym.

Osobną sprawą jest wojna. To w jej cieniu albo z jej powodu rozgrywają się dramaty bohaterów. Wkracza w ich życie, budząc zrozumiały strach i lęk, a także poczucie całkowitej bezradności, świadomość braku jakiegokolwiek wpływu na to, co się dzieje. Ale to inna wojna niż znamy ją z kart naszych powieści. To włoska wojna. Kiedy w Polsce dzieją się straszne rzeczy, o czym w książce się mówi, oni, chociaż wojną żyją, spokojnie piją kawę na tarasie kawiarni (to refleksja jednego z bohaterów). Jak dobrze to znamy! Kiedy w Syrii i w Iraku giną ludzie, kiedy uchodźcy z Afryki toną w wodach Morza Śródziemnego, kiedy na Ukrainie walczą, kiedy w Paryżu szaleją zamachowcy, my też spokojnie pijemy swoją kawę. Chociaż bohaterów napawają lękiem kolejne zdobycze Hitlera, wszyscy naiwnie wierzą, że wojna szybko się skończy. Ale tak się nie dzieje. Groza narasta, z czasem coraz trudniej żyć. Młodzi mężczyźni wyruszają na front, brakuje żywności, zdarzają się bombardowania, ale to nadal tylko echo naszej wojny. Zaścianek Europy. Życie, chociaż ciężkie, przecież toczy się swoim rytmem. Nie każdego stać na bohaterstwo. Większość po prostu trwa, marząc najwyżej o wielkich czynach. Aż nagle, nieoczekiwanie, przez głupi przypadek dojdzie do tragedii. I zmęczony życiem sybaryta zrobi to, co pewnie powinien zrobić w takiej sytuacji odpowiedzialny, przyzwoity człowiek. Nie chciał być bohaterem, a jednak nim zostanie. To przejmujący fragment powieści. Tym bardziej, że zupełnie nieoczekiwany. Przychodzi nagle, spada na bohaterów, i czytelnika, jak grom z jasnego nieba. Powieść wybrzmiewa, wznosi się na wyżyny.

Wystarczy. Mam nadzieję, że może kogoś namówiłam do sięgnięcia po "Nasze dni wczorajsze" Natalii Ginzburg. Znakomita literacka przygoda. Lektura konieczna!!! CZYTAJCIE!!!

niedziela, 01 lutego 2015
Filmowe kryminały - "Ziarno prawdy", "Czarny węgiel, kruchy lód"

Jestem w kinie, chciałoby się powiedzieć. Tyle ostatnio ciekawych nowości, że nie nadążam. A najbliższa filmowa przyszłość też zapowiada się interesująco. Spieszę więc zdać sprawę z tego, co widziałam. Postanowiłam zestawić w tej notce dwa filmy kryminalne goszczące właśnie na naszych ekranach, "Ziarno prawdy" Borysa Lankosza na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego (obaj panowie wspólnie napisali scenariusz) i chiński "Czarny węgiel, kruchy lód". Pierwszy, wiadomo, od dawna zapowiadany, reklamowany, oczekiwany tym bardziej, że kryminalna trylogia z prokuratorem Szackim cieszy się wielkim wzięciem. Natomiast drugi wszedł do kin chyłkiem, łatwo go przegapić, a szkoda, bo naprawdę wart jest uwagi. To zresztą obraz nagradzany, dostał na zeszłorocznym Berlinale Złotego Niedźwiedzia dla najlepszego filmu i Srebrnego dla najlepszego aktora, o czym dowiedziałam się dopiero po seansie. Zwabiły mnie jednak nie nagrody, a chińskie kino rzadko goszczące na naszych ekranach.

Film nawiązuje do konwencji kina noir. Rzeczywiście znajdziemy w nim wszystko, co charakterystyczne dla tego gatunku. Niejasne moralnie sytuacje, ciężki, nastrojowy klimat, nocne miasto, a przede wszystkim femme fatale i głównego bohatera, eks policjanta, zapijaczonego, na życiowym dnie. Powiedzmy sobie szczerze, że nie intryga jest tu największym magnesem. Można się do niej przyczepić, nie wszystko da się jasno wytłumaczyć. Jak przyznaje główny bohater, na trop mordercy udało mu się wpaść przypadkiem. I ten przypadek i poprzedzające go zdarzenia zostały dość mętnie pokazane. Dziwne jest też nieco niejasne zakończenie. Film ma moim zdaniem dwa inne atuty. Jeden to klimat. Chińska prowincja, zima, jakieś zaplute miejsca, mrok, nawet w dzień nie ma słońca, tylko mgła albo chmury nisko wiszące nad miastem. Można zagubić się w jego zakamarkach, spelunkach, bieda-barach, podejrzanych miejscach. Drugi atut łączy się z pierwszym. To obyczajowa warstwa filmu, współczesne Chiny. Samotność, ubóstwo i bogactwo, przemoc. Bardzo mroczny portret. Można by oczywiście powiedzieć, że mroczny, bo kryminał i w dodatku noir, ale jakoś odnajduję tu wiele podobieństw do innego chińskiego filmu, "Dotyku grzechu", który był w polskich kinach w grudniu 2013 roku. Zainteresowanym Chinami, chińskim filmem czy literaturą polecam oba tytuły.

A "Ziarno prawdy"? Cóż, to pewniak. Właściwie mogłabym się ograniczyć do jednego stwierdzenia: solidne kino kryminalne. Wszystko jest tu jak trzeba. Zagadka, makabryczna zbrodnia (może nazbyt wymyślna, ale to już kwestia literackiego pierwowzoru), umiejętnie budowane napięcie, bardzo dobre role Więckiewicza oraz dawno niewidzianych Jerzego Treli i Krzysztofa Pieczyńskiego, no i jeszcze ważki społecznie temat. Antysemityzm. Premierze towarzyszyło zadawane w mediach pytanie, czy film wywoła kontrowersje. Cóż, zdziwiłabym się, ale w swojej naiwności nie spodziewałam się, że "Pokłosie", a potem "Ida" wzbudzą taką medialną burzę. Kto uważa, że mieszanka prowincjonalnych układów i antysemickich uprzedzeń została wyolbrzymiona, niech przeczyta "My z Jedwabnego" Anny Bikont. Na koniec muszę zaznaczyć, że nie czytałam trylogii Miłoszewskiego, więc mój głos raczej kieruję do takich jak ja. Być może miłośnik książek o prokuratorze Szackim, będzie miał na temat ekranizacji "Ziarna prawdy" odmienne zdanie.