Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 29 grudnia 2011
"Chciwość". Kino o początkach kryzysu.
Aby obejrzeć ten amerykański film, złamałam swoją niezłomną zasadę i udałam się do multipleksu, czego bardzo nie lubię. Ale "Chciwość" była tak bardzo chwalona przez wszystkich dyskutantów w ostatnim, przedświątecznym Tygodniku Kulturalnym, że nie mogłam nie pójść, a niestety w małych kinach nie grają. Na szczęście rzeczywiście było warto. Film jest świetnie zrobiony, znakomicie zagrany, od pierwszej minuty trzyma w napięciu. Można powiedzieć, że zgodnie z hitchcockowską regułą zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze mocniej. Czy to horror? Film katastroficzny? W pewnym sensie tak. Bo jest to opowieść o tym, jak zaczął się światowy kryzys. Historia pewnej finansowej operacji, została pokazana tak, że oczu od ekranu nie można oderwać. Ale to coś więcej niż tylko komercyjne, amerykańskie kino. To oskarżenie świata finansowych korporacji o tytułową chciwość, która, między innymi, doprowadziła świat do finansowej katastrofy. Obraz bardzo gorzki. Po tych zachwytach winna jestem jedno wyjaśnienie. To kino kameralne, gadane, dziejące się przede wszystkim we wnętrzach, ograniczone do kilkunastu bohaterów. Warto o tym wiedzieć, wybierając się na film. A ciąg dalszy, jak zwykle, dla tych, którzy już widzieli. Zapraszam.
wtorek, 27 grudnia 2011
"Listy do M". Miły wieczór w kinie.

Nie zamierzałam iść na ten film przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy to nachalna kampania reklamowa prowadzona przez jedną ze stacji telewizyjnych. Drugi: wyrosłam z komedii romantycznych i wyjątki robię tylko dla tych bardzo, bardzo chwalonych. Przyznaję, jest kilka, które widziałam parę razy: "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", "Zielona karta" Petera Weira z Andie MacDowell i Gerardem Depardieu czy "Wpływ księżyca" z Cher i Nicolasem Cagem. Szczególny sentyment mam do tych dwóch ostatnich. I pewnie bym na "Listy do M" nie poszła mimo dobrych recenzji (pomyślałam, za rok pokaże je w czasie świąt wspomniana stacja telewizyjna i odtąd będzie je można oglądać co roku o tej porze), gdyby nie rekomendacja mojego ojca. A trzeba ci wiedzieć, czytelniku tej notki, że mój ojciec, miłośnik sztuk wszelkich, nie popada w zachwyt nad byle czym i zawsze ma własne zdanie na temat tego, co zobaczył. Kiedy więc w czasie rodzinnego obiadu, gdy  wymienialiśmy uwagi na temat co warto, a czego nie warto, obwieścił: Idźcie na "Listy do M", zrozumiałam, że sprawa jest poważna i w przedświąteczny czwartek wybrałam się do kina. No i rzeczywiście nie żałuję. Film jest naprawdę sympatyczny, trochę śmieszny, trochę smutny, trochę wzruszający, wszystko jest  w tym świecie piękne, nawet pokoik biednej, nieszczęśliwej Doris granej przez Romę Gąsiorowską. Tym razem jednak nie wyzłośliwiam się wcale, kupuję konwencję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale najlepsze są w tym filmie zaskoczenia. Otóż nie wszystko przebiega tam zgodnie ze spodziewanymi schematami, jest sporo niespodzianek, na które dałam się pięknie nabrać. Wiadomo, że wszystkie wątki muszą znaleźć swoje happy endy,i tak się dzieje, ale niektóre kończą się zaskakująco. I tylko jedno drażniło mnie w tym uroczym, sympatycznym, świątecznym filmie: Tomasz Karolak, który od jakiegoś czasu popadł w idiotyczną, aktorską manierę i zawsze gra tak samo. Co raz mogło być śmieszne, powielane irytuje, a szkoda, bo to dobry aktor. Tak czy inaczej  z czystym sumieniem "Listy do M" polecam. Miłej zabawy.

czwartek, 22 grudnia 2011
"Lalki w ogniu" Pauliny Wilk. Opowieść o Indiach.

Kiedyś marzyłam o podróży do Indii. Te pragnienia brały się z literatury i trochę z filmu. Przeczytałam "Podróż do Indii" Forstera a później obejrzałam ekranizację tej powieści. Potem, a może przedtem, połknęłam indyjską tetralogię Paula Scotta ("Klejnot korony", "Dzień skorpiona", "Wieże milczenia" i "Podział łupów") i "Dzieci północy" Salmana Rushdiego. To wystarczyło, aby ulec fascynacji. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, że to obraz Indii epoki kolonialnej. Z czasem te marzenia gdzieś się rozwiały i dziś, kiedy mogłabym je zrealizować, gdybym tylko bardzo pragnęła, już nie chcę. Nadal jednak powodowana dawnym sentymentem od czasu do czasu, gdy tylko coś wpadnie mi w ręce, sięgam po indyjską literaturę. (Polecam "Przedział dla pań" Anity Nair, a szczególnie "Brzemię rzeczy utraconych" Kiran Desai.) A piszę o tym, bo właśnie skończyłam opowieść o Indiach i hinduskim społeczeństwie: "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii" Pauliny Wilk (Carta Blanca 2011). Niezorientowanych informuję, że to nie beletrystyka a literatura non-fiction. Reportaż chciałoby się napisać, ale może raczej jest to socjologiczny portret indyjskiego społeczeństwa napisany pięknym, literackim językiem.

Ci wszyscy, którzy oczekiwaliby czegoś w rodzaju dziennika podróży, mogą poczuć się zawiedzeni. Owszem, Paulina Wilk odwiedzała Indie kilkakrotnie, ale nie znajdziemy w jej książce informacji o atrakcyjnych turystycznie miejscach, podróżnych przygód czy czegoś w tym guście. Jeśli przejedziemy się indyjskim pociągiem, to nie dlatego, aby popatrzeć przez okna na mijany krajobraz, ale aby przyjrzeć się krążącym po wagonach żebrakom różnej maści. Jeśli znajdziemy się na ulicach Delhi, Kalkuty czy Bombaju, to nie po to, aby zwiedzać te miasta, ale na przykład dlatego, żeby pochylić się nad tymi, którzy swoje życie wiodą gdzieś na ulicy, a w Kalkucie odwiedzić dzielnicę książek, co stanowi pretekst do rozmowy o tym, jak i co czytają Hindusi albo czego i dlaczego nie czytają (Odpowiedź jest prosta: ponad jedna trzecia społeczeństwa to nadal analfabeci. Mimo że  czytać nie potrafią, otaczają słowo pisane kultem i czcią a czytających podziwem i szacunkiem.) Jeśli znajdziemy się w autobusie telepiącym się gdzieś po wąskich, krętych górskich drogach to nie po to, aby uczestniczyć w niebezpiecznej, aczkolwiek fascynującej górskiej podróży, ale dlatego, aby zastanowić się nad tym, jak Hindusi postrzegają czas. I tak dalej, i tak dalej. Reporterka nie pisze o sobie, o swoich przygodach, jej w tej książce po prostu nie ma. Nie ma też prawie ludzi, a właściwie są, jest ich nawet mnóstwo, nieznośne i fascynujące ludzkie mrowie, które na moment nie pozwala na samotność. Jeśli w pierwszym odruchu napisałam, że ich na stronach tej opowieści brakuje, to dlatego, że nie znajdziemy w niej ludzkich portretów czy barwnych historii. Jeśli już pojawiają się z imienia i nazwiska, częściej tylko z imienia, to na moment i po to, aby posłużyć jako przykład. Bo książka Pauliny Wilk to przede wszystkim portret hinduskiego społeczeństwa.

Każdy rozdział poświęcony jest innemu problemowi. Pisze autorka na przykład o przeludnieniu i jego społecznych konsekwencjach, o wodzie, brudzie, żebrakach, stroju, jedzeniu, przemieszczaniu się, handlu, astrologii i zabobonach, religii i wielu jeszcze innych sferach ludzkiego życia. A wszystko to ujmuje głęboko, bardzo ciekawie, od czasu do czasu podbudowując historyczną czy kulturową wiedzą. Na styku tych problemów pojawiają się inne, równie ważne, na przykład życie hinduskich kobiet. Żaden z rozdziałów nie jest poświęcony wyłącznie im, ale kwestia kobieca wypływa kilkakrotnie. Podobnie spostrzeżenia o powolnych zmianach, jakie zachodzą w hinduskim społeczeństwie pod wpływem globalizacji, co szczególnie dotyczy pokolenia młodszego i mieszkańców dużych miast. To nie jest wiedza, jaką można zdobyć, spędziwszy w Indiach powiedzmy dwa tygodnie. Aby tyle zauważyć, poznać i zgłębić, trzeba na pewno było podróży wielokrotnych, spotkań i rozmów z wieloma ludźmi, odwiedzin w ich domach, być może przyjaźni. To wiedza o kraju, jakiej szczerze zazdroszczę. Dzięki niej i czytelnik może zanurzyć się w indyjskiej odmienności, wyruszyć na spotkanie z innym, poczuć zapachy, smaki i kolory. Zagubić się w ludzkim mrowiu, zachłysnąć się fascynującą i odrażającą mieszanką brudu, biedy, bogactwa. Poczuć wilgoć monsunowego powietrza, która pożera domy i książki, albo spływać potem w upale. Bo autorce udało się połączyć socjologiczny wykład z bardzo sensualnymi, literackimi opisami. Oto próbka wybrana na chybił trafił:

"Bieda pierwsza rzuca się w oczy. Nie ukrywa się, leży na ulicy. Dla przyjezdnego jest jak niespodziewany policzek, dawka goryczy na powitanie. Rozkłada się, bo jest u siebie. Ci, którzy nie mają dokąd pójść, wegetują na widoku, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Ubóstwo odebrało im nawet możliwość cierpienia w spokoju, na osobności." ( Z rozdziału "Korowód żebraków")

I tak przez ponad dwieście stron. Naprawdę pięknie. Tego też autorce zazdroszczę!

Ale ta arcyciekawa książka sprawiła, że zupełnie wyleczyłam się z marzeń o podróży do Indii. Dlaczego? Przecież Paulina Wilk rozpostarła przede mną kolorowy, pawi hinduski ogon, naprawdę fascynujący. Chyba byłoby mi trudno obcować z wszechobecną ludzką biedą i marnością. To, do czego Hindusi podchodzą ze spokojem (wiara w system kastowy), dla mnie, przesiąkniętej europejską mentalnością, byłoby trudne do zniesienia. Ilu ludziom można dać jałmużnę? I przez ile dni? Jak sobie poradzić fizycznie i duchowo ze sprytnie żerującymi na turystach żebrakami? Jak znieść brud wylewający się na ulice? Jak nie zatracić się w tłoku? Jakiś czas temu słyszałam kogoś, kto wrócił z Indii rozczarowany. Między innymi dlatego, że nie potrafił odnaleźć się w ludzkim tłumie. Ale znam też takich, którzy byli tam kilkakrotnie i wciąż im mało. Co ich tam ciągnie? Zastanawiam, czy obraz indyjskiego świata wykreowany przez autorkę nie jest czymś w rodzaju skondensowanego destylatu. Na ile Paulina Wilk wyostrza problemy i wywleka na wierzch ciemne strony Indii? Ale może pisze o tym, co widoczne od razu, na pierwszy rzut oka, od czego nie sposób uciec, będąc tam? Jakby nie było, książkę przeczytać należy koniecznie. A ci, którzy odwiedzili Indie, będą mogli skonfrontować swoje obserwacje z doświadczeniami autorki.

czwartek, 15 grudnia 2011
Peter Goddwin "Gdzie krokodyl zjada słońce". Piękno i koszmar Afryki.

Jak zacząć? Może od tego, że pewnie nigdy nie wzięłabym do ręki książki pod takim tytułem, bo niesie skojarzenia z literaturą przygodową i to raczej, powiedzmy, młodzieżową. Ale to przecież książka nominowana do pierwszej edycji Nagrody im. Kapuścińskiego. Jakiś czas temu wymienił ją Wojciech Tochman, pisząc o dziesięciu pozycjach z literatury non-fiction, które koniecznie należy przeczytać. Właśnie dlatego sobie o niej przypomniałam i natychmiast kupiłam. Mogłabym też zacząć tak: Ta książka miała być wytchnieniem po moich ostatnich lekturach. Albo jeszcze inaczej: Początkowo byłam rozczarowana. Skąd ten zachwyt Tochmana? Skąd ta nominacja? Bo rzeczywiście, "Gdzie krokodyl zjada ludzi" Petera Godwina (W.A.B. 2008; przełożył Lech Z. Żołędziowski) zaczyna się nijako, zwyczajnie. Jakieś odwiedziny u rodziców w Zimbabwe połączone z pisaniem reportażu dla National Geographic, ślub siostry, trochę rodzinnych historii, nic specjalnego. Ale stopniowo, niespodziewanie ta sielanka zamienia się w prawdziwy dramat, robi się bardzo poważnie.

Ale od początku. Książka Godwina, amerykańskiego (?) reportera urodzonego i wychowanego w Zimbabwe, opatrzona  podtytułem Wspomnienia to historia jego rodziny, szczególnie ojca, i historia  Zimbabwe. To opowieść o miłości rodzinnej, o miłości do kraju i do Afryki, która dla rodziców pisarza stała się przybraną ojczyzną, a dla ich dzieci ukochanym miejscem urodzenia, krajem lat dziecinnych. Kiedy o tym piszę, nadal wygląda to niewinnie, ale to tylko pozory. Żebyś, czytelniku tej notki, lepiej zrozumiał, cofnę się w czasie. Kiedy rodzice Godwina przybyli tu w latach pięćdziesiątych, dzisiejsze Zimbabwe było jeszcze Rodezją, brytyjską kolonią. Jeden procent ludności, czytaj biali, władał ponad połową ziemi, która wcześniej nie należała do nikogo, bo rdzenni mieszkańcy nie znali prawa własności, które przynieśli ze sobą z Europy dopiero biali kolonizatorzy. Po ośmioletniej wojnie domowej w roku 1980 Rodezja uzyskała niepodległość i zmieniła nazwę. Władzę objął Robert Mugabe, którego nazwisko pewnie przynajmniej niektórym coś mówi. Nowa władza namawiała białych farmerów, aby zostali. Większość chętnie skorzystała z zaproszenia. Kochali to miejsce, tu były ich domy, ich praca, wielkie farmy budujące zasobność kraju, dorobek ich życia. Niełatwo nagle porzucić wszystko i gdzieś daleko zaczynać od nowa. Chociaż nie jest to niemożliwe i wielu tak robi. Tu nieoczekiwanie przypomniała mi się Karen Blixen, która po opuszczeniu swojej afrykańskiej farmy wróciła do dalekiej Danii i została pisarką. Kiedy Godwin w 1996 roku zaczyna snuć swoją opowieść, sytuacja w Zimbabwe jest dość stabilna. Chociaż kraj od czasu odzyskania niepodległości stopniowo pogrąża się w kryzysie, wszystkie wskaźniki ekonomiczne lecą w dół, gospodarka się zwija zamiast rozwijać ( jak pisze Godwin: "Zimbabwe jest niekwestionowanym liderem pod względem tempa ekonomicznego upadku, a jego gospodarka zwija się najszybciej na świecie."), a rdzenna ludność dziesiątkowana jest przez AIDS (długość życia spadła do trzydziestu kilku lat), to jednak tamten okres, szczególnie po koszmarze wojny domowej, był czasem wytchnienia. I nagle, niepostrzeżenie wszystko zaczyna się zmieniać. Na skutek intryg politycznych weterani wojenni, zwani wetwojami, roszczą sobie prawo do ziemi. Stopniowo kraj pogrąża się w chaosie. Anarchia, bezprawie, morderstwa białych farmerów, wyrzucanie ich z farm, grabieże, znęcanie się nad ludźmi i nad ich zwierzętami. Wetwojów szybko zastępują wysocy urzędnicy, znajomi polityków i inni znajdujący się w kręgu władzy. Weterani wojenni stali się narzędziem w ich rękach. Farmy dzieli się pomiędzy samozwańczych właścicieli w sposób chaotyczny, niekontrolowany i bezsensowny, a najgorsze jest to, że ziemi już nikt nie uprawia, bo nowi farmerzy ani nie potrafią, ani nie chcą. Traktują ją jako miejsce weekendowego odpoczynku. Pozbywają się czarnych robotników rolnych, którzy dotąd na farmach białych pracowali, a teraz nagle zostają pozbawieni źródła utrzymania. Podział nie przebiega na linii czarni - biali, ale ludzie Mugabego - reszta społeczeństwa. Skutki są opłakane. Nie tylko brak żywności w kraju, który dotąd był rolniczym rajem, ale upadek gospodarczy w tempie nieprawdopodobnym. Nie ma benzyny, wyłącza się prąd, inflacja szaleje. Ruina i degrengolada. Mnożą się napady, grabieże, już nie tylko na farmach, ale i w miastach. Policja i prawo są bezradne. Państwo właściwie nie funkcjonuje. Kraj opuszczają nie tylko biali, ale i czarna, wykształcona, opozycyjna elita. Godwin kończy swoje wspomnienia w roku 2004. W ciągu tych ośmiu opisywanych przez niego lat stabilny świat rodziców autora i im podobnych rozpadł się kompletnie. Życie stało się beznadziejnym koszmarem podszytym strachem. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Nocą dom trzeba zamieniać w twierdzę, za dnia też nie jest bezpiecznie. George Godwin został napadnięty przed własnym domem, dwukrotnie ukradziono mu samochód, dawna pomoc domowa, traktowana jak członek rodziny, uczciwie przez lata wynagradzana, nagle, podburzona, domaga się pieniędzy. Inflacja i gospodarczy kryzys sprawiają, że państwo Godwinowie, i nie tylko oni, tracą dorobek całego życia. Oszczędności stopniały, papiery wartościowe i polisy ubezpieczeniowe stały się nic niewarte. Mimo wieloletniej pracy na starość zostali nędzarzami. Opisy panującego w kraju chaosu, beznadziei, morderstw, napadów i grabieży są naprawdę przerażające. "Te opustoszałe farmy i całe życie ludzi wywalone na podłogę, rozbite i podeptane." To lapidarne zdanie wypowiedziane przez jedną z bohaterek, zajmującą się ratowaniem bestialsko traktowanych przez wetwojów zwierząt, celnie oddaje sytuację. Mimo wszystko rodzice autora nie chcą z kraju wyjechać, bo starych drzew się nie przesadza.

Ale to książka nie tylko o rozpadzie świata. Nie tylko dlatego jest tak przejmująca. To również rzecz o starości, o przemijaniu. Peter Godwin dawno wyjechał z Zimbabwe, mieszkał w Wielkiej Brytanii, potem osiadł w Nowym Jorku, jego siostra wyemigrowała z powodu politycznych prześladowań, a w kraju zostali starzy, schorowani rodzice, coraz gorzej radzący sobie z codziennością. Starość, choroby, samotność nigdzie nie są łatwe, ale w okolicznościach, o jakich pisałam, są trudne po wielokroć. Godwin pisze o swoim strachu o starzejących się rodziców, o trosce o nich, o próbach zabezpieczenia ich przed najgorszym, o zmaganiach, aby jakoś ułożyć im życie w tych skrajnie trudnych warunkach. Miota się między Ameryką a Afryką, korzysta z każdego zlecenia, aby tylko być bliżej nich. Nie może zostać, bo w Nowym Jorku ma już swoją rodzinę. Poza tym jak żyć w tym morzu bezprawia i nędzy? Najchętniej zabrałby ich do siebie albo do siostry do Londynu, ale oni nie chcą, bo kochają to miejsce. Podobnie Godwin i jego siostra Georginia, która cierpi podwójnie. Nie może przyjechać choćby na chwilę, bo groziłoby jej aresztowanie. Bardzo smutny obraz.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo jest to również książka o zmianie tożsamości, o całkowitym odcięciu się od przeszłości. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie Godwin poznaje historię ojca. Nagle dowiaduje się, że George Godwin to urodzony w Warszawie Kazimierz Goldfarb, syn Maurycego, polskiego zasymilowanego, zamożnego Żyda. Nagle za sprawą przeszłości ojca w życie jego syna wkracza Holocaust, Polska, polscy Żydzi, świat dotąd nieznany, obce problemy. Urodzony i wychowany w Afryce niewiele na ten temat wiedział, o Polsce być może nic. Chcąc nie chcąc, musi zmierzyć się z tymi problemami. Zrozumieć ojca, który zrobił wszystko, aby wymazać ze swojego życia przeszłość i stworzyć sobie nową tożsamość, nowego siebie. A najsmutniejsze może jest to, że koszmar przeszłości, chociaż w innej formie , powraca. Jeszcze raz wali się jego zamożny, poukładany świat. Kiedyś w Europie, teraz w Afryce. Historia się powtarza. Niegdyś w Europie był prześladowany z powodu swojego żydostwa, teraz w Afryce prześladują go z powodu  koloru skóry.  Godwin nieoczekiwanie uświadamia sobie, że i on w pewnym stopniu powtarza los ojca. I on stał się kimś innym. Porzucił afrykańskie życie, odciął się od afrykańskich problemów i jest już nowojorczykiem, który przeżywa traumę 11 września bardziej niż, w gruncie rzeczy tragiczniejszy, chaos w swojej dawnej ojczyźnie. Ale tęskni. Jego więź z Zimbabwe jest jednak silniejsza niż więź jego ojca z Polską i Europą, które wymazał z pamięci. Mimo że problematyka Holokaustu zajmuje w książce niewiele miejsca, to jednak właśnie tu znalazłam najokrutniejszy, chociaż bardzo rzeczowy i suchy, opis zagłady Żydów w obozie w Treblince. Niby tyle na ten temat wiem, ale to, co przeczytałam u Godwina, naprawdę mną wstrząsnęło. Nieoczekiwanie dopełniło lekturę "Biednych ludzi z miasta Łodzi", od której chciałam uciec.

Okazało się, że Tochman miał rację. To niezwykła, przejmująca książka, która krok po kroku odsłania przed czytelnikiem kolejne tajemnice. Zwyczajny, nieco sielankowy świat stopniowo na naszych oczach zamienia się w koszmar. To czytelnicza wyprawa w nieznane, odkrycie nowych lądów: kraju, problemów, nietuzinkowej historii człowieka. Ale refleksja niewesoła: w tylu miejscach na ziemi dzieją się rzeczy straszne, świat jest chaosem, wszystko może nagle runąć, a szczęście dane jest  tylko na chwilę.


piątek, 09 grudnia 2011
Andrzej Bart "Fabryka mucholapek"

W poprzednim literackim wpisie uczyniłam dygresję do "Fabryki muchołapek" Andrzeja Barta (W.A.B. 2008), którą wtedy, bezpośrednio po lekturze "Biednych ludzi z miasta Łodzi", czytałam. Właśnie skończyłam, więc spieszę zanotować swoje refleksje. Powieść Barta bardzo chwalono, dostała nagrodę Gwarancje Kultury przyznawaną przez TVP Kultura, była finalistką Nike w roku 2009. Nie wiem, jaki byłby mój odbiór, gdybym przeczytała ją wcześniej. Teraz, po lekturze Sandberga, wydała mi się zgrabną błyskotką, literacką zabawą, przyznaję bardzo erudycyjną, dotykającą poważnego problemu, ale niczym więcej.

Głównym bohaterem jest Chaim Rumkowski, przewodniczący starszeństwa Żydów w łódzkim getcie. Kim był, pisałam przy okazji książki szwedzkiego pisarza, nie będę się więc powtarzać, zainteresowanych odsyłam do tamtej notki lub do innych źródeł. Przypominam tylko, że to postać kontrowersyjna, obiekt sporów historyków. Z woli autora Rumkowski staje przed sądem. Wyimaginowana rozprawa ma miejsce we współczesnej Łodzi, a narrator, pisarz Andrzej Bart, dostaje dziwne zlecenie: ma napisać coś w rodzaju korespondencji z tego procesu. Jest jednak raczej przekonany, że w wyniku choroby ulega halucynacjom. Ze swojego zadania nie wywiązuje się zbyt pilnie, bo ulega urokowi czeskiej Żydówki, Dory, która wraz z matką i innymi mieszkańcami getta, obserwuje to, co dzieje się na sali sądowej. Śledzimy więc na przemian proces (a to relacjonowany przez narratora, a to z punktu widzenia Reginy, drugiej żony Rumkowskiego, czy ich przybranego syna, tu nazywanego Markiem) lub łódzkie peregrynacje narratora i Dory, która z zapałem odwiedza miejsca znane jej z czasów pobytu w getcie.

Dlaczego Dora spacerując po Łodzi, zachowuje się tak, jakby odbywała podróż sentymentalną, a nie odwiedzała miejsca, w których spędziła prawdopodobnie najgorsze i zarazem ostatnie lata swojego życia? Czy czas, który minął i nie minął jednocześnie, złagodził tamte przeżycia? Z nostalgią spogląda z okien kamienicy, w której mieszkała, na dobrze znane jej budynki, ulice i place. Z radością dzieli się tymi miejscami ze swoim nowym znajomym, mówiąc: Tu pracowałam, to mieszkanie należało do tego a tamto do owego, tu stało się to. Mimo upływu lat tereny getta nadal pozostają zaniedbaną dzielnicą Łodzi. Niewiele się zmieniło, zauważa narrator. Tylko mury kamienic upstrzone są całkiem świeżymi antysemickimi napisami. Przeszłość miesza się z tym, co teraz. Mieszkańcy kamienicy, w której mieszkała rodzina Dory, nie myślą, a może nawet nie wiedzą, o tym, co tu się rozegrało, ale w mieszkaniu starszej pani, które zajmowali czescy Żydzi, kobieta znajduje książkę podarowaną jej niegdyś przez ojca. A niedaleko stamtąd w dawnej fabryce Poznańskiego dziś jest nowoczesne centrum handlowe. Chodzimy po miejscach, gdzie rozgrywały się ludzkie tragedie, niewiele się nad tym zastanawiając. Dobrze to czy źle? Jak żyć w Oświęcimiu (myślę o mieście)? Jak w innych miastach naznaczonych przez historię? Czy na pięknej, normandzkiej plaży, na której w 1944 roku wylądowali alianci, wypada się kąpać? Takie pytanie zadałam sobie kilka lat temu, kiedy zeszłam tam wprost z cmentarza poległych żołnierzy. Czy ta plaża na zawsze już ma zostać tylko miejscem pamięci? W każdym razie ja na kąpiel się nie zdecydowałam, nie tylko dlatego, że woda w oceanie zimna.

Takie spokojne, nieco sentymentalne spojrzenie na to, co wydarzyło się w łódzkim getcie cechuje też innych bohaterów. Tak zachowuje się Regina, która bardziej przeżywa to, jak jej mąż zniesie proces, niż to, czy zostanie skazany. Tak zachowuje się Marek, który z ciekawością charakterystyczną dla dziecka, zwiedza zakamarki ponurego, zaniedbanego gmaszyska, gdzie toczy się rozprawa. Tak zachowują się świadkowie, sędzia, prokurator i obrońca. Być może bezczas, w którym znaleźli się dzięki twórczemu kaprysowi autora, sprawia, że patrzą na zdarzenia ze spokojnym dystansem tak, jakby nie ich dotyczyły. Chwila w bezczasie darowana im pomiędzy opuszczeniem getta a załadowaniem do towarowych wagonów.

Ciekawe są rozważania narratora o losach Franza Kafki, który, gdyby nie umarł jeszcze przed wojną, trafiłby do łódzkiego getta jak jego siostry i ich mężowie. O ich pobycie tam mało kto pamięta, ślady po nim pewnie czciłoby wielu. Wzruszająca jest opowieść powołanej na świadka Polki, która do getta trafiła dobrowolnie, przenosząc się tam wraz ze swoimi przybranymi żydowskimi opiekunami, którzy przed laty pomogli jej w biedzie i przygarnęli do siebie. Tylko wielka miłość i wdzięczność czy także nieświadomość tego, co znaczy mieszkać w getcie, stały za jej decyzją? Co bym zrobiła na jej miejscu? Nie stronię od podobnych pytań.

Wiele w książce Andrzeja Barta podobnych smaczków.

Ale najważniejszy jest sam proces. Mieszają się tu postacie z różnych porządków czasowych, przewijają świadkowie słynni (Korczak, Hannah Arendt), znani raczej tylko historykom (niemiecki komendant getta Biebow) i zwyczajni mieszkańcy getta, o których istnieniu nie wiedzieliśmy. A wszystko po to, by rozstrzygnąć, czy Chaim Rumkowski zasługuje na pamięć, bo robił, co mógł, aby ocalić Żydów, czy też na potępienie, bo był narzędziem w ręku Niemców, którym ułatwiał likwidację  mieszkańców getta. Powieść Barta ma tę zaletę, że wyostrza problem, pokazuje jego sedno, sprowadza go do istoty. Stawia wiele etycznych pytań, na które wcale niełatwo znaleźć odpowiedź. Co lepsze: dłuższe życie w getcie łódzkim czy szybsza śmierć w warszawskim? Czy życie w takich warunkach (między innymi potworny głód!) jest jakąś wartością? Po co żyć dłużej, skoro tak bardzo się cierpi? Lepiej honorowo umrzeć (Adam Czerniaków w Warszawie) czy wierząc w ocalenie, współpracować z Niemcami (Rumkowski w Łodzi)? Czy coś dobrego przyniósł Żydom szlachetny sprzeciw przewodniczącego starszeństwa Żydów w getcie w Zduńskiej Woli, który nie zgodził się, jak Rumkowski, pomagać Niemcom przy transportach? Nie, też zginęli, podobnie jak ci z Łodzi, Warszawy i innych miast. Ale co przyniósł kompromis i współpraca Rumkowskiego z hitlerowcami? Co dała ofiara złożona przez niego ze starców, chorych i dzieci? A może gdyby nie niekorzystny przebieg wypadków na froncie udałoby mu się ocalić przynajmniej część mieszkańców getta? Czy wysiedlani Żydzi wiedzieli, że jadą na śmierć a nie do pracy, jak ich łudzono? I czy mamy być wdzięczni Niemcom za to humanitarne oszustwo, które, ich zdaniem, czyniło życie w getcie znośniejszym? Czy, gdyby ocaleli, zastanawialiby się nad tym, że Rumkowski, aby ich ratować, zaprzedał swoją duszę? Czy miałoby to dla nich jakiekolwiek znaczenie? Był Rumkowski tragicznym bohaterem, który w czasach okrutnych musiał dokonać zimnej, realistycznej kalkulacji: chorzy, starcy i dzieci na śmierć (ich dni i tak są wszak policzone), bo dzięki temu można przynajmniej ocalić niektórych? Takie pytania, i wiele innych, stawia przed czytelnikiem książka Barta. Muszę przyznać, że gdybym miała za sobą tylko tę lekturę, pewnie inaczej patrzyłabym na Rumkowskiego, nie skreśliłabym go tak jednoznacznie jak po przeczytaniu "Biednych ludzi z miasta Łodzi", mimo że i Bart nie ucieka od pokazywania ciemnych stron przewodniczącego (pedofilia).

Kto znajdzie w sobie siłę powinien przeczytać obie książki, kto tej siły  nie ma, niech przynajmniej przeczyta "Fabrykę muchołapek". Stanie w obliczu pytań ostatecznych, ale nie zetknie się z koszmarem życia w łódzkim getcie.


wtorek, 06 grudnia 2011
"80 milionów" Waldemara Krzystka. Warto wybrać się do kina!

Po filmach ciężkich i poważnych obrodziło lżejszymi. Przynajmniej ja tak sądzę, bo koleżanka, której poleciłam "Szpiega" jako film rozrywkowy, zgłosiła reklamację nie do samego filmu, ale do klasyfikacji. Będę jednak trwać przy swoim i "80 milionów" Krzystka, które właśnie obejrzałam, też zaliczę do kategorii filmów lżejszych, ale zastrzegam, że to nie zarzut. Reżyserowi udała się niełatwa w polskim kinie sztuka ujęcia poważnego tematu w sposób atrakcyjny, bez zadęcia. Autentyczną historię wypłacenia z bankowych kont i ukrycia owych tytułowych osiemdziesięciu milionów, czego dokonali trzej działacze dolnośląskiej Solidarności w przededniu stanu wojennego, opowiada w sposób żywy, zajmujący i trzymający w napięciu. Umiejętnie oddaje entuzjazm tamtych dni, energię i witalność, jednocześnie pokazując beznadziejność sytuacji. Szare, brzydkie miasto, takie same wnętrza i ciuchy na grzbietach ludzi (celowo piszę o ciuchach, bo w środku szarzy nie byli, przynajmniej nie wszyscy) . Ale najgorsza jest wszechobecność milicji i ubecji. Na losy bohaterów spoglądamy jednocześnie z dwóch perspektyw: od wewnątrz i od zewnątrz. Każdy ich krok  jest śledzony, wszyscy są obserwowani, inwigilowani, podsłuchiwani i fotografowani. Podobnie jak w "Szpiegu" widzimy znudzonych funkcjonariuszy siedzących gdzieś w jakimś zamkniętym pomieszczeniu przy urządzeniach podsłuchowych. Tyle tylko, że tu wszystko jest na mniejszą skalę i bardziej przaśne, co nie znaczy, że mniej groźne. Podobnie jak w tamtym filmie szeregowi funkcjonariusze tajnych służb traktują swoje zajęcie jak zwykłą pracę: narady, szef arogant i despota, nudna obserwacja namierzonych działaczy. Mimo tego działalność związkowa, a właściwie polityczna, to nie żarty i zabawa, jej konsekwencje są bardzo poważne. Ale Krzystek, chociaż nie stroni od pokazywania zdarzeń dramatycznych, ucieka od tonu martyrologicznego i opowiada historię trochę w konwencji baśni, trochę w konwencji westernu. Doskonale wiemy, że główni bohaterowie w końcu zostaną aresztowani, ale tego dowiadujemy się z końcowych napisów. Ostatnia scena filmu jest zupełnie inna: radosna, dynamiczna, pełna energii i entuzjazmu. A czarny charakter, rzeczywiście rewelacyjnie grany przez Piotra Głowackiego, dostanie za swoje, na co patrzyłam z dziecięcą niemal, nieskrywaną satysfakcją. Jak to w baśni: dobro wygra, zło zostanie pokonane. Warto wybrać się na ten film!

piątek, 02 grudnia 2011
"Biedni ludzie z miasta Łodzi" Steva Sem-Sandberga

W ostatnim wpisie wspomniałam o książce, która wprowadziła mnie w przygnębiający nastrój. Przygnębiający to mało powiedziane, powieść "Biedni ludzie z miasta Łodzi" (Wydawnictwo Literackie 2011; przełożył Mariusz Kalinowski) po prostu mnie sponiewierała. Ale najpierw dygresja. Od dość dawna na mojej półce leżała książka innego autora o podobnej tematyce: opowieść o fikcyjnym procesie Chaima Rumkowskiego z łódzkiego getta. To bardzo chwalona "Fabryka muchołapek" Andrzeja Barta. Jakoś nie mogłam się za nią zabrać. Wiedziałam, że chcę przeczytać, ale z lękiem spoglądałam w jej kierunku. Czekałaby tak nie wiem jeszcze jak długo, gdybym nagle, pod wpływem bardzo ciekawego spotkania z autorem, nie przeczytała "Biednych ludzi ...". Teraz, idąc za ciosem, sięgnęłam po "Fabrykę muchołapek". O ja głupia, czego się obawiałam?! Powieść Barta w konfrontacji z pozycją szwedzkiego pisarza jest niemal rozrywką! Ale o niej następnym razem (jeszcze nie dokończyłam lektury), dziś o "Biednych ludziach z miasta Łodzi".

To opowieść o życiu w łódzkim getcie. Jej bohaterowie są postaciami autentycznymi (na końcu znajdziemy zwięzłe who is who). Autor oparł się na licznych dokumentach, kronice getta, dziennikach, wiele z nich cytuje. Ale postacią, na której przede wszystkim skupia uwagę Sandberg, jest wspomniany Chaim Rumkowski, przełożony starszeństwa Żydów, zwany królem getta. To postać niezwykle kontrowersyjna. Dlaczego? Dla jednych zbawca, dla innych spryciarz próbujący w tragicznej sytuacji jakoś ustawić siebie i swoich najbliższych. Spierają się o niego nie tylko literaci, ale przede wszystkim historycy. Wielu twierdzi, że zawdzięcza mu ocalenie, ale do zagłady znacznej większości sam przyłożył rękę. Kim był? Co takiego zrobił?

Przed wojną nieudany biznesmen, agent ubezpieczeniowy, założyciel sierocińca. W czasie okupacji w łódzkim getcie dojrzał szansę dla siebie i stworzył z niego sprawnie funkcjonujące miasto z fabrykami i zakładami pracującymi na rzecz Niemców, także, o paradoksie, na rzecz przemysłu zbrojeniowego. Dlaczego? Wierzył, że w ten sposób może ocalić mieszkających tam Żydów. Albo, niczym Mojżesz, wyprowadzi ich stamtąd do Palestyny, albo stworzy coś na kształt żydowskiego państwa, o ironio, pod niemieckim protektoratem. I rzeczywiście: łódzkie getto przetrwało najdłużej. Ostatecznie zostało zlikwidowane w sierpniu 1944 roku. Na czym więc polega problem? Otóż problemów, także natury moralnej, jest wiele.

Stworzył Rumkowski kastę uprzywilejowanych, którą stanowili ludzie władzy, administracji, sądownictwa, aparatu ucisku i ich rodziny. Podczas gdy cała żydowska masa, cały żydowski plebs (a plebs należy traktować tu umownie, bo często byli to ludzie wykształceni) harowała w stworzonych przez Rumkowskiego zakładach ponad siły za marne wynagrodzenie, cierpiała głód, żyła w  nieprawdopodobnym ścisku i brudzie, uprzywilejowani mieli się nieźle, a jak na warunki gettowe, znakomicie. Żydowska policja była dla swoich równie okrutna jak gestapo. Przerażające są sceny rozgrywające się w więzieniu zwanym, nie bez przyczyny, kopalnią. Także obrazy tortur. Sam Rumkowski jawi mi się na łamach powieści jako postać wyjątkowo nieciekawa, antypatyczna, okrutna, wręcz obrzydliwa. Ale najgorszy wydał mi się jego stosunek do dzieci. Z jednej strony stworzył, także w getcie, sierocińce, między innymi najbliższy mu Zielony Dom, które były jego oczkiem w głowie, z drugiej strony niektóre dzieci wykorzystywał seksualnie. Wychowawcy woleli udawać, że niczego nie widzą. Marzył o dziecku, którego nie miał ani z jedną, ani z drugą żoną, więc usynowił jednego z chłopców. Ocalił go, ratując przed transportem. Co z tego, kiedy wykorzystując, uczynił z jego życia koszmar. Dziecko, które zanim trafiło do łódzkiego getta, było świadkiem zdarzeń strasznych, teraz żyje pomiędzy nienawiścią Reginy, drugiej żony Chaima, która widziała w nim zagrożenie dla własnej pozycji, a jego zakusami pedofilskimi. Te sceny, chociaż nie do końca dosłowne, trochę oniryczne, trudno znieść. Nic dziwnego, że tak traktowany chłopiec staje się zimny, wyrafinowany i okrutny. Wojna zaraziła go złem, ale pobyt w domu przybranych rodziców jego psychikę jeszcze bardziej skrzywił. Rumkowski ocalił go, aby kochać, rozpieszczać i dręczyć jednocześnie. Tak, to prawda, że chłopiec żył teraz w komfortowych, jak na getto, warunkach, ale co z tego. Pytanie, jakie ciśnie się na usta, jest straszne, może nie powinnam go zadawać. Co lepsze: śmierć w komorze gazowej czy poniżenie i gwałt zadawany przez przybranego ojca?

Ale największą kontrowersję budzi współpraca Rumkowskiego z Niemcami przy organizowaniu transportów. Niektórzy twierdzą, że to jego dramat. Niemieckie władze systematycznie opróżniały getto, czyniąc to żydowskimi rękoma. Za zgodą i na polecenie Rumkowskiego przygotowywano listy ludzi przeznaczonych do transportów. To prawda, że próbował się targować i za każdym razem zmniejszyć liczbę nieszczęśliwców. To prawda, że wierzono, albo tylko udawano, iż ludzie ci jadą do innej pracy albo w inne, lepsze miejsce. Być może też prawdą jest, że Rumkowski łudził się, iż skazując na zagładę jednych, niesie ocalenie dla innych, bo wszystkich uratować nie może. Ale gdzieś jest granica kompromisu. Może błąd popełnił już na początku, przedstawiając Niemcom swój wspaniały plan stworzenia z getta sprawnie funkcjonującej maszynki do zarabiania pieniędzy. Nie da się pozostać nieskalanym, jeśli zawiera się pakt z diabłem. Ale najtragiczniejszy z tragicznych jest moment, kiedy Rumkowski decyduje się wydać zgodę na opróżnienie getta z najsłabszych, niezdolnych do katorżniczej pracy: chorych, starców i dzieci. Staje przed ludźmi i tłumaczy się z podjętej decyzji (cytowane przemówienie jest autentyczne). Po raz kolejny uwierzył, że musi to wziąć na siebie. Wszyscy i tak nie przeżyją, więc trzeba dokonać wyboru i lepiej, jeśli zrobi to on niż Niemcy. I jeszcze raz mogę powtórzyć: jednocześnie zrobił, co mógł, zatrudniając w fabrykach i warsztatach jak najmłodsze dzieci, bo tylko w ten sposób miały szansę, jako zdolne do pracy, uciec przed machiną zagłady.

Mimo wszystkich argumentów tłumaczących i usprawiedliwiających jego działania w moich oczach pozostaje tym, który na rękach ma krew swoich współbraci.

Ale powieść szwedzkiego autora to także, a może przede wszystkim, opis życia w łódzkim getcie. Codzienność jego mieszkańców poznajemy, śledząc losy kilkorga bohaterów, kilku rodzin z różnych warstw społecznych, różnie umocowanych w społecznej hierarchii. I jest to opowieść straszna, momentami na granicy czytelniczej wytrzymałości, a przecież prawdziwa, niezmyślona. Jak można było wytrzymać w tym piekle? Jak żyć potem, jeśli się ocalało? Sandberg opisuje życie w getcie niezwykle naturalistycznie, wręcz sensualnie, czasem łagodzi naturalizm scenami onirycznymi, ale to niewielkie wytchnienie. Kiedy pisze o głodzie, o brudzie, o zimnie (wojenne zimy były wyjątkowo niełaskawe), o nieludzkim zmęczeniu, czujemy to wszystko nieomal fizycznie. Kiedy jedna z bohaterek, Vera, Żydówka z Pragi (do łódzkiego getta trafiły transporty Żydów z całej Europy; między innymi dlatego, trzeba było systematycznie getto opróżniać) szoruje podłogę, wykręca zziębniętymi rękoma praną bieliznę, czujemy, jak jej ręce grabieją z zimna do kości. Kiedy jeden z bohaterów, Adam, ukrywa się w już opustoszałym getcie i beznadziejnie szuka czegokolwiek do zjedzenia, czujemy jego strach i zwierzęcy głód. Kiedy do getta przybywają Żydzi z Zachodu i idą w karnej kolumnie po śniegu, obciążeni bagażem, w cienkich, eleganckich butach, czujemy, jak marzną, ślizgają się na rozmiękłej, śnieżnej mazi, uginają pod ciężarem waliz. Potworne są opisy transportów, opróżniania szpitala czy sierocińca, walki o uratowanie najbliższych skazanych na wywózkę, ale najtragiczniejsze, rozdzierające sceny rozgrywają się w czasie tak zwanej wielkiej szpery, akcji usuwania z getta  starców i dzieci. Rozpacz rodziców i strach dzieci udziela się czytelnikowi. Straszna jest myśl, że ludzie, którzy przed wojną prowadzili normalne, zwyczajne, bardziej lub mniej wygodne życie, nagle zostali wyrwani ze swego świata i strąceni do piekła.

Książka na pewno nie dla wszystkich. Ale uważam (teraz napiszę coś, co brzmi nieco patetycznie, ale inaczej wyrazić swojej myśli nie umiem), że mimo całej czytelniczej udręki, od czasu do czasu trzeba przeczytać takie świadectwo, aby wiedzieć i nie zapomnieć.