Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
wtorek, 29 listopada 2011
"Szpieg". Świetna filmowa ekranizacja powieści Johna le Carre.

Tego potrzebowałam! Przybita ostatnio obejrzanymi filmami a jeszcze bardziej lekturą, o której już w piątek, z radością powitałam zapowiedź "Szpiega". A ponieważ recenzje były entuzjastyczne, więc czym prędzej pobiegłam do kina i nie zawiodłam się! Książek szpiegowskich wprawdzie nie czytam, nie znam powieści Johna le Carre, na której oparto scenariusz, ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Zajmująca akcja, umiejętnie dawkowane napięcie, świetne aktorstwo, ciekawie nakreślone postacie, stylowe, monochromatyczne zdjęcia, smutek, nostalgia, melancholia, no po prostu znakomita filmowa, rozrywkowa robota. Ale uwaga: miłośnicy pościgów, strzelaniny, galopującej akcji, pięknych wnętrz, krajobrazów i takiż kobiet, miłośnicy filmów szpiegowskich spod znaku agenta 007 (nie cierpię, w całości nie obejrzałam ani jednego) mogą poczuć się zawiedzeni. Akcja snuje się leniwie, brak atrakcji, o jakich wspomniałam przed chwilą, bohaterowie nie uganiają się za dziewczynami, nie rozbijają super szybkimi wozami, nie sączą drinków wpatrzeni w zachód słońca na pięknej plaży i tak dalej, i tak dalej. Przeciwnie, wiele czasu spędzają w obrzydliwych, zagraconych norach nad stertami papierów, podsłuchując telefoniczne rozmowy, rozmyślając, a jeśli przenoszą się gdzieś za granicę, to jest to szary, komunistyczny Budapeszt albo bałaganiarski Istambuł. A jeżeli kobieta, to żona, której zresztą nie poznamy, albo niezbyt atrakcyjne urzędniczki (no jest jeden wyjątek). Ale uważny widz dostrzeże  wiele, subtelnie pokazanych (raczej zasugerowanych), osobistych dramatów. Praca w wywiadzie to tutaj albo dość zwyczajna, nudna harówka wykonywana przy biurku w Londynie albo niebezpieczne, wyniszczające psychicznie zadania specjalne dla ludzi od czarnej roboty. No i władza, która upaja. Taki właśnie jest "Szpieg". A na deser bardzo dobre zakończenie. Polecam z czystym sumieniem!

czwartek, 24 listopada 2011
"Wymyk" Grega Zglińskiego. Tego filmu nie wolno przegapić!
Zdarza mi się czekać na jakiś film jak na święto. Tak było z "Wymykiem" Grega Zglińskiego i wcale nie dlatego, że został tak wysoko oceniony na festiwalu w Gdyni i teraz też zbiera bardzo dobre recenzje. Oczywiście to nie jest bez znaczenia, ale moje oczekiwania wobec tego filmu były tak ogromne, ponieważ kilka lat temu zachwyciłam się niezwykle dojrzałym debiutem tego reżysera, co dziwne, produkcji szwajcarskiej. Tamten film to "Cała zima bez ognia", niedawno zresztą pokazała go TVP Kultura. Czasem mam wrażenie, że widzieli go tylko recenzenci i ja, cóż nie cieszył się wielkim powodzeniem, a szkoda. Może dlatego, że podobnie jak "Wymyk" podejmował tematy ostateczne (śmierć dziecka, wojna na Bałkanach), a pokazana tam Szwajcaria nie miała w sobie żadnego folderowego uroku. Ponury, zasnuty mgłą i fabrycznym dymem krajobraz, ponure wnętrza bohaterów. Mimo tego zobaczyć trzeba koniecznie! Od tamtej pory zastanawiałam się, co dzieje się z tak świetnie zapowiadającym się reżyserem a tu nagle "Wymyk". Ku mojej radości film równie dobry jak tamten. W obu stworzył Zgliński charakterystyczny dla siebie charakter pisma: człowiek w obliczu życiowej tragedii, psychologiczne, wyraziste, ale delikatnie nakreślone portrety bohaterów, kryzys rodziny spowodowany nieszczęściem, jakie dotknęło jej członków, no i otoczenie: zwyczajne, siermiężne, surowe, jednym słowem bez upiększeń. No i pytania wagi ciężkiej: o winę, odpowiedzialność i jak możliwe jest dalsze życie, kiedy przychodzi dźwigać duchowe brzemię. "Wymyk" reklamowany jest jako najmocniejszy polski film tego roku. Ten slogan może mocno zmylić. Tak, najmocniejszy, ale psychologicznie, egzystencjalnie. Nie wiem, czy o taki efekt specom od marketingu chodziło. Ale zostawmy ich w spokoju. Film trzeba zobaczyć koniecznie, także dla świetnych ról: Więckiewicza, Dziędziela i Gabrieli Muskały, która grała też w "Całej zimie bez ognia". A kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
piątek, 18 listopada 2011
Awraham B. Jehoszua "Kochanek"

"Kochanek" (Cyklady 2005) to druga powieść izraelskiego pisarza Awrahama B. Jehoszui, jaką przeczytałam. O pierwszej, "Panu Manim", pisałam jakiś czas temu, trzecia, "Powrót z Indii", czeka na półce na swoją kolej. W odróżnieniu od poprzedniej jej akcja toczy się we współczesnym Izraelu. Właściwie wyraziłam się nieco nieprecyzyjnie: czy 1973 rok można nazwać czasem współczesnym? To okres niezwykle ważny w historii kraju, bo właśnie wtedy miała miejsce trwająca dwadzieścia dni wojna Jom Kipur, która mimo zwycięstwa była dla społeczeństwa szokiem. Niech cię jednak, czytelniku tej notki, nie zwiedzie to, co przed chwilą napisałam. Nie jest to powieść polityczna, mimo że wojna jest w niej obecna. Nie została nawet nazwana. Żeby dowiedzieć się, który z konfliktów autor ma na myśli, musiałam nieco poszperać. W żadnym wypadku nie jest to powieść rozliczeniowa. Wojna jest ważna, bo ma wpływ na losy niektórych bohaterów. To historia Adama, jego żony Asji, ich córki Dafi i trzech innych osób, które wkroczyły w życie rodziny. Te same zdarzenia śledzimy naprzemiennie z perspektywy różnych bohaterów. Tylko Asja nigdy nie dochodzi do głosu. W jej imieniu mówią sny.

Co zatem dostajemy? Historię rozpadu rodziny? Na pewno tak. Ale nie tylko. To raczej powieść o samotności. O sześciu osobach, które niczym wolne elektrony wiodą swoje dziwne życie zamknięte w skorupach samotności. Niby są razem, niby łączą je różne więzi, ale stopniowo coraz bardziej się od siebie oddalają.

Adam i Asja, małżeństwo, właściwie od początku dziwne i niedobrane. On, znudzony dobrobytem, pracą i życiem, ona, przeciwnie, stale się kształci i pracuje. Z czasem w ich związek wkrada się rutyna i nuda. Może wyrwie ich z tego odrętwienia  kochanek, Gabriel Arditi, który nieoczekiwanie staje na drodze Adama, a on wpada na szatański pomysł, aby podsunąć go żonie. Jednak jak nagle się pojawił, tak szybko, za sprawą wojny, zniknął. Jego dziwne poszukiwania stanowią kanwę opowieści. 

Dafi, ich córka, zbuntowana nastolatka cierpiąca na bezsenność. Wiedzie swoje własne życie, o którym rodzice pogrążeni w swoich sprawach, swoich obsesjach nie bardzo mają pojęcie. Wędruje bez celu po mieście, nocą wychodzi z domu na ulicę, jakby poszerzała pole doświadczeń. Stanowcza, spostrzegawcza i bardzo wrażliwa.

Na'im, arabski chłopiec, znający na pamięć wiersze jednego z najważniejszych żydowskich poetów, Bialika. Marzył o tym, aby dalej się uczyć, a wylądował w warsztacie samochodowym Adama. Zafascynowany izraelskim światem dobrobytu. Z jednej strony gardzi Żydami, z drugiej chciałby żyć jak oni. Czuje się wyróżniony przez Adama, a potem przez niego zapomniany. I on włóczy się całymi dniami bez celu po mieście. Dobry, nieśmiały i wrażliwy, potrafi nagle być nieczuły, oschły i nieprzyjemny.

Dafi i Na'im to najsmutniejsze postaci powieści. Może dlatego że są dziećmi? Wykorzystywani przez dorosłych, bardzo samotni, szczególnie on. Z dala od rodziny, kolegów z warsztatu, wyjęty z każdego środowiska, nigdzie nie przynależy. Ani Żyd, ani Arab. Zmuszony do opieki nad dziewięćdziesięcioletnią staruszką, Weducze. Początkowo jest z tego nawet zadowolony, ale stopniowo sytuacja zaczyna mu doskwierać, szczególnie kiedy ona zaczyna podupadać na zdrowiu, a Adam, zajęty obsesyjnym poszukiwaniem Gabriela i obojętny na resztę świata, pozostawia ich samym sobie, składając na chłopca obowiązki ponad jego siły. W uczuciu, które, nieoczekiwanie dla nich samych, połączy Dafi i Na'ima, jest coś czystego i wzruszającego. Ale i oni zbliżają się do siebie tylko na chwilę. Czy ich przyjaźń, miłość w świecie, w którym Żydów i Arabów dzieli wszystko, będzie w ogóle możliwa?

Weducze, babcia Gabriela, dla której wrócił do Izraela z Paryża. Samotna staruszka, która pamięta jeszcze czasy osmańskie. Mglista przeszłość czasem powraca w jej wspomnieniach. Jej umysł jest niezwykle sprawny, zainteresowanie światem, a szczególnie polityką nadal żywe, ale starcze ciało stopniowo odmawia posłuszeństwa. Przygnębiający obraz starości i samotności. Gardzi Arabami, a skazana zostaje na opiekę arabskiego chłopca, któremu początkowo raczej nie ufa. Stopniowo lubi go coraz bardziej, ale nigdy nie wyzbędzie się pewnej dozy pogardy. Jak wszyscy bohaterowie tej powieści i ona pełna jest sprzecznych uczuć. Czeka na wnuka, który się gdzieś zapodział na wojnie.

I wreszcie Gabriel, tytułowy kochanek. Kolejny wyobcowany samotnik, życiowy nieudacznik. Od lat nie był w Izraelu, z ojczyzną niewiele go już łączy, dlatego jego dość przypadkowy udział w wojnie wydaje się taki groteskowy. Nigdzie nie przynależy, nigdzie nie umie znaleźć swojego miejsca. Nawet pobyt wśród chasydów jest tylko schronieniem i ucieczką przed armią. Jedyną bliską mu żyjącą osobą jest Weducze, ale wydaje się, że tak naprawdę zależy mu właściwie na jej spadku. Czy kocha Asję? Czy tylko dość bezwolnie wpadł w sidła zastawione na niego przez Adama? Trudno powiedzieć. Chyba nie, wszak niewiele o niej mówi. Jego największym zmartwieniem jest ukrycie się przed zemstą armii. Ale i ona, armia, niespecjalnie interesuje się jego dalszym losem. Zagarnęła go tylko na chwilę, a kiedy ją porzucił, niewiele ją to obeszło.

Tę szóstkę niby tyle łączy, ale naprawdę żyją zamknięci w swojej samotności. Jakby każde z nich otaczała szklana kula, przez którą tylko na chwilę ktoś może się do nich wedrzeć. Tęsknią za drugim człowiekiem, ale nie potrafią nawiązać trwałych więzi. Te, które były, rozpadają się, inne okazują się tylko chwilowe. Czy to samotność prowokuje niektórych z nich do popełniania czynów mniej lub bardziej strasznych? Ale w tym świecie wszystko, nawet czyn podły i haniebny, pozostaje bez echa, niezauważony, bez konsekwencji, bez kary.

Co jeszcze pozostało w mej pamięci po lekturze powieści izraelskiego pisarza?

Obraz wojny, która jawi się na kartach książki jako chaos, bałagan i bezsens. Kolumny wojsk przetaczają się z miejsca na miejsce, żołnierze tkwią bezczynnie w oczekiwaniu, dzień walki przypomina dzień pracy, nie wiadomo kto, i czy w ogóle, nad tym wojennym bałaganem panuje. 

Chaosem jest też ludzkie życie. Wieczna wędrówka nie wiadomo gdzie i po co, wieczny ruch. Tylko stara Weducze zdaje się tkwić w miejscu, chociaż i ona symbolicznie wędruje z niebytu w byt i z powrotem.

Arabowie i Żydzi. Pogarda i nienawiść. Niby w jednym państwie, ale nic poza przypadkowymi relacjami (czytaj: zawodowymi) ich nie łączy.

Świat chasydów. Też osobny, zamknięty, nieufny czy nawet wrogi wobec współziomków, ale obcych.

Wszystko tu jest rozbite, podzielone, odizolowane, samotne. I ludzie, i narody mieszkające na jednej ziemi, i różne środowiska teoretycznie stanowiące jedno społeczeństwo.

Ale na przekór smutkowi bijącemu z tej nieco onirycznej powieści czyta się ją niezwykle łatwo i szybko. Akcja wciąga, nie pozwala oderwać się od lektury. Czy sprawia to kompozycja: krótkie rozdzialiki, zmieniająca się narracyjna perspektywa? Czy wątek poszukiwań Gabriela? Pewnie jedno i drugie. Na pewno warto zwrócić uwagę na tego mało znanego w Polsce pisarza i jego dziwne powieści.

wtorek, 15 listopada 2011
"Klucz do ogrodu" Jenny Erpenbeck

Od dwóch lat z uwagą śledzę książki nominowane do przyznawanej we Wrocławiu nagrody Angelusa dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej. Zawsze znajdę coś, co mnie zainteresuje. Z tegorocznych finalistek sięgnęłam po powieść niemieckiej pisarki Jenny Erpenbeck "Klucz do ogrodu" (WAB 2010). Mimo że nie jest to typ literatury, którą lubię najbardziej, książka, po początkowym rozczarowaniu, wciągnęła mnie, zainteresowała i poruszyła.

Można się zastanawiać, czy to powieść, czy raczej zbiór opowiadań, literackich miniatur połączonych wspólnym miejscem. Chyba jednak powieść, bo losy bohaterów poszczególnych rozdziałów splatają się ze sobą: to sąsiedzi albo członkowie trzech rodzin, właścicieli letniskowych domów nad jeziorem zwanym Morzem Brandenburskim. Poznajemy kilka niezwykłych, dramatycznych historii osadzonych na przestrzeni mniej więcej wieku. Ziemia i domy przechodzą z rąk do rąk. Domy powstają, pysznią się swoją wspaniałością, ale w końcu popadają w zapomnienie i w ruinę. Podobnie ludzie, ich właściciele: pojawiają się i znikają, starzeją i umierają. Czas dojmująco upływa. Nazizm, wojna, komunizm, aż wreszcie upadek muru. Nawet ogrodnik, który, niegdyś młody, zdrowy i silny, mieszkał tu od zawsze, w końcu starzeje się i gdzieś znika. Tylko miejsce było i będzie. Melancholia, nostalgia i smutek biją z kart książki niemieckiej pisarki.

Smutne, a często wręcz tragiczne, są losy bohaterów. Większość jest tu tylko na krótszą lub dłuższą chwilę. Kochają to miejsce, ale w końcu muszą je porzucić lub po prostu tracą, bo przegania ich stąd tragiczny los. Wszyscy są współczesnymi nomadami, uciekinierami, wygnańcami. Żydowska rodzina, która w porę wyjeżdża do RPA, ratując życie. Ale ta sztuka nie uda się ich najbliższym krewnym. Chyba najbardziej poruszający jest rozdział o małej żydowskiej dziewczynce ukrywającej się samotnie w komórce mieszkania w warszawskim getcie. Kiedy tak siedzi cichutko, czekając na swój los, jedynym ratunkiem są wspomnienia z wakacji spędzanych nad jeziorem u wujka i ciotki.  Niemiecki architekt sympatyzujący z faszyzmem i jego żona, po wojnie zmuszeni do wyjazdu do Berlina Zachodniego. Małżeństwo wschodnioniemieckich pisarzy rozczarowanych ideami socjalistycznymi. Para miłośników żeglarstwa, która tak bardzo kocha to miejsce, że nie wyobraża sobie jego utraty. Babcia jednej z bohaterek tęskniąca za rodzinnymi Mazurami, które musiała opuścić po wojnie. Młody rosyjski żołnierz, którego oddział rozkrada i z premedytacją niszczy piękny dom. Każda z tych historii mogłaby stać się kanwą osobnej powieści. Tu, może dlatego, że tak skondensowane, robią duże wrażenie. Ulotność i kruchość ludzkich losów, ludzie smagani przez zawieruchy historii, przeganiani z miejsca na miejsce, naznaczeni utratą: domu, ojczyzny, miejsca, najbliższych. Wszystko bardzo smutne.

To, co początkowo mnie zraziło i rozczarowało, to język i styl. Zwięzły, lakoniczny, rzeczowy, chłodny. Miejscami przez melodię, refreny, powracające frazy przypominający poezję, miejscami zaś urzędowy, prawniczy, ogrodniczy, zawsze aptekarsko dokładny. Mimo oszczędności wiele tu niezwykle drobiazgowych, szczegółowych opisów. Kiedy jednak minął pierwszy szok, bo ja, miłośniczka epickich cegieł, nie tego się spodziewałam, rozsmakowałam się w tej melancholijnej, leniwej opowieści. To książka, którą można kontemplować, czytać spokojnie kawałek po kawałku, iść do przodu i wracać do tego, co już się raz przeczytało, jak poezję. Warto poświęcić jej trochę czasu, a ponieważ jest niewielkich rozmiarów, nie potrzeba go dużo.


piątek, 11 listopada 2011
Jonathan Franzen "Wolność"

Pewnie nigdy nie kupiłabym tej książki. Dlaczego? Wewnętrzne strony okładki gęsto wytapetowane cytatami sławiącymi jej wielkość. W środku zakładka, na której znajduję informację, że powieść Franzena rekomenduje Oprah Winfrey (ściślej jej telewizyjny Klub Książki). Z tej samej zakładki krzyczą do mnie słowa: "Prawa do ekranizacji kupione przez Scotta Rudina!" (A któż to jest? Powinnam wiedzieć?) No i okładkę niczym zatwierdzający stempel zdobi jednowyrazowy cytat z samego Baracka Obamy: "Kapitalna". Wystarczy, aby obejść ją szerokim łukiem. A to nie koniec tej reklamowej hucpy. Więc dlaczego nie obeszłam? Dlaczego kupiłam i przeczytałam ponad sześćset stron drobnego druku? Przede wszystkim dlatego, że kilka lat temu zachwyciłam się pierwszą wydaną w Polsce powieścią Franzena "Korekty", która do dziś tkwi w mojej pamięci i stoi na półce. Wtedy wydał ją Świat Książki, ale wkrótce jej wznowienie ukaże się nakładem tego samego wydawnictwa, które wydało "Wolność" (Sonia Draga 2011). To też wiadomość z okładki.

Zanim przejdę do najnowszej pozycji amerykańskiego pisarza, którego Juliusz Kurkiewicz recenzujący książki na łamach Dużego Formatu przyrównał nieco na wyrost do Tołstoja, chciałabym na moment zatrzymać się przy "Korektach", bo na mnie niegdyś zrobiły znacznie większe wrażenie. Obie powieści obracają się wokół jednego tematu: rodziny. Trudno je nazwać sagami, to raczej analizy stosunków rodzinnych, wzajemnych zależności, urazów, pretensji i miłości. Opis problemów i kłopotów, losów rodziców i dzieci, zachodzących obyczajowych przemian, skonfrontowanie postaw dwóch a nawet trzech pokoleń. Wszystko w tradycyjnej, epickiej formie. Porządne dziewiętnastowieczne powieści, chociaż napisane w dwudziestym pierwszym wieku. Na pewno warto sięgnąć po obie, ale jeszcze raz podkreślam: ja wolę pierwszą z nich. Wydała mi się  dramatyczniejsza, a losy bohaterów bardziej przejmujące. Szczególnie zakończenie, którego ze zrozumiałych względów zdradzić nie mogę, po prostu mną wstrząsnęło. Tyle tytułem przydługiego wprowadzenia, a teraz jeszcze trochę o "Wolności".

To opowieść o rodzinie Patty i Waltera Belgrundów, ich dzieciach, rodzicach i przyjacielu, punckrockowym muzyku, Richardzie Katzu. Zaczyna się w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, kiedy to losy Patty i Waltera splatają się na jednym z collegów, kończy w roku 2010, a retrospekcje dotyczące rodzinnych historii sięgają oczywiście wcześniej. Patty i Waltera dzieli wszystko. On pochodzi z przeciętnej rodziny szwedzkich emigrantów zdeklasowanej przez alkoholizm ojca i braci. Nie tylko studiuje, ale pomaga udręczonej matce prowadzić nędzny, rodzinny motel. Aby się utrzymać, musi jeszcze pracować. To nieśmiały zielony idealista, kochający ptaki, przekonany, że remedium na ekologiczne problemy świata jest walka z przeludnieniem. Ona pochodzi z bogatej rodziny, jej matka zajmuje się polityką, ojciec jest adwokatem. Ma żal do rodziców, że faworyzują  rodzeństwo, jej nie poświęcając wiele uwagi. Może dlatego, że pasjonuje się sportem, uprawia koszykówkę, a matka woli chwalić się córkami przejawiającymi ambicje artystyczne. On zakochany w niej od początku, ona zainteresowana jego serdecznym przyjacielem, Richardem. Zostaną jednak małżeństwem, stworzą szczęśliwą, idealną rodzinę. On pracuje, ona jest doskonałą panią domu i matką. Oczywiście ta sielanka to tylko pozór, w przeciwnym razie nie byłoby tej powieści. Przez sześćset stron śledzimy ich historię. Początkowe sukcesy, nieuchronne rozczarowania, konflikty, porażki, kompromisy, porzucenie młodzieńczych ideałów i samooszukiwanie się, że wszystko jest okej. Poznajemy też ich dzieci Jessicę i Joeya, którego Patty wielbi bezkrytycznie.

Zaletą tej książki, podobnie jak poprzedniej, są znakomite portrety bohaterów i wiwisekcja ich wzajemnych relacji. Szczególnie rodzinnych. Jest tu i konflikt ojca z synem, i bezgraniczna, toksyczna miłość matki do syna. Jest rozczarowanie życiem, depresja, pokusy, na jakie bywamy wystawieni, i wielkie nieszczęście. Mimo wszystko jednak powieść Franzena to apoteoza rodziny i dojrzałości. Nie wszystko złoto, co się świeci, każdą ścieżkę da się wyprostować, jeśli tylko znajdziemy w sobie odwagę i dość siły, jeśli tylko będziemy chcieli ze sobą rozmawiać. Życie to nieuchronne niepowodzenia, rozczarowania, ale ostatecznie można przekuć je w sukces. Wszystko chyli się ku upadkowi, bohaterów, szczególnie mężczyzn, dręczy świadomość "ogólnie dupiastej kondycji świata". Co można na to poradzić? Robić swoje. Całego świata zbawić się nie uda, wielkich idei też raczej w czyn się nie przekuje, produkcji dwutlenku węgla nie ograniczy, efektu cieplarnianego nie zatrzyma, ochronić wszystkich gatunków ptaków nie sposób. Co więc można? Zacząć od siebie i na przykład urządzić na terenie dawnej rodzinnej posiadłości rezerwat ptaków. Brzmi to może naiwnie i banalnie i takie w gruncie rzeczy jest, ale kiedy tę nieodkrywczą filozofię czyta się rozpisaną na konkretne ludzkie losy, można się przejąć i zadumać. Tak jak w życiu. Pozamałżeński romans jest czymś banalnym, ale kiedy dotyczy ciebie, możesz czuć się jak bohater greckiej tragedii. To co powszechne, bywa trywialne, to co jednostkowe, już takie nie jest.

A tłem dla tego rodzinnego galimatiasu jest amerykańska polityka. Bohaterowie są zdeklarowanymi demokratami i szczerze nienawidzą  republikanów. Rządy Busha to nieszczęście. Wojna w Iraku jest brudna i prowadzona w imię nieczystych, gospodarczych interesów. Politycy tańczą, jak im zagrają wielkie koncerny, które dla zysków gotowe są na każde łajdactwo i każdy przekręt. Życie ludzkie nie jest w cenie, liczy się tylko kasa. Przewija się oczywiście jedenasty września, a Nowy Jork dla wielu bohaterów to dżungla, w której czyhają na człowieka same niebezpieczeństwa. Powieść kończy się kryzysem, który rozpełzł  po świecie z Ameryki.

Rzecz w tym, że temperatura tych oskarżeń jest dość letnia. Nie ma tu niczego odkrywczego, niczego, z czego nie zdawalibyśmy sobie sprawy. Chociaż uwielbiam wielkie, epickie powieści, wolę skondensowaną powieść Rotha "Wzburzenie", o której tu jakiś czas temu pisałam. Dotyczy co prawda innych amerykańskich problemów (wojna w Korei), ale jej oskarżycielska siła jest nieporównywalna, a los głównego bohatera o wiele bardziej porusza niż historia rodziny Belgrundów. To wszystko jednak nie oznacza, że nie warto sięgnąć po książkę Franzena. Czyta się ją znakomicie, a rodzinne relacje i portrety bohaterów są zajmujące. Zawsze warto z empatią pochylić się nad losami innych i przejrzeć się w nich niczym w zwierciadle.



środa, 09 listopada 2011
"Szczęście ty moje" Siergieja Łoźnicy. Niezwykle mocne kino z Rosji.

Obejrzałam zbierający pochwały krytyków fabularny debiut rosyjskiego dokumentalisty Siergieja Łoźnicy. Dawno już nie widziałam filmu tak przerażającego i pesymistycznego. Mimo że doskonale wiedziałam, na co się wybieram, muszę przyznać, że ładunek zła bijący z ekranu potwornie mnie zmęczył. Nie jest to zło wyrafinowane, ale zwyczajne, codzienne, popełniane ot tak, od niechcenia przez przeciętnych ludzi. Świat rosyjskiej prowincji widziany oczami Łoźnicy jest potworny. Przypomina piekielną matnię. Kto raz się w niej zaplątał, nie znajdzie wyjścia. Policjanci, którzy niekontrolowani przez nikogo mogą wszystko, zapijaczeni mieszkańcy wiosek i małych miasteczek o bezmyślnych, nieruchomych twarzach. Kradzieże, napady i wreszcie zbrodnie popełniane nie przez mafiosów, ale przez prostych wieśniaków, sąsiadów. Ruina, brzydota i upadek. Podążając za bohaterami, przekraczamy kolejne kręgi piekła. Mimo że już pierwsze sceny filmu pokazują świat brzydki, smutny i szary, potem z każdym krokiem jest coraz straszniej, coraz brzydziej, coraz duszniej. To, co na ekranie, potwornie przytłacza. To świat osobny, nad którym nikt nie panuje, tu nie sięga władza z Moskwy, tu wszystko rządzi się własnymi prawami. Prawa brzmią w tym kontekście ironicznie, bo to świat bezprawia i braku zasad moralnych. A wszystko pokazane bez hollywoodzkiego lukru, który każdą ohydę potrafi uczynić estetyczną. Ten rosyjski Dziki Zachód filmowany jest do bólu naturalistycznie. Ale najgorszy jest brak nadziei bijący z ekranu. Temu złu nie da się zaradzić, co wymownie pokazuje jedna ze scen. Reżyser obala  kilka mitów: mit wielkiej wojny ojczyźnianej (zdeprawowani żołnierze grabią i mordują), mit rosyjskiej gościnności (tu nie można ufać nikomu) czy mit sielskiej prowincji.

Jak czytam w materiałach promujących film, pokazane historie oparte są na faktach. Aż się wierzyć nie chce! Początkowo myślałam, że twórca skorzystał z artystycznego prawa do  przesady, przerysowania i wyolbrzymienia. A jednak nie! Rosja pokazana jest tu od najgorszej, diabelskiej strony.

Doceniam wartość i artystyczną perfekcję obrazu Łoźnicy, ale muszę przyznać, że mocne wrażenia nie pozostały na długo. Owszem, wyszłam z kina przytłoczona i porażona ogromem brzydoty i zła, ale po kilku dniach emocje gdzieś się ulotniły. Może to dlatego, że nie ma w tym filmie jednego głównego bohatera, którego losem można by się przejąć? Cóż, "Szczęście ty moje" na pewno nie jest dla każdego.

czwartek, 03 listopada 2011
"Habemus Papam - mamy papieża" Naniego Morettiego. Więcej niż komedia.
Długo wahałam się, czy iść na najnowszy obraz Naniego Morettiego. Raz że temat niespecjalnie mnie interesował, dwa rozmaite recenzje: od bardzo dobrych po słabe. Rzadko też zdarza mi się, tyle wiedzieć o filmie przed wizytą w kinie. A to wysłuchałam jakiejś radiowej audycji, a to obejrzałam dyskusję w telewizji, wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy. W końcu jednak postanowiłam wyrobić sobie własne zdanie i ostatecznie pomaszerowałam do mojego ulubionego kina. Jaki werdykt? Czasu spędzonego na seansie na pewno nie żałuję. Film oglądałam z dużą przyjemnością między innymi dzięki świetnemu, przykuwającemu uwagę Michelowi Piccoli w głównej roli. Sporo tu scen zabawnych, dobrodusznej kpiny, ale na pewno nic nie bulwersuje. O żadnym skandalu nie ma mowy, a takie głosy też się odzywały. To raczej medialny szum. Oczywiście obraz lewicowego reżysera o kościele to nie tylko pogodna komedyjka. Jest się nad czym zastanawiać, ale o tym jak zwykle w drugiej części. I nie chodzi tylko o problem człowieka, który nagle zostaje postawiony przed całkiem nowym, przerastającym go zadaniem. Ja zwróciłam uwagę na coś jeszcze innego. Wbrew moim obawom znalazłam w tym filmie więcej. Tyle zalet. Są i wady, ale o nich w ciągu dalszym. Jednak mimo zastrzeżeń "Habemus Papam" na pewno warto zobaczyć. A kto widział, może czytać dalej. Zapraszam.