Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
sobota, 25 grudnia 2010
"Pan Mani" Awrahama B. Jehoszuy, dużo więcej niż saga żydowskiej rodziny.

Czas najwyższy napisać o książce. Ostatnio tylko kino i kino, co nie znaczy, że nic nie czytam, ja czytam stale. Chwilę temu skończyłam powieść izraelskiego pisarza Awrahama B. Jehoszuy "Pan Mani" (Cyklady 2008). Jehoszua urodził się w 1936 roku w Jerozolimie, a więc jest mniej więcej rówieśnikiem Amosa Oza. Na jego trop wpadłam, kiedy zainteresowałam się współczesną literaturą izraelską. Chciałam znaleźć coś jeszcze poza moim ukochanym Ozem, coś równie mocno osadzonego w izraelskim klimacie i obyczajowości. Psychologiczne powieści Zeruy Shalev są ciekawe, ale równie dobrze ich akcja mogłaby się toczyć gdziekolwiek, a po Kereta na razie nie sięgnęłam, bo to nie moje klimaty, może kiedyś się skuszę. W Polsce wyszły dotąd trzy powieści Jehoszuy, wszystkie w tym samym wydawnictwie. Oprócz tej, o której za chwilę, jeszcze "Powrót z Indii" i "Kochanek" (ten ostatni czeka na półce na swoją kolej). A teraz do rzeczy, czyli do "Pana Maniego".

Właściwie panów Manich jest aż pięciu, bo to historia rodzinna, chociaż trudno nazwać ją sagą. Nie znajdziemy tu losów rozgałęzionego rodu, wątków pobocznych opowiadajacych o innych członkach rodziny sefardyjskich Żydów. Poznajemy epizody z życia kolejnych mężczyzn z  rodu Manich i ich krótkie, ale zawsze niezwykłe, nietuzinkowe, powikłane historie. Całość pokazuje z jednej strony pewnie w jakiś sposób typowe losy Żyda, trochę (u zarania) wiecznego tułacza, z drugiej strony jednak chyba nie do końca, gdyż jeden z nich owładnięty był ideą powstania państwa (a ten epizod to rok 1918, kiedy tymi ziemiami władają Turcy), w którym obok siebie w zgodzie i miłości żyć będą Żydzi i Arabowie. Piękna myśl, niestety do dziś pozostaje utopią.

Powieść ma oryginalną konstrukcję: składa się z pięciu części - rozmów, przy czym za każdym razem słyszymy tylko jednego z rozmówców, bo wypowiedzi drugiego zostają pominięte. Tylko raz, w ostatnim rozdziale (Ateny rok 1848) interlekutorem jest pan Mani, Abraham, najstarszy z rodu, którego poznajemy. Pozostałe epizody (kibuc Maszabe Sade 1982, Iraklion 1944, Jerozolima 1918, Jeleni Sad koło Oświęcimia 1899) to rozmowy osób, które, zawsze przypadkowo, na pewien czas zetknęły się z jednym z Manich. Uważny czytelnik pewnie zorientował się, że akcja rozwija się pod prąd czasu, historie rodziny poznajemy od roku 1982 do pierwszej połowy wieku dziewiętnastego. Rozdziały zaczynają się od zwięzłej historii obu rozmówców, kończą równie krótką informacją o ich dalszych losach. Co ciekawe opowiadający o Manim, z którym los go zetknął, też jest postacią ważną, za każdym razem staje się równoprawnym bohaterem rozdziału. A ponieważ są to polski Żyd, brytyjski oficer (też o żydowskich korzeniach), niemiecki żołnierz i izraelska dziewczyna, poznajemy odmienny punkt widzenia na kwestię żydowską. Za każdym razem ten, kto opowiada nawet niemiecki oficer, który ma na rękach krew wielu Żydów, jest zafascynowany Manim, którego spotkał. W taki oto sposób, w pięciu odsłonach, odkrywamy historię rodziny, dokopujemy się do kolejnych tajemnic, rodzinne puzzle powoli wypełniają się, aż na końcu poznajemy tajemnicę największą. Przy okazji, jak już wspomniałam, obcujemy z wieloma interesującymi postaciami.

Nie będę tu oczywiście opowiadać historii ani zdradzać tajemnic, wspomnę tylko o zagadnieniach ogólniejszej natury poruszanych w powieści. U zarania jest to historia trochę Żydów - tułaczy wędrujących po Europie i osmańskim imperium, rabinów i drobnych kupców. To czasy, kiedy Jerozolima jest jeszcze stosunkowo niewielkim miastem zamieszkiwanym przez różne nacje i odwiedzanym przez pielgrzymów. Żeby się do niej dostać, trzeba z Jaffy wędrować kilka dni konno lub wozem, stale w górę, zatrzymując się w niewielkich, zwykle arabskich osadach. Potem przenosimy się w epokę, kiedy rodzi sie ruch syjonistyczny. Pojawiają się, właściwie raczej się o nich wspomina, postacie autentyczne na przyklad Herzl. W tym epizodzie ważną rolę odgrywa rodzeństwo polskich Żydów spod Oświęcimia. Kolejnego z rodu Manich spotykamyw Jerozolimie w czasach mandatu brytyjskiego. To okres marzeń o samodzielnym, niepodległym państwie. Wreszcie druga wojna światowa i Holocaust, pokazany tu nietypowo, bo z perspektywy Krety, która niby na obrzeżach Europy, przechodzi z rąk do rąk i kiedy zostaje zdobyta przez Niemców, tutejsi Żydzi nie mogą już czuć się bezpiecznie. W tej części poruszyła mnie historia Egona, niemieckiego oficera, który w pewnym momencie odkrywa cały bezsens ścigania Żydów i innych niemieckich wrogów. Jednak remedium, jakie wymyślił, aby ocalić Niemców (tak, Niemców) jest makiaweliczne. Niemcy są tu jak ów Pijak z "Małego Księcia", który pije, aby zapomnieć o tym, że pije. Na chwilę oddam głos Egonowi:

"Natychmiast trzeba było założyć obóz jeniecki i zamknąć w nim tych, którzy nas nienawidzą, byśmy mogli ich liczyć dwa razy dziennie, rano i wieczorem, i mówić sobie: "To wszyscy, nie ma więcej" ... Ale sami sobie nie możemy uwierzyć, że to naprawdę wszyscy i więcej nie ma, więc urządzamy poszukiwania kolejnych wrogów, którzy zaraz się znajdują, ale znów nie dowierzamy, że jest ich tak niewielu, dlatego torturujemy ich, by wydali w nasze ręce następnych, i tak dalej, i tak dalej ..."

I tak oto łapanie wrogów narodu niemieckiego staje się rodzajem pracy, szychty niczym w fabryce, sztuką dla sztuki, zadaniem, które trzeba wykonać, a wszystko to w nużącym znoju prowadzącym do samotności. Jaka jest na to rada, według Egona? Jedynym ratunkiem dla Niemców jest to, aby Żydzi wyrzekli się swojego żydostwa ("trzeba im pozwolić, aby sami się z tego wycofali ..."), wtedy będzie można zaprzestać tych żmudnych pościgów. Wtedy wreszcie Niemcy staną się narodem wolnym.

Na koniec (w książce na początek) poznajemy współczesny Izrael (ścislej Izrael z roku 1982, wtedy powstawała powieść) skonfliktowany z sąsiednimi państwami, najeżdżany przez swoich wrogów, toczący z nimi wojny w obronie państwa, które tak niedawno powstało. Z pięknej utopijnej idei o tym, że w jednym państwie mogą żyć obok siebie różne narody, które od wieków zamieszkiwały te ziemie, nie pozostało nic. Ale historia jest w tej powiesci tylko tłem, chociaż ważnym, dla ludzkich nietuzinkowych losów.

Osobnym bohaterem książki jest Jerozolima. Ta współczesna podzielona na dwie części, ta z początku dwudziestego wieku i ta dziewiętnastowieczna, mieszanka kultur, narodów i wyznań. Jerozolima, z której się ucieka, by do niej tęsknić, Jerozolima - fantazmat, o której się marzy, by choć raz w życiu ją ujrzeć. Jerozolima, do której się wraca po latach wygnania, albo taka, którą się traci. I wreszcie współczesna, miejsce, w którym się po prostu mieszka i żyje. Razem z bohaterami wędrujemy przez smagane wiatrem, deszczem, a nawet śniegiem zaułki, odwiedzamy świątynie, synagogi, kościoły, meczety, przechodzimy przez bramy w miejskich murach, kulimy się z zimna w nieogrzewanych domach. Wiele tu opisów konkretnych miejsc: tych współczesnych i tych sprzed wieków, niczym ze starych fotografii. To, co tak lubię w literaturze.

Interesująca, oryginalna powieść.


sobota, 18 grudnia 2010
"Schronienie", smutny film Ozona.
Kolejny raz o filmie. Tym razem wybrałam się na "Schronienie" Ozona. Lubię takie kino: kameralne, psychologiczne, pokazujące meandry ludzkich uczuć. Niewiele tu się dzieje, obserwujemy skomplikowane międzyludzkie relacje, reżyser skupia się na bohaterach, na tym, co czują i przeżywają, tempo filmu jest wolne. Kto lubi takie kino, powinien zobaczyć, a dodatkowym atutem są piękne, nadmorskie krajobrazy (nie udało mi się rozgryźć, jaki to rejon Francji). Jest to historia dwudziestokilkuletniej Mousse, narkomanki, która po śmierci (z przedawkowania) swojego partnera odkrywa, że jest w ciąży. Zrażonych uspokajam: Mousse nie przypomina ćpunki z powszechnych wyobrażeń. Jest śliczna, elegancka i chyba pochodzi z dobrej rodziny. Zainteresowanych wysyłam do kina, a tych, którzy już byli, jak zwykle zachęcam do lektury ciągu dalszego.
czwartek, 16 grudnia 2010
"Muzyka", film o ludzkiej małości.
Film goni film. Nastał urodzaj na dobre kino, więc korzystam. Tym razem obejrzałam słowacką "Muzykę" Juraja Nvoty. Akcja rozgrywa się w roku 1979 w mieście leżącym tuż nad granicą austriacką. Bohaterem jest Martin pracujący jako olejarz w wieży ciśnień. Ma żonę, spodziewa się dziecka, mieszka z okropnymi teściami w suterenie ich domu i marzy o graniu jazzu. Tyle wprowadzenia wystarczy. Z góry ostrzegam, że to nie komedia. Owszem jest kilka śmiesznych scen, ale to wszystko. Środowisko, jakie portretuje Nvotny, mnie przypomina to, jakie znamy z filmów Wojciecha Smażowskiego. Takiej galerii antypatycznych i brzydkich ludzi dawno w kinie nie widziałam (jeszcze gorzej było w belgijskim "Boso, ale w ostrogach"). Nie znajdziemy tu jednak wielkich tragedii, dramatów czy zbrodni. Ot, zwyczajne życie i zwyczajne świństwa. Na pewno nie jest to film wybitny, ale niewątpliwie wart obejrzenia. Polecam, a tych, którzy już widzieli, zapraszam do przeczytania ciągu dalszego.
sobota, 11 grudnia 2010
"Sekret jej oczu", czyli miłe dwie godziny w kinie, ale niewiele więcej.
Ten film przemknął gdzieś jakiś czas temu przez multikino na drugim końcu miasta, więc mimo wysokich ocen nie obejrzałam go. Zdążyłam o nim zapomnieć, aż tu nagle, nieoczekiwanie pojawił się w moim ulubionym kinie. Nadrobiłam więc zaległość i spieszę podzielić się refleksjami. To porządny kawał rozrywkowego kina. Mieszanka kryminału (w informacjach o filmie mowa o thrillerze)i romansu. Jest tu i zagadka, i napięcie, i trochę polityki, i tajemnice, i wielka miłość, i tragedia przetykana śmiechem. Plus garść refleksji o korupcji wymiaru sprawiedliwości i trochę rozważań o życiu. Wystarczy, aby spędzić miłe dwie godziny w kinie, ale to raczej jeden z tych filmów, które nie pozostaną ze mną na dłużej. Czasem jednak miło obejrzeć coś niezobowiązującego. Dla porządku jeszcze garść informacji. Akcja tego argentyńsko-hiszpańskiego filmu toczy się w Buenos Aires na dwóch planach czasowych: w latach dziewięćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Benjamin Esposito, agent federalny, po przejściu na emeryturę postanawia napisać powieść, dla której inspiracją jest sprawa brutalnego gwałtu i zabójstwa dokonana na młodej kobiecie przed dwudziestu pięciu laty. Pracując nad książką, wspomina przeszłość i próbuje odkryć to, co jeszcze w tej sprawie nieodkryte. Tyle. Wystarczy. Ciąg dalszy w kinie, a kto już film obejrzał, może przeczytać moje refleksje.
sobota, 04 grudnia 2010
W matni. O "Joannie" Feliksa Falka.
Nadrabiam kinowe zaległości. Wybrałam się na "Joannę" Feliksa Falka i muszę przyznać, że film bardzo mnie poruszył. Akcja toczy się w czasie okupacji w Krakowie. Tytułowa Joanna, młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, trochę przez przypadek ukrywa w swoim mieszkaniu siedmioletnią Różę, Żydówkę, której matka zostaje aresztowana, a ojciec przebywa w getcie. Z filmu zieje smutek, rozpacz i beznadzieja. Ten przygnębiający nastrój podkreślają zdjęcia utrzymane w zimnej, szarej tonacji. Obraz, mimo że osadzony w konkretnym czasie, stawia pytania uniwersalne. Naprawdę warto go zobaczyć, także dla Urszuli Grabowskiej, odtwórczyni tytułowej roli. A ciąg dalszy raczej dla tych, którzy już "Joannę" widzieli.
czwartek, 02 grudnia 2010
"Miód", kontemplacyjne kino z Turcji.
Obejrzałam trzecią część trylogii tureckiego reżysera Semiha Kaplanoglu pt. "Miód", za którą otrzymał główną nagrodę na festiwalu w Berlinie. Reżyser cofa się w swoich filmach w czasie. Zaczął "Jajkiem", opowieścią o dorosłym już Yusufie (tego filmu dotąd nie było w Polsce w regularnej kinowej dystrybucji), potem nakręcił "Mleko", w którym Yusuf wchodzi w dorosłe życie (polecam; kto nie widział w kinie, może właśnie zobaczyć na kanale Ale Kino! w cyklu Kino Mówi). Wreszcie ostatnia część trylogii opowiada o kilku przełomowych tygodniach (?) z dzieciństwa bohatera. Niespieszna akcja toczy się w małej, górskiej wiosce. Właściwie trudno tu mówić o fabule, dostajemy raczej obserwację codzienności małego Yusufa i jego rodziców, szczególnie ojca, z którym chłopiec jest niezwykle związany. Kto nie lubi powolnego, kontemplacyjnego, pięknie pokazywanego kina, ten niech sobie daruje ten film. Komu niestraszne zatopienie się w powolnym rytmie opowieści, spotkanie innego świata, musi pójść do kina koniecznie. Kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.