Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 29 listopada 2017
"Cicha noc"
W kinach zaczynają pojawiać się filmy pokazywane na gdyńskim festiwalu. Tydzień temu na ekrany wszedł "Najlepszy" Łukasza Palkowskiego, teraz nagrodzona Złotymi Lwami "Cicha noc" Piotra Domalewskiego. Na ten pierwszy nie poszłam, bo za dużo filmów w swoim życiu widziałam i już nie chce mi się tracić czasu na kolejną opowieść w amerykańskim stylu o kimś, kto z dna dotarł na szczyty dzięki własnej determinacji. Nawet jeśli historia jest, jak w tym wypadku, prawdziwa, to i tak wiadomo, że na potrzeby filmu została podkręcona, wygładzona, wyszlifowana. Za to wybrałam się na "Cichą noc", kameralną opowieść rodzinną zrobioną przez debiutanta Piotra Domalewskiego. I nie zawiodłam się. Film dotyka problemów, jakie przynajmniej w części są udziałem większości z nas. Pozostałe doskonale znamy z opowieści znajomych i przyjaciół. Więc niby jest to historia z cyklu znacie, to posłuchajcie, a jednak, ponieważ została znakomicie zrobiona i równie znakomicie zagrana, trzyma w napięciu i pozostaje w pamięci. Wspominając o aktorach, nie mam na myśli tylko nagrodzonego za główną rolę męską Dawida Ogrodnika, ale właściwie wszystkich. Świetna jest niemal nieobecna na ekranach Agnieszka Suchora, oczywiście Arkadiusz Jakubik, Tomasz Ziętek, ściszony, wycofany, skrywający tajemnicę, tak podobny do Ogrodnika, jakby rzeczywiście byli braćmi. Inni też zasługują na uwagę. Każda scena jest ważna, każda jest kolejną cegiełką dorzuconą do portretu bohaterów i do rodzinnego piekiełka. Ileż tu znakomitych obserwacji. Każdy z nas przeżył niejedną taką Wigilię, każdy z nas doskonale zna taką ciotkę, takiego wujka, mamy takich kuzynów, takiego dziadka. Domalewski podąża własną drogą. Podobnie jak Wojciech Smarzowski portretuje polską prowincję, ale mimo rozlicznych wad jego bohaterowie nie są odrażający. Mamy dla nich zrozumienie, współczujemy im. Naprawdę świetny film. A kto już w kinie był, może czytać ciąg dalszy, gdzie więcej refleksji. Zapraszam.
poniedziałek, 27 listopada 2017
Katarzyna Kobylarczyk "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty"

Kiedy skończyłam czytać reportaż Aleksandry Lipczak "Ludzie z placu Słońca", o którym pisałam ostatnio, przypomniałam sobie, że w czeluściach mojego czytnika mam jeszcze jedną książkę o Hiszpanii. To „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” (Czarne 2013, ale książka jest dostępna, przynajmniej ebook) Katarzyny Kobylarczyk. Chcąc pozostać w hiszpańskich klimatach, natychmiast po nią sięgnęłam, a że książeczka jest niedużych rozmiarów, pochłonęłam ją jednym tchem.

To rzecz zupełnie odmienna, ale też wyrastająca z miłości do Hiszpanii. Autorka nie zajmuje się problemami społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi. Zafascynowana jest fiestami i małymi osadami. Przemierza spalony słońcem hiszpański interior  i odwiedza malutkie miasteczka i wioski. Czasem nie dzieje się nic, czasem opowiada o jakiejś lokalnej osobliwości, legendzie, sięga do przeszłości, ale najczęściej opisuje zwariowane fiesty, jakie trudno nam sobie wyobrazić. Najbardziej znaną jest fiesta w Pampelunie. Słynne gonitwy byków i szaleństwo, które się tam odbywa, rozsławił Hemingway między innymi w powieści ”Słońce też wschodzi”. Nie miałam pojęcia, że to on sprawił, iż ta lokalna fiesta, jakich wiele w całej Hiszpanii, stała się taka słynna i dzisiaj to prawdziwy szał. Nie ukrywam, że i ja, zarażona przez Hemingwaya, marzyłam o Pampelunie, ale kiedy wreszcie dwa lata temu zrealizowałam ten plan, z wielu powodów przyjechałam do miasta w kilka dni po zakończonym szaleństwie. Pampeluna jeszcze lizała rany i doprowadzała się do porządku. Inna słynna fiesta to obchody Wielkiego Tygodnia w Sewilli. Podobne odbywają się w wielu hiszpańskich miejscowościach. Ale najrozmaitszych, przedziwnych fiest są w Hiszpanii tysiące. To bieganie z ogromnymi figurami świętych albo z figurą Chrystusa w szklanej trumnie, wyścigi koni pod stromą górę z uczepionymi do ich grzbietów czterema śmiałkami, obrzucanie się najrozmaitszymi przedmiotami, walenie w bębny i wiele innych.Często nikt dziś już nie zna ich rodowodu.

Wielką zaletą książki Katarzyny Kobylarczyk jest piękny język. Czytanie jej to niezwykła przyjemność. Kiedy pisze o fiestach, znakomicie oddaje szaleństwo i trans, w jaki popadają miejscowi, i bezradność turysty, który zawsze będzie tylko turystą, kimś z zewnątrz. Kiedy opisuje miasteczka, wioski, hiszpański interior, robi to w sposób poetycki, niebanalny, bardzo sensualny. To książka do smakowania. Niewielki drobiazg, ale naprawdę bardzo pyszny. Odtrutka na codzienność i coraz niższe temperatury. Można ją połknąć na raz, ja tak zrobiłam, albo smakować po kawałku, żeby starczyło na dłużej. Żadne moje gadanie, a właściwie pisanie, nie odda istoty rzeczy. Po prostu trzeba przeczytać. Zimą jak znalazł.

środa, 22 listopada 2017
Aleksandra Lipczak "Ludzie z placu Słońca"

W moim prywatnym rankingu państw europejskich, które uwielbiam, Hiszpania bije się z Włochami o palmę pierwszeństwa. Właściwie niby pierwsze są Włochy, ale czy ja wiem? Bo Hiszpania mnie również fascynuje! Podróżować po jakimś kraju to jedno, a znać go tak od podszewki to drugie. Nawet jeśli jeździ się samodzielnie, korzysta z transportu publicznego, wybrzeże omija szerokim łukiem (przynajmniej to śródziemnomorskie), to nie znaczy, że poznało się kraj. Ja przynajmniej nie ośmieliłabym się tak powiedzieć, chociaż po Hiszpanii podróżowałam kilka razy. Między innymi dlatego sięgnęłam po zbiór reportaży Aleksandry Lipczak „Ludzie z placu Słońca” (Dowody na Istnienie 2016). To książka fascynująca, połknęłam ją jednym tchem i każdemu polecam.

Autorka pisze o Hiszpanii współczesnej, ale ponieważ na tym, co dzisiaj, swoje piętno odcisnęła hiszpańska wojna domowa i czasy dyktatury Franco, nie może uciec od przeszłości. Bo Hiszpania na pewno byłaby inna, gdyby nie tamte czasy. Eksplozja wolności i szaleństwa, jaka nastąpiła po upadku dyktatury, to odreagowanie tamtego ciemnego okresu, który nie dość, że kosztował życie wielu ofiar, ale także na dekady zamknął Hiszpanię za Pirenejami. Gdyby nie odreagowanie dyktatury, nie byłoby filmów Almodovara. To właśnie początkom jego twórczości poświęcony jest jeden z reportaży. A czym była dyktatura Franco, opowiada między innymi tekst „Macho”. Wbrew tytułowi jego bohaterem nie jest mężczyzna, tylko kobieta. Pilar Primo de Rivera, siostra założyciela Falangi, która stworzyła przy niej Sekcję Kobiecą. Jej celem było wychowanie nowej kobiety, całkowicie podległej mężczyźnie, zamkniętej w domu. Kiedy czytałam o tym, jak rolę kobiet widziała Pilar, kręciłam głową z niedowierzaniem, tak absurdalnie brzmią jej  postulaty. Można by się z tego śmiać, gdyby nie było to tak straszne, bo przecież część z nich dzięki zmianom prawa została wcielona w życie. Po upadku dyktatury Franco w czasach transformacji tamtego mrocznego okresu nigdy nie rozliczono. Przez lata milczano w imię społecznego spokoju. Zbyt to wszystko było skomplikowane. Dyskusja o przeszłości ruszyła kilkanaście lat temu i trwa do dziś. Dopiero na początku naszego wieku rozpoczęły się poszukiwania ludzi zaginionych w czasie wojny domowej, po hiszpańsku desaparecido, czyli znikniętych. Większość z nich została po prostu rozstrzelana. Jeśli egzekucje były masowe, chowano ich w zbiorowych grobach, jeśli mordowano pojedyncze osoby, takie też są ich groby. Słowo grób jest tu zdecydowanie na wyrost, bo nikt nigdy nie miał się dowiedzieć, gdzie zostali pochowani. Hiszpania jest wielkim cmentarzem, pełno tu skażonych krajobrazów, o jakich pisał Martin Pollack w książce pod takim tytułem. O ludziach, którzy szukają swoich znikniętych i o stowarzyszeniu, które się tym zajmuje i o trudnościach, z jakimi się boryka, opowiada jeden z reportaży. Trudno w to uwierzyć, ja w każdym razie nie miałam o tym pojęcia, że do dziś można zwiedzać sanktuarium, w którym wraz ze swoimi towarzyszami pochowany został Franco, do dziś to miejsce otoczone jest kultem. A przypływających do Mellili, jednej z dwóch hiszpańskich enklaw na północnych wybrzeżach Afryki, wita w porcie wielki pomnik generała. Co zrobić z pamięcią o nim, to pytanie jednego z tekstów.

Ale najwięcej reportaży dotyczy oczywiście problemów społecznych i gospodarczych Hiszpanii współczesnej. Kraju, który jeszcze kilkanaście lat temu gnał do przodu i był przykładem europejskiego eldorado. Światowy kryzys obnażył jego słabości i wybuchł tu z wielką siłą. Z jego skutkami, ogromnym bezrobociem, które dotknęło szczególnie młode pokolenie, zmaga się Hiszpania do dziś. Z reportaży poświęconych kryzysowi i jego skutkom negatywnym i pozytywnym, bo są i takie, bije największa energia. Wyczuwa się w nich gniew, podziw dla tych, którzy walczą i próbują na gruzach starego budować nowe, wzruszenie dla ludzkiej solidarności wywołanej wspólnym nieszczęściem. Gniew ukryty pod maską ironii bije z tekstu o hiszpańskiej bańce na rynku nieruchomości, o miastach widmach i o Paco Hernando, wielkim deweloperze, który po aferze z jego udziałem gdzieś zniknął i nie wiadomo, czy jest bankrutem, czy ocalił coś ze swojego wielkiego majątku. Posługując się jego przykładem, Aleksandra Lipczak opowiada o mechanizmach, które najpierw pozwoliły bańce nieruchomości urosnąć do niebotycznych rozmiarów, a potem doprowadziły do wielkiego krachu. Podziw i wzruszenie promieniują z opowieści o Adzie Colau, burmistrzyni Barcelony, która wyrosła z ruchu oburzonych, a pierwsze kroki stawiała w Platformie Poszkodowanych przez Hipoteki. Takie same uczucia pulsowały w tekście poświęconym działaczom tej platformy – tym, którzy stracili mieszkania w wyniku kryzysu, i tym, którzy im pomagają, a  właściwie zmuszają do działania. Bo tu nikt niczego za nikogo nie zrobi, za to pokaże, jak sobie radzić i wesprze. Przesłanie tego reportażu wydało mi się najważniejsze, bo pokazuje, jak na nowo w nieszczęściu budzi się między ludźmi solidarność. Kryzys zmusił wielu do przewartościowania swoich poglądów. Bohaterowie reportażu mówią, że błędem jest wiara w wolność, która zasadza się na samowystarczalności, wiara, że zależymy tylko od siebie. Tak nie jest. Żyjemy wśród ludzi i współzależymy od nich. Dlatego kluczem do rozwiązania licznych problemów jest przywoływana tu po raz kolejny solidarność i współpraca. Jak mówi cytowana w książce filozofka Marina Garces - „Istnieć to zależeć od innych”. Muszę przyznać, że mnie, skrajną indywidualistkę, bardzo jej wywód poruszył. W innych tekstach Aleksandra Lipczak zastanawia się, jak to możliwe, że na pierwszy rzut oka kryzysu w Hiszpanii  nie widać. I rzeczywiście, dwie moje ostatnie podróże po tym kraju odbyłam już w czasach kryzysu – pierwszą u jego zarania, drugą dwa lata temu. Miałam podobne wrażenia i do dziś pamiętam, jak bardzo mnie to dziwiło. Nie umiałam jednak odpowiedzieć sobie na to pytanie.

„Ludzie z placu Słońca” mają jeszcze jeden nieoczekiwany walor. Chociaż jest to opowieść o Hiszpanii, możemy się w niej przejrzeć jak w lustrze. Kiedy się czyta te reportaże, trudno nie ulec wrażeniu, jak wiele jest podobieństw między Hiszpanią a Polską. Podział  społeczeństwa, polityka mieszkaniowa państwa, deweloperów i banków czy tworzenie się nowych ruchów miejskich, społecznych i politycznych. Jedno nas na pewno niestety różni – jesteśmy ponurakami, brak nam hiszpańskiego luzu.

Kiedy w sierpniu czytałam reportaże Aleksandry Lipczak, było jeszcze przed katalońskim referendum. Teraz wydarzenia nabrały tempa. Dokąd zmierza Hiszpania?

 

21:00, czytamogladam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 listopada 2017
Remigiusz Ryziński "Foucault w Warszawie"

Po książkę Remigiusza Ryzińskiego "Foucault w Warszawie" (Dowody na Istnienie 2017) pewnie bym nie sięgnęła, gdyby nie świetne recenzje, jakich się doczekała. Mechanizm w podobnych sytuacjach jest zawsze taki sam - temat wydaje mi się nieciekawy, nieistotny, nie dla mnie, a potem tyle się dobrego o książce mówi, że postanawiam jednak przeczytać. Najczęściej rzeczywiście okazuje się, że warto było i coś by mnie ominęło. Tak stało się i tym razem. Śledzę ofertę Dowodów na Istnienie i planuję sobie, co kupię, jednak na reportaż Ryzińskiego nie zwróciłam uwagi, bo cóż mnie niby obchodzi fakt, że słynny francuski filozof Michel Foucault przebywał pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku w Warszawie, gdzie był dyrektorem Centrum Francuskiego przy Uniwersytecie Warszawskim. To miejsce niezwykle ważne na mapie kulturalnej miasta, okno na wielki świat w siermiężnej komunistycznej rzeczywistości. W Warszawie pisał też swój doktorat. A jednak reportaż Ryzińskiego okazał się fascynujący, świetnie napisany. Czyta się go niemal jak powieść szpiegowską. Okazał się wyprawą w przeszłość, do Warszawy ciemnych lat komunizmu, epoki "Złego" Tyrmanda.

Wokół pobytu francuskiego filozofa narosła w Warszawie miejska legenda. Podobno miał tu kochanka, Jurka. Wyjechał zmuszony przez SB w atmosferze skandalu. I śladami tej legendy rusza autor. Chociaż Foucault na pewno był w czasie swojego pobytu inwigilowany, więc powinny zachować się jakieś teczki, nie było łatwo wpaść na jego trop. A jednak udało się. Ryziński spotyka się z mężczyznami, którzy go znali, którzy się z nim wtedy spotykali. Wówczas najczęściej młodzi, w wieku okołostudenckim, dziś poważni panowie. Próbuje dociec, kim był tajemniczy Jurek, czy w ogóle był. Opowiada o ich życiu, często barwnym, nietuzinkowym. Jedzie do Paryża, aby spotkać się z wieloletnim partnerem filozofa, żeby sprawdzić, na ile pobyt w Warszawie był ważny w jego życiu. Jakie ślady pozostawił w papierach, notesie, na fotografiach. Każe się zadumać, jak niewiele zostaje z dawnych pragnień, namiętności, zachwytów, z codziennego życia. Wszystko wyparowuje, znika. Lata mijają, coraz mniej śladów, coraz mniej wspomnień. A przecież tamte uczucia, spotkania, tamto życie były takie  intensywne.

Rozmowy z polskimi znajomymi Foucault są pretekstem do opowieści o  Warszawie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, przede wszystkim o Warszawie gejowskiej. Oczywiście nikt wtedy nie używał słowa gej, co najwyżej homoseksualista albo homo. W powszechnym obiegu funkcjonowały cioty, pederaści. Ryziński opowiada o tym, jak żyli, jak się spotykali, jak nawiązywali znajomości w czasach, kiedy ich życie toczyło się właściwie  w podziemiu. Kiedy byli wykluczeni. Maluje też obraz Warszawy. Bardzo drobiazgowy. Nie tylko z detalami opisuje miasto, na przykład odtwarza wnętrza popularnych wtedy lokali, nieistniejących dziś łaźni miejskich, ale też podaje masę innych  szczegółów, na przykład ceny.

Ale w reportażu Ryzińskiego najbardziej poruszyło mnie coś innego - powszechna wtedy inwigilacja środowiska homoseksualistów. Były to działania zakrojone na równie szeroką skalę, jak akcja Hiacynt z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Autor obficie cytuje donosy i materiały z teczek. Czasem trudno powstrzymać się od śmiechu, zdumiewa też fakt, o jakich bzdurach donoszono i pisano. Po co to wszystko? Żeby mieć haki, które można wykorzystać. Do czego? Do inwigilowania kolejnych osób. W ten sposób tworzyła się cała sieć obserwowanych i donosicieli. Tak  autorytarne państwo sprawowało kontrolę nad życiem niemal każdego człowieka. Tak rodziły się strach i nieufność. Teczki zakładano też oczywiście cudzoziemcom, dlatego Foucault był obserwowany i jako homoseksualista, i jako cudzoziemiec. Z dzisiejszej perspektywy to wszystko może się wydawać absurdalne i śmieszne, wtedy łamano ludziom życie, poniżano ich.

Ale jest też książka Ryzińskiego rodzajem manifestu, który szczególnie mocno wybrzmiewa w zakończeniu. Przypomnieniem ciemnych kart historii i poczuciem ulgi, że tamte czasy minęły. Oddaniem sprawiedliwości homoseksualistom, przez lata wykluczanym. Dziś wychodzą z szaf, żeby się nie bać, żeby móc kochać i żeby być sobą. Żeby móc zwyczajnie żyć. Czy to tak dużo?

 

środa, 15 listopada 2017
Zeruya Shalev "Ból"

Lekturę najnowszej powieści izraelskiej pisarki Zeruyi Shalev „Ból” (W.A.B. 2016; przełożyła Magdalena Sommer) odkładałam na dogodniejszy moment, czyli na czas, kiedy będę mogła się skupić tylko na czytaniu. Ponieważ znam jej dwie poprzednie książki, „Po rozstaniu” i „Życie miłosne”, wiedziałam, że to proza gęsta, wymagająca uwagi, momentami męcząca. Rodzinne, uczuciowe psychodramy wciągające czytelnika w głąb, często ciemnych, zakamarków ludzkiej duszy. Taka emocjonalna karuzela. Jednocześnie powieści Shalev są atrakcyjne, mają ciekawą, intrygującą akcję, czytając, z niecierpliwością czekałam na to, co zdarzy się dalej, jak to wszystko się skończy. Zawsze chciałam poznać jej kolejne książki, ale były pilniejsze lektury, widać nie pokochałam jej prozy miłością bezwzględną. „Ból” jednak kupiłam od razu, bo miał świetne recenzje. Słuchając ich, byłam pewna, że to powieść nie tylko znakomita, ale może nawet wybitna. Jak się ma takie rozbuchane oczekiwania, to o rozczarowanie nietrudno. Teraz trochę pomarudzę, ale tym się czytelniku tej notki, nie przejmuj. Jeśli dotąd książek Shalev nie znałeś, sięgaj śmiało po „Ból”, bo jest naprawdę świetny. A że nie wybitny? Trudno, arcydzieła nie rodzą się przecież na kamieniu. Jeśli z niecierpliwością wyczekujesz każdej kolejnej powieści izraelskiej pisarki, moje marudzenie i tak cię nie powstrzyma, bardzo prawdopodobne, że już ją przeczytałeś. Co jeszcze mnie rozczarowało? „Ból” nie jest też tak dojmujący jak dwie poprzednie książki Shalev, o których tu wspominałam. Z jednej strony to dobrze, bo łatwiej się go czyta, niepotrzebnie czekałam na czas, który będę mogła bezwzględnie oddać lekturze. Z drugiej nie działa aż tak mocno. Ale dość już tego. Gdyby to było moje pierwsze zetknięcie z prozą Shalev, gdyby nie oczekiwania nadmiernie rozbudzone przez dyskutantów Tygodnika Kulturalnego (Tak, tak, ileż to już razy sprowadzili mnie na manowce, ale z drugiej strony, ile świetnych lektur albo filmów im zawdzięczam.), na pewno byłabym bardzo usatysfakcjonowana. Ale do rzeczy.

„Ból” to jak zwykle u Shalev historia rodzinna. Rodzina w kryzysie, miłosne zawirowania. Iris, żona Mikiego, matka przygotowującego się do matury Omera i kilka lat starszej Almy, lata temu została poszkodowana w zamachu terrorystycznym. Nie zginęła, ale przeszła trzy poważne operacje, długą rehabilitację. Rok wyrzucony z życiorysu. Rok, kiedy skupiała się tylko na sobie, na swoim bólu. Chcąc chronić dzieci, odsunęła się od nich. Potem rzuciła się w wir zawodowej pracy – została dyrektorką podupadającej szkoły i doprowadziła ją do rozkwitu. To zadanie pozwoliło jej zapomnieć o bólu i traumie.

Ale to nie jedyny ból w jej życiu. Jako młoda dziewczyna przeżyła zawód miłosny. Ejtan, jej wielka miłość, taka aż do śmierci, zostawił ją po śmierci swojej matki. Nie chciał, aby przypominała mu trudne czasy, kiedy wspólnie pielęgnowali chorą. Postanowił zacząć nowe życie, bez niej. Tamten ból, chociaż początkowo niewyobrażalny, przytłaczający, też przeminął. Wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci. Mija dziesięć lat od zamachu. Miki, bezwiednie i nieopatrznie, przypomina o tym żonie. Nie zdaje sobie sprawy, że otwiera puszkę Pandory. Nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wraca fizyczny ból, a z nim pytania o przeszłość. Okazuje się, że tamta kryzysowa sytuacja nigdy nie została przez rodzinę przepracowana. Z trudem używam tu tego terapeutycznego stwierdzenia, ale nie znajduję lepszego. Wtedy wszyscy skupiali się na ratowaniu ciała Iris, potem ona sama twierdziła, że wszystko jest już w porządku. Teraz wracają pytania o winę.

O winę? Jak można mówić o winie, kiedy to był zamach terrorystyczny. A jednak można. Bo to nie Iris miała tamtego feralnego dnia odwieźć dzieci do szkoły. Gdyby nie seria całkiem zwyczajnych, codziennych przypadków, zrobiłby to jej mąż. Raptem okazuje się, że i on, i dzieci przez te wszystkie lata obwiniali siebie za to, co się stało, a Iris podświadomie czuła żal. Do nich? Do losu? Zadawała sobie pytanie – dlaczego ja? To moje ulubione pytanie o rolę przypadku w życiu. Bo gdyby nie splot okoliczności, gdyby nie to albo tamto, ani ona, ani (potencjalnie) jej mąż nie znaleźliby się w tamtym feralnym dniu, w tamtym feralnym momencie obok autobusu, w którym wysadził się zamachowiec. O tym wszystkim milczano w rodzinie przez dziesięć lat. Teraz też nikt nie stawia głośno tego pytania. Ale ono wisi w powietrzu. Dlaczego nigdy nie wypowiedzieli swojego bólu, swoich obaw, swoich win, swojego żalu? Dlaczego Iris uciekła w pracę, stała się doskonałą dyrektorką szkoły, tak zajętą zawodowymi obowiązkami, że nie miała już czasu na nic innego? To wszystko żeby zapomnieć o … bólu, żeby życie nie bolało. Kiedy Iris siedzi w pełnej ludzi poczekalni przychodni zajmującej się leczeniem bólu, uświadamia sobie, że ziemia to jeden wielki ból. Cały świat jest pełen ludzi, których coś boli – ciało albo dusza, albo jedno i drugie. Uświadamia sobie, że miłosny zawód przeżyty we wczesnej młodości naznaczył ją na zawsze. Odtąd żyła tak, aby nie bolało. Nie dość kochała, żeby już nigdy nie cierpieć. A dzieci? Czy je także nie dość kochała? Bo nie były dziećmi tamtego? Czy dlatego teraz córka oddaliła się od rodziny, zamknęła się w sobie i wszystko wskazuje na to, że ma poważne problemy? I tu zacznę marudzić po raz kolejny.

Kiedy czytałam powieść Zeruyi Shalev, nie mogąc się od niej oderwać, co jakiś czas zapalała mi się w głowie czerwona lampka. To już było, to takie wyświechtane. Matka, która obarcza się winą, córka, która ma za złe matce. No tak, wszystko już było, nie ma nowych tematów, więc albo to wyjątkowo nie mój temat, albo zabrakło tego czegoś, co sprawia, że stare, ograne staje się bardzo świeże. Powiem wprost – najnowsza powieść Shalev za bardzo trąci mi psychologicznymi, terapeutycznymi tematami. Niekoniecznie z tanich magazynów dla kobiet, niekoniecznie z telewizji śniadaniowych. Chyba nieprzypadkowo nie znalazłam innego stwierdzenia i napisałam, że rodzina nie przepracowała problemu. Jakbym słyszała psychoterapeutów, co z tego, że tych najlepszych.

Być może z tego i jeszcze innego powodu mnie w powieści Zeruyi Shalev najbardziej wciągnął inny wątek, oczywiście ściśle spleciony z tamtymi. Z otwartej puszki Pandory wyleciały nie tylko rodzinne urazy. Zbieg okoliczności zapoczątkowany niefortunnymi słowami Mikiego sprawił, że Iris spotkała Ejtana, swoją wielką miłość. Co robić? Rzucić się w wir romansu? Znowu oszaleć z miłości? Wybaczyć? Iść za tak nieoczekiwanie, cudownie odnalezionym uczuciem? Znowu żyć? A rodzina? A mąż? Może już spłaciła swoje długi? Alma jest już samodzielna, Omar prawie też. A mąż może zrozumie? Przecież najbardziej interesują go rozgrywane w komputerze błyskawiczne partie szachów. A może i on kogoś ma? Iris z nadzieją chwyta się podejrzeń, które jeszcze niedawno ledwie żywiła. Czy warto tracić resztę życia na taki letni związek? Pytania pytaniami, a uczucie uczuciem. Iris chce i boi się jednocześnie, uświadamia sobie, że jej lęk nie wynika tylko z wyrzutów sumienia. Ona boi się nowego szczęścia, jakby uważała, że na szczęście nie zasługuje, jakby przez lata uczuciowej hibernacji straciła nadzieję, że życie może być szczęśliwe. Mimo wszystko wątpliwości jak zawsze w takiej sytuacji pozostają. A ja, czytelniczka, zastanawiam się, czy Ejtan rzeczywiście wart jest takiego szaleństwa. Widzimy go tylko jej oczami. Właściwie co tak naprawdę o nim wie? Minęło tyle lat od ich rozstania. Co robił? Jaki jest naprawdę? Przecież nawet nie zdążył opowiedzieć jej wszystkiego. Czy rzeczywiście kochał ją przez te wszystkie lata? Czy wytrwa? Czy to tylko kaprys? Dlaczego jego życie rodzinne i uczuciowe było nieudane? Bo nie mógł o niej zapomnieć? A może to w nim tkwi jakiś feler? Iris nie bardzo ma czas, aby sobie te wszystkie pytania postawić. Oślepia ją miłość, a sytuacja rodzinna komplikuje się coraz bardziej. Shalev znakomicie pokazuje dylematy kogoś, kto znalazł się w takiej sytuacji – od wielkiego szczęścia nagle zaczynają nas odrywać poważne problemy. Tak bardzo nie chcemy. Żal, rozpacz, poczucie obowiązku i winy nie dają spokoju. Czy jej romans z Ejtanem to tylko chwilowa ucieczka od rzeczywistości, która przynosi przyjemne wytchnienie, czy coś poważniejszego?

Zastanawiałam się, jak ta historia się skończy. I muszę przyznać, że niestety ostatnia część powieści i sam finał rozczarowały mnie najbardziej. Nadzieja i katharsis, o których można przeczytać w rozmaitych materiałach zapowiadających książkę, wydały mi się tu zbyt łatwe. W taki prosty sposób, tak szybko ludzie nie rozwiązują swoich skomplikowanych rodzinnych problemów. Mam takie wrażenie, jakby ostatnia część powieści nie przystawała do tego, co wcześniej. Jedno ją tylko ratuje. Nawet jeśli Iris uda się przezwyciężyć wszystkie bóle, to już czyha następny. Po maturze Omar, jak każdy chłopak w Izraelu, musi iść do wojska na długie trzy lata. To strach izraelskich matek. Ból nigdy się nie kończy.

PS. Tym razem zdjęcia okładki nie będzie, bo wyświetla się komunikat, że wpis jest za długi. Nie zamierzam go skracać z tego powodu.

 

niedziela, 12 listopada 2017
Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka "Jest życie po końcu świata"

Nie czytam takich książek, nie sięgam po wywiady rzeki, szerokim łukiem obchodzę książki o aktorach, a tym bardziej celebrytach. Joanna Kos-Krauze celebrytką nie jest, aktorką też nie, ale książki „Jest życie po końcu świata” (Znak Literanova 2017) napisanej wspólnie z Aleksandrą Pawlicką pewnie bym nie wzięła do ręki. Ba, nawet o niej nie słyszałam, chyba jest dość słabo reklamowana. Ale polecał ją ktoś, z czyich ust nie spodziewałabym się pochwały książki, której bohaterką jest Joanna Kos-Krauze. Powiedział, że jest przejmująca i że koniecznie trzeba ją przeczytać. Jeśli czytać to tylko teraz, zaraz po obejrzeniu filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”, tak pomyślałam i tak zrobiłam. Pochłonęłam ją w ciągu kilku dni.

„Jest życie po końcu świata” to nietypowy wywiad-rzeka, właściwie nie jest nim w ogóle. To reporterska opowieść o Rwandzie Aleksandry Pawlickiej przeplatana rozmowami z Joanną Kos-Krauze. Rozmowy te można podzielić na trzy grupy. W jednych reżyserka opowiada o swoich pobytach w Afryce, o swoim w niej pomieszkiwaniu, o jej mieszkańcach. Przyznam, że ta część książki momentami mnie drażniła. A działo się tak wtedy, kiedy Joanna Kos-Krauze zaczynała snuć rozważania na temat ludzkiej natury, psychologizować i filozofować. To, co mówiła, niekoniecznie mnie przekonywało, takie rozmowy mogłyby się śmiało znaleźć w ambitnym, ale jednak lifestylowym magazynie. Ich motywem przewodnim jest ludobójstwo i życie po nim. I kiedy Joanna Kos-Krauze mówi konkretnie, przytacza fakty, opowiada historie ludzi, których w Rwandzie spotkała, z którymi nawiązała bliższą relację, jest znacznie lepiej.

Druga grupa rozmów to historia jej związku z Krzysztofem Krauze - od początku znajomości, przez wspólną pracę, chorobę, śmierć, pogrzeb, aż po próbę budowania nowego życia. Równoprawnym bohaterem tych rozmów jest sam reżyser. Przyznam, że jego portret wydał mi się bardzo ciekawy. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że zamiast człowieka sukcesu, a tak go odbierałam, odkryłam postać tragiczną. Nie znałam go takiego - wrażliwego, rozczarowanego tym, co robi, niezadowolonego z efektów swojej pracy, niewierzącego w sukces, borykającego się z krytyką, depresyjnego. Smutna jest ta opowieść. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie reżysera, którego niebanalne obrazy zawsze bardzo przeżywałam i ceniłam. Pamiętam, że kiedy umarł, pomyślałam z ogromnym smutkiem, że już nigdy nie zobaczę jego nowego filmu.

Wreszcie trzecia grupa rozmów dotyczy filmów – od „Długu” po najnowszy, „Ptaki śpiewają w Kigali”. Dostajemy ciekawą opowieść o pracy nad każdym z tytułów - od rodzenia się pomysłu, przez kilkakrotne albo nawet kilkunastokrotne poprawianie scenariusza, rozmaite kłopoty w czasie produkcji, wątpliwości, aż do odbioru przez widzów i recenzentów. Wiele się dowiedziałam, wiele sobie  przypomniałam. Przyznam, iż zupełnie nie pamiętałam, że „Mój Nikifor” miał początkowo słabe recenzje, a jego recepcja zmieniła się po sukcesach za granicą.

Ale może najważniejsza jest reporterska opowieść Aleksandry Pawlickiej o Rwandzie. Wydawało mi się, że po przeczytaniu książki Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” i „Strategii antylop” Jeana Hatzfelda już niczego nowego na temat ludobójstwa się nie dowiem, a jednak myliłam się. Aleksandra Pawlicka i Joanna Kos-Krauze odwiedzają miejsca związane z tamtą tragedią i wokół nich snują dramatyczną historię wydarzeń z roku 1994. Chyba największe wrażenie zrobiło na mnie to, że w Rwandzie ludobójstwo dotknęło niemal wszystkich. Albo je przeżyli, albo, jeśli przebywali w tamtym czasie za granicą, stracili bliskich, albo mordowali oni lub ich najbliżsi, a teraz muszą żyć obok siebie, bo inaczej się nie da. Pawlicka porządkuje  fakty historyczne, nakreśla polityczne tło, przypomina niechlubną rolę państw Zachodu, szczególnie Belgii i Francji, wiele też pisze o odpowiedzialności Kościoła za eksterminację Tutsi. Byli oczywiście księża, którzy pomagali, ale byli też tacy, którzy dostarczali mordercom benzyny, którą podpalano ludzi szukających schronienia w kościołach, inni sączyli nienawiść, jeszcze inni w najlepszym razie pozostali bierni. Do dziś Kościół chroni księży zamieszanych w tamte zdarzenia. Wydaje mi się, że rozdziały o Rwandzie są tym bardziej cenne, że mają szansę trafić do czytelnika, który z tymi faktami nigdy się nie zetknął albo wie na ten temat niewiele. Jeżeli skuszony rozmowami ze znaną reżyserką przeczyta całą książkę, to chwała autorkom za to.

 

środa, 08 listopada 2017
"Pewnego razu w listopadzie"

Recenzje najnowszego filmu Andrzeja Jakimowskiego "Pewnego razu w listopadzie" są różne, od bardzo dobrych po marne. Nazwano go nawet szlachetną porażką, uznano, że temat nie pasuje do artystycznej wrażliwości autora "Sztuczek", "Zmruż oczy" i "Imagine", a że ważny, to niestety został zmarnowany. Mimo wszystko podobno zobaczyć trzeba. I tak chciałam go obejrzeć, więc z ciekawością pobiegłam do kina. Filmową historię zainspirowały prawdziwe zdarzenia, ale nawet gdyby tak nie było, to i tak nic nie straciłaby na wiarygodności. Jest to opowieść o matce, w tej roli Agata Kulesza, i jej synu studencie, którzy zostali eksmitowani z mieszkania przez czyścicieli kamienic. Akcja toczy się w ciągu kilku listopadowych dni, a kulminacją jest 11 listopada - Święto Niepodległości i manifestacja zawładnięta przez narodowców. Andrzej Jakimowski wykorzystał w filmie zdjęcia dokumentalne zrobione przez niego i jego ekipę w czasie słynnego z zamieszek marszu patriotycznego (to słowo w tym kontekście aż nie chce przejść przez gardło) 11 listopada 2013 roku. To wtedy między innymi zaatakowano i podpalono squat antify oraz tęczę na placu Zbawiciela. Chociaż reżyser czasem niepotrzebnie dociska gaz do dechy, chociaż film czasem drażni, to jednak zrobił na mnie duże wrażenie. Właściwie nie zgadzam się z większością uwag krytycznych, jakie pod jego adresem słyszałam. To kino poruszające, dotykające, smutne i zatrważające. Zaangażowane. Gorące. O CZYMŚ. Ja jestem całkowicie na tak. A więcej refleksji w drugiej części. Zapraszam tych, którzy "Pewnego razu w listopadzie" już widzieli.

środa, 01 listopada 2017
"Łagodna"
O filmie Siergieja Łożnicy zrobiło się głośno od czasu festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany w konkursie głównym, ale żadnej nagrody nie dostał. Teraz, kiedy wszedł na nasze ekrany, recenzje są różne - dominują bardzo dobre, ale słyszałam też głosy sceptyczne. Poszłam do kina z całą świadomością tego, co mnie może spotkać, bo Łożnica należy do tych reżyserów, których filmów nie opuszczam, od kiedy zaistniał w mojej świadomości. A stało się to po obejrzeniu obrazu "Szczęście ty moje". Temu, kto go widział i pamięta, a także znakomite "We mgle", napiszę, że "Łagodnej" znacznie bliżej do pierwszego z filmów. Tytułowa Łagodna, podobnie jak bohaterowie tamtego obrazu, nagle wpada w matnię, w straszny rosyjski świat jak z koszmarnego snu. Świat niby realistyczny, ale tak spotworniały, że aż groteskowy. Nie jest to kino łatwe i przyjemne. Akcja toczy się wolno, wiele dialogów słychać zza kadru, kamera często pokazuje bohaterów w specyficzny sposób, a wszystko, no może poza sielską wsią, w której mieszka Łagodna, jest szare, brzydkie, w stanie rozpadu. Konkluzja z "Łagodnej" płynie dość oczywista - jednostka nie ma szans z systemem, jest bezradna, bezbronna, żaden bunt nie pomoże. Chociaż uważam, że obejrzeć trzeba i w żadnym wypadku nie żałuję tych ponad dwóch trudnych godzin w kinie, mam mieszane uczucia, a dlaczego wyjaśnię w części drugiej, raczej dla tych, którzy film widzieli. Zapraszam.