Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 22 lutego 2017
Filmowe remanenty - "Manchester by the Sea", "Toni Erdmann"
Już dawno nie pisałam o filmach, a to z tej prostej przyczyny, że wyjechałam na trochę. A właśnie wtedy do kin wchodziło kilka głośnych premier. Po powrocie musiałam zaczekać na weekend, aby nadrobić zaległości. Obejrzenie wszystkiego, co przepadło, nie było możliwe, dlatego podparłam się moim ulubionym Tygodnikiem Kulturalnym. O dziwo okazało się, że wszyscy zgodnie zachwycają się amerykańskim filmem "Manchester by the Sea", za to "Toni Erdmann" wzbudził mieszane uczucia, od akceptacji do totalnej krytyki, co mnie zdziwiło, bo wydawało się, że to pewniak. Najgorzej potraktowano biografię Michaliny Wisłockiej, o "Amerykańskiej sielance" nie wspomniano, ale skądinąd słyszałam, że do literackiego pierwowzoru ma się nijak. Od początku czułam, że to nie mogło się udać. Dlatego czym prędzej pobiegłam na "Manchester", a na "Toni Erdmann" wybrałam się z wahaniem. Takie filmy nazywam ładnymi. Ładni bohaterowie, ładne krajobrazy, ładne wnętrza, żadnego brudu świata. To sprawia, że bardzo dobrze się je ogląda, mimo że opowiadają o całkiem poważnych problemach. Szczególnie "Manchester by the Sea" okazał się całkiem innym filmem, niż mogłam się spodziewać, czytając informację dystrybutora (historia mężczyzny, który po śmierci brata musi zaopiekować się jego nastoletnim synem). Niespieszny, subtelny i na szczęście mało amerykański. Ja się wzruszyłam i jestem całkowicie na tak. Zastrzeżenia mam za to do "Toni Erdmann", reklamowanej jako komedia, która opowiada o relacji córki pracoholiczki i ojca podchodzącego do życia na luzie. Ten film jest po prostu za długi. Z czasem żarty ojca głównej bohaterki przestają bawić, stają się monotonne, całość osiada na mieliźnie, brnie w groteskowo-metaforyczne sceny. Dopiero zakończenie przywraca początkowy ton powagi. Mimo tych zastrzeżeń nie żałuję, że "Toni Erdmann" obejrzałam. A szczegółowe refleksje dla tych, którzy filmy już widzieli, w drugiej części. Zapraszam.
środa, 15 lutego 2017
Yishai Sarid "Limassol"

Powieść "Limassol" izraelskiego pisarza Yishai Sarida (Filo 2016; przełożył Michał Sobelman) przeczytałam trochę przez przypadek. Jeszcze niedawno nie miałam pojęcia ani o książce, ani o jej autorze, ani o wydawnictwie Filo. Yishai Sarid w październiku odwiedził Polskę i wziął udział w dyskusji o współczesnej prozie izraelskiej, obok Eshkola Nevo i Zeruyi Shalev. Spośród tej trójki był jedynym pisarzem, którego nie tylko nie czytałam, ale nie wiedziałam o jego istnieniu. Rzuciłam się do internetu i tak trafiłam na tę powieść. Jeszcze zdanie o wydawnictwie, które wydaje ... poradniki, książki kucharskie i od niedawna serię Współczesna Proza Izraelska. No cóż, zabawne. Jako miłośniczka literatury izraelskiej mam nadzieję, że seria nie okaże się efemerydą (na razie wyszły trzy pozycje). Mam też nadzieję, że Filo wyda inne książki Yishai Sarida.

Bo "Limassol" to powieść całkiem interesującą, poruszającą i stawiającą czytelnika w bardzo niekomfortowej sytuacji. Jak czytam w notce wydawniczej,  mogłaby śmiało stanąć na półce obok książek Johna le Carre. Tego zweryfikować nie jestem w stanie, bo Johna le Carre nie znam, czego może i żałuję, ale, po raz kolejny powtórzę, trudno czytać wszystko. Mam jednak wątpliwości, bo "Limassol" to wprawdzie  powieść sensacyjna, ale moim zdaniem nie intryga jest tu najważniejsza. Oczywiście byłam ciekawa, jak ta historia się skończy, co zrobi główny bohater, pracownik izraelskiego wywiadu, jaką drogę wybierze. Muszę przyznać, że nie pomyliłam się w swoich przewidywaniach, ale równie dobrze ta historia mogła skończyć się inaczej. Ja jednak nie nazwałabym "Limassol" ani thrillerem, tak prezentuje ją wydawca, ani powieścią sensacyjną, bo dla mnie najważniejsza jest tu psychologia. To bohater jest w centrum. To, co myśli, co czuje, co przeżywa.

Jego zadaniem jest przesłuchiwanie podejrzanych o terroryzm. To często wyścig z czasem. Tak jest i tym razem. Po mieście krąży nafaszerowany dynamitem Palestyńczyk, który chce się wysadzić, służby wiedzą, kim jest, ale nie wiedzą gdzie się znajduje. Przesłuchiwani są członkowie jego rodziny, przyjaciele, znajomi. Zwyczajni, niebudzący podejrzeń. Rzeczywiście nic nie wiedzą czy tylko udają? Czas goni, atmosfera robi się nie do wytrzymania, puszczają nerwy. Przesłuchujący czuje obrzydzenie do siebie, do tego, co robi. Ja czuję obrzydzenie do niego, do jego metod, chwilami trudno mi było czytać te partie powieści. Ale terrorysta jest gdzieś w mieście. Jeśli mu się uda, zginie kilka (?), kilkanaście (?), kilkadziesiąt (?) niewinnych osób. Jak go złapać? Autor stawia pytanie, które towarzyszy dyskusji na temat terroryzmu - jak daleko można się posunąć? Czy usprawiedliwione jest przekroczenie granic zakreślonych przez prawo? Ta sprawa to jednak tylko początek. Bohater dostaje inne zadanie. Ma zaprzyjaźnić się z Dafne, pisarką, i skłonić ją do współpracy. W grę wchodzi złapanie wyjątkowo niebezpiecznego terrorysty, szefa organizacji. Nie mogę zdradzić więcej. Bohater znajdzie się w sytuacji jeszcze bardziej paskudnej. Właściwie nie ma z niej dobrego wyjścia. W tym wypadku nie da się pogodzić zawodowego profesjonalizmu z wrażliwością, ze współczuciem. Nie można być jednocześnie dobrym agentem i człowiekiem. Nie, nie chodzi o Dafne, nie chodzi o miłość. Chodzi o zaufanie, o starego, umierającego człowieka. Ale pytań jest więcej i nie dotyczą tylko głównego bohatera. Także Dafne. Ile gotowa jest poświęcić, aby ratować swojego syna narkomana? Gdzie jej lojalność?

Chociaż powieść nie stroni od schematycznych rozwiązań, miłość, rozpad małżeństwa, to jest po prostu interesująca. Porusza, stawia ważne pytania, zmusza do współodczuwania i dlatego zostaje w pamięci.

środa, 08 lutego 2017
Filip Florian "Dni króla"

Odkąd przeczytałam dwie znakomite rumuńskie powieści wydane przez młode wrocławskie wydawnictwo Amaltea ("Matei Brunul" i "Medgidia, miasto u kresu"), co jakiś czas wchodziłam na ich stronę, sprawdzając kolejne nowości czy zapowiedzi. Niestety nic się nie działo, jakby Amaltea była jakąś wydawniczą efemerydą. Już byłam pewna, że niczym meteor błysnęli i przestali istnieć, kiedy w Krytyce Liberalnej znalazłam recenzję właśnie wydanej przez nich kolejnej rumuńskiej powieści, "Dni króla" Filipa Floriana (Amaltea 2016; przełożyła Radosława Janowska-Lascar). Do artykułu nie zajrzałam, pobieżnie zorientowałam się, że chwalą, ale już sam fakt, że się ukazał, był dla mnie rekomendacją. No i dwie poprzednie książki wydane przez Amalteę dawały gwarancję, że i po kolejną warto sięgnąć. Dlatego bardzo szybko kupiłam i bardzo szybko przeczytałam. Nie znam wcześniejszych powieści Floriana, bo ukazywały się w czasach, kiedy literaturą bałkańską niezbyt się interesowałam, a właściwie, bądźmy szczerzy, nie interesowałam się nią wcale. Dla porządku dodam jeszcze, że wydawało je Czarne.

"Dni króla" to opowieść o piętnastu latach, kiedy tworzyła się rumuńska państwowość. Akcja rozpoczyna się w roku 1866. To wtedy świeżo zjednoczone Mołdawia i Wołoszczyzna postanowiły zaproponować tron niemieckiemu księciu Karolowi Hohenzollernowi, co stało się trochę przez przypadek. Kończy w roku 1881, gdy Rumunia ostatecznie wyzwala się spod tureckiego panowania i Karol zostaje królem (wcześniej był tylko hospodarem). Te lata to czas budowy państwa, modernizacji, rozwoju. Karol nie ma łatwego życia - trafia do świata zacofanego, dziwnego, gdzieś na krańcach Europy. Dla uporządkowanego Niemca, który przybył z cywilizowanego serca Europy, Rumunia to panoptikum. Do tego dochodzą wieczne intrygi tutejszych polityków, rozruchy antyniemieckie po wojnie prusko-francuskiej, wojna z Turcją, tragedia osobista (śmierć jedynej córki). Mimo to z pruską konsekwencją podejmuje się powierzonego mu zadania - przeprowadza reformy i wzmacnia państwo. Pewnie lekko sparafrazowane jakoś pasowałoby do niego nasze zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną w pigułce podsumowujące panowanie Kazimierza Wielkiego. Karol podobnie przysłużył się Rumunii.

Kto po przeczytaniu tego pobieżnego i dyletanckiego wykładu sądzi, że "Dni króla" są powieścią polityczną, myli się bardzo. Chociaż niemiecki książę jest jednym z bohaterów książki, to przecież nie najważniejszym. Pierwsze skrzypce grają tu jego krajan, Józef Strauss - dentysta, który zostaje przez Karola sprowadzony do Bukaresztu, i kot dentysty, Zygfryd. Bo "Dni króla" to lekka, dowcipna, nieco groteskowa, czasem poetycka książka będąca połączeniem opowieści o człowieku, jego kocie z kroniką tworzącego się państwa. Historię tych piętnastu kluczowych lat autor umiejętnie wplata w historię Józefa Straussa. Robi to z wdziękiem, z ironią, z lekkością.

Czyta się powieść Floriana znakomicie, chociaż pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Dużo tu opisów miasta i miejskiego życia, co mnie akurat bardzo frapowało, ale w naszych pospiesznych czasach nie każdy znajduje w sobie dość cierpliwości i uwagi, aby je smakować. To ten typ powieści, która pozwala bez reszty zanurzyć się w wykreowanym świecie. Razem z bohaterem wędrować po ulicach Bukaresztu, włóczyć się po przedmieściach, świętować, odwiedzać go w jego mieszkaniu, poznawać jego przyjaciół. Bardzo spodobało mi się stwierdzenie, jakie znalazłam w przywoływanej tu recenzji w Kulturze Liberalnej - "Dni króla" są jak album ze starymi fotografiami. To niezwykle trafne spostrzeżenie i bardzo żałuję, że to nie ja ujęłam je w tak zgrabną myśl.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć, że równie ważnym wątkiem jest też historia namiętnej miłości i łączący się z nią  nieoczekiwany splot zdarzeń prowadzący do nieporozumień i nieszczęścia. Ale w tej pogodnej opowieści wszystko przecież powinno skończyć się dobrze.

Uczciwie jednak przyznaję, że książka Filipa Floriana nie ma tej wagi, co "Matei Brunul" czy "Medgidia, miasto u kresu", stąd mój lekki niedosyt. Mimo to warto po nią sięgnąć.

23:17, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2017
Beata Chomątowska "Stacja Muranów"

Czasem jedna lektura wywołuje kolejną. Tak było i tym razem. Po przeczytaniu "Króla" Szczepana Twardocha postanowiłam pójść za ciosem i sięgnąć po "Stację Muranów" Beaty Chomątowskiej (Czarne 2016). Premiera reportażu miała miejsce kilka lat temu, w roku 2012, a teraz ukazało się wydanie drugie. Już kiedyś myślałam o tej książce, gdy przy okazji zwiedzania Muzeum Żydów Polskich Polin po raz pierwszy znalazłam się na warszawskim Muranowie. Włóczyłam się po nim, szukając żydowskich śladów, a przede wszystkim upamiętnień związanych z gettem. Nie było to wcale łatwe, właściwie na wszystko, co udało mi się znaleźć, trafiałam przypadkowo. Coś tam wiedziałam, pomagała intuicja i dobra orientacja w terenie. Musiałam przyznać rację tym wszystkim, którzy twierdzą, że ślady żydowskiego życia zacierane są przez polski żywioł. Dotąd myślałam, że takie głosy to przesada. Ale dość dygresji, wróćmy do książek.

Co ma wspólnego "Król" ze "Stacją Muranów"? Niezorientowanym wyjaśniam, że akcja powieści Twardocha toczy się przede wszystkim w dawnej Dzielnicy Północnej zamieszkanej głównie przez Żydów. Piszę głównie, bo w Warszawie nie było dzielnicy żydowskiej. To tam znajdowały się ulice uwiecznione na kartach literatury - Nowolipki, Miła, Nalewki, Gęsia, Dzika, Stawki i wiele innych. Te ptasie ulice, o których pisał Piotr Paziński w swojej książce pod takim właśnie tytułem. To tam Niemcy utworzyli warszawskie getto. To na jego gruzach powstał współczesny Muranów. A ponieważ po lekturze "Króla" odczuwałam niedosyt, postanowiłam jeszcze bardziej zanurzyć się w tamten świat i sięgnąć po książkę Chomątowskiej, w której dawne przenika się z nowym. Stare kamienice, niektóre eleganckie, inne podupadłe, przepastne podwórka pełne sklepów, warsztatów, drobnych interesów zostały zastąpione przez nowe bloki budowane na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. W pośpiechu, szybko, aby zaspokoić powojenny głód mieszkań w zrujnowanej stolicy. Dzielnica Północna bezpowrotnie zniknęła, zniknęli jej mieszkańcy, zniknęło dawne życie, zniknęła też pamięć o niej. I chociaż wielu ulicom przywrócono przedwojenne nazwy, to niekoniecznie ich przebieg jest taki jak kiedyś. Taki los spotkał główną arterię przedwojennego Muranowa, Nalewki. Dziś poza nazwą nie ma wiele wspólnego ze swoją dawną krewniaczką.

Chomątowska w swojej książce przywraca pamięć o tej części miasta i stawia ważne pytanie - jak się żyło i jak się żyje na cmentarzu. Tak, na cmentarzu, bo, o czym już pisałam, na terenie Dzielnicy Północnej Niemcy utworzyli getto. Muranów powstał na jego gruzach i z jego gruzów. Dosłownie. Teraz wiem, dlaczego muranowskie bloki stoją na wzniesieniach. Te niewielkie skarpy powstały z gruzów. Nie tylko dlatego, że bardzo trudno byłoby to gruzowisko w szybkim czasie usunąć. To ostatecznie podobno dało się zrobić. Główny powód był inny. W zamyśle twórcy starego Muranowa, architekta Bohdana Laherta, to sposób upamiętnienia dawnych mieszkańców i ich tragedii. Skarpy są niczym cokół pomnika. A pod nimi do dziś kryją się fundamenty i piwnice starych kamienic. Bo dylemat, przed jakim stanęli odbudowujący Warszawę, był następujący - co zrobić z tym morzem ruin? Co zrobić z miejscem po getcie? Obsiać trawą i stworzyć park? Czy budować nową dzielnicę? Z różnych powodów zwyciężyła ta druga koncepcja.

Chomątowska w sposób fascynujący opowiada o dawnej Dzielnicy Północnej i o powstaniu współczesnego Muranowa. O jego projektowaniu i budowaniu. W "Stacji Muranów" historia przedwojenna, wojenna przeplata się z historią PRL-u i wreszcie z dniem dzisiejszym. Autorka pokazuje, że już przed wojną grupa młodych warszawskich architektów związanych z pismem Praesens, zafascynowanych Le Corbusierem, snuła plany przebudowy i modernizacji Dzielnicy Północnej (podobne plany mieli Niemcy). To tamte idee dały początek odbudowie, bo głównym projektantem powojennego Muranowa został, przywołany już przeze mnie, Bohdan Lahert, jeden z członków grupy. Autorka pisze o jego wizji, jej realizacji, o gloryfikowaniu jego dzieła, a potem o krytyce i dyskusji, jaka w środowisko architektów, urbanistów i historyków sztuki trwa do dziś. Bloki powstawały w powojennej rzeczywistości, w zawrotnym tempie, wizję przykrawano do zgrzebnej rzeczywistości, nic dziwnego, że szybko na wierzch zaczęły wychodzić wady, usterki, niedoróbki i błędne założenia.

Drugą materią książki są historie ludzi. Twórców i budowniczych Muranowa, najczęściej przybyłych z prowincji, bijących budowlane rekordy (jak w "Człowieku z marmuru" Wajdy). I mieszkańców, czasem jeszcze tego przedwojennego, ale głównie tych, którzy zasiedlali nową dzielnicę i tych, którzy mieszkają tu dziś. I stale powtarza się pytanie - czy wiedzieli, gdzie mieszkają? Kiedy się dowiedzieli. Jak? I co zrobili z tą wiedzą? Jak im się żyje z duchami Dzielnicy Północnej? Czy śnią im się po nocach? Czy mają koszmary? Czasem pojawia się metafizyczny dreszcz, czasem proza życia. Fascynująca opowieść.

00:13, czytamogladam , Literatura
Link Dodaj komentarz »