Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 31 grudnia 2014
"Pani z przedszkola"

Wiedziałam, że Marcin Krzyształowicz, twórca nagradzanej "Obławy", która i mnie zachwyciła, kręci tym razem film współczesny. Zdziwiłam się, że "Pani z przedszkola" nie przeszła selekcji gdyńskiego festiwalu. Potem, kiedy zbliżała się data premiery, dowiedziałam się, że to komedia. Ta wiadomość zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, bo nie tego spodziewałam się po reżyserze "Obławy". Ale właściwie skąd moje zdziwienie? Czy to nie myślenie stereotypami? Czy twórca nie ma prawa do takiej wolty? Im bliżej premiery, tym więcej głosów przychylnych, a na dodatek od znajomych usłyszałam, że dawno tak się nie bawili w kinie. Szłam na "Panią z przedszkola" z nadzieją, że zobaczę lekki, śmieszny, inteligentny film z wybitnymi aktorami. Niestety srodze się zawiodłam. Już po mniej więcej piętnastu minutach zaczęłam się niecierpliwić, ale jeszcze dawałam "Pani z przedszkola" kredyt zaufania, jeszcze miałam nadzieję, że się rozkręci. Nic z tego, tak już było do końca.

Zacznę może przewrotnie od zalet. Najważniejsza to zaskoczenie. Akcja rozwija się zupełnie nieoczekiwanie, a to w kinie lubię bardzo. Po raz kolejny powtórzę, nie ma nic gorszego niż przewidywalność. Druga zaleta to aktorstwo. Ja wyróżniłabym Woronowicza i świetnie grającego chłopca (India Dudek; to nie żart, takim ekscentrycznym imieniem zostało obdarzone to dziecko), który wciela się w małego narratora filmowej opowieści. Tym bardziej niezwykła to rola, że niema. Dziecko gra mimiką i gestem i robi to świetnie. Na pozostałych aktorów też miło popatrzeć, chociaż, powiedzmy sobie szczerze, niczym nie zaskakują. Trzecia, i ostatnia, zaleta to odtworzenie klimatu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego wieku. Ale to w pewnym sensie samograj. Wiadomo, że spodoba się na fali nostalgii za czasami słusznie minionymi. Dorzuciłabym może jeszcze na dokładkę kilka dowcipnych, ironicznych, inteligentnych dialogów. Ale kilka na cały film to chyba jednak za mało.

Skąd w takim razie moje rozczarowanie? Największą wadą filmu Krzyształowicza jest nadmiar. "Panią z przedszkola" rozsadzają pomysły. Za dużo tu wszystkiego. Gry z pamięcią, zmienianie biegu wydarzeń, mieszanie planów czasowych, kilkakrotne powracanie do niektórych zdarzeń, rozegranie paru scen w komiksowej konwencji, dodawanie graficznych ozdobników (niekonsekwentne, bo w pewnym momencie reżyser porzuca ten zabieg) to wszystko sprawiło, że zaczęłam zadawać sobie pytanie, o co w tym szaleństwie chodzi. Podobnie jest w warstwie treściowej. Czego tu nie mamy! I żale do ojca, i nieodcięta pępowina, i zazdrość, i kłopoty z męskością, i kpiny z psychoterapii, i problemy małżeńskie, i wredną teściową, i ... No właśnie i ten zaskakujący wątek, którego tu nie mogę zdradzić. A właśnie ta problematyka byłaby być może najciekawsza. Bo przewrotna, bo prowokująca. A wyszło trochę tak, jakby Krzyształowicz i chciał, i bał się, więc utopił ten temat w morzu innych. Nic dziwnego, że nie wybrzmiewa należycie. Dlatego właściwie cały czas w trakcie seansu zadawałam sobie pytanie: właściwie o czym jest ten film? I jeszcze drugie, mocniejsze. Pytanie, które kiedyś na jednym ze słabszych gdyńskich festiwali zadała swoim koleżankom i kolegom Agnieszka Holland: po co nakręciliście te wszystkie filmy? O to samo mogłabym zapytać Krzyształowicza: po co nakręcił pan ten film? Tylko dla zabawy? Rzecz w tym, że to też nie wyszło. Po jakimś czasie efekciarstwo i tematyczne pomieszanie sprawiają, że "Pani z przedszkola" zaczyna nużyć i obojętnieć. Obojętność to słowo chyba najlepiej oddaje mój stosunek do najnowszego obrazu twórcy "Obławy". Mogłam go sobie darować. A taka konkluzja zawsze bardzo mnie złości, bo nic gorszego niż świadomość zmarnowanego czasu.

PS. Nie mogę wykluczyć, że będą tacy, niekoniecznie nieliczni, którym "Pani z przedszkola" jednak się spodoba.

środa, 24 grudnia 2014
Ilona Wiśniewska "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"

Wiedziałam, że ta książka się ukaże, widziałam ją przecież w zapowiedziach Czarnego, które pilnie śledzę. Ale co mnie obchodzi Spitsbergen? Mnie, której zima wykrada radość życia, bo zimno, bo śnieg, bo ślisko, bo ciemno. Stracone miesiące! Dlatego nie miałam zamiaru jej kupować, ale kiedy w jednym z Tygodników Kulturalnych w TVP Kultura usłyszałam, jak wszyscy dyskutanci zachwalają reportaże ze Spitsbergenu, zmieniłam zdanie. Chyba każdy mówił podobnie, że sięgał po nie z obowiązku, że temat był mu zupełnie obojętny, a tu nagle odkrycie. Zachęcona tym zgodnym chórem i ja sięgnęłam po "Białe" Ilony Wiśniewskiej (Czarne 2014; gra słów nieprzypadkowa). I rzeczywiście mieli rację. Śmiało mogę powiedzieć, że lektura tej książki ma w sobie siłę przygody. Jest w niej coś takiego, pewnie to zasługa miejsca, o którym autorka opowiada, że za każdym razem, kiedy po nią sięgałam, miałam wrażenie, że odlatuję, zamykam się w jakiejś bańce, odgradzam od świata, aby pogrążyć się w czymś nieznanym, zupełnie innym, chociaż zimnym, białym (polarny dzień) albo czarnym (polarna noc), ale jakoś przyjemnym i przytulnym. To jak sen, lodowaty i ciepły jednocześnie. Stop! Dość tego bełkotu, dość tych nieudolnych prób przekazania wrażeń i nastroju. Czas na konkrety.

Przede wszystkim to kolejna z serii reporterskich książek, które mają moc odkrywania białych plam. Co wiedziałam o Spitsbergenie przed lekturą "Białego"? Właściwie nic. Tyle tylko że jest zimno, że latem jasno, zimą ciemno, że stacje badawcze, a i że latem, wbrew pozorom, zielono i kolorowo od kwiatów (to od wujka-botanika, który kiedyś spędził kilka letnich miesięcy w stacji badawczej i zawsze marzył, żeby pojechać tam jeszcze raz). Wyobrażałam sobie, a właściwie byłam pewna, że Spitsbergen to pustka. Tylko śniegu biel i z rzadka samotna chatka, w której mieszkają naukowcy. Tymczasem to nie do końca prawda. Spitsbergen to także Longyearbyen (ponad dwa tysiące mieszkańców), stolica całego archipelagu Svalbard, do którego wyspa należy, kilka czy kilkanaście osad powstałych przy kopalniach węgla (dzisiaj niektóre z nich są już zamknięte, a osady zamieniły się w widma chętnie odwiedzane przez turystów), chatki traperów, hytty, czyli rodzaj letnich domków. I oczywiście ludzie. Stali mieszkańcy, naukowcy i wspomniani już przeze mnie turyści. To chyba jedno z większych zaskoczeń. Że w sezonie letnim do wyspy dobijają statki wycieczkowe, z których tabuny turystów schodzą na ląd i zwiedzają między innymi te opuszczone  przykopalniane osiedla. A kto mieszka na Spitsbergenie na stałe? Na stałe to zresztą nie najlepsze określenie, bo niewielu tu takich, którzy spędzili na wyspie całe życie. Średnia wieku nie przekracza czterdziestki i wcale nie z powodu dużej śmiertelności. Po prostu większość wytrzymuje na Spitsbergenie kilka czy kilkanaście lat. Co tu w ogóle robią? Jedni przyjeżdżają za pracą, bo pracować może tu każdy na równych prawach, a podatki są niskie, inni, bo fascynuje ich to miejsce. Bywa też tak, że jak już przybędą, to wpadają po uszy i zostają na długo. Sporo tu dziwaków, outsiderów, uciekinierów od świata i problemów życiowych, niespokojnych, wolnych duchów, wiecznych wędrowców, lekko szalonych kobiet, samotników, ludzi o skomplikowanych życiorysach. Autorka zna takich wielu, to jej sąsiedzi, bo sama od kilku lat mieszka i pracuje w Longyearbyen. Bohaterem jednego z rozdziałów jest na przykład Wojtek Moskal. Ja kojarzyłam jego nazwisko z wyprawą na biegun północny. Tymczasem ma on za sobą całkiem barwny i zwariowany życiorys w dużej części związany ze Spitsbergenem. Sporo w książce fascynujących opowieści o mężu autorki, dziennikarzu, weteranie Spitsbergenu, i jego przyjaciołach-traperach. Kilkakrotnie sięga Wiśniewska do czasów odległych, opowiadając jakieś dramatyczne historie, które zapisały się w dziejach wyspy. Ale oprócz arcyciekawych opowieści o mieszkańcach jest to też kronika życia w miejscu, gdzie dzika natura jest na wyciągnięcie ręki, jest ciemno przez jedną trzecią roku, prawo zabrania posiadania kotów, nie ma pająków, najwyższa roślina to trzydziestocentymetrowa trawa. Można wyliczać dalej: nie ma wirusów ani bakterii, co ma dobre , ale i uciążliwe konsekwencje, latem słońce nie zachodzi, zimą lód skuwa wody wokół wyspy, a jeśli pogoda nie sprzyja, to samoloty ze stałego lądu nie pojawiają się przez kilka dni, nie przywożąc prasy, warzyw, owoców i innych niezbędnych produktów, kiedy jest ciemno, łatwo zgubić drogę, bo za miastem wszystko wygląda jednakowo pokryte bielą śniegu. Można by tak długo jeszcze wyliczać. Ale jest też normalne życie. Uniwersytet, szkoła, muzeum, hotel, knajpy, galeria sztuki, liczne festiwale, można chodzić na aerobik. Jednym słowem żyje się tu z jednej strony jak wszędzie, z drugiej dziwnie. Trudno nam sobie wyobrazić, jak często prozaiczne czynności nastręczają rozliczne problemy. O tym wszystkim opowiada autorka, prowadząc czytelnika przez rok na Spitsbergenie od jesieni do lata.

Pisząc o wrażeniach, które towarzyszyły mi podczas lektury, wspomniałam, że to zasługa miejsca. Otóż nie tylko. Jestem pewna, że to talentowi Ilony Wiśniewskiej zawdzięczam zachwyt tym Spitsbergenem. A zafascynował mnie on do tego stopnia, że przez chwilę i ja zapragnęłam tam uciec, spędzić jeden rok (przezimować, jak się fachowo mówi). Oczywiście już ochłonęłam. Nienawidzę przecież zimy, to nie miejsce dla mnie. Tym bardziej jestem wdzięczna autorce za to, że dzięki niej mogłam przynajmniej odbyć literacką podróż na tę mroźna wyspę, do najdalej na północ wysuniętego miasta. Muszę jeszcze koniecznie dodać, że niebagatelną zaletą książki jest styl. Pisze Wiśniewska raz dosadnie, raz dowcipnie, to kolokwialnie, innym razem błyśnie metaforą, pięknym porównaniem, zachwyci trafną, przewrotną puentą. Co tu dużo mówić, jest świadoma języka i zręcznie porusza się po różnych stylistycznych rejonach. To jeszcze jeden plus tego skutego lodem reportażu, który tak mną zawładnął.

środa, 17 grudnia 2014
Paweł Smoleński "Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem"

Rozmowę Pawła Smoleńskiego z wybitnym ukraińskim pisarzem Jurijem Andruchowyczem "Szcze ne wmerła i nie umrze" (Czarne 2014) kupiłam trochę z obowiązku, trochę z chęci. Od razu przyznam się, że nie znam książek Andruchowycza. Wypadałoby jakoś nadrobić tę zaległość, przynajmniej spróbować. Przeczytać jedną i albo się zachwycić, albo stwierdzić, że to nie moja literatura. Wzdycham tylko z bezsilności. Mimo że stale czytam, półka puchnie i puchnie, a lista książek, które chciałabym kupić jeszcze bardziej. No więc pewnie kiedyś. Tymczasem sięgnęłam po rozmowę. Bo rocznica Majdanu, bo coś by wypadało przeczytać, tyle tego ukazało się z tej okazji, bo przecież staram się być na bieżąco z Ukrainą, bo Paweł Smoleński. Wystarczająco wiele powodów, ale entuzjazmu nie było. Tymczasem to, co mówi Andruchowycz, pochłonęło mnie bez reszty. Niestety także przeraziło.

Smoleński i Andruchowycz rozmawiają jak para dobrych znajomych, którymi pewnie są. Opowieść aż kipi od emocji, sporo tu kolokwializmów a nawet grubych słów. Ukraiński pisarz wszystko, o czym mówi, przepuszcza przez siebie. Dlatego czyta się to tak, jakby się uczestniczyło w nocnej rozmowie przy wódce. To komplement, nie zarzut. Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza to opowieść o Majdanie, druga o Ukrainie, trzecia o Rosji, Europie i świecie w kontekście ukraińskim. Wszystkie niezwykle ciekawe, odkrywcze i ponure. Zaczyna się jeszcze w miarę optymistycznie, wszak to historia zwycięskiej rewolucji, chociaż okupionej ofiarami. Andruchowycz na Majdanie starał się być jak najczęściej, ciągnęło go do Kijowa (mieszka w Iwano-Frankiwsku), ale obowiązki zawodowe co jakiś czas odrywały i kazały wracać do siebie albo udać się w trasę z teatrem czy kapelą. Pisarz opowiada o euforii, zwątpieniach, dumie, nadziei, rozpaczy, które towarzyszyły jemu i jego rodakom. Emocje falują w zależności od tego, co dzieje się na Majdanie i na Ukrainie.

Majdan a teraz wojna w Donbasie to dla Ukraińców mit założycielski. Niweluje podział na zachód i wschód kraju. Jednoczy i buduje naród. To źródło optymizmu. Niestety lektura dwóch kolejnych części każe z obawą patrzeć w przyszłość. Czy Ukrainie się uda? Kiedy czyta się opowieść Andruchowycza o historii jego niepodległej ojczyzny, o zmarnowanych okazjach, o oligarchach, mafijnych rządach, które z Donbasu rozlały się na resztę kraju, o skorumpowanych politykach grzęznących w kłótniach i nienawiści, traktujących państwo jak swoją własność, na której można się znakomicie utuczyć, kiedy czyta się o łotrostwach i zbrodniach Janukowycza, można naprawdę zwątpić.

Rozmowa Smoleńskiego z Andruchowyczem ma jeszcze jeden walor, poznawczy. Wstyd przyznać, ale Ukrainą interesujemy się od okazji do okazji. Pomarańczowa rewolucja, Majdan a wcześniej i pomiędzy czarne dziury. No może jeszcze ożywiamy się przy okazji kolejnych wyborów. Andruchowycz, trochę chaotycznie (jak to przy wódce bywa), odsłania przed czytelnikiem to, czego mógł nie wiedzieć. Aż w końcu wszystko składa się w całość. I nie jest to obraz wesoły. Przeciwnie potworny. Narzekanie na naszą transformację, na nasze dwudziestopięciolecie po lekturze tej rozmowy wydaje się po prostu śmieszne. Podobnie nasze polityczne wybory, głosowanie na mniejsze zło. Poczytaj sobie, czytelniku tej notki, z jakimi dylematami musiał mierzyć się Andruchowycz. Na kogo musiał głosować, wybierając swoje mniejsze zło. Niby wiemy, że korupcja, że mafia, że oligarchowie, że Janukowycz zbrodniarz, złodziej i dyktator, ale to tylko słowa. Żeby zrozumieć, napełnić je treścią, trzeba koniecznie przeczytać.

Jest wreszcie część trzecia, Moje sprawy z Rosją, z Europą i ze światem. Ten rozdział przelewa czarę goryczy. Może najbardziej przeraża nie tyle opowieść o Putinie, w końcu o nim akurat teraz pisze się i mówi na okrągło, więc złudzeń nie mamy, ale o społeczeństwie rosyjskim niemal całkowicie popierającym politykę ojca narodu. Niestety dotyczy to wszystkich warstw, także tych najlepiej wykształconych, naukowców, artystów. Przeraża wiara w wielkość Rosji, rozpacz za utraconymi wpływami, za utraconym imperium, poczucie krzywdy, oblężonej twierdzy, nienawiść do Europy i Ameryki, pogarda. Utrata Ukrainy to dla Rosjan policzek, rana, która nigdy się nie zabliźni. Kiedy czyta się opowieść Andruchowycza, widać jak na dłoni kunktatorską politykę Unii i Stanów, naiwność, powolność, niezdecydowanie. Pisarz nie kryje swojej goryczy i rozczarowania stanowiskiem świata wobec Ukrainy. A jeśli uświadomimy sobie, jak ważna jest niepodległość i siła naszego sąsiada dla przyszłości Europy, co rozmowa dobitnie uzmysławia, tym większa trwoga ogarnia. Andruchowycz nie kryje swego obrzydzenia i nienawiści (nie chciałam użyć tego słowa, ale chyba nie ma lepszego) dla Putina, popierających go Rosjan, ale też dla tych wszystkich polityków ukraińskich, którzy zmarnowali cały okres niepodległości. Dlatego nie waha się od czasu do czasu zakląć jak szewc, przecież musi jakoś dać upust emocjom. Na jedno z ostatnich pytań Jurko, co z tego wszystkiego będzie? odpowiada ze spokojem i nutką rezygnacji Będzie, co ma być. Z Ukrainą, z nami i z wami. Jednego jestem pewien na sto procent - jeśli pomagacie Ukrainie, pomagacie przede wszystkim sobie. Kiedy się to czyta, ciarki chodzą po plecach. Chciałoby się zakończyć jakoś optymistycznie. Więc zakończę powtórzoną za Andruchowyczem opowieścią o Ukraińcach. Jak zmienił ich Majdan i wojna w Donbasie. To już inni ludzie, inne społeczeństwo. Aktywne, solidarne, świadome, krytyczne. Oby nie dało się po raz kolejny uśpić. I tu znowu wkracza na scenę pesymizm. Bez wsparcia z Europy chyba nie dadzą rady.

PS. Rozmowa z Andruchowyczem zawiera znacznie więcej arcyciekawych wątków. Nie sposób wymienić wszystkich. Zwrócę tylko uwagę na stosunek pisarza do Donbasu (sama opowieść o tym, jak zainfekował całą Ukrainę, jest niezwykle odkrywcza) i Krymu i na to, co myślą Ukraińcy oraz Rosjanie o banderowcach. Warto się dowiedzieć, co to pojęcie zaczęło oznaczać.

niedziela, 14 grudnia 2014
Miljenko Jergović "Wołga, Wołga"

Jakoś tak po cichu, chyłkiem, bez rozgłosu ukazała się kolejna powieść Miljenko Jergovicia. Celowo nie piszę nowa, bo "Wołga, Wołga" (Pogranicze 2013; przełożyła Magdalena Petryńska) pochodzi z roku 2009. Nie mogę powstrzymać się od komentarza, jak to jest, że powieść wybitnego pisarza, autora przejmującej "Ruty Tannenbaum", "Ojca" i nagrodzonej Angelusem książki "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki", przechodzi  kompletnie niezauważona. Nawet jeśli jest słaba, to zasługuje przecież na recenzję, a już na pewno na odnotowanie. Gdyby nie to, że co jakiś czas wchodzę na stronę Pogranicza, nie miałabym o niej pojęcia. No ale weszłam, odkryłam, kupiłam i przeczytałam. Od razu napiszę, że wprawdzie "Wołga, Wołga" nie dorównuje tamtym trzem, to jednak jest przecież warta uwagi. Znajdziemy tu wszystko, co charakterystyczne dla pisarza. Bałkański tygiel, gawędy i opowieści, smutek i melancholię, zagadkę, spojrzenie na zdarzenia z różnej perspektywy.

"Wołga, Wołga" to opowieść o Dżelalu Plevljaku, wojskowym kierowcy. Przez czternaście lat w każdy piątek wyrusza wysłużoną czarną wołgą, którą kupił przed laty od swojego zwierzchnika, ze Splitu, gdzie mieszka i pracuje, do Livna w Bośni, aby pomodlić się w meczecie. Jadąc, snuje wspomnienia. Opowiada o trzech ważnych w swoim życiu osobach, o smutku, od którego ucieka, o samotności, o wierze, do której wrócił przygnieciony nieszczęściem. Ale Dżelal nie dzieli się z nami swoją tragedią, tylko delikatnie o niej napomyka, za to obficie darzy nas losami innych, jak on nieszczęśliwych. W jego opowieściach przegląda się tragiczny bałkański los. Druga wojna światowa, czetnicy, ustasze, partyzantka Tity, obóz w Jasenovacu, czasy komunistyczne, wszędobylska bezpieka i milicja, Naga Wyspa, tłumione narodowe i religijne konflikty, których niby w zjednoczonej Jugosławii nie ma, ale przecież czają się tuż pod powierzchnią. Wzajemna pogarda, nienawiść trzymana za pysk przez komunistyczny reżim, które wybuchną wraz z jego upadkiem. Wtedy znowu przyjaciel pokaże swoje prawdziwe oblicze i nieoczekiwanie zmieni się we wroga. A samotny, dotknięty przez los Dżelal tak bardzo łaknie przyjaźni, rodzinnego ciepła. Tak bardzo, że gotów jest wiele poświęcić.

Opowieści bohaterów Jergovicia są jak zwykle barwne, niezwykłe, dramatyczne, czasem zabawne. Nie wiadomo jednak, ile w nich prawdy. Tym światem rządzi fantazja, zmyślenie, kłamstwo i wreszcie zwyczajna plotka. Pomówienia powtarzane setki razy w końcu stają się prawdą. Tak powstają legendy. Swoje dorzuca też prasa i chmara dziennikarzy, którzy, kiedy dojdzie do kolejnej tragedii, jak hieny rzucają się na nieszczęsnego Dżelala, usiłując odkryć tajemnicę jego życia. Każdy indagowany oczywiście pamięta inaczej. Rozpoczyna się festiwal nienawiści i pomówień. Opowiadane historie są coraz mniej prawdopodobne. W końcu miałam wrażenie, że powieściowym światem włada szaleństwo. Druga część książki to próba obiektywnego spojrzenia na to, co się zdarzyło. Ale okazuje się, że to niemożliwe. Pisarskie śledztwo usiłuje odkryć prawdę, ale wciąż napotyka na mur sprzecznych relacji, oskarżeń, fantastycznych opowieści i zwykłych plotek. Czytelnik stale jest zaskakiwany, do samego końca. Nic nie jest takie, jak się wydaje. W takim świecie żyje poczciwy, dobroduszny, łatwowierny Dżelal. "Wołga, Wołga" to także książka o potrzebie wiary. W świecie, w którym oficjalnie Boga nie ma, tli się tęsknota za nim. Kiedy wszystko jest płynne, nietrwałe, kruche i niepewne, w coś trzeba wierzyć, gdzieś trzeba szukać oparcia. Dlatego Dżelal wytrwale jeździ do meczetu, modląc się o wysłuchanie jego prośby. Ale cud się nie zdarza. Może dlatego, że wiara jest łaską, której on chyba nie dostąpił. A może dlatego, że cuda po prostu nie istnieją.

"Wołga, Wołga" nie ma takiej mocy, jak książki Jergovicia, o których wspominałam we wstępie, perły w koronie jego pisarstwa, ale warto po nią sięgnąć. 

PS. Miałam okazję być na spotkaniu z Jergoviciem, w którym uczestniczyła także jego tłumaczka. Ze zdumieniem i smutkiem dowiedziałam się, że na razie żadne wydawnictwo nie planuje wydania niczego z bogatego dorobku pisarza. Z zazdrością patrzyłam na tych uczestników spotkania, którzy podchodzili po autograf z najnowszą powieścią oczywiście w oryginale. Tym bardziej namawiam do lektury.


środa, 10 grudnia 2014
"Władca wszechświata"

Wybrałam się na niemiecko-austraiacki dokument "Władca wszechświata". Po obejrzeniu "Wilka z Wall Street", a przede wszystkim świetnej i przerażającej "Chciwości", fabuły o początkach kryzysu, byłam bardzo ciekawa filmu traktującego na ten sam temat. Kim jest ów tytułowy władca wszechświata? To wysoko postawiony bankier, obecnie na emeryturze. W opuszczonym biurowcu, gdzieś we frankfurckim city snuje swoją opowieść. Od razu uprzedzę, że to swoisty one man show. Jedynym bohaterem tej opowieści jest Rainer Voss, nikogo więcej na ekranie nie zobaczymy, nawet zdający pytania pozostaje niewidoczny. Mimo to film ogląda się z zapartym tchem, chociaż uczciwie muszę przyznać, że to, co usłyszałam, nie było już dla mnie takim szokiem. Po wspomnianej "Chciwości", po jakichś prasowych lekturach i po radiowym nasłuchu  dowiedziałam się niewiele nowego. Jednak nadal zwierzenia bankiera robią spore wrażenie. Rainer Voss spokojnym głosem opowiada o początkach swojej kariery, o fascynacji pracą, o tym, jak piął się wyżej i wyżej po szczeblach bankowej drabiny. Wreszcie odsłania przed widzami mechanizmy rozbuchanych operacji i instrumentów finansowych. Mówi o tym, jak  stopniowo następowały zmiany i jak wreszcie doszło do tego, że to sfera finansowa dominuje nad gospodarczą. Nie politycy, nie przedsiębiorcy, ale bankierzy i szefowie agencji ratingowych są prawdziwymi władcami świata.

Największe wrażenie zrobiły na mnie trzy wątki pojawiające się w monologu Vossa. Opowieść o tym, jak niewyobrażalnie wysokie zarobki  odizolowują bankierów i finansistów od szarego człowieka. Stopniowo ci ludzie zaczynają żyć na niemal innej planecie. Kolejny wątek, przerażający, to informacja o tym, że instrumenty finansowe stały się tak bardzo skomplikowane i jest ich tak wiele, że tak naprawdę nikt już nad nimi nie panuje. Można jedynie próbować przewidywać ich skutki i modlić się o to, aby tak się stało. Voss posługuje się metaforą trybików: jeśli są cztery (tak było kiedyś), wiadomo, że zaskoczą, jeśli, jak dziś, są ich setki czy nawet tysiące, prawdopodobieństwo awarii jest spore. A jak znaleźć wśród tysięcy ten jeden zepsuty? I wreszcie wątek trzeci, równie ponury, to informacja o tym, iż świat bankowy jest dziś tak bardzo skomplikowany, że nikt nie potrafi go skontrolować, a tym bardziej ocenić. Nikt nie jest w stanie sprawdzić wiarygodności bankowych raportów. To zresztą cecha współczesnego świata. Nie tylko ta dziedzina jest na tyle rozrośnięta i skomplikowana, że eksperci mogą najwyżej przewidywać, spekulować, domniemywać, a każdy z nich ma inne zdanie i potrafi bez trudu przytoczyć dziesiątki sensownych argumentów. A w tym samym czasie inny ekspert w dobrej wierze posłuży się taką samą liczbą przeciwnych (znakomitym przykładem była dyskusja o OFE, która kilka miesięcy temu przetoczyła się przez media). Jak mamy orientować się w tym skomplikowanym świecie my, zwykli zjadacze chleba? Jak wyrobić sobie własne zdanie? Dlatego to nie wielkie korporacje, ale klienci detaliczni padają ofiarą finansowych machinacji, dlatego to im sprzedaje się jakieś śmieciowe instrumenty finansowe.

Czy Rainer Voss ma wyrzuty sumienia? Niektóre operacje nazywa wprost oszustwem, ale inne są według niego normalną rynkową grą. Widać, że świat banków nadal go fascynuje, nie ukrywa, że brakuje mu pracy.

Tłem dla niespiesznego monologu są widoki z okna opuszczonego biurowca na frankfurckie city. Szklane, bezosobowe wieżowce, zamknięty, tajemniczy świat. Szary, bez zieleni i słońca, poprzecinany nitkami szerokich arterii, po których suną samochody, a w nich finansowe rekiny i finansowe żuczki zmierzające wprost w paszcze biurowców. Nie wiadomo, co się dzieje za ścianami ze szkła i aluminium. Nocą wiele z tych okien rozbłyska światłem. Jeśli szyby nie są przyciemnione, to znak, że siedzi tam finansowa drobnica, która marzy o karierze i dlatego na polecenie swoich szefów pracuje po nocy, bo trzeba pilnie zrobić jakiś raport, aż w końcu nad ranem zasypia na blacie biurka.

Film zaczyna się i kończy piękną, szlachetną muzyką. Niestety, chociaż mam wrażenie, że go znam, nie umiem rozpoznać, czy to utwór Bacha czy innego barokowego mistrza. Z ekranu płynie anielska kantata zupełnie nie pasująca do tego, co pokazuje kamera. Czy to ironiczny kontrapunkt czy próba powiedzenia widzowi: patrz człowieku to współczesne katedry, to współcześni bogowie, tu bije puls świata? Pieśń swoją urodą wycisza, koi, przenosi w inne rejony, budzi inne tęsknoty, ale kiedy milknie, lądujemy  tu i teraz, w naszej przerażającej, coraz mniej zrozumiałej rzeczywistości. Na koniec jeszcze raz powraca, by rozbudzić te same tęsknoty. Zapomnijmy o świecie, niech nas sztuka pochłonie, może to jedyny ratunek. Ale czy da się uciec?

niedziela, 07 grudnia 2014
Yu Hua "Chiny w dziesięciu słowach"

Kupiłam tę książkę zachęcona audycją radiową. Profesor Bogdan Góralczyk, znawca Azji, bardzo ją polecał. Muszę przyznać, że początkowo byłam zdezorientowana. Od rozmowy do lektury minęło kilka miesięcy, a że "Chiny w dziesięciu słowach" wydało Wydawnictwo Akademickie Dialog (2013; przełożyła Katarzyna Sarek), spodziewałam się chyba czegoś w naukowym duchu. Tymczasem Yu Hua to pisarz i temperament pisarski znać w jego książce, która nie ma żadnych naukowych ambicji. To próba spojrzenia na Chiny współczesne z perspektywy rewolucji kulturalnej. Autor porównuje przeszłość z tym, co dzisiaj i zastanawia się, na ile Chiny się zmieniły. Okazuje się, że często to, co wydaje się nowe, jest współczesną odsłoną tego, co w Chinach i w Chińczykach tkwiło zawsze. Taki punkt widzenia  wybrzmiewa szczególnie w rozdziale poświęconym słowu rewolucja, w którym autor tłumaczy dzisiejszy amok rozwoju tymi samymi rewolucyjnymi mechanizmami.

Yu Hua, którego dzieciństwo i wczesna młodość przypadły na lata rewolucji kulturalnej (urodził się w roku 1960), opisując swój kraj, czerpie ze swoich wspomnień, doświadczeń, pisze o rodzinie i spotkanych ludziach, o zwyczajnym życiu. Wiele tu barwnych opowieści i anegdot, sporo historii przerażających, które dla kogoś, kto o Chinach czytał, zaskoczeniem nie są. Autor nie szafuje aż tak bardzo okropieństwami jak John Pomfret w swojej książce "Lekcje chińskiego". Tam znalazłam o wiele tragiczniejsze losy. Yu Hua nie wypiera się swojej młodości, szczerze pisze o niegodziwościach, które popełniał jako uczeń. Niezorientowanym wyjaśniam, że w latach rewolucji kulturalnej to uczeń był panem, nie nauczyciel. Tym ostatnim można było do woli poniewierać. Podobnie jak inni uległ indoktrynacji, bo kiedy było się dzieckiem w czasach rewolucji kulturalnej, inaczej się po prostu nie dało. Świadome decyzje, bunt nie przychodziły nikomu do głowy.

Yu Hua wybrał dziesięć słów, które jego zdaniem najlepiej opisują Chiny. To lud, przywódca, czytanie, pisanie, Lu Xun, różnice, rewolucja, niziny społeczne, podróbki, bujanie. Niektóre wydają się oczywiste, inne mniej i właśnie te były chyba dla mnie najciekawsze. Choćby rozdział Czytanie, czyli opowieść o głodzie książek w czasach rewolucji kulturalnej, kiedy palono biblioteki, niszczono książki, a głód lektury mogła zaspokoić jedynie czerwona książeczka z myślami Mao. To fascynująca opowieść o nielegalnym zdobywaniu tego, co ocalało, o ręcznym przepisywaniu, a wreszcie o tym, jaki szał ogarnął wszystkich, kiedy zaczęto na nowo wydawać zakazaną literaturę. Z kolei Pisanie to rozdział o propagandowych gazetkach pisanych ręcznie i wieszanych na domach. Takie pisma miały swoją moc niszczącą, ale można też było przy ich pomocy sprytnie manipulować opinią publiczną. Wbrew pozorom tworzone były w dużej mierze przez zwyczajnych ludzi. Pisał je także Yu Hua razem z bratem i rodzicami, aby na przykład oczernić ojca po to, żeby go w ten sposób ochronić. Innym razem on i jego koledzy zastosowali ten sam trik w obronie ulubionego nauczyciela. Być może brzmi to wszystko kuriozalnie. Żeby zrozumieć, trzeba przeczytać. Gazetki były też, co może się wydać jeszcze dziwniejsze, źródłem pierwszych młodzieńczych erotycznych podniet, a to dlatego, że opisywały obyczajowe skandale, potępiając przyłapanych in flagranti. Wbrew pozorom nie było tam żadnych pikantnych opisów, tylko pole dla wyobraźni. Niezwykle ciekawe są dwa ostatnie rozdziały. Podróbki wbrew wyobrażeniom to nie tylko opowieść o ordynarnych chińskich podróbkach markowych produktów. Otóż w Chinach podrabia się wszystko od nieżyjącego od dawna Mao, po Białe Domy. Dla Chińczyków nic w tym dziwnego. A z wagą słowa bujanie powinni zapoznać się wszyscy ci, którzy w Chinach robią interesy.

Wiele w tej książce innych niezwykłych, absurdalnych i strasznych opowieści z czasów rewolucji kulturalnej. Na przykład o powszechnych krwawych bitwach na ulicach miast, które stanowiły metodę rozwiązywania ideologicznych sporów, a dla autora i jego rówieśników były fascynujące niczym sceny z filmu. Albo historie o zdobywaniu rozmaitych pieczęci, często z narażeniem życia (dosłownie). I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Po raz wtóry w książce o Chinach spotykam się z tą samą diagnozą: współczesne chińskie społeczeństwo owładnięte jest bezrozumną pogonią za pieniędzmi i konsumpcją. I to jest może najbardziej przygnębiające.

Kolejna bardzo ciekawa opowieść o Chinach, którą warto przeczytać.

środa, 03 grudnia 2014
Krzysztof Środa "Niejasna sytuacja na kontynencie. Prywatny przewodnik po różnych stronach świata"

Po nową książkę Krzysztofa Środy "Niejasna sytuacja na kontynencie. Prywatny przewodnik po różnych stronach świata" (Czarne 2014) sięgałam z radością zmieszaną z lekką obawą. Z radością, bo jeszcze mam w pamięci lekturę sprzed mniej więcej roku "Podróży do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych". Tamten zbiór esejów czytałam w ekstatycznym zachwycie, czemu dałam wyraz na blogu.  Nic zatem dziwnego, że czekałam na kolejny zapowiedziany przez Czarne, obawiając się nieco, czy nie spotka mnie rozczarowanie. Czy autor dorówna? Kiedy tylko wzięłam go do ręki, zorientowałam się, że to jego pierwsza książka wydana niegdyś przez inne wydawnictwo, teraz wznowiona. Co zatem dostajemy? Rzecz podobną, ale nie aż tak wspaniałą. Nie znaczy to jednak, że się rozczarowałam albo że żałuję czasu spędzonego na lekturze. Przeciwnie.

"Niejasna sytuacja na kontynencie" sprawia dużo przyjemności, pozwala rozsmakować się w tekście. To eseje ujęte w formę dziennika prowadzonego od stycznia roku 2000 do września 2002. Oczekiwanie na podróż, która ma się zdarzyć. Na Kaukaz. Autor przygotowuje się do niej mentalnie i wspomina swoje poprzednie wyprawy. Dla Środy podróżą może być wszystko. Powroty ze szkoły do domu bocznymi uliczkami, jakie odbywał w dzieciństwie w towarzystwie kolegów. To były dopiero wyprawy pełne przygód! Bo czyż przygodą nie jest drążenie korytarzy pomiędzy kałużami, tak, aby zalegająca w nich woda stworzyła wielkie jezioro, uliczny ocean? Podróżować można też po swoim mieście, wystarczy tylko popatrzeć na nie z dystansu, jakby z zewnątrz, okiem świeżym i uważnym. Celowo nie piszę okiem turysty, bo Środa nie jest turystą w potocznym sensie tego słowa. Blisko mu do Stasiuka. Dlatego, jeśli wspomina swój pobyt w Hurgardzie, to nie interesuje go hotelowy basen, plaża czy tak zwane wycieczki fakultatywne, ale wyprawa na obrzeża miasta, gdzie z uwagą przygląda się niewykończonym jeszcze hotelom. Albo snuje opowieść o tym, jak łowił ryby na nabrzeżu i natychmiast zaprzyjaźnił się z miejscowymi wędkarzami. I to jest dopiero dla niego ciekawe. W Mińsku zafascynuje go tłum podróżnych na dworcu kolejowym, a w Olecku bar Dajana i jego ponury właściciel. Słusznie domyślasz się , czytelniku tej notki, że to miejsce doskonale nijakie i raczej przygnębiające. Środa kocha małe miasteczka i boczne drogi. Zauważa to, co dla przeciętnego śmiertelnika niewidoczne i przezroczyste. Czasem robi się poważnie i smutno, kiedy relacjonuje swoje przejazdy przez Jedwabne i okolice. Sporo w tych esejach fragmentów przyrodniczych. Tym razem autor dzieli się wiadomościami o rybach, które zaczerpnął z lektury "Wędkarstwa na wodach polskich" Feliksa Choynowskiego (rok wydania 1939). Abyśmy lepiej odczuli smak tej fascynującej książki, ilustruje swoje eseje obrazkami, które ją ozdabiają. Sporo tu też rozważań nad pamięcią płatającą figle, nad czasem.

Bardzo to przyjemna lektura, która dowodzi, że radość można znaleźć tuż obok, że dosłownie wszystko może stać się fascynującą podróżą i przygodą. Wystarczy tylko uważnie przyglądać się światu i wejrzeć w siebie. Jest w tych esejach melancholijna radość życia, jakaś zgoda na świat i ludzi, na czekanie na tę wymarzoną podróż podróży. Jest niespieszność. Czego w takim razie zabrakło mi do pełni szczęścia? Rzecz chyba tkwi w języku. "Niejasnej sytuacji na kontynencie" brakuje takiej urody stylu, jaką miały "Podróże do Armenii i innych krajów". A może problem tkwi we mnie? Może lektura tamtej książki trafiła na inny czas? A może opowieści o ludziach spotykanych w Armenii były jeszcze ciekawsze niż spotkania, o których opowiada w swojej pierwszej książce? Tak, to całkiem prawdopodobne. Nadal jednak pozostaję admiratorką esejów Środy i już się cieszę na kolejne (też wyszły kilka lat temu w innym wydawnictwie), które w listopadzie ukażą się nakładem Czarnego.

PS. Jak to często bywa, pomiędzy napisaniem tej notki a jej publikacją minęło trochę czasu. Mamy już grudzień, eseje wyszły i leżą już na mojej półce książek oczekujących. Chyba długo nie poleżą, wielką mam na nie ochotę.