Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 25 grudnia 2013
"Dotyk grzechu"
To na pewno nie jest film na święta. Dawno nie widziałam w kinie obrazu tak bardzo przygnębiającego jak "Dotyk grzechu" utytułowanego chińskiego reżysera Jia Zhang-ke. Dla kronikarskiego porządku dodam, że film dostał w Cannes nagrodę za najlepszy scenariusz. Jak czytam w opisie dystrybutora, reżysera zainspirowały autentyczne, tragiczne historie bardzo w Chinach dyskutowane. Mimo że "Dotyk grzechu" jest ponury i brutalny, widzowie, dla których kino to coś więcej niż tylko rozrywka, nie powinni go pominąć, bo to film bardzo dobry i niezwykle ciekawy. Ja traktuję go także jako uzupełnienie moich ostatnich lektur o Chinach, szczególnie reporterskiej książki Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach", o której jakiś czas temu pisałam. Bo film jest namalowanym czarnymi barwami portretem współczesnych, nowych Chin. Tytułowy grzech, zło ma tu różne oblicza i różne źródła. Na ekranie oglądamy cztery historie, ich bohaterowie właściwie się nie spotkają. Co je łączy? Właśnie ów tytułowy grzech. Każdy z bohaterów albo jest sprawcą zła, albo jego ofiarą, czasem jedno i drugie. Dużo w tym filmie krwi i przemocy, ale reżyser nie epatuje nimi dla efektu. Z ponurymi historiami współgra obraz. Miasteczka i miasta są szare i przygnębiająco brzydkie. Wszystko jest zimne i bezosobowe. W takim otoczeniu człowiek to tylko anonimowy pyłek. Trudno o bliższe więzi. Samotność to kolejny temat filmu. Ale poza tą ponurą wizją świata można odnaleźć sporo obyczajowych obserwacji, które są po prostu bardzo ciekawe. Tyle we wstępie. Więcej nie chcę zdradzać, dlatego do przeczytania drugiej części zapraszam tych, którzy "Dotyk grzechu" już widzieli.
środa, 18 grudnia 2013
Igor T.Miecik "14:57 do Czyty", Andrzej Muszyński "Południe"

Od miesiąca nie byłam w kinie! Posucha! A jedyny film, chiński "Dotyk grzechu", który chcę zobaczyć, grają o takiej porze, że do ceny biletu musiałabym dorzucić koszty taksówki. Nic straconego, od piątku zmienia się godzina emisji. Wobec tego za tydzień będzie wreszcie o filmie, a dziś o dwóch książkach, które zostały wydane przez moje ukochane wydawnictwo Czarne w serii Reportaż. Pierwsza,  "14:57 do Czyty" Igora T.Miecika (Czarne 2012), to, jak łatwo zgadnąć, reportaże  z Rosji, druga, "Południe" Andrzeja Muszyńskiego (Czarne 2013), teksty o umownym południu, czyli Azji, Afryce, Ameryce Południowej i krajach Maghrebu. Obie ciekawe i warte lektury, mnie szczególnie zauroczyła ta druga. Ale po kolei.

Niewielka książeczka Igora T.Miecika składa się z dwunastu reportaży drukowanych w prasie w latach 2000-2005. Może komuś wyda się, że nie warto sięgać po literaturę faktu z taką datą ważności, ale to nieprawda. Nie sądzę, aby straciły swoją aktualność, Rosja bardzo się przecież od tamtego czasu nie zmieniła,  szczególnie mentalność jej mieszkańców. A są to właśnie teksty przede wszystkim o ludziach. O ludziach zwyczajnych: pasażerach kolei transsyberyjskiej, uczniach i uczennicach elitarnych szkół, które w zamyśle ich twórców mają kształcić przyszłą elitę kraju, kobietach odsiadujących kary w gułagu czy młodych chłopakach szukających szczęścia w tak zwanych walkach bez reguł. Wreszcie o ludziach dotkniętych przez historię: bliskich ofiar marynarzy z okrętu podwodnego Kursk, szahidkach, także tych, które dokonały zamachu w moskiewskim Teatrze na Dubrowce, mieszkańcach moskiewskiego domu wybudowanego w czasach stalinowskich dla ludzi związanych z władzą czy weteranach wojen, drugiej i czeczeńskiej. Zawsze jednak bohaterami reportaży Miecika są ludzie przeciętni, raczej ze społecznych nizin. Mieszkańcy strasznych, brzydkich miejsc takich jak Murmańsk odrażający swą szpetotą. Poszkodowani przez los, bezradni w swoim cierpieniu, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa, szukający sprawiedliwości na własny rachunek, indoktrynowani przez polityków, ideologów, szemrane autorytety. Jednym słowem marionetki w rękach losu, historii, polityki. Wielu z nich marzy o lepszym życiu, dlatego na różne sposoby próbują się wyrwać ze swoich środowisk, często na skróty, co prowadzi ich do gułagów albo na areny krwawych walk, na których zarabiają bogacze. Nawet jednak jeśli próbują dojść do czegoś ciężką pracą, jak uczniowie wspomnianych przeze mnie elitarnych szkół czy członkowie młodzieżowej organizacji Nasi, padają ofiarą rozmaitych politycznych hochsztaplerów czy nauczycieli, których poglądy na historię czy politykę są często dziwne. Wielu to ofiary wielkiej polityki czy odwiecznych konfliktów targających narodami zamieszkującymi Rosję. Tak jest z mieszkańcami Biesłanu, którzy stracili bliskich w terrorystycznym zamachu na szkołę, wspomnianymi szahidkami czy weteranami wojny czeczeńskiej, którzy kiedyś wysłani przez swoje państwo na rzeź, dziś w samotności muszą przeżywać  traumy, bo mordowali i byli mordowani. Obraz Rosjan i Rosji wyłaniający się z tych reportaży jest czasem tylko smutny, często zatrważający. Biedni ludzie, tytuł powieści Dostojewskiego, doskonale nadaje się na puentę.

A teraz o "Południu" Andrzeja Muszyńskiego. Jak to czasem bywa w moim wypadku, sięgnęłam po tę książkę po wysłuchaniu rozmowy z autorem (w moim ukochanym radiu oczywiście). Tak mnie zainteresowała, że postanowiłam kupić natychmiast, ale że po drodze przytrafiły się wakacyjne podróże, przeczytałam dopiero teraz (teraz to znaczy w sierpniu; trochę ten wpis czekał na swoją kolej). Polecam ją nie tylko dlatego, że, jak to reportaż, ma walory poznawcze, ale także dla przyjemności, jakie sprawia jej czytanie. Widać, że autor ma zacięcie literackie (w październiku w tym samym wydawnictwie ukazał się jego fabularny debiut, zbiór opowiadań "Miedza"). Muszyński operuje skrótem, jego teksty są skondensowane, ale znać w nich literacki oddech. Niektóre to króciutkie miniaturki, zwane ulotne, zapis chwili, wrażenia, skojarzenia, refleksji. Jakby autor zastanawiał się nad czymś, co zwróciło jego uwagę, jakby próbował rozgryźć zagadkę, tego, co obserwuje. Raz snuje rozważania o tym, dlaczego jedne miejsca przyciągają ludzką ciżbę, a inne pozostają puste, innym razem rozmyśla o fryzjerach, którzy strzygli go w różnych częściach świata, albo opowiada o tym, jak kupował koszulę na targu w Gabonie. Inny rodzaj tekstów to rasowe reportaże, drukowane wcześniej w gazetach, o sprawach ważnych: wstrząsający o rządach Czerwonych Khmerów w Kambodży, pobudzający do refleksji nad rolą przypadku tekst o tunezyjskim początku arabskiej wiosny czy napisany w formie kryminalnej telenoweli reportaż o konflikcie indiańskich plemion z latyfundystami w Wenezueli. To one właśnie mają ów walor poznawczy, o którym wspomniałam, a poza tym są zwyczajnie ciekawe i poruszające. A wreszcie teksty z innej bajki, które przeniosły mnie w świat lektur dzieciństwa. To dramatyczne, przygodowe, trzymające w napięciu (chociaż wiemy, że zakończone pomyślnie) budzące podziw dla dokonań autora, który jest nie tylko reporterem i pisarzem, ale też, a może przede wszystkim, podróżnikiem, relacje z jego niezwykłych wypraw: samotnej wędrówki przez pustynię Atakama w Chile czy pokonania dżungli Mukongo, tym razem w towarzystwie dwóch innych podróżników i tragarzy. Do tej serii należy też opowieść o niesamowitej podróży autobusem, bo na pociąg zabrakło biletów, z La Paz do Rio de Janeiro. Te rozdziały, szczególnie dwa pierwsze, czyta się z wypiekami na twarzy. Każdy z nich mógłby dać asumpt do napisania powieści podróżniczo-przygodowej, od której nie można by się oderwać. Ale może dobrze, że czytelnik dostaje je w takiej krótkiej formie, bo kondensacja świetnie tym tekstom robi. Ale od czasu do czasu do telegraficznego stylu zakrada się jakieś lekkie, poetyckie niemal, zdanie, co przenosi opowieść w inne rejony. Dla porządku dodam jeszcze, że książka podzielona jest bardzo klarownie na cztery rozdziały (Azja, Maghreb i tak dalej), a całość zamyka rozdział, w którym autor w charakterystyczny dla siebie sposób zastanawia się, gdzie zaczyna się owo tytułowe południe, które go tak bardzo fascynuje. Na koniec chcę, aby jeszcze raz mocno wybrzmiało, że lektura zbioru reportaży i refleksji Andrzeja Muszyńskiego to naprawdę duża przyjemność, mimo że kilka tekstów traktuje o sprawach tragicznych.

środa, 11 grudnia 2013
Wenguang Huang "Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie"

Trwa filmowa posucha, na szczęście książek w bród. Czasem mam wrażenie, że kolejka oczekujących na przeczytanie dosłownie na mnie napiera. Skoro w kinie nic ciekawego, zostaję przy literaturze, tym razem chińskiej. Odkąd przeczytałam znakomitą i poruszającą książkę Liao Yiwu "Prowadzący umarłych" i Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach", również niezwykle ciekawą, otworzył mi się kolejny wór z nowym tematem: Chiny. Natychmiast  sporządziłam listę tytułów, które chciałabym przeczytać. Póki co sięgnęłam jednak po nowość, bo najłatwiej. "Strażnik trumny. Opowieść o mojej rodzinie" Wenguanga Huanga (nieocenione i uwielbiane przeze mnie Czarne 2013; przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska) to moja ostatnia lektura. Nie będę się krygować i od razu zdradzę, że książkę czyta się znakomicie. Jest bardzo ciekawa i chociaż opowiada o czasach trudnych i dramatycznych, to momentami jest bardzo zabawna. Należy jednak mieć świadomość, że to śmiech przez łzy. Źródłem komizmu jest absurd, jaki niosło życie, ale o tym za chwilę. Grozę łagodzi też zapewne świadomość, że autor, który opowiada w książce historię swojej rodziny, osiągnął sukces. Od lat mieszka w Stanach, jest dziennikarzem, tłumaczem, a teraz także pisarzem. To on przełożył na angielski dwie książki Liao Yiwu (przy okazji dowiedziałam się, że tę drugą Czarne wyda wiosną). Ale czas najwyższy przejść do konkretów.

"Strażnik trumny" to z jednej strony saga rodzinna, z drugiej opowieść o dojrzewaniu, szukaniu własnej drogi życiowej, wyzwalaniu się spod wpływu chińskiej, komunistycznej ideologii, a także o relacjach z ojcem, matką i babcią (tak, babcią, która w tej historii odgrywa rolę kluczową). Urodzony w 1964 roku Wenguang Huang opowiada zwykłą-niezwykłą historię swojej rodziny. Sięga do przeszłości przodków. Poznajemy tragiczne dzieje babci, kobiety twardej, silnej, upartej, i jej syna, ojca autora. Dowiadujemy się, jak została wdową i jak z małym dzieckiem przeniosła się ze wsi w prowincji Henan do miasta Xian (to tam znacznie później odkryto słynną terakotową armię), gdzie pracowała u bogatego pana. Potem przyszła rewolucja kulturalna i zmieniła wszystko. Historia rodzinna matki, długo skrywana, jest tak nieprawdopodobna, że autorowi trudno było w nią uwierzyć. Nie tylko tragiczna, ale i nietuzinkowa, bo kryminalna. Morderstwo, porwanie, mafijne układy. Rodzice Wenguanga Huanga to ludzie prości, przesiąknięci komunistyczną ideologią. Przyszło im żyć w czasach, kiedy stare zostało odrzucone, potępione jako niesłuszne, burżuazyjne, zabobonne, wrogie. Nastała nowa, postępowa, komunistyczna rzeczywistość i obyczaje. Na takie czasy przypadło dzieciństwo i młodość Huanga. Autor nie wypiera się swojej przeszłości, wiary w Mao i komunistyczne Chiny, ani tego, że nosił czerwoną chustę, działał w komunistycznych, młodzieżowych organizacjach, a po śmierci przewodniczącego płakał jak inni. Pisze o latach prania mózgu i dalekosiężnych skutkach wpajania komunistycznych ideałów. Przemiana, która w nim nastąpiła, zachodziła powoli. Dopiero wydarzenia na placu Tiananmen i brutalne stłumienie protestów, które potem nastąpiły, wyleczyły jego pokolenie z iluzji, że możliwa jest zmiana w ramach komunistycznej ideologii. Autor nie udaje, nie przypisuje sobie i takim jak on studentom zasług. Pisze szczerze o tym, że kiedy przystępowali do protestów, nie robili tego z powodów ideowych, ale raczej dla zgrywy. Byli pokoleniem okresu transformacji. Ich dzieciństwo i wczesna młodość to czasy Mao, po jego śmierci nastąpił przełom. To, co niegdyś potępiane i zakazane, nagle stało się dozwolone. Władza przymykała oko na odradzanie się dawnych, uważanych za burżuazyjne, obyczajów, a przede wszystkim pozwalała się bogacić. Nic dziwnego, że wyrosło pokolenie bezideowe i nastawione konsumpcyjnie do rzeczywistości. Jeszcze trudniej miało pokolenie rodziców. Oni naprawdę poczuli się zdradzeni. To, w co wierzyli, a co było często powodem cierpień niewinnych ludzi z burżuazyjnych sfer, odeszło na śmietnik historii. Szczególnie ojciec autora nie potrafił się z tym pogodzić.

Bo "Strażnik trumny" to także opowieść o wielkiej przemianie, która dokonuje się po śmierci Mao,  początkowo stopniowo, a potem w zawrotnym tempie. Kiedy się czyta drugą część książki, ma się dosłownie wrażenie buzowania, wirowania, kipienia i czego tam jeszcze. Po prostu wielkiego, chaotycznego ruchu. Z tego chaosu wyłaniają się drobne i większe biznesy, upadają  komunistyczne fabryki, wracają stare obyczaje, ale plenią się też nowe (szczególnie w relacjach damsko-męskich).

Wreszcie na koniec czas uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jaką to kluczową rolę w tej opowieści odgrywa babcia. Rzecz nie tylko w tym, że łączyła ją niezwykle silna więź z synem, który podporządkował matce całe swoje życie. Chodzi nie tylko o to, że była też bardzo ważna w życiu autora, jej oczko w głowie. Rzecz przede wszystkim w tym, że nagle ogarnięta obsesją śmierci zażyczyła sobie tradycyjnego, chińskiego pogrzebu. Jakby tego było mało, zapragnęła spocząć na cmentarzu u boku męża w rodzinnej wsi w prowincji Henan. No i cóż w tym niezwykłego, powiesz zapewne czytelniku tej notki. Nie wiesz, jak bardzo się mylisz. Otóż babcia miała czelność mieć taki kaprys w czasach, kiedy Chinami rządził jeszcze przewodniczący Mao. Zgodnie z obowiązującymi surowymi przepisami zmarłych po śmierci trzeba było kremować i chować tam, gdzie mieszkali. Nie było mowy ani o trumnie, ani o tradycyjnym pogrzebowym stroju, a już niewyobrażalne było przewiezienie ciała setki kilometrów w rodzinne strony. Ale babcia się uparła, a jej syn był synem wzorowym. Odtąd całe życie rodziny będzie podporządkowane planom tradycyjnego pochówku babci. A to oznacza tajemnicę, za coś takiego murowane więzienie i utrata pozycji, i gromadzenie pieniędzy na łapówki dla urzędników i partyjnych bonzów, aby przymknęli oko, i dla krewnych, którzy będą strzegli grobu dziadka i pomogą urządzić pogrzebowe uroczystości. Zabiegi i plany związane z logistyką całego przedsięwzięcia są tak absurdalne, że aż komiczne. Godne Mrożka, chciałoby się powiedzieć, albo jeszcze inaczej: Mrożek by tego nie wymyślił. Życie w cieniu trumny, planowanie, jak przewieźć martwą babcię do rodzinnej wsi (bo inaczej, jeśli umrze zimą, a inaczej, kiedy zdecyduje się odejść latem), jest naprawdę komiczne. Komiczne dziś, bo wtedy nikomu z rodziny do śmiechu nie było. Jak historia się potoczy, oczywiście nie napiszę.

Kończę już, jak często, z poczuciem, że zdradziłam zaledwie ułamek z bogactwa książki Wenguanga Huanga. Naprawdę warto przeczytać "Strażnika trumny", który łączy w sobie morze informacji o Chinach, garść refleksji o dorastaniu i kształtowaniu własnej tożsamości z sagą rodzinną. A wszystko napisane potoczyście i przystępnie, dzięki czemu powinno zainteresować niemal każdego czytelnika  .

środa, 04 grudnia 2013
Anka Grupińska "Ciągle po kole"

Kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa Czarne, że ma wyjść nowa książka Anki Grupińskiej, od razu wiedziałam, że ją kupię, chociaż długo poza autorką i tytułem nie było żadnej informacji dotyczącej treści. Ale Grupińską mogę kupować w ciemno, odkąd przeczytałam "Najtrudniej jest spotkać Lilit", fascynujące rozmowy z chasydkami. Później okazało się, że "Ciągle po kole" (Czarne 2013) to wywiady z bojownikami ocalałymi z warszawskiego getta. To trzecie wydanie, poprzednie ukazały się w roku 1991 i 2000. Oczywiście data kolejnego wznowienia nie była przypadkowa: książka ukazała się w kwietniu z okazji siedemdziesiątej rocznicy wybuchu powstania. Kupiłam ją natychmiast, ale przeczytałam dopiero teraz. Sięgając w końcu po wywiady Grupińskiej, trochę żałowałam, że nie zrobiłam tego od razu, kiedy tyle mówiło się i pisało o wydarzeniach sprzed lat. Wtedy na pewno łatwiej byłoby mi wejść w klimat tej trudnej lektury. Przyznam, że teraz musiałam się przełamać, aby wrócić do tak ciężkiego tematu. Ale wystarczyło parę stron, aby przezwyciężyć początkowy opór i czytać bez wytchnienia. Był jednak moment, kiedy musiałam przerwać lekturę, tak bardzo przytłoczyły mnie opowiadane historie. Mimo wszystko książkę powinno się przeczytać koniecznie, aby wiedzieć, aby współodczuwać, aby fraza powstanie w getcie warszawskim wypełniła się konkretną treścią.

A teraz czas najwyższy na konkrety. Wywiady z ocalałymi bojownikami to nie tylko rozmowy o powstaniu. Grupińska zaczyna od początku, chce się zwykle dowiedzieć, z jakich rodzin pochodzili, gdzie mieszkali, co robili przed wojną. Sporo tu informacji o życiu Żydów w przedwojennej Polsce. Różne losy, różne opowieści. Jej rozmówcy i rozmówczynie pochodzili z rozmaitych środowisk, mniej lub bardziej religijnych, syjonistycznych, bundowskich (Bund to żydowska partia socjalistyczna wroga syjonizmowi) a wreszcie całkowicie zasymilowanych. Dlatego w różny sposób odczuwali swoją żydowskość. Ale oczywiście zasadnicza część wszystkich rozmów sprowadza się do czasów wojny i okupacji. Bohaterowie książki opowiadają o życiu w getcie, przygotowaniach do powstania, swoich motywacjach i samym powstaniu. W prawie wszystkich wywiadach powraca dramatyczny moment ewakuacji kanałami. To chyba najbardziej przerażające fragmenty książki, mimo że kanały zostały oswojone przez film i literaturę. Mamy przecież w pamięci "Kanał" Wajdy, a szczególnie stosunkowo świeże "W ciemności" Agnieszki Holland. A jednak kiedy czytałam o brodzeniu po piersi w zimnej wodzie, w nieczystościach, o pełzaniu w niskich korytarzach, a wreszcie o wielogodzinnym wyczekiwaniu pod włazem na moment ewakuacji, pytanie, jak udało im się znieść to wszystko, powróciło. Ewakuacja związana też była z wieloma dylematami moralnymi. Czy czekać na tych, którzy odeszli pod inne włazy, bo tam było wygodniej, czy ruszać, bo ciężarówka wypełniona ludźmi, a w każdej chwili szczęście może przestać sprzyjać? To i tak cud, że udało się trzydzieści słabych, wycieńczonych osób wydostać z kanału i wsadzić na pakę samochodu. Decyzje na miarę ludzkiego życia i powracające przez lata pytania, czy można było postąpić inaczej. Ale są i inne dramatyczne opowieści. Takie, które mogą śnić się po nocach. O skakaniu z transportu do Treblinki i rozdzierającym serce pożegnaniu z rodzicami i rodzeństwem. I znowu dylemat: skakać, skoro rodzina zostaje? Jak się żegnać, skoro wiadomo, że to rozstanie na zawsze? Albo inna opowieść o tym, jak dowódca musi wyznaczyć jedną osobę, aby została z rannymi. A to oznacza pewną śmierć, zamiast nadziei, jaka daje ewakuacja. Albo jeszcze straszniejsza (czy na pewno? jak zważyć, która jest bardziej dramatyczna? czy to w ogóle możliwe?) o tym, jak trzeba zostawić rannego kolegę w płonącym domu i nie można mu nawet dać pistoletu, bo broń i każdy nabój są na wagę złota. Aby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, jak wyglądało powstanie w getcie, jak przygotowywali się powstańcy i na czym polegała ich walka. Trzeba mieć swiadomość, że nie godząc się na bierne oczekiwanie na zagładę, porwali się z motyką na słońce. Kiedy myślimy powstanie, mamy przed oczami powstańcze oddziały ścierające się w walkach z wrogiem. Tymczasem kilkudziesięciu powstańców z getta miało do dyspozycji trochę koktajli mołotowa, trochę granatów, niewiele karabinów i pistoletów. Resztę musieli zdobywać na Niemcach. Dlatego ich walka to działanie z ukrycia: strzelanie z okien zabarykadowanych kamienic, dwie pułapki z min. To wszystko. Tylko w taki sposób ta walka była możliwa. Walka z góry skazana na przegraną, właściwie bój o godną śmierć, o jej wybór. Zamiast śmierci w komorze gazowej Treblinki, śmierć z bronią w ręku.

Ale opowieści bojowników z getta nie kończą się tylko na powstaniu. Grupińska dopytuje o ich dalsze losy, te wojenne i te powojenne. A więc rozmówcy autorki mówią o ukrywaniu się po aryjskiej stronie, o udziale w powstaniu warszawskim, o kolejnej ewakuacji z pokonanej, zrujnowanej Warszawy, a wreszcie o wyjeździe z Polski już po wojnie. Tylko dwoje, Marek Edelman i Adina Blady-Szwajgier,  pozostało w Polsce, reszta wyjechała. W książce znajdziemy sporo informacji o stosunkach polsko-żydowskich, pada wiele gorzkich słów, ale równie wiele jest wdzięczności dla tych, którzy pomagali. Bo mimo wszystko te kilkanaście osób, z którymi rozmawia Grupińska, przecież przetrwało ten straszny czas. Cud? Determinacja? Przypadek? Szczęście? Jedna z bohaterek tej książki, Luba Gawisar, każdą dramatyczną opowieść przerywa słowami no przecież jestem. To chyba najpogodniejsza rozmówczyni Grupińskiej, pełna optymizmu.

Autorka swymi pytaniami skierowanymi do różnych osób stale wraca do tych samych zdarzeń, dzięki czemu poznajemy je z rozmaitych punktów widzenia, a właściwie chciałoby się powiedzieć, z rozmaitych pamięci. Bo pamięć różnie przechowała te same epizody, każdy pamięta je inaczej. Rozmówcy prowokowani przez Grupińską często wchodzą między sobą w wirtualny spór. Każdy też inaczej patrzy na podjęte niegdyś przez kolegów dramatyczne, tragiczne decyzje, każdy ma swoje racje. Łatwo wydawać osądy z naszej, dzisiejszej perspektywy, wtedy na zastanawianie się nie było czasu. Decyzja mogła oznaczać życie albo śmierć. Kto nie przeżył, nie zrozumie. Może stąd lakoniczność i niechęć do rozdrapywania przeszłości, jaka przebija z obu wywiadów z Markiem Edelmanem.

Większość bohaterów tej książki już nie żyje, autorce udało się złapać ich często w ostatniej chwili. Uczestników i świadków tamtych dramatycznych wydarzeń. Zawsze gdy czytam takie opowieści, usiłuję zrozumieć, jak udało się przetrwać, jak możliwe było dalsze życie, kiedy pamięć dźwigała takie doświadczenia. Czy ja bym potrafiła?

Książka Grupińskiej ma tylko jedną wadę. Autorka zna świetnie temat, na tyle świetnie, że czasem wchodzi w szczegóły dla niej interesujące, dla czytelnika nużące albo nie do końca jasne mimo dokładnych przypisów. Ale to drobiazg, który po przeczytaniu całości staje się nieistotny. Trudna, ale konieczna lektura. Aby dotknąć przeszłości, starać się ją zrozumieć, aby przechować w pamięci tamte zdarzenia i ich bohaterów. Chociaż Marek Edelman powiedziałby pewnie, że to nieistotne i niepotrzebne.