Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
sobota, 27 marca 2010
Świat, którego juz nie ma, czyli "Wyjście z Egiptu" Andre Acimana.
Tę książkę, wydaną przez wydawnictwo Czarne (2009), przeczytałam jakiś czas temu, ale ponieważ jest jedną z tych, które utkwiły w mojej pamięci, więc w przerwie między poprzednią a aktualną lekturą parę słów o niej. Tytuł nawiązuje do biblijnego wyjścia Żydów z Egiptu, ale jest to powieść, której akcja sięga czasów przed drugą wojną światową, by skończyć się w roku 1964 tytułowym wyjściem z Egiptu. Narrator opowiada historię licznej rodziny Żydów sefardyjskich, która na początku dwudziestego wieku stopniowo osiedlała się w tym kraju po wyjeździe z Konstantynopola, by potem, wraz ze zmieniającą się sytuacją polityczną, stopniowo Egipt opuszczać. Powieść o świecie, którego już nie ma, świecie, w którym obok siebie żyli Żydzi, Arabowie i Europejczycy, tworząc niezwykłą mieszankę kultur i obyczajów.
niedziela, 21 marca 2010
"Była sobie dziewczyna", czyli 1:0 dla Nicka Hornbiego. Niestety.
Reżyserem tego filmu jest Dunka Lone Scherfig, autorka moich ukochanych "Włoskiego dla początkujących" (nakręcony zgodnie z regułami Dogmy) i "Wilbur chce się zabić". Nic więc dziwnego, że czekałam na jej najnowszą produkcję. Niestety scenariusz, co mnie niepokoiło, napisał Nick Hornby. Widziałam trzy ekranizacje jego książek i nie byłam nimi zachwycona (przepraszam, "Miłość kibica" obejrzałam z przyjemnością, ale to z powodów osobistych). Przeczytałam jedną powieść, strasznie się przy tym męcząc, nawet nie pamiętam tytułu. Moje obawy okazały się słuszne. Film ogląda się przyjemnie, jest zabawny i dowcipny. Lata sześćdziesiąte odtworzone perfekcyjnie. Główna bohaterka upodobniona do Audrey Hepburn piękna. Porusza się nawet istotne problemy. Cóż z tego, kiedy ten film jest jakiś taki gładki, zbyt piękny, za mało w nim drapieżności i chropowatości, a to, co ważne, podane zbyt lekko. Nie wstrząsa, a powinien. Nie porusza, chociaż powinien. A zakończenie przyprawia o ból zębów: iście amerykański happy end. Film, o którym po wyjściu z kina od razu można zapomnieć. Nie tego oczekiwałam! A kto widział, może poczytać ciąg dalszy.
czwartek, 18 marca 2010
"Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Ozdamar
Właśnie skończyłam czytać niezwykłą książkę tureckiej autorki mieszkającej w Niemczech i piszącej po niemiecku wydaną przez, moje ostatnio ulubione, wydawnictwo Pogranicze. Jak czytam na okładce, jest to powieść autobiograficzna. To historia młodej Turczynki ze Stambułu, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku porzuca szkołę i wyjeżdża na rok do Berlina, aby pracować tam jako robotnica w fabryce. Nie jest to wyjazd typowo zarobkowy. Ojciec narratorki prowadzi małą firmę budowlaną. Jak sama mówi, należy do klasy burżujów (podkreślam, bo to ważne w tej opowieści). Praca w Berlinie to dla niej szansa na wyrwanie się z domu, zdobycie niezależności. Pierwsza część powieści opowiada o pobycie bohaterki w Europie: głównie w Niemczech, ale też w Paryżu. Druga to powrót do Turcji, do Stambułu i opowieść o jej studiach aktorskich, barwnym życiu towarzyskim i politycznym (jedno z drugim ściśle się łączy). A wszystko na tle burzliwych wydarzeń politycznych w Turcji końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. Ale tym, co czyni tę książkę niezwykłą, jest język.
niedziela, 14 marca 2010
"Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego, więcej niż myślałam.
Właściwie zastanawiałam się, czy iść na ten film. Gdzieś tam do uszu wkradał się szum medialny (protest córki Jasienicy, teraz wiem, że śmieszny, bo filmowa opowieść bardzo odbiega od prawdziwej historii pisarza i jego żony agentki; polecam artykuł o nich w "Polityce" z 13 marca). Jak zwykle w chwilach wahań przesądził rzut oka na gwiazdki w "Co jest grane" (cztery; wiem oczywiście, że zdanie recenzenta nie musi pokrywać się z moim, ale to jakiś punkt wyjścia, dlatego tak bardzo brakuje mi mojego ukochanego Tygodnika Kulturalnego w TVP Kultura, tam zawsze była dyskusja, najczęściej wymiana odmiennych poglądów). Ale dość tych dygresji, teraz do rzeczy. Zobaczyłam i polecam. Naprawdę dobre kino gatunkowe: rasowy melodramat z marcem 68 w tle (kładę akcent na taką właśnie kolejność). To historia trójkąta: pięknej Kamili, jej narzeczonego Romana i profesora, jednocześnie pisarza Adama Warczewskiego. Nie zdradzę tajemnicy, jeśli napiszę, że Kamila zostaje namówiona przez swojego narzeczonego, funkcjonariusza służby bezpieczeństwa, aby zbliżyła się do znanego intelektualisty i pisała o nim raporty. W ten sposób, z miłości do Romana i z głupoty, zostaje TW o pseudonimie Różyczka. Z oczywistych względów więcej opowiedzieć nie mogę. Naprawdę dużą przyjemność sprawia śledzenie, jak rozwija się ta historia. Film do końca trzyma w napięciu, kilka razy zaskakuje zwrotem akcji. Dodatkowym atutem są fragmenty kronik dokumentalnych z tamtego okresu: m.in. migawki z ulic, antysemickie przemówienia Gomułki, rozruchy marcowe na Uniwersytecie Warszawskim. Bardzo dobrze została oddana atmosfera tego ponurego czasu: haniebna nagonka antysemicka i jej efekty (poruszająca scena na Dworcu Gdańskim w końcówce filmu). No i jeszcze aktorstwo: Magdalena Boczarska (świetna), Robert Więckiewicz (prawie zawsze warto) i Andrzej Seweryn (wiadomo). A w mniejszych rolach: Szapołowska, Frycz, Globisz, Braciak. Namawiam. A kto już obejrzał, może czytać dalsze uwagi (także jeden zarzut).
czwartek, 11 marca 2010
O życiu zatrutym przeszłością, czyli "Pieniądze od Hitlera" Radki Denemarkovej.
Wczoraj skończyłam lekturę "Pieniędzy od Hitlera" Radki Denemarkovej (wydawnictwo Atut, Wrocław 2008), książki, która nie dostała się do ścisłego finału nagrody Angelusa, ale przeczytałam wywiad z kimś, kto żałował, że odpadła. W ten sposób natrafiłam na jej trop, kupiłam, przeczytałam i stwierdzam: warto! Chociaż nie jest to powieść łatwa, w dużej części bardzo okrutna i zupełnie nie przypomina czeskiej literatury, z jaką ostatnio się zetknęłam. Potwierdzeniem niech będą słowa autorki zacytowane na okładce: "Nie chcę, żeby moje książki były deserem po kolacji. Chcę, żeby stanęły kością w gardle." I stają. Dawno nie czytałam tak mocnej literatury. Akcja toczy się na dwóch planach: współczesnym (lato 2005) i historycznym (lata przedwojenne, okupacja i rok 1945). Główna bohaterka, w sporych partiach jednocześnie narratorka, Gita Lauschmann, czeska Żydówka, przez wielu uważana za Niemkę, po latach stara się na mocy sądowego wyroku odzyskać rodzinny majątek skonfiskowany tuż po wojnie przez władze komunistyczne. Jednocześnie wspomina przeszłość: szczęśliwe dzieciństwo, obóz w Terezinie, powrót do rodzinnych Puklic w roku 1945.
niedziela, 07 marca 2010
Wojna jako pułapka, czyli "Liban" Samuela Maoza.
Kolejny po "Głodzie" film, na którym momentami muszę zamykać oczy, bo dawka okrucieństwa sięga ponad próg mojej wytrzymałości. I kolejny oparty na faktach, chociaż tym razem nie jeden do jednego. "Liban" to opowieść o pierwszej wojnie izraelsko-libańskiej (rok 1982). Reżyser brał w niej udział jako czołgista. I tak jest w tym filmie: wojnę oglądamy z wnętrza gorącego, dusznego, brudnego (łagodnie powiedziane) czołgu. Świat zewnętrzny widzimy tak jak zamknięci w tym pudle żołnierze: przez wizjer. Na pewno nie jest to rzecz dla każdego. Ale jeśli kogoś nie przeraża to, co napisałam, niech koniecznie zobaczy.
czwartek, 04 marca 2010
Przy okazji Orłów 2010.
W poniedziałek przyznano Polskie Nagrody Filmowe Orły 2010. Nie chcę komentować nagrodzonych filmów, tyle już o nich pisano, ale przy tej okazji pomyślałam o dwóch, które nagród nie zdobyły, nie miały też chyba żadnych nominacji, a na mnie zrobiły duże wrażenie, mogę powiedzieć, że mocno je przeżyłam. Wcale nie uważam, że na wyróżnienia zasługują, szczególnie, że w tym roku konkurencja była ostra, ale czasem zdarza się, że taki niekoniecznie doskonały film poruszy w nas jakąś czułą strunę. Tak właśnie było w tym wypadku. Które to filmy? "Zero" Pawła Borowskiego (o nim sporo i dobrze pisano po festiwalu w Gdyni) i "Wino truskawkowe" Dariusza Jabłońskiego (mniejszy rozgłos, ale znam wielu entuzjastów, czytałam też pochlebne recenzje).
poniedziałek, 01 marca 2010
"Autor widmo" Polańskiego - świetna rozrywka, ale ...
Zgodnie z moimi przewidywaniami po tygodniu od premiery najnowszy film Polańskiego zaczęto grać również w moim ulubionym kinie, a nie tylko w multipleksach. Mogłam więc bez dłuższego oczekiwania zaspokoić swoją ciekawość. Stwierdzam, że film jest rzeczywiście znakomicie zrobiony, dwie godziny mijają jak z bicza trzasnął. Akcja gna, meandrując po drodze, ile się da. Widzowie w napięciu śledzą zdarzenia (powiedzmy taki widz jak ja, który niejedno już w kinie przeżył, może czuć się lekko rozczarowany, gdyż spodziewa się scen dużo bardziej mrożących krew w żyłach), rozwiązanie zagadki może zaskoczyć, samo zakończenie lekko rozczarować. Znakomite zdjęcia Pawła Edelmana, piękne, nadmorskie krajobrazy potęgujące nastrój czającego się niebezpieczeństwa, no i Ewan McGregor. I cóż, jeśli o mnie chodzi, to tyle. Miła rozrywka, ale nic więcej. Porównywano ten film do "Dziecka Rosemary" i "Chinatown". Do tego pierwszego moim zdaniem nie dorasta, drugi za słabo pamiętam, aby się wypowiadać (chętnie go sobie przypomnę przy okazji; ciekawe, jak dziś bym go odebrała i oceniła?). Uwaga! Dalsze refleksje tylko dla tych, którzy film widzieli!