Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 29 listopada 2012
Norman Manea "Kryjówka"

O rumuńskim pisarzu Normanie Manei przebywającym od 1986 roku na emigracji w Stanach usłyszałam jakiś czas temu. Natknęłam się na jego eseje i opowiadania, przeglądając książki wydawnictwa Pogranicze, któremu zawdzięczam kilka bardzo ciekawych literackich odkryć. W zeszłym roku moją ciekawość podsyciła nominacja jego wspomnień "Zapiski chuligana" do ścisłego finału nagrody Angelus. No ale jakoś dotąd nie złożyło się, aż tu nagle dowiaduję się, że wydano jego powieść "Kryjówka" (Czytelnik 2012; przełożył Kazimierz Jurczak). Tym razem nie przepuściłam okazji i postanowiłam spotkać się z prozą rumuńskiego pisarza. Spotkanie przedwczoraj dobiegło końca (od napisania tej notki do jej opublikowania minęły prawie dwa miesiące), spieszę więc, aby donieść, jak wypadło.

Jak łatwo się domyślić, powieść Manei to historia, której bohaterami są rumuńscy emigranci z kilku pokoleń przybyli do Stanów w różnym okresie. Łączy ich kariera akademicka i wspólna przeszłość w dawnej ojczyźnie. Jest najstarszy i najwybitniejszy z nich, światowej sławy profesor Dima, którego wspomnienia opublikowane po śmierci staną się przyczyną pewnej sensacyjnej historii. Jest jego uczeń i admirator, Palade, który w imię uczciwości i prawdy nie zawaha się krytykować młodzieńczych faszystowskich sympatii swojego mentora. Ta krytyka, która wywoła burzę i w środowisku emigracyjnym, i w Rumunii, przysporzy jej autorowi wielu kłopotów. Są wreszcie dwaj najważniejsi: Peter Gaspar i Augustyn Gora. Ten pierwszy, rumuński Żyd, jest młodszym kuzynem Lu, żony Augustyna Gory. To on zostanie zamieszany we wspomnianą sensacyjną historię, ponieważ zdecyduje się zrecenzować wspomnienia profesora Dimy.

Mimo że powieść obfituje w różne nieprawdopodobne i awanturnicze historie, które przydarzają się Peterowi Gasparowi, odkąd pojawił się w Stanach, a nastąpiło to stosunkowo późno, bo już po roku 1989, nie jest w żadnej mierze książką przygodową, sensacyjną czy kryminalną. Nie jest to też historia miłosna, chociaż fascynacja, miłość i tęsknota za Lu odgrywa w niej sporą rolę. Czym wobec tego jest? Przede wszystkim opowieścią o niewesołym doświadczeniu emigracyjnym. Mimo że bohaterom udaje się zrobić mniejszą lub większą karierę uniwersytecką, na zawsze pozostaną emigrantami. A oznacza to samotność, wyobcowanie, niemożność prawdziwego porozumienia z Amerykanami i oderwania od rumuńskiej przeszłości: żydowskiej, faszystowskiej i komunistycznej. Przeszłość, chociaż odległa, stale wraca do Paladego, Gaspara, Gory i Dimy. Cały czas pozostają aktualne pytania o postawy wobec faszystów a później komunistów. Kto sympatyzował z tymi pierwszymi, kto donosił tym drugim, kto ośmiela się szargać przeszłość profesora Dimy, niekwestionowanego autorytetu? Chociaż wyjechali, aby odciąć się od tamtych czasów, historia i tak ich dopadnie. Na nic wysiłki, stale kiszą się we własnym sosie. Może dlatego, że mimo długich lat spędzonych w nowej ojczyźnie tak naprawdę czują się tu obco. Prawdziwe spotkanie wymagające zrozumienia jest niemożliwe. Dwa różne światy, które wzajemnie się sobie dziwią. Chociaż wszyscy mówią po angielsku, nie rozumieją siebie, mijają się. Samotność staje się coraz dotkliwsza wraz z upływającym czasem. Coraz bardziej daje o sobie znać starość. Ciało zmienia się, zaniedbane przybiera monstrualne rozmiary, dopada choroba. Lekarze, szpital, operacje, napady paniki, depresja. I z tym wszystkim trzeba się zmierzyć w pojedynkę, bo decyzja o emigracji oznaczała rozstanie z ukochaną, o której nie udało się zapomnieć. Lu, żona i kochanka, jest stale obecna w duszach Gory i Gaspara. Nieuchronnie upływający czas staje się coraz istotniejszym tematem powieści. Jak łatwo się domyślić, nie jest to temat wesoły. Partie książki opowiadające o udrękach choroby, o ciele, które coraz starsze stale o sobie przypomina, są bardzo przygnębiające. To jednak nie jedyne lęki, jakie dręczą bohaterów. Dużo tu rozmaitych strachów powodujących bezsenność, a jeśli nawet uda się zasnąć, senne koszmary nie pozwalają zaznać wytchnienia. Świat nie jest miejscem bezpiecznym. Przyczyną nieprzespanych nocy i dni nieprzynoszących wytchnienia jest  nie tylko przeszłość związana z krajem młodości, ale i to, co dzieje się tu i teraz. Wydaje się, że świat skończył się 11 września 2001 roku.

Gdzie wobec tego znaleźć ratunek przed samotnością, wyobcowaniem i lękiem? Bohaterowie szukają go w książkach. To one dają wolność w komunistycznej ojczyźnie. Dyskusje o rozmaitych lekturach, często zakazanych, toczone w gronie studentów w małym pokoju na mansardzie jednej z bukaresztańskich kamienic pozwalają zapomnieć o tym, co wokół i wzbudzić tęsknotę za innym światem. Naiwni, nie wiedzą jeszcze, że ten świat nie przyniesie im spełnienia. Kto dostąpił zaszczytu bywania na tych literackich wieczorach, czuł się wyróżniony. Potem książki są ratunkiem w samotnym życiu emigranta. Dają schronienie wykorzenionej duszy. Co za paradoks: literatura, która pozwalała marzyć o wolnym świecie, potem w tym wolnym świecie musi koić ból samotności i tęsknoty. Ale książki są też pułapką. Zastępują prawdziwe życie. Nic dziwnego, że trudno się w nim odnaleźć, skoro całą wiedzę o świecie czerpało się i czerpie z lektury. Literatura jest zasadzką, w którą łatwo wpaść. Z jednej strony ratuje, z drugiej, wciągając, oddziela od rzeczywistości. Jak narkotyk. Może prowadzić do dobrego, ale i do złego. Może być przyczyną szczęścia, ale i nieszczęścia. Jest całkiem prawdopodobne, że życie Petera Gaspara potoczyłoby się szczęśliwiej, gdyby zamiast zwrócić się ku książkom, został koszykarzem. Wiele nieszczęść bohaterów ma swoje źródło w lekturach (wątek kryminalno-sensacyjny zaczyna się od opublikowania  wspomnień profesora Dimy). Ale profesor Augustyn Gora nadal wierzy w potęgę literatury, dlatego wyśmiewa ignorancję terrorystów, którzy 11 września zaatakowali centra finansowe i militarne, a nie Bibliotekę. Może dlatego świat przetrwał?

Powieść Manei pełna jest niedopowiedzeń i zagadek. Nie wszystko zostanie wyjaśnione. Nigdy nie dowiemy się, kim jest narrator, który ujawnia się w niektórych partiach książki. Sporo tu snów, fantazji, scen rozgrywających się nie wiadomo: na jawie czy w wyobraźni bohaterów. Dużo literackich aluzji i tropów. To wszystko sprawia, że momentami nie jest to najłatwiejsza lektura, ale na pewno warta uwagi.

czwartek, 22 listopada 2012
Oksana Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów"

To, że napiszę o najnowszej powieści Oksany Zabużko, zapowiadałam już jakiś czas temu, ale w kinie działo się tak dużo, więc ostatnio głównie o filmach było. Dziś spełniam obietnicę. Dlaczego tym razem sięgnęłam po ukraińską pisarkę, którą wcześniej jakoś zbywałam? Przecież dotąd nie przeczytałam żadnej z dwóch jej książek, które zostały wydane w Polsce. Ale niedawno zaczęłam  interesować się trochę tym rejonem Europy, no i przede wszystkim zwabiła mnie zapowiedź na stronach wydawnictwa. Pomyślałam, że to powieść dla mnie. I miałam rację. "Muzeum porzuconych sekretów" (W.A.B. 2012; przełożyła Katarzyna Kotyńska) to książka znakomita. Grubaśna, wielowątkowa powieść, której akcja rozgrywa się na Ukrainie w roku 2004 i w czasach wojennych, i tuż powojennych. Ale wspomnienia bohaterów sięgają z jednej strony do lat wielkiego głodu, z drugiej do epoki komunistycznej, kiedy Ukraina była częścią sowieckiego imperium. Najciekawsze (a przecież wszystko jest w tej powieści niezwykle ciekawe) jest dla mnie odkrycie kompletnie mi nieznanych kart z wojennej i powojennej historii Ukrainy. Kiedy bardzo wstydziłam się mojej historycznej ignorancji, okazało się, że nie miałam powodu, bo, jak pisze Oksana Zabużko w krótkiej odautorskiej nocie kończącej powieść, fakty, które stały się kanwą sporej części książki, były do niedawna białą plamą. Kiedy pisarka, pracując nad swoim opus magnum, ślęczała w archiwach, równolegle zaczęły ukazywać się prace historyków na te tematy.

Ale może po kolei. Głównymi bohaterami powieści są Daryna Hoszczynska i Adrian Watamaniuk. Ona, dobiegająca czterdziestki, atrakcyjna, przebojowa, popularna dziennikarka telewizyjna. On, kilka lat od niej młodszy, niedoszły fizyk, prowadzący niewielki sklep z antykami. Połączy ich zdjęcie, które  przypadkiem wpadnie w jej ręce. Zdjęcie z roku 1947, na którym stoi trzech mężczyzn i jedna kobieta, Hela Dowhanówna, jego cioteczna babka. Ona, właściwie nie wiadomo dlaczego, zapragnie o Helenie zrobić film, wyświetlić jej losy. Coś ją do tej krewnej Adriana przyciągnie. Początkowo pewnie to, że była jedną z niewielu kobiet walczących w ukraińskiej partyzantce. Zdobycie jakichkolwiek materiałów na jej temat okaże się nie lada wyzwaniem. Czy rzeczywiście zaginęły, czy może nadal są tajne? Daryna i Adrian prowadzą swoiste senne śledztwo. Dosłownie senne, bo historię Heleny i przede wszystkim związanego z nią (jak, nie zdradzę) Adriana Ortyńskiego poznają w snach, które przychodzą najpierw do niego, potem także i do niej. Odkrywanie ich tajemnicy jest dla czytelnika fascynujące. Te partie książki, nie tylko sny, także śledztwo prowadzone w tradycyjny sposób, trzymają w napięciu niczym najlepszy kryminał albo może raczej powieść sensacyjna. Ostatnie dwieście stron (z siedmiuset) pochłonęłam w jeden weekend, od pewnego momentu wiedziałam, że muszę dokończyć, choćby się waliło i paliło. A wbrew temu, co może się wydawać, powieści Oksany Zabużko nie czyta się łatwo, bo druk mały, a dialogów niewiele. Powoli wszystkie wątki, także te współczesne, zaczynają się składać razem niczym puzzle. Ale pełny obraz pozna jedynie czytelnik. Bohaterom nie uda się odkryć całej prawdy. To tylko my na zakończenie mamy wszystkie dane i możemy rozwiązać to swoiste matematyczne zadanie, skojarzyć jedno z drugim i złożyć sobie w całość niezwykłe ludzkie losy splatane przez okrutną historię. W tym sensie jest to także powieść o pamięci i o granicach poznania. Poznanie przeszłości, prawdy o tym, co było, nie zawsze jest możliwe. Niektórych zagadek nigdy nie rozwikłamy. Bo mija czas, bo umierają świadkowie, bo często pamięć jest celowo niszczona.

Historia Heleny i Adriana Ortyńskiego (i kilku związanych z nimi osób) jest niezwykle poruszająca i interesująca. To odkrycie ukraińskiej terra incognita. Oboje walczą w  podziemiu, są żołnierzami UPA, które nam, Polakom, kojarzy się przede wszystkim z bardzo bolesną dla nas sprawą wołyńską. I tyle na ogół na ten temat wiemy, i oczywiście nie wolno nam o tym zapominać. Ale historia jest o wiele bardziej skomplikowana. Ukraińska partyzantka wymierzona była przede wszystkim przeciwko Niemcom i Sowietom. Walczyła o niepodległą Ukrainę, głównie na terenach Galicji, jeszcze długo po zakończeniu wojny. Szczególnie poruszające są właśnie te partie powieści. Ukrywanie się, czujność, krwawe potyczki, tortury, nieustanne zagrożenie, śmierć czająca się na każdym kroku, brud, głód, choroby, zimno, opór właściwie skazany na klęskę, zbliżająca się obława, a także miłość (ale nie jest to prosta, romansowa historia miłosna wyciskająca łatwe łzy). Niezwykły klimat towarzyszy tym fragmentom. To właśnie one tak bardzo skojarzyły mi się z "Obławą" Krzyształowicza. Tyle tylko, że książka Oksany Zabużko, także z racji swojej objętości, jest o wiele głębsza niż film polskiego reżysera.

Ale przecież "Muzeum porzuconych sekretów" nie jest powieścią tylko wojenną. Powiedziałabym nawet, że jest nią w zdecydowanie mniejszym stopniu. To książka niezwykle bogata! W takim razie co jeszcze, a może co przede wszystkim?

Niezwykłe, tragiczne opowieści o ludziach żyjących w czasach komunizmu. Jedna to historia nieżyjącego ojca Daryny, inżyniera, który upomina się o prawdę, początkowo naiwnie wierząc, że wszystko da się wyjaśnić i odwrócić, a potem z całą determinacją i pełną świadomością, na co się porywa. Losy ojca nie mogły nie odbić się na dzieciństwie i młodości Daryny. Druga to historia niejakiego Buchałowa, za czasów sowieckich funkcjonariusza KGB, potem pracownika archiwum.

To także opowieść o kobietach. Darynie i jej matce, a także o serdecznej przyjaciółce Daryny, nieżyjącej już malarce Władzie. Każda z nich inna, każda na swój sposób niezwykła. Niezależne, silne, uwikłane w miłość. Inna jest jednak siła matki z miłości dla mężczyzny gotowej znosić z pokorą koszmar życia, który on funduje swojej rodzinie, inna niezależnej, nowoczesnej, robiącej karierę Daryny, która plącze się w przypadkowe miłosne związki do momentu, kiedy nie spotka Adriana. Jeszcze inna jest Włada, jej przyjaciółka, malarka.

No i wreszcie polityczne tło. Ludzie złamani w czasach komunistycznych i brudna, dzisiejsza (jeszcze sprzed pomarańczowej rewolucji) polityka. Obraz współczesnej, cynicznej klasy panującej w niczym nie odbiega od tamtej, komunistycznej. Fałsz, korupcja, dbanie o swój interes, karierowiczostwo za wszelką cenę, ciemne, wręcz mafijne, interesy, tłumienie obywatelskich swobód, wolnych mediów i tak dalej, i tak dalej, długo by jeszcze można wyliczać.

I złamane kariery. To między innymi przejmująca historia Adriana Watamaniuka, który z powodów materialnych musi porzucić swoją ukochaną fizykę. Ale Adrian to tylko reprezentant straconego pokolenia. Takich jak on jest wielu. Gdy jednym się udaje, ale jakim kosztem!, inni, aby jakoś żyć, muszą porzucić swoje marzenia, a jeszcze inni staczają się na dno. Te opowieści i wątek polityczny kreślą przygnębiający obraz Ukrainy. Niby to historia sprzed pomarańczowej rewolucji, ale przecież to, co dzieje się tam teraz, w kilka lat po społecznym zrywie, który rozbudził nadzieje na odrodzenie, jest równie smutne (a pisałam te słowa w dzień  po ukraińskich wyborach parlamentarnych, po wysłuchaniu i przeczytaniu kilku komentarzy).

Mimo tego o czym wspominałam w dwóch poprzednich akapitach, nie jest to książka przygnębiająca do spodu. Gdzieś tli się iskierka optymizmu i nadziei, a zawdzięczamy ją kilku bohaterom, którzy koniec końców postanawiają być wierni sobie i bez względu na koszty nie skundlić się.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć, że powieść ma bogatą konstrukcję. Narracja prowadzona jest z kilku różnych punktów widzenia, kobiecych i męskich, w trzeciej i w pierwszej osobie. Taki zabieg z jednej strony rozbija powieściowy świat, z drugiej scala go: przyglądając się rzeczywistości z tylu różnych punktów widzenia, poznajemy ją w pełni.

I na koniec refleksja osobista (jakby to, co pisałam nie było osobiste). Czytając powieść Oksany Zabużko, bardzo często miałam poczucie, że nagle znalazłam się po drugiej stronie lustra. Jakbym oglądała świat od podszewki albo raczej z drugiej strony muru. Rewers naszej historii, naszej rzeczywistości. To, co kiedyś nasze, dzisiaj ukraińskie, a przez to wspólne. Myślę tu przede wszystkim o historycznych partiach powieści. Lwów widziany oczami Ukraińców, określenia za Polski, które od czasu do czasu pojawiają się w ustach bohaterów, czy choćby historia UPA, dla nas symbolu okrucieństw, dla naszych sąsiadów walki o  niepodległość.

Kończę banalnym stwierdzeniem, że to świetna powieść, którą koniecznie trzeba przeczytać. I drugim równie banalnym: nie po raz pierwszy odczuwam niedosyt, że z konieczności podzieliłam się z tobą, czytelniku tej notki, tylko fragmentem moich refleksji. Żeby nacieszyć się całym  bogactwem "Muzeum zaginionych sekretów", trzeba po nie sięgnąć.

niedziela, 18 listopada 2012
"Barbara". Interesujący niemiecki film.
Spieszę się, aby napisać o tym skromnym niemieckim filmie nagrodzonym na tegorocznym Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem, bo obawiam się, że w natłoku atrakcyjnych filmowych premier gdzieś przepadnie. Tym bardziej, że prawdopodobnie nie jest rozpowszechniany w zbyt dużej liczbie kopii. Takie filmy z góry skazane są na nieliczną widownię. A szkoda. Pewnie też bym go przegapiła, gdybym nie czytała relacji z festiwalu. Zapamiętałam, że wart jest uwagi i teraz, kiedy tak nagle, bez rozgłosu pojawił się na kinowych ekranach, bardzo się ucieszyłam. To rozgrywająca się w roku 1980 gdzieś na niemieckiej, nadmorskiej prowincji historia lekarki Barbary inwigilowanej przez Stasi. Reżyser świetnie buduje atmosferę osaczenia, zagrożenia i beznadziei. Wszechobecność policji politycznej, ale także obraz małego, zapyziałego miasteczka powodują, że widzowi udziela się niepokój. Nawet przyroda dostraja się do otaczającego bohaterkę świata. Nastrój lęku potęguje wiatr, który nad morzem jest zwyczajnym zjawiskiem, ale w filmie podkręca ciężką atmosferę. Mimo tego jest w tym obrazie nuta optymizmu, którą daje wiara w przyzwoitego człowieka. A poza tym "Barbara" to także bardzo dobre kino psychologiczne. Reżyser konfrontuje z sobą dwie interesujące osobowości, dwie różne postawy wobec komunistycznej, niemieckiej rzeczywistości. Ich wzajemne relacje rozwijają się w subtelny sposób. Więcej nie zdradzę. Dodam tylko, że tytułowa bohaterka grana przez Ninę Hoss przyciąga uwagę. Jest za sprawą aktorki postacią magnetyczną. Warto wybrać się do kina na "Barbarę". Namawiam. A jeśli ktoś widział, może czytać dalej.
czwartek, 15 listopada 2012
"Pokłosie" Władyslawa Pasikowskiego
"Pokłosie" Pasikowskiego to jeden z tych filmów, na które bardzo czekałam, ale jednocześnie oczekiwaniu towarzyszyły obawy. Na festiwalu w Gdyni film nie wywołał wielkich emocji, został przyjęty raczej powściągliwie. Mówiono i pisano, że ważny, ale pojawiały się zastrzeżenia. Uhonorowali go tylko dziennikarze, jury całkowicie pominęło. Jak zwykle nie wczytywałam się dokładniej w recenzje, aby zachować świeżość spojrzenia. Mam wrażenie, że dziś krytycy i publicyści patrzą na "Pokłosie" życzliwszym okiem. Szłam do kina ze świadomością, że może być różnie. Teraz mogę napisać, że film robi wielkie wrażenie, są sceny, które ogląda się ze ściśniętym gardłem. A przecież doskonale wiedziałam, jaką historię Pasikowski opowiada, czytałam książkę Anny Bikont o Jedwabnem (to te wydarzenia stały się luźną inspiracja dla filmowego scenariusza), byłam w teatrze na "Naszej klasie" Słobodzianka. Wydawałoby się, że trudno będzie o emocje, niejedno już w kinie widziałam. A jednak po seansie potrzebowałam czasu, aby odreagować. Moim zdaniem świetnie też sprawdza się westernowa konwencja, jaką wybrał reżyser. W niczym nie ujmuje powadze tematu, a od pierwszych scen trzyma w napięciu, buduje atmosferę zagrożenia i tajemnicy. Jest szansa, że takie popularne kino przyciągnie większą widownię. A na dodatek świetna rola Macieja Stuhra, zupełnie inna niż w "Obławie". Ale dość zachwytów, na koniec łyżeczka dziegciu: jest kilka scen, do których można się z różnych powodów przyczepić, jednak to w tym wypadku rzecz drugorzędna. O wiele ważniejsze jest, że film Pasikowskiego, mierzący się w sposób bezkompromisowy z ważnym tematem, nie pozostawia widza obojętnym. Tyle w pierwszej części, a w drugiej szczegóły, dla tych, którzy na "Pokłosiu" już byli.
niedziela, 11 listopada 2012
Miljenko Jergović "Ojciec"

Tyle się ostatnio dzieje w kinie, że moje ostatnie zapiski to refleksje filmowe. A przecież stale czytam, więc nagromadziło się sporo zaległości. Czas najwyższy je nadrobić, dlatego dziś, trochę nietypowo, bo w niedzielę, publikuję wpis o najnowszej książce jednego z moich ulubionych autorów Miljenko Jergovicia. Mą czytelniczą miłość zaskarbił sobie szczególnie dwiema powieściami: "Ruta Tannenbaun" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki" (o obu pisałam). Za tę ostatnią otrzymał tegorocznego Angelusa, ta pierwsza była kilka lat temu w finale  nagrody. Naprawdę koniecznie trzeba po nie sięgnąć. To powieści znakomite. Pretekstem do peanu na cześć chorwackiego pisarza jest wydanie, wspomnianej przed chwilą, najnowszej jego książki: "Ojciec" (Czarne 2012; przełożyła Magdalena Petryńska). Ta niewielkich rozmiarów pozycja jest czymś nietypowym w twórczości pisarza. To wspomnienie o zmarłym ojcu. Ale opowieść o nim staje się pretekstem do opowiadania o historii rodziny, o przeszłości narodu, trochę także o czasach współczesnych i wreszcie o sobie jako o człowieku i pisarzu. Kto zna wydane w Polsce powieści Jergovicia, ten dostanie komentarz do jego twórczości. Kto ich nie czytał, może potraktować "Ojca" jak wprowadzenie do jego prozy.

Opisując historię ojca i rodziny, pisarz skupia się przede wszystkim na tej dalszej przeszłości, bo, jak deklaruje w jednym z ostatnich rozdziałów, właściwie eseju nie wspomnieniu, to ona jest ważna, bo trzeba ją zmieniać. Jak? Odkłamując, dokopując się do prawdy o własnym narodzie i własnej rodzinie. Dlatego bardziej interesują go czasy drugiej wojny niż wojen najnowszych, czasy Niezależnego Państwa Chorwackiego i Ante Pavelicia (ten faszystowski polityk stworzył pod protektoratem Niemiec i Włoch NPCh)  niż czas powstania współczesnej Chorwacji, Serbii czy Bośni i Hercegowiny. Przyczyna ostatnich wojen bałkańskich tkwi w tamtej przeszłości. Jergović bezkompromisowo opowiada o swojej babce i jej siostrach gorących zwolenniczkach Niezależnego Państwa Chorwackiego i ustaszów. O tym, jak pamięć tamtych czasów odradza się we współczesnej Chorwacji i nie jest już powodem do wstydu, lecz przeciwnie, do dumy. O suple, jaki tworzą  narody i religie (aby dziś uzyskać obywatelstwo chorwackie, trzeba być ochrzczonym w kościele katolickim; Jergović wychowany w rodzinie ateistycznej opowiada o tym, jak po opuszczeniu Sarajewa i zamieszkaniu w Zagrzebiu próbował je zdobyć). Pisarzowi jest wstrętny każdy nacjonalizm i patriotyczna martyrologia, dlatego patrzy na historię swojego narodu trzeźwo, często posługując się ironią. Ale w końcowych partiach, w  eseistycznych rozdziałach będących jego wyznaniem wiary porzuca trzeźwość zmieszaną z ironią na rzecz gniewu, którym kipią słowa:

"Prawdziwe kłamstwo, kłamstwo ludzi poważnych, polega na niedostrzeganiu cudzych królów i omijaniu tych masowych grobów, które po brzegi napełnili trupami nasi bohaterowie. Kłamstwo polega na tym, że jeden naród, jedno państwo, jeden obszar kulturowy zawsze są w centrum uwagi, i że tysiące kilometrów dokoła nie ma narodu, państwa i kultury, które w tym samym czasie historycznym żyły i istniały."

Dlatego przeszłość tych terenów to dla jednych Wielka Serbia, dla drugich Wielka Chorwacja a dla jeszcze innych Wielkie Węgry.

To wszystko sprawia, że pisarz czuje się w Chorwacji samotny i wyobcowany. Nie jest już z Sarajewa, tamten rozdział swojego życia zamknął, ale nie najlepiej czuje się w państwie, w którym do głosu dochodzą dawne resentymenty, w którym wagę przywiązuje się do tego, czy cię ochrzczono czy obrzezano, a nawet jeśli jesteś ateistą, to ważne jakim: katolickim, prawosławnym czy muzułmańskim. Brzmi niedorzecznie? Ale wcale takie nie jest.

Samotność Jergovicia ma też swoje drugie oblicze: rodzinne. Nie żyje już babka pisarza, wszystkie jej siostry, właśnie zmarł ojciec. A to oni wszyscy byli jego rodziną. Tak się dziwnie złożyło, że tylko jego babka Stefanija spośród wszystkich sióstr Jergović doczekała się dziecka, a potem wnuka. Tym dzieckiem był ojciec pisarza, wnukiem oczywiście on sam. Jakże smutno, a nawet tragicznie brzmią słowa kończące książkę: "Na świecie nie ma już żadnego Jergovicia, który byłby moim krewnym."

Ale ta książka jest oczywiście przede wszystkim opowieścią o ojcu pisarza i o ich wzajemnych relacjach. Relacjach niełatwych, pozbawionych głębszych uczuć i otwartości, a powodem tego był nie tylko fakt, że rodzice pisarza dość szybko się rozstali. Zastanawiając się, dlaczego ojciec traktował go w taki sposób, Jergović musi posłużyć się swoją pisarską wyobraźnią. Najczęściej pozostaje w sferze domysłów. Tworząc portret swojego ojca, ale także babki Stefaniji, ucieka w stronę literatury. Często zauważa, że tak mogłoby być w powieści, że to nadawałoby się świetnie na materiał dla powieściopisarza. Jak było naprawdę? Często nie wie. Ta niewiedza w mniejszym stopniu dotyczy faktów, w znacznie większym uczuć, przyczyn czyjegoś postępowania, ludzkich charakterów. Tu, w tych wspomnieniach, widać źródła jego pisarstwa.

I chociaż książka ta jest w gruncie rzeczy bardzo smutna, ironiczna albo zagniewana, to sporo tu barwnych, czasem zabawnych, czasem smutnych, ale najczęściej niezwykłych opowieści czerpanych z historii rodziny. W tych fragmentach czytelnicy, którzy znają jego powieści, odnajdą tak dobrze z nich znany żywioł gawędziarski, któremu pisarz nie pozwala tym razem się rozbuchać. A ci, którzy dotąd Jergovicia nie czytali, poznają przedsmak tego, co czeka ich, jeśli ten niezrozumiały brak nadrobią. Namawiam!!!

czwartek, 08 listopada 2012
Michael Haneke "Miłość"
Miało być o książce, ale w kinie wyjątkowy urodzaj, więc dziś dzielę się swoimi refleksjami o "Miłości" Hanekego. Film wchodzi na ekrany poprzedzony Złotą Palmą w Cannes, ochami i achami krytyki. Poza tym Haneke to tak ważny reżyser, że nie sposób pominąć jego kolejny film. Nie mogę powiedzieć, żebym zaliczała go do moich najbardziej ulubionych, ale jego obrazy zawsze intrygują, drażnią, nie dają spokoju. Chyba najbardziej lubię "Kod nieznany", ale to "Ukryte" na mnie zrobiły największe wrażenie, chociaż miałam zastrzeżenia, "Białą wstążką" byłam nieco rozczarowana, co nie znaczy, że uważam ten film za zły, a "Funny Games" nie widziałam i koniecznie muszę to kiedyś nadrobić. A "Miłość"? Cóż, moim zdaniem film bardzo dobry, ale nie arcydzieło, jak niektórzy twierdzą. Na pewno dotyka niezwykle ważnego tematu: miłości, takiej do grobowej deski, choroby, starości, śmierci. Takie problemy w tak czystej formie, bo film opowiada tylko o tym, akcja toczy się tylko w mieszkaniu, na ekranie widzimy właściwie tylko dwoje bohaterów, poruszane są we współczesnym kinie bardzo rzadko. A może w ogóle w tak radykalny sposób? Film robi wrażenie, ale, aby nazwać go arcydziełem, czegoś mi zabrakło. Chyba był dla mnie zbyt przewidywalny. Dostałam w zasadzie dokładnie to, czego się spodziewałam. Dopiero w ostatniej części Haneke pokazał swój pazur i boleśnie zaskoczył. Tym razem wyjątkowo ciekawa jestem opinii recenzentów, ale skonfrontuję się z nimi dopiero po napisaniu tego tekstu. Trochę marudzę, więc spieszę zapewnić, że "Miłość" należy obejrzeć koniecznie. Więcej refleksji w części drugiej, jak zawsze dla tych, którzy już kinie byli.
czwartek, 01 listopada 2012
"Whisky dla aniołów". Ken Loach zaskakuje!
Muszę przyznać, że Ken Loach mnie zaskoczył. Widziałam tylko jeden jego film: znakomity, wstrząsający "Wiatr buszujący w jęczmieniu", opowieść o irlandzkich bojownikach walczących w latach 20-tych zeszłego wieku o niepodległość swojego kraju. Wiem, że jest przedstawicielem kina społecznie zaangażowanego, znane są też jego lewicowe poglądy. Najnowszy obraz Loacha "Whisky dla aniołów" dystrybutorzy reklamują jako komedię, ale tego, co zobaczyłam, naprawdę się nie spodziewałam, a często podkreślam, że uwielbiam być w kinie zaskakiwana. Nie ma nic gorszego niż przewidywalność. Co mnie tak zdumiało? Konwencja. Jaka? Nie zdradzę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy filmu nie widzieli, a chcieliby się wybrać, do czego gorąco namawiam. Jednak ta lekka, zabawna (ale uwaga: wywołująca uśmiech, nie rechot), pogodna opowieść o czwórce bezrobotnych Szkotów, którzy weszli w kolizję z prawem i zostali skazani na ileś godzin prac społecznych, kryje w sobie całkiem poważną treść. Ale o tym jak zwykle w drugiej części. Kto film już widział, niech czyta.