Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 27 grudnia 2012
Wasilij Grossman "Wszystko płynie"

Po przeczytaniu "Życia i losu" (pisałam), arcydzieła Wasilija Grossmana, było dla mnie oczywiste, że wkrótce sięgnę po drugą  powieść tego rosyjskiego pisarza: "Wszystko płynie" (W.A.B. 2010; przełożyła Wiera Bieńkowska). Długo nie zwlekałam (wersja robocza tej notki powstała we wrześniu). Teraz pozostaje mi żałować, że to już ostatnie spotkanie z jego twórczością.

"Wszystko płynie" to ostatnia i niedokończona powieść Grossmana. Na pewno nie jest to książka tej miary, co przywołane przeze mnie "Życie i los", w końcu nie co dzień powstają arcydzieła (nie lubię wielkich słów, ale nie waham się użyć go w tym wypadku). Jednak i ona jest lekturą obowiązkową. Może jednak warto zacząć znajomość z pisarzem właśnie od niej, aby na koniec zostawić sobie najsmaczniejszy kąsek? W każdym razie w tej czy innej kolejności obie przeczytać się powinno.

Moja dzisiejsza bohaterka sporo różni się od swojej poprzedniczki. Jej akcja rozgrywa się po śmierci Stalina, kiedy  w Związku Radzieckim puszczają polityczne i ideologiczne lody. Jej głównym bohaterem jest Iwan Grigorjewicz, który wraca do Moskwy i do życia, chciałoby się powiedzieć, po latach spędzonych w jednym z łagrów. Szmat czasu spędził w więzieniach i łagrach jako więzień polityczny. Jeśli tak na serio zastanowić się nad tym faktem, aż trudno go ogarnąć rozumem. Ponad trzydzieści lat w zamknięciu! Przeładowane, brudne cele, przesłuchania, tortury, transporty, wyniszczająca praca, syberyjskie zimno ... W międzyczasie wszystko się zmieniło, dorosło kolejne pokolenie. Iwan próbuje odszukać ludzi ważnych dla niego w młodości. Trudno odnaleźć mu się po tylu latach w nowym dla niego świecie. Ale nie czuje się zgorzkniały. Niczego wielkiego od życia już nie oczekuje. Najważniejsze dostał: wolność. Bo pomimo trzech dekad spędzonych w zamknięciu, nie odzwyczaił się od wolności jak wielu jego towarzyszy niedoli. Może zabrzmi to paradoksalnie, ale to on, a nie ci wszyscy, którzy wiedli w tym czasie normalne życie, jest zwycięzcą. Może tylko niewielką przesadą będzie stwierdzenie, że uniknąć losu takiego jak Iwan mogli albo niektórzy wierni, partyjni towarzysze (przecież też nie zawsze), albo ludzie idący z życiem, a właściwie z komunistyczną władzą, z aparatem przemocy, na daleko idące kompromisy. Kompromisy tak wielkie, że jeśli zachowało się resztki przyzwoitości, trudno potem było spojrzeć w lustro. Nie wiem w jakiej mysiej dziurze trzeba było się skryć, aby pozostać przyzwoitym człowiekiem i nie trafić w końcu do więzienia czy łagru. Grossman w obu swoich powieściach pokazuje mechanizm łamania ludzkich charakterów. Tragiczne to czasy (a czasy te trwały prawie pół wieku, a i potem przecież sielsko nie było), kiedy człowiek chcąc ocalić swoje życie, musi się zeszmacić (bywało, że i to nie pomogło), a jeśli pragnie pozostać przyzwoitym człowiekiem, nie ma dla niego ratunku. Nie każdy potrafi uczciwie przyznać się do swoich błędów, co przecież równałoby się stwierdzeniu, że życie się zmarnowało, że jest się szubrawcem. Działa mechanizm wyparcia i samousprawiedliwiania. Kuzyn Iwana, który dzięki raz mniejszym, raz większym świństwom nie tylko ocalał, ale i zrobił uniwersytecką karierę, szukając usprawiedliwienia, próbuje udowodnić sobie, że jego los wcale taki lekki też nie był. Cóż, myśli, przekonując sam siebie, Iwan nie ma pojęcia, jak żyło się przez te wszystkie lata. I jest w tym sporo racji. Wieczne lawirowanie, strach, moralne skarlenie.

Powieść Grossmana składa się właściwie z kilku epizodów, z kilku zwięźle przedstawionych ludzkich losów, każdy z nich mógłby być kanwą kolejnej opowieści. Tych bohaterów poznajemy dzięki Iwanowi. Jednych spotyka w czasie swoich peregrynacji, innych tylko wspomina. Są wśród nich kuzyn, dawny przyjaciel, który okazał się donosicielem, prosta kobieta, u której wynajmuje pokój i inni. Opowieści o nich tworzą panoramę tamtych czasów. Cała książka jest przejmująca, ale najbardziej dotkliwe są dwie historie, wcale nie najważniejsze, raczej epizodyczne. Bohaterką jednej jest Masza, młoda, piękna kobieta, która trafia do syberyjskiego łagru, tylko dlatego, że jest żoną uwięzionego wroga ludu. Nie rozumie, co się z nią dzieje, umiera ze strachu i tęsknoty za mężem i pozostawioną na wolności córeczką. Długo łudzi się nadzieją, że wszystko okaże się nieporozumieniem, że wyjdzie na wolność, że spotka tam męża i dziecko. Historii Maszy nie łagodzi wcale zjadliwa ironia, z jaką jest opowiadana. I druga opowieść: o mieszkańcach ukraińskiej wioski w czasach wielkiego głodu. Gdyby Grossman rozwinął wszystkie wątki, powstałaby być może powieść na miarę "Życia i losu".

Aby dopełnić obrazu całości, dodam jeszcze, że całość wieńczą filozoficzno-historiozoficzne rozważania Iwana na temat Rosji. Wolność, niewola, zniewolenie, pańszczyzna, Lenin i Stalin - wokół takich postaci i zagadnień krążą jego myśli. Jednym z kluczowych jest tragiczne stwierdzenie, że rozwój Rosji dokonywał się zawsze dzięki zniewoleniu. Nie podejmuję się tutaj streszczenia jego refleksji. Nie ukrywam, że aby to zrobić, musiałabym prześledzić je jeszcze raz, bardzo uważnie.

Lektura powieści Grossmana na pewno wymaga czytelniczego trudu, ale warto go podjąć.

czwartek, 20 grudnia 2012
"To tylko wiatr"
Jak przekonać kogoś, aby obejrzał ten film? Obawiam się, że "To tylko wiatr" Benedeka Fliegaufa zobaczy garstka widzów. Takie niezalecające się do widza filmy z góry skazane są na niepowodzenie. Nie pomoże mu też brak reklamy i promocji. Kto o nim usłyszy? Jest zupełnie niekomercyjny, bardziej przypomina dokument niż fabułę: jeden dzień z życia romskiej rodziny. Nic atrakcyjnego, dzień jak każdy inny. A przecież to film niezwykle ważny. "Węgierskie "Pokłosie"", kątem oka dostrzegłam tytuł recenzji Janusza Wróblewskiego zamieszczonej w "Polityce". Ja też miałam takie skojarzenie. Pomyślałam sobie, że tym razem to węgierski reżyser wyciąga trupa z szafy. Trupa całkiem świeżego. Chociaż opowieść pokazana w filmie jest fikcyjna, to nawiązuje do zdarzeń autentycznych. Opowiada o pogromach romskich rodzin, jakie miały miejsce na Węgrzech kilka lat temu. Tak, to, co widzimy na ekranie, zdarzyło się naprawdę. To nie film, tak było. Tym bardziej przeraża. Nie wiem, jaką frekwencję miał ten obraz na Węgrzech, w Polsce na pewno mizerną. A przecież powinno się "To tylko wiatr" zobaczyć! Mimo że jest tak ostentacyjnie nieatrakcyjny i smutny. Zapewniam jednak, że ogląda się go z zainteresowaniem. Może to przekona niezdecydowanych. I jeszcze gwoli uzupełnienia podaję informację, że na ostatnim Berlinale zdobył Srebrnego Niedźwiedzia. Naprawdę nie powinno się go przeoczyć. A jeśli ktoś już w kinie był, może czytać dalej.
czwartek, 13 grudnia 2012
Paweł Smoleńskii "Arab strzela, Żyd się cieszy"

Właśnie ukazała się kolejna książka Pawła Smoleńskiego o Izraelu pod bardzo zwodniczym tytułem "Arab strzela, Żyd się cieszy" (Świat Książki 2012). Nie zamierzam go jednak objaśniać, aby nie zdradzać wszystkiego. Tym razem autor, można powiedzieć: specjalista od Izraela (Warto sięgnąć po jego poprzednią książkę "Izrael już nie frunie" wydaną przez Czarne, o której pisałam.), skupił się na wycinku izraelskiej rzeczywistości. W swoich reportażach portretuje Arabów: wszystkich tych, którzy po 1948 roku, kiedy powstało państwo Izrael (dla Żydów Dzień Niepodległości, dla Arabów Nakba, czyli katastrofa, dla jednych narodowe święto, dla drugich dzień przypominający klęskę, rozpad dawnego świata), zdecydowali się zostać w nowym państwie, i ich potomków urodzonych już tu. A trzeba wiedzieć, że co piąty mieszkaniec Izraela jest właśnie Arabem.  Wszyscy oni mają izraelskie obywatelstwo i takiż paszport, pełnię praw obywatelskich poza jednym: nie służą w izraelskiej armii. Wyjątkiem są Druzowie i Beduini. Tyle teorii. W praktyce rozmówcy Smoleńskiego, często jego dobrzy znajomi, innym razem przypadkowo poznani, twierdzą, że czują się obywatelami drugiej kategorii: pogardzani, gorzej traktowani, bez powodu w drobny sposób szykanowani, obrzucani niechętnymi spojrzeniami. Dlatego niektórzy z nich za wszelką cenę usiłują się strojem, wyglądem, zachowaniem upodobnić do Żydów. Wszystko na nic, jak twierdzą. Świdrujące spojrzenia są dowodem na to, że kamuflaż się nie udał. Kiedy Smoleński w rozmowach z nimi twierdzi, że są przeczuleni, gorliwie zaprzeczają. Jakby nie było, w ostatecznym rozrachunku liczy się samopoczucie, a oni czują się jak obcy. Świetnie opisał to w swojej powieści "Arabowie tańczą" Said Kaszua, znany arabski pisarz mieszkający w Izraelu (pisałam). Jest zresztą jednym z bohaterów reportaży Smoleńskiego.

Jeśli, czytelniku tej notki, nabrałeś przekonania, że żydowsko - arabskie stosunki w Izraelu są zero - jedynkowe, jesteś w błędzie. Autor mimo wyraźnej sympatii do swoich rozmówców stara się patrzeć na problem relacji obu społeczności z dystansem i obiektywnie. Tylko wtedy widać, że ta rzeczywistość nie jest czarno - biała. I nie myślę tu wcale o palestyńskich zamachach, bo tym się w zasadzie nie zajmuje. Smoleński stara się w swoim zbiorze reportaży pokazać arabską codzienność w Izraelu. A ta pełna jest paradoksów. Najlepiej oddaje ją taka wypowiedź jednego z bohaterów:

"Dobrze nam, ale też nie dobrze. Lubimy tu mieszkać i nie znosimy."

Dlaczego? Bo z jednej strony czują się obywatelami drugiej kategorii, ale jednocześnie mogą bezkarnie o swojej nienawiści do Izraela mówić i pisać, i robią to w sposób bezkompromisowy. Z jednej strony bardzo im tu źle, ale z drugiej o niebo lepiej niż ich współplemieńcom w krajach arabskich, gdzie nie ma demokracji. Wprawdzie czują się pogardzani przez żydowskich sąsiadów, ale z tęsknotą spoglądają ku nowoczesnemu Tel Awiwowi, gdzie życie przyjemniejsze, swobodniejsze i ciekawsze niż dajmy na to w takiej zamieszkanej przez Arabów Tirze. To prawda, że miejscowości arabskie są często niedoinwestowane, a więc biedne, ale przecież podobnie jest z małymi mieścinami gdzieś na Pustyni Negew, w których mieszkają Żydzi. Los młodego człowieka i tu, i tu jest równie beznadziejny. A przecież wielu izraelskich Arabów to ludzie bardzo zamożni. Świetnie wykształceni zrobili kariery jako naukowcy, prawnicy, lekarze, dziennikarze czy pisarze. Mieszkają w bogatych osiedlach, za sąsiadów mając równie zamożnych Żydów. Co ich łączy z ich ubogimi krewnymi zza miedzy? Dobrze, jeśli jest to przynajmniej empatia. Takich paradoksów można by jeszcze wymienić kilka. Zakończę ich wyliczanie jednym, niezwykle ważnym. Dziś większość Arabów w Izraelu uważa się za Palestyńczyków. Ale świadomość palestyńskiej tożsamości narodowej pojawiła się w jakiś czas po utworzeniu Izraela. Wcześniej byli tu po prostu Arabowie. To jednak nadal nie jest cała prawda o życiu społeczności arabskiej w Izraelu. Rozmówcy Smoleńskiego opowiadają o tym, jak nigdzie nie czują się u siebie (często najlepiej im w Europie). Mówią mu o różnicach między starszym a młodszym pokoleniem. Kiedy starsi tęsknią do dawnego świata, tego sprzed Nakby, młodsi nie rozumieją tych sentymentów, za to przeszkadza im brak swobody obyczajowej, nie czują związku z religijnością rodziców (ale jednocześnie w arabskich miejscowościach nastroje religijne radykalizują się, coraz więcej kobiet nosi chusty). Narzekają się, że Żydzi zmienili się na niekorzyść. Dawniej nie byli może szczególnie serdeczni, ale jednocześnie nie wrodzy jak dziś. Szczególnie młode pokolenie rozzuchwalone służbą w wojsku potrafi traktować arabskich obywateli Izraela pogardliwie. Żalą się, że nie rozumieją, dlaczego Żydzi, którzy nadal opłakują miejsca, które zostawili w Europie, nie potrafią zrozumieć rozpaczy Arabów opłakujących swój raj utracony.

Czy jest coś, co łączy obie społeczności, co pozwala zapomnieć o wzajemnych urazach i wrogości? Tak to ... miłość do piłki nożnej. Chociaż izraelska piłka, jak czytam w książce, nie stoi najwyżej, kochają ją tu wszyscy i Arabowie, i Żydzi. Ta namiętność pozwala przekraczać granice i nikogo nie dziwi, że Żyd gra w arabskiej drużynie i odwrotnie.

Smoleński traktuje swoich bohaterów z uwagą, sympatią, pochyla się nad ich problemami, stara się ich zrozumieć, współczuć, ale też nie rozdziera szat. Sytuacja Arabów w Izraelu, jak twierdzi, nie jest specjalnie różna od sytuacji mniejszości narodowych w innych państwach. Dostrzegając problem, stara się jednocześnie go oddemonizować.

Warto sięgnąć po ten zbiór reportaży. To zbyt ważny zakątek świata, aby nic o nim nie wiedzieć. No i jaki ciekawy.

poniedziałek, 10 grudnia 2012
"Tango libre", film, który można sobie darować.

Bywa, że miłość do kina prowadzi mnie na manowce. Tak było i tym razem. Po kilku filmach dobrych, wartych uwagi, świetnych i poruszających w końcu musiała nastąpić wpadka. Cóż, to ryzyko wpisane w życie kinomaniaka. Najczęściej jestem w stanie przeboleć pieniądze wyrzucone w błoto, gorzej, kiedy do tego dochodzi poczucie straconego czasu, wykradzionego z napiętego kalendarza. Pewnie dlatego tym razem ogarnęła mnie taka złość, kiedy poczułam, że dałam się nabić w butelkę. A "Tango libre", belgijsko-francusko-luksemburska produkcja, skusiło mnie tematyką i zdobytymi nagrodami. Kiedy przeczytałam, że to zwycięzca tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego i zdobywca nagrody specjalnej jury w Wenecji, pomyślałam, na moje nieszczęście, że warto wybrać się do kina. Wyszłam zirytowana (właściwiej byłoby napisać wkurzona). Historia Alice, miłośniczki tanga, która odwiedza w więzieniu jednocześnie i męża, i kochanka odsiadujących wyrok za napad, w którym zginął policjant, brzmi zachęcająco. Jeśli do tego dodać jeszcze tego trzeciego (a właściwie czwartego), strażnika więziennego spotkanego na kursie tanga, robi się jeszcze bardziej intrygująco. I początkowo rzeczywiście ogląda się nieźle. Ciekawy montaż budujący nastrój, aktorka przyciągająca uwagę, tango. Zapowiada się na kino trochę psychologiczne, trochę społeczne: skomplikowana sytuacja uczuciowa z dzieckiem bohaterki w tle. Miejscami bywa intrygująco, miejscami ekscytująco i zabawnie, kiedy kilkunastu więźniów uczy się tańczyć tango. Ale z czasem film rozczarowuje. Powinien poruszać, tymczasem losy bohaterów niewiele mnie obchodzą. Robi się banalnie. Ale najbardziej zirytowało mnie (powiedzmy bez ogródek: wkurzyło) zakończenie. Nieoczekiwanie z innej bajki: ni to komediowe, ni to groteskowe, rodem z innego filmu. Osoby siedzące obok zaczęły się głośno śmiać i jestem przekonana, że był to śmiech bezsilnego widza zdumionego idiotycznym zakończeniem. Właściwie miałam ochotę im zawtórować. Irytacja z powodu zmarnowanego czasu sprawiła jednak, że zaczęłam zgrzytać zębami.

czwartek, 06 grudnia 2012
Wojciech Jagielski "Wypalanie traw"

Wojciecha Jagielskiego znałam dotąd z publikacji prasowych, nie czytałam żadnej z jego książek. Dlaczego wobec tego nagle sięgnęłam po najnowszą, "Wypalanie traw" (Znak 2012)? Powodem były nie tylko bardzo pozytywne opinie, ale przede wszystkim tematyka. Od czasów lektury "Suchej białej pory" Andre Brinka zawsze sięgam po książki z RPA, oczywiście jeśli tylko wpadnie mi w ręce coś interesującego. Nie powiem, żeby było tego jakoś specjalnie dużo, ale tych kilka, które przeczytałam, pozwoliły mi chociaż trochę zorientować się w sytuacji tego kraju. Reportaż Jagielskiego tę wiedzę znakomicie uzupełnił. Napisałam reportaż, ale to określenie nie bardzo pasuje do "Wypalania traw". Już lepsze byłoby stwierdzenie reportaż literacki. Zaczyna się jak powieść. Trzecioosobowy narrator w pierwszym rozdziale przypominającym prolog prezentuje bohaterów swojej książki. Czarnoskórego Tommiego Lerefolo, miejskiego radnego w miasteczku Ventersdorp. Raymonda Boardmana, farmera, potomka angielskiego pastora, który około roku 1820 przybył do Kraju Przylądkowego (zalążek dzisiejszego RPA). Henka Malana, Bura, właściciela  nie najlepiej prosperującej tawerny Pod Rajskim Żurawiem, jednym słowem przedstawiciela niższej warstwy białych. I przede wszystkim Eugene'a Terre'Blanche'a, farmera, założyciela Afrykanerskiego Ruchu Oporu, człowieka, którego bali się politycy, a czcili Burowie, głównego bohatera tej opowieści. Ale już kolejny rozdział to bez wątpienia literatura faktu: ujawnia się reporter, który  nie eksponując siebie nadmiernie, rozmawia z bohaterami tej historii i przekazuje informacje o kraju. Potem obie techniki pisarskie będą się przeplatać. Może właśnie dzięki temu opowieść jest tak interesująca, że trudno się od lektury oderwać.

Chociaż książka ma swoich wyraźnie nakreślonych bohaterów (najważniejszych wymieniłam, ale jest ich znacznie więcej), znakomicie scharakteryzowanych i opowiedzianych, to jest także historią RPA w pigułce (trzystustronicowej). Nawet czytelnik, który niewiele wie o tym rejonie świata, dowie się całkiem sporo, a ktoś, kto trochę już się orientuje, swoje wiadomości poszerzy i uporządkuje. Jagielski pisze o początkach kolonizacji Przylądka Dobrej Nadziei przez przybyłych z Europy Holendrów (to od nich wywodzą się Burowie), o konflikcie brytyjsko - holenderskim o te tereny, o walkach z rdzennymi mieszkańcami tych ziem, o Wielkiej Wędrówce Burów, która stanowi ich mit założycielski, o wojnie zwanej burską, wreszcie o ideologii apartheidu i długoletniej walce z nim czarnych mieszkańców pod wodzą Nelsona Mandeli, no i również o tym, co stało się z krajem, kiedy ten znienawidzonysystem ostatecznie się skończył. A wszystko to niezwykle interesujące. Autor kreśli też sytuację społeczną. Pokazuje konflikty rozsadzające społeczeństwo RPA. Wbrew stereotypom nie jest to tylko konflikt pomiędzy czarnymi a białymi. Mur dzieli również tych ostatnich. Anglicy, a właściwie potomkowie angielskich kolonizatorów, i Burowie to dwa odrębne światy. Dzielą ich zaszłości historyczne, religia i stosunek do apartheidu, którego ideologiczne podwaliny stworzyli Burowie. Oni swoją niechęć do czarnych wywiedli z religii, z Biblii. Apartheid oznacza po prostu osobno. Wszystkie zakazy i nakazy, które, o czym się raczej nie wie, dawały się we znaki także białym, służyły niemieszaniu ras: czarnej i białej (szczególnie Burów, którzy uważali się za naród wybrany). Inaczej rdzennych mieszkańców traktowali Anglicy. Oczywiście też z wyższością (podobnie jak mieszkańców innych kolonii, na przykład Hindusów), ale wynikało to z banalnych pobudek. Czuli się po prostu lepsi, cywilizowani. Chociaż mniej więcej wiemy, czym był apartheid, Jagielski pozwala znacznie lepiej poznać koszmar i aberrację tej ideologii. Pokazuje jak wyglądało życie czarnych i białych obwarowane szczegółowymi przepisami regulującymi każdą dziedzinę, a wszystko po to, aby mogli żyć całkowicie osobno. Ale "Wypalanie traw" to także opowieść o tym, co dzieje się, kiedy nastąpi wielka zmiana (taką zmianą był koniec apartheidu, zwycięstwo Mandeli, przejęcie władzy przez czarnych w pokojowych negocjacjach). I w tym sensie to opowieść uniwersalna. Jest jak zawsze. Najpierw wielka radość, potem rozczarowanie. Nieprzygotowanie zwycięzców do sprawowania władzy, widoczne szczególnie na prowincji. Koncesje na rzecz białych, dawnych prześladowców, w imię wyższych racji. Rozwarstwienie społeczne i poczucie, że od zwykłego człowieka, nawet jeśli jest miejskim radnym (Tommy Lerefolo), nic nie zależy, że wszystko decyduje się gdzieś daleko na szczytach niedosiężnej władzy. No i znane choćby z "Hańby" Coetzee'go niepokoje społeczne: napady na białych farmerów. Ich przyczyną jest nie tylko chęć odwetu, ale także bieda wykluczonych czarnych.

Ale książka Jagielskiego to nie wykład historyczny czy praca z dziedziny socjologii. To przede wszystkim opowieść o ludziach z prowincji, ich nadziejach i rozczarowaniach. O Tommym Lerefolo, który kiedyś walczył z apartheidem, siedział w więzieniu, był torturowany, a teraz stopniowo poddaje się zniechęceniu, bo widzi, że w Ventersdorpie niewiele się zmienia, a i w kraju sprawy nie mają się dobrze. Lata płyną, czarni i biali nadal żyją osobno. O Raymondzie Boardmanie, białym idealiście, dla którego koniec apartheidu oznacza ulgę, możliwość symbolicznego oczyszczenia, naprawienia krzywd. Ale i jemu przyjdzie rozczarować się nową rzeczywistością. Bo czarni na farmie nie chcą poczuć się współgospodarzami, bo biali traktują go jak wroga (nie tylko z powodu tego, że nie jest Burem, przede wszystkim dlatego, że stara się traktować czarnych jak partnerów, chcąc im zadośćuczynić krzywdy), bo robi się niebezpiecznie, bo farmę nękają finansowe problemy, bo czuje się na prowincji obco, mimo że to ziemia jego przodków. O Henku Malanie, który teraz musi ustąpić nie tylko bogatszym białym, ale i czarnym. Dla niego koniec apartheidu oznacza tylko strach przed nowym. To dlatego tacy jak on byli wiernymi wyznawcami białego guru, wodza, obrońcy apartheidu, makiawelicznego twórcy Afrykanerskiego Ruchu Oporu, Eugene'a Terre'Blanche'a. Ale i on jest rozczarowany. Bo chociaż hipnotyzował tłumy podzielających jego poglądy Burów, to kiedy przyszło do ostatecznej rozgrywki, większość pozostała bierna. Bo zdradzili burski naród jego przywódcy, a on, ostatni bojownik, trafił do więzienia za złe traktowanie czarnych, co nie mieściło mu się w głowie. Bo zgorzkniały musiał zająć się farmą, czego nie lubił. A jeśli był świadom swojego końca, to i on musiał go rozczarować.

A może książka Jagielskiego jest przede wszystkim o tym, ile zła niesie fanatyczna ideologia o religijnych korzeniach? A może o prowincji, która konserwuje to, co było, i opiera się zmianom, nienawidzi inności, wytwarza własne zależności i więzi? A może o sławie i upadku niebezpiecznej, charyzmatycznej jednostki? Dajmy spokój tej wyliczance. Jest po prostu  "Wypalanie traw" o tym wszystkim. Świetna książka, chociaż smutna. Trudno dostrzec w niej światełko nadziei. Opisywany świat mimo że piękny, mnie wydaje się odstręczający. A jednak Wojciech Jagielski mówi, że RPA go fascynuje. Dlaczego? Przyznam, że nie bardzo rozumiem, wszak kreśli obraz tego kraju w ciemnych barwach. Kiedy czytam książki Pawła Smoleńskiego o Izraelu, to przy całym jego krytycyzmie, odnajduję w nich fascynację autora tym miejscem. Inaczej jest w przypadku Jagielskiego. Może odpowiedź na pytanie, co go tak ciągnie do RPA, znajdę w jego następnej książce, którą teraz pisze.

wtorek, 04 grudnia 2012
"Mój rower" Piotra Trzaskalskiego

Już dawno powinnam była napisać o najnowszym filmie Piotra Trzaskalskiego "Mój rower", który wchodził do kin w atmosferze euforycznej. No może trochę przesadzam, w każdym razie poprzedziła go fama czegoś, co koniecznie należy obejrzeć. Swoje zrobiła reklama i nagroda za scenariusz w Gdyni. Muszę przyznać, że po serii filmów ciężkich "Mój rower" obejrzałam z przyjemnością, chociaż przypisywanie mu głębi uważam za przesadę. Ot, sprawnie zrobiony, sympatyczny film o wyprawie trzech skonfliktowanych ze sobą mężczyzn z jednej rodziny. Dwaj z nich są skrajnymi egoistami zapatrzonymi w siebie. Starszy, grany przez Michała Urbaniaka, to  Piotruś Pan. Jego syn, w tej roli oschły i niesympatyczny Artur Żmijewski, myśli tylko o swojej muzycznej karierze, jest do bólu pragmatyczny i wyprany z empatii. Ojciec przynajmniej zdaje sobie sprawę z własnych przewin, syn jest przekonany o swojej nieomylności. Cierpi na tym najmłodszy. Wykorzeniony, wychowywany tylko przez matkę,  bez ojca, z dala od rodziny. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że najlepsze partie filmu to spotkanie dwóch dawnych kumpli (myślę o bohaterach granych przez Urbaniaka i Witolda Dębickiego). Scena, kiedy pijani, przy akompaniamencie pianina śpiewają piosenki Maryli Rodowicz, jest rzeczywiście i  śmieszna, i nostalgiczna. Do tego dobre role Krzysztofa Chodorowskiego (gra najmłodszego z tej trójki)  i wspomnianych już Urbaniaka oraz  Dębickiego. Żmijewski zrywający ze swoim wizerunkiem ujmującego przystojniaka też może być. Jak potoczy się akcja można w zasadzie przewidzieć, zaskoczeń specjalnych nie ma. Nawet irytująco sentymentalnego zakończenia można było się domyślić . To tyle. Fajny, sympatyczny film, ale dorabianie mu na siłę gęby głębokiego obrazu psychologicznego jest przesadą. Inspirowana tym, co na ekranie, dyskusja na temat na temat kondycji mężczyzn ograniczyłaby się do kilku banałów.