Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
poniedziałek, 28 marca 2011
"Peryferie". Znakomite rumuńskie kino!
Po kilku filmowych niedosytach i rozczarowaniach wreszcie spełnienie: bardzo dobry film rumuński w reżyserii debiutanta Bogdana Georga Apetriego według pomysłu Cristiana Mungiu (tego od "Czterech miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni"). Kto widział obraz Mungiu, może się spodziewać podobnego klimatu. Cóż, mimo że akcja toczy się współcześnie, a nie w Rumunii komunistycznej, nie jest to film krzepiący. Okoliczności się zmieniły, ale komplikacje ludzkich losów nie. Tym razem jednak nie ustrój jest winny, ale życiowe wybory, jakich kiedyś dokonała Matylda, główna bohaterka. Przeszłość wlecze się za nią i nie pozwala o sobie zapomnieć. Napiszę tylko tyle, że Matylda wychodzi z więzienia na dwudziestoczterogodzinną przepustkę. Obserwujemy jej poczynania w ciągu tej doby. Więcej nie zdradzę. Film jest znakomicie zrobiony, historię bohaterki śledzimy z zapartym tchem, twórcy stopniowo zdradzają jej kolejne tajemnice, ale nie odkryją wszystkiego. Wiele musimy sobie dopowiedzieć sami. Na osobną uwagę zasługują zdjęcia i aktorstwo, szczególnie Any Ularu w roli głównej bohaterki. Polecam wszystkim, dla których kino jest czymś więcej niż tylko weekendową rozrywką. Kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
czwartek, 24 marca 2011
"Chicago" Ala al-Aswaniego. Próba zrozumienia Egiptu i Egipcjan.

O książce Ala al-Aswaniego "Chicago" (Smak Słowa 2010) dowiedziałam się dzięki audycji radiowej. Pewnie nie byłoby rozmowy na jej temat, gdyby nie zainteresowanie Egiptem i krajami północnej Afryki w związku z rozruchami, które ogarnęły te tereny. Od razu zdradzę, że powieść egipskiego pisarza czyta się znakomicie. To taka literatura, dla której można zarwać noc. Nie dość, że opowiadane historie są interesujące, to dodatkowo ciekawość czytelnika jest umiejętnie pobudzana przez autora dzięki kompozycji. Ta wielowątkowa powieść, której akcja toczy się w Chicago na początku XXI wieku, ma licznych bohaterów. Ich historie opowiadane są naprzemiennie, a autor ma zwyczaj przerywać je w najbardziej emocjonującym momencie, aby zacząć towarzyszyć kolejnej postaci. Co stanie się dalej, czytelnik dowie się po przeczytaniu kilkunastu lub nawet kilkudziesieciau stron, śledząc w tym czasie zdarzenia równie ciekawe. Kilkakrotnie miałam ochotę przewertować kolejne strony po to tylko, aby natychmiast dowiedzieć się, jak potoczą się dalej losy porzucanego właśnie bohatera. Już dawno nie towarzyszyła mojej lekturze taka zwykła, czytelnicza niecierpliwość.

Akcja powieści rozgrywa się w Chicago przede wszystkim na uniwersytecie medycznym, na którym studiuje liczna grupa stypendystów egipskich robiących doktoraty. Na ogół są bardzo zdolni i niezwykle pracowici. Zdobycie naukowego tytułu na amerykańskiej uczelni jest dla nich szansą na karierę po powrocie do kraju. Jak łatwo zgadnąć, autor rozpościera przed czytelnikiem panoramę różnych postaw i życiowych dróg. Jest więc Tarik, uporządkowany, systematyczny, solidny, raczej poważny i ponury, któremu dnie upływają na rutynowo powtarzanych czynnościach, przede wszystkim na rzetelnej nauce. Tak będzie dopóki się nie zakocha w swojej koleżance, która właśnie przybyła na stypendium. Szajma to czterdziestoletnia panna (według kryteriów egipskich nie singielka, lecz po prostu stara panna) z Tanty. I chociaż to miasto uniwersyteckie w oczach pochodzącego z Kairu Tarika Szajma jest wieśniaczką. Małżeństwo z nią byłoby dla niego mezaliansem, jest przekonany, że stać go na lepszą partię. Z jej strony to pierwsze wielkie i szczere uczucie, które spadło na nią, kiedy już zwątpiła w zamążpójście. Zbliża ich do siebie samotność i poczucie obcości z daleka od ojczyzny. Oboje są wierzącymi muzułmanami, ale namiętność spowoduje, że złamią religijne zasady. Szczególnie ona okupi to rozterkami duchowymi i wyrzutami sumienia, i lękiem o swoją przyszłość. Jeśli Tarik nie ożeni się z Szajmą, będzie zhańbiona i ostatecznie straci szansę na małżeństwo. Takie zasady jej wpojono, takie wychowanie odebrała. To ona ryzykuje, bo jest kobietą, mężczyzna nie. On będzie usprawiedliwiony, żadne odium na niego nie spadnie. Nawet pobyt w Stanach, na amerykańskim uniwersytecie, wśród amerykańskich studentów nie rozluźnia norm obyczajowych, jakimi kieruje się Szajma.

Podobnie jest z drugą bohaterką, Marwą, żoną czarnego charakteru, karierowicza i aparatczyka Danany. Danana jest wyjątkowo śliskim typem, robi karierę nie dzięki swojej pracowitości czy zdolnościom, lecz dlatego, że wysługuje się władzom egipskim. Jest przewodniczącym związku studentów egipskich, utrzymuje ścisłe kontakty z pracownikami konsulatu i ambasady, głównie z pewnym pracownikiem służby bezpieczeństwa, a jego rolą jest infiltracja środowiska, szczególnie studentów, którzy mieli zatargi z władzą na tle politycznym. Danana dla kariery jest gotów na każde świństwo, a żonę, z którą ożenił się dla pieniędzy, traktuje przedmiotowo. Los Marwy jest nie do pozazdroszczenia. Szybko pozbywa się złudzeń związanych ze świeżo poślubionym małżonkiem, odkrywa jego wady, a szczególnym koszmarem jest dla niej seks. Wychowana tradycyjnie, nie wie, czego może oczekiwać i wymagać, zaciska zęby i biernie godzi się na los poniewieranej, wykorzystywanej żony, tym bardziej, że nie znajduje wsparcia ze strony rodziców, którzy dotąd ją rozpieszczali. Matka powie jej tylko, że z czasem na pewno przekona się do męża, zreszta rolą kobiety nie jest oczekiwanie rozkoszy w tej sferze życia.

Jeszcze inny jest Nadżi, poeta, który medycynę studiuje tylko po to, aby móc pisać wiersze. Nadżi ma kłopoty polityczne, w Egipcie siedział w więzieniu, był torturowany, mimo to zamierza powrócić do ojczyzny, bo tam jego miejsce. Jest człowiekiem ideowym, bezkompromisowym, mającym swoje zdanie, gotowym wdać się w spór polityczny czy ideowy.  Nie potrafi stać z boku i nawet w Chicago wykorzysta okazję do działalności politycznej. Jest muzułmaninem, ale nakazów religijnych przestrzega dość swobodnie: pije wino, wdaje się w namiętny romans z amerykańską żydówką i nie ma z tych powodów religijnych wyrzutów sumienia.

Poznajemy też historie trzech Egipcjan ze starszego pokolenia. To około sześćdziesięcioletni profesorowie medycyny, którzy Egipt opuścili trzydzieści lat temu i w Stanach pozostali na stałe, robiąc tu dzięki swojej pracowitości, wytrwałości i zdolnościom kariery naukowe. Jeden z nich, Karam, egipski Kopta, jest wybitnym kardiochirurgiem. Różne były powody, dla których zdecydowali się nie wracać do kraju. Różnie po latach patrzą na swoją dawną ojczyznę. Rafat z gorliwością neofity pogardza Egiptem i Egipcjanami, jest ślepo zapatrzony w Amerykę, wielbi wszystko, co amerykańskie, uważa się za Amerykanina, ale córkę potraktuje raczej jak Egipcjanin. Inny profesor, Salah, przeżywa właśnie kryzys. Dokonuje życiowego bilansu i odkłamuje swoją przeszłość. Przyznaje się przed sobą do prawdziwych motywów, jakimi kierował się w przeszłości, decydując się na opuszczenie Egiptu, a potem małżeństwo z Amerykanką. Ogarnia go nagła tęsknota za krajem i poczucie życiowej klęski.

Wśród tej mozaiki egipskich bohaterów jest też para amerykańska. To Graham, niegdyś hipis, buntujący się przeciwko mieszczańskiemu życiu, brudom polityki i wojnie w Wietnamie. Otoczony szacunkiem i nimbem dawnej sławy, wolnomyśliciel i człowiek, który w momencie kryzysu potrafi przypomnieć sobie, jak żył kiedyś i w imię miłości ograniczyć swoje potrzeby. Jego towarzyszką życiową jest, dużo młodsza od niego, czarna Carol, która nie może znaleźć pracy ze względu na kolor skóry. Chociaż oczywiście nikt nie powie jej tego wprost, bo przecież nie może, jest przekonana, że właśnie z tego powodu jej starania o kolejne posady kończą się niepowodzeniami.

Wszyscy ci bohaterowie i jeszcze kilku innych, o których nie wspomniałam, są znakomicie scharakteryzowani, a ich losy ciekawe. Poznajemy tych ludzi w momentach przełomowych i ważnych, a ich historie kończą się w sposób nieoczekiwany. Jak, oczywiście nie będę zdradzać.

W akcję wpleciony jest też wątek sensacyjno-polityczny związany z przygotowywaną w Stanach wizytą prezydenta Mubaraka, który ma też odwiedzić Chicago i w konsulacie spotkać się z miejscowymi Egipcjanami, między innymi stypendystami z uniwersytetu medycznego. Samo spotkanie, które stanowi kulminacyjny moment powieści, przedstawione jest w sposób, który nam może się wydać groteskowy, ale przypuszczam, że jest prawdziwy. Sterowany entuzjazm zgromadzonych, czołobitne, wiernopoddańcze, wazeliniarskie mowy, aktywność służb specjalnych i bezwzględność samego Mubaraka traktowanego przez pracowników konsulatu jak cesarz, a może adekwatniejsze byłoby porównanie do faraona. Chociaż powieść opowiada o losach Egipcjan, którzy spotykają się w Chicago, to Aswani pisze też o sytuacji społecznej i politycznej w Egipcie. Potwierdza się to wszystko, co teraz wiemy dzięki wzmożonemu zainteresowaniu mediów spowodowanemu styczniowymi zamieszkami. Bieda, zacofanie, brak perspektyw, korupcja, nepotyzm, zamordyzm polityczny, wszechobecność służb specjalnych, tortury, bezradność tych, którzy się buntują. Dopełnia ten obraz narastający konserwatyzm religijny i obyczajowy, który szczególnie odbija się na losie kobiet. Ale dostaje się nie tylko politykom, również społeczeństwu egipskiemu. Autor wkłada w usta jednego z bohaterów takie słowa:

"... Egipcjan w ogóle nie obchodzi demokracja. Zresztą nie są do niej stworzeni. Egipcjanie intersują się na tym świecie wyłącznie trzema sprawami: religią, chlebem i swoimi dziećmi. Najważniejsza z tego jest religia. Można ich skłonić do rewolucji, tylko atakując ich wiarę."

Przynajmniej w tym punkcie diagnoza okazała się nietrafna: Egipcjanie wyszli na ulicę nie z powodu wiary, lecz raczej chleba. Ostrze krytyki dotyka też polityków amerykańskich, którym nie chodzi o demokrację w Egipcie, wolność w głoszeniu przekonań politycznych czy przestrzeganie praw jednostki, ale o zabezpieczenie swoich interesów. Polityka to cyniczna gra, nie szlachetne idee. Oczywiście żadne to odkrycie.

Ta powieść, którą tak świetnie się czyta, jest w gruncie rzeczy powieścią bardzo gorzką. Takie są losy wielu bohaterów i taki jest obraz społeczeństwa. Dobro tu niekoniecznie zatriumfuje, a zło wcale nie poniesie zasłużonej klęski. Ta gorzkość jednak stępiona jest trochę przez lekką formę, o której wspominałam. Dla jednych to pewnie zaleta, dla innych drobny minus. Tak czy inaczej niewątpliwie warto po nią sięgnąć, choćby po to, aby jeszcze lepiej poznać innego. Kto przeczytał ją kilka miesięcy temu, być może nie był tak bardzo zaskoczony tym, co wydarzyło się zimą w Egipcie. Polecam! I jeszcze jedno: na podkreślenie zasługuje bardzo staranne opracowanie powieści. Jest przedmowa profesora Marka Dziekana, są liczne przypisy objaśniające nie tylko arabskie słownictwo, ale także komentujące egipskie wydarzenia polityczne, o jakich mowa w książce, czy tłumaczące, kim są autentyczne postacie, do których odwołują się bohaterowie czy narrator. Tym bardziej polecam!

niedziela, 20 marca 2011
"Jak spędziłem koniec lata". Najlepszy film zeszlorocznego Berlinale?
Od czasu do czasu miłość do kina wiedzie mnie na manowce. Mówiąc wprost, muszę po prostu napisać, że przynosi rozczarowanie. Jeśli się ogląda tyle filmów, nie wszystko musi się podobać, to jasne, ale najbardziej nie lubię rozczarowań takich, jak to: kiedy nastawiam się na nie wiadomo jak wspaniały film, na przeżycie duchowej ekstazy, a tu nic! Tak właśnie jest z rosyjskim filmem "Jak spędziłem koniec lata". Nagrody aktorskie na Berlinale (doceniam, szczególnie Grigorija Dobrygina w roli Pawła), za zdjęcia (też zgoda), ale już opinie, że to najlepszy film zeszłorocznego festiwalu w Berlinie, dziwią mnie. Naprawdę najlepszy? Problem nie tkwi w tym, że to kino ekstremalne: ponad sto dwadzieścia minut widz obcuje tylko z dwoma bohaterami obsługującymi stację meteorologiczną na niezamieszkanej wyspie gdzieś w arktycznej części Rosji. Pustka, mgła, skały, szarość otaczającej przyrody, dwóch różnych mężczyzn skazanych tylko na siebie i emocje momentami rzeczywiście sięgające zenitu. Film ogląda się bardzo dobrze, te dwie godziny minęły, sama nie wiem kiedy, ale po seansie, po raz kolejny ostatnio, przyszło mi westchnąć: tylko tyle? I chociaż z napięciem śledziłam dramatyczny przebieg wypadków, to jednak pozostałam obojętna na los Pawła i Siergieja. Ten film jest jak wielki, nadmuchany balon: kiedy spuścić powietrze, niewiele zostaje. Ale oczywiście każdy ma prawo do swoich ocen, pewnie niektórzy się zachwycą. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy, aby dowiedzieć się, dlaczego ja się nie zachwyciłam. Zapraszam
czwartek, 17 marca 2011
"Spokojne czasy" Lizzie Doron. Naznaczone.

Na tę książkę natrafiłam przez przypadek. Przeczytałam wywiad z jej autorką w Wysokich Obcasach, a ponieważ był ciekawy i trafił w moje zainteresowania, postanowiłam, że natychmiast muszę ją mieć. Kupiłam, przeczytałam w weekend (książka jest niewielkich rozmiarów, zaledwie 160 stron) i bardzo się wzruszyłam, Muszę wyznać, chociaż banalnie to zabrzmi, że wzruszyłam się do łez. W kinie czasem zdarza mi się płakać, chociaż robię to w ukryciu i bardzo się wstydzę, nad książką rzadko. Mimo że powieść jest naprawdę smutna a opisane w niej ludzkie losy tragiczne, czyta się ją jednym tchem. Autorka umiejętnie połączyła przedstawienie  bolesnych problemów z gawędziarską formą i chyba dlatego trudno oderwać się od tych tragicznych historii. Drugim powodem jest to, że przewija się przed czytelnikiem galeria barwnych postaci i ich niezwykłe historie.

A teraz do rzeczy. Akcja rozgrywa się w Tel Awiwie najprawdopodobniej w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku. Narratorka, Lea, snuje wspomnienia, opowiadając przy okazji o swoich sąsiadach z dzielnicy, w której mieszka, a jest to dzielnica specyficzna (a może nie?), bo zamieszkuje ją wielu Żydów, którzy przybyli do Izraela tuż po wojnie z Polski czy Rumunii. Jak łatwo się domyślić, to ci, którzy ocaleli z Holokaustu. I to jeden z powodów, dla których powieść Lizzie Doron "Spokojne czasy" (MUZA 2010) jest tak przejmująco smutna. Można by powiedzieć: "Ocaleli, więc powinni być szczęśliwi." Tak jednak nie jest. Większość z tych kobiet (poznajemy przede wszystkim kobiece historie) w czasie wojny była dziećmi i to, czego doświadczyły, naznaczyło je na całe życie. One przeżyły, ale najczęściej tylko one. Ich rodzice, rodzeństwo, dziadkowie zginęli. Jak wytłumaczyć małemu dziecku, że matka wyrzuca je z pociągu, nie dlatego, że się na nie gniewa, ale dlatego, że je kocha i próbuje je w ten sposób ratować przed zagładą? Jak wytlumaczyć innemu dziecku, dlaczego, kiedy wreszcie wojna się skończyła i może opuścić ziemiankę, w której było ukrywane, nikt po nie nie przychodzi? Lea nie zna swojego prawdziwego imienia i nazwiska, nie wie, kiedy się urodziła, w jakim mieście mieszkała, kim byli jej rodzice, jak wyglądali, nie wie, czy miała rodzeństwo. Kobieta, której odrąbano dzieciństwo, którą pozbawiono tożsamości. Czy można o tym zapomnieć? Czy można nauczyć się z tym żyć? To jedno z pytań, które mnie nurtuje: czy i jak możliwe jest życie po traumie, po utracie? Bohaterki pozornie poukładały swoje sprawy: powychodziły za mąż, urodziły dzieci, ale nie mogą zapomnieć i ich wojenne losy kładą się cieniem na  dorosłym życiu. Lea skrycie marzy o tym, że w dzielnicy nagle zjawi się ktoś, kto będzie jej szukał i odda jej utraconą tożsamość. Inne kobiety też najczęściej uciekają w milczenie. Nie opowiadają o tym, co je spotkało, najwyżej szepną coś na ucho  przyjaciółce albo  zwierzą się psu, a wścibskie ucho podsłucha, ale niedokładnie. Dlatego w tych opowieściach tyle niedopowiedzeń, często  mają kilka wersji. Lea opowiada to, co usłyszała od kogoś, właściwie żadnej historii nie zna z pierwszej ręki. Tych przejmujących, rozdzierających serce losów, które poznajemy dzięki narratorce, jest zaledwie kilka. Są wtopione w opowieść o współczesnym życiu dzielnicy i jej mieszkańców. Pewnie dlatego lektura powieści jest w ogóle możliwa.

Ale smutek tej książki nie bierze się tylko z traumy Holokaustu. To także historia o samotności, niespełnionych marzeniach, życiowych porażkach i samotnej starości. A więc o losie nieudanym, przegranym? Tak chyba jednak powiedzieć nie można. Wszak były w życiu Lei momenty szczęśliwe: udane, chociaż krótkie, małżeństwo, ukochany syn, któremu się powiodło, miłość do drugiego mężczyzny, liczne przyjaźnie z kobietami z dzielnicy, praca manikiurzystki w zakładzie fryzjerskim,  plotkarskiej duszy dzielnicy. W tragicznych momentach, a takich nie brakowało, zawsze znalazł się ktoś, kto jej pomógł. Czy to mało? Nie, ale sześćdziesięcioletnia Lea (tyle ma lat, kiedy snuje swoje wspomnienia) jest kobietą samotną, odartą ze złudzeń, którymi latami żyła. Nie chce dalej żyć, jest przekonana, że nic jej już nie czeka, chce odejść, do dwóch mężczyzn, których kochała, a którzy umarli. Może tam czekać na nią będą rodzice i rodzeństwo, jeśli je miała, i wreszcie dowie się, kim naprawdę była? Teraz zrozumiała inne kobiety, którym śmierć, z tych samych powodów, wydawała się jedynym rozwiązaniem. Bo tylko śmierć mogła przywrócić im tych, których utraciły. Dlaczego życiowy bilans Lei jest taki smutny? Utraciła wszystkich, których kochała: kiedyś męża, teraz fryzjera Zajczyka, wielką miłość swojego życia, jedyny syn mieszka w Stanach, a jego żona jest Amerykanką, której Lea nie lubi. (Nie zdradzam tu zakończenia, tego dowiaduje się czytelnik na początku powieści.) Marzyła o tym, że wyjdzie za mąż za Zajczyka, że Eitan, jej ukochany jedynak, ożeni się z Dalią, dziewczyną z dzielnicy, i zamieszkają gdzieś blisko, a ona będzie mogła ich często widywać i cieszyć się towarzystwem wnuków. To wszystko się nie spełniło. Zajczyk nigdy nie poprosił jej o rękę, ba, nigdy nie wyznał jej miłości, Eitan uciekł do Stanów przed jej nadopiekuńczością i przed jej przeszłością.

"Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdyby Roza wyszła za niego, ja za Zajczyka, a Eitan ożenił sie z Dalią, i gdyby moi rodzice mnie znaleźli. Jakie wszyscy moglibyśmy mieć piękne życie."

Te słowa Lei zamykające powieść najlepiej pokazują, co się dzieje w jej duszy.

Ale pesymizm i smutek to nie cała prawda o tej książce i o świecie, o którym opowiada. Mimo wszystko jest w niej coś krzepiącego. To przyjaźń i codzienna ludzka życzliwość. W tym świecie zawsze znajdą się ludzie, którzy pomogą, nie pozostaną obojętni na nieszczęście drugiego człowieka. Sprowadzą pomoc, będą się troszczyli, czuwali, przykryją kocem, nie pozwolą umrzeć. I to nie dotyczy tylko Lei. Pomagają sobie wzajemnie, współczują, przejmują losem innych. Tu wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, a przynajmniej tak im się wydaje, a kiedy ktoś jest w potrzebie, nie zostawią samego. Wspólnota jest w tej powieści czymś niezwykle ważnym. Jeśli jakoś życie da się znieść w tym świecie naznaczonym Holokaustem, to tylko dzięki sile, jaką z niej się czerpie.

A oprócz tego jest w "Spokojnych czasach" sporo zabawnych zdarzeń, wiele barwnych, niezwykłych postaci, a wszystko podane w gawędziarskiej, anegdotycznej formie. Świat oglądany zza szyb zakładu fryzjerskiego, w którym zbierają się stale te same klientki i polotkują. Czasem wpadnie ktoś nieznany, a wraz z nim nowe, niezwykłe opowieści.

Mała, gorzko-słodka powieść. Polecam!


niedziela, 13 marca 2011
"Poznasz przystojnego bruneta". Woody Allen znowu nie w formie.
Kiedy prawie rok temu pisałam o poprzednim filmie Woody Allena, cieszyłam się, że po kilku nieudanych obrazach powrócił do formy. Potem dowiedziałam się, że "Co nas kręci, co nas podnieca" (Kto tak kretyńsko przetłumaczył ten tytuł?!)powstał na podstawie starego, amerykańskiego scenariusza. To, niestety, tłumaczy nieoczekiwaną zwyżkę formy. Nie ma to jak stary, nowojorski Woody Allen. "Poznasz przystojnego bruneta" potwierdza tezę, że Europa nie służy mojemu ukochanemu reżyserowi. Akcja filmu ponownie toczy się w Londynie, mamy tu te same co zawsze motywy i obsesje, podobnych bohaterów, trochę allenowskiego poczucia humoru i ironii, sporo komplikacji. Ale to już nie to, co dawniej. Wszystko jest jakieś letnie, mało wyraziste: ani nie tak śmieszne, ani nie tak ironiczne, ani nie tak krytyczne, ani nie tak dotkliwe. Jestem wielką miłośniczką Woody Allena, są filmy, które widziałam po kilka razy i wcale mi się nie znudziły, pójdę więc w ciemno na każdy następny, ale trochę mi żal, że to już nie to samo co dawniej. Chciałabym zakrzyknąć: "Woody Allenie, wracaj do Nowego Jorku! Tam twoje miejsce." Ale czy mnie posłucha? Kto już film widział, może przeczytać ciąg dalszy.
czwartek, 10 marca 2011
Philip Roth "Operacja Shylock. Wyznanie", czyli nadrabianie literackich zaległości.

Jak to się stało, że dotąd nie przeczytałam żadnej książki Philipa Rotha, jednego z najważniejszych pisarzy literatury nie tylko amerykańskiej, nie wiem. Właściwie już od jakiegoś czasu zamierzałam po niego sięgnąć, ale zawsze przegrywał z innymi, ostanio z Ozem czy Pamukiem. "Operacja Shylock.Wyznanie." leżała na mojej półce chyba rok i stale ją odkładałam, w międzyczasie wyszły dwie kolejne książki tego pisarza, też chwalone, i chyba to mnie w końcu zmobilizowało. Twórczość Rotha ma kilka nurtów: powieści o pisarzu Zuckermanie, kilka pozycji społeczno-politycznych, na osobną uwagę zasługuje chyba najsłynniejsza jego książka "Kompleks Portnoya". Nie pora tu i miejsce na analizę jego pisarstwa, zresztą trudno jej dokonywać, skoro przeczytało się zaledwie jedną pozycję. Zainteresowanych odsyłam do zwięzłego kompedium o twórczości Rotha, czyli artykułu "Philip Roth. Krótki przewodnik" Jerzego Jarniewicza, który w lutym ukazał się w Gazecie Wyborczej.

"Operacja Shylock" jest powieścią polityczno-szpiegowską, jej akcja toczy się w roku 1988. Oczywiście to zaszufladkowanie nijak nie wyczerpuje tego, co skrywa ta książka. Jest to nieco zwariowana historia pisarza Philipa Rotha (nie należy go utożsamiać z autorem, chociaż w pewnym sensie jest jego alter ego), który nagle dowiaduje się, że w Izraelu pojawił się jego sobowtór podszywający się pod niego. Jakby tego było mało, wykorzystując sławę pisarza, głosi ideę diasporyzmu. Czym jest ta idea? Otóż uważa, że Żydzi powinni opuścić Izrael i powrócić do Europy, do miejsc, w których przez wieki mieszkali, bo one są ich prawdziwą ojczyzną. Palestyna i Izrael spełniły swoją rolę po drugiej wojnie światowej, dały schronienie po Holokauście, nie one są jednak naturalnym miejscem dla Żydów. Tym jest i zawsze była Europa. Powrót do życia w europejskiej diasporze uchroni Żydów przed eskalacją konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Fałszywy Philip Roth, nazwany przez prawdziwego Mojsze Pipikiem, niczym Mojżesz ma wyprowadzić swój naród z Izraela, gdzie grozi mu zagłada, do europejskiej ziemi obiecanej. Jest więc idea diasporyzmu odwrotnością idei syjonizmu. Mojsze Pipik wierzy, że podobnie jak tamtą szaloną ideę i tę uda się zrealizować. Aby tak się stało, podszywając się pod pisarza i wykorzystując jego sławę, zbiera fundusze, które będą potrzebne, aby wcielić w życie ten epokowy plan. Udało mu się nawet pozyskać przychylność Lecha Wałęsy (Tak! Odniesienia do historii relacji polsko-żydowskich pojawiają się kilkakrotnie.). Jest przekonany, że Europejczycy wyleczyli się już z antysemityzmu i teraz będą z radością i entuzjazmem witali Żydów powracających z Izraela do swoich dawnych ojczyzn. Odmalowuje przed słuchaczami wspaniałe sceny powitań na dworcach, na których z pociągów będą wysiadać powracający. Prawdziwy Philip Roth jedzie do Izraela, aby przeprowadzić wywiad z pisarzem Aharonem Appelfedem i obserwować toczący się w Jerozolimie proces Johna Demianiuka. Podczas swojego pobytu zostaje wmieszany w ciąg  nieprawdopodobnych zdarzeń i w szpiegowską aferę.

Kto nie ma pojęcia o amerykańskim pisarzu i nie wie, że to autor powieści poważnych, może dać się zwieść temu opisowi i pomyśleć, że to książka szpiegowska czy zwariowanie przygodowa. Nic bardziej mylnego. Nie jest to powieść deserowa (muszę, po prostu muszę, użyć tu tego świetnego określenia, którego autorką nie jestem ja, niestety, lecz Cezary Łasiczka z radia Tok FM). Trudno nawet powiedzieć, że w anturażu rozrywkowym autor przemyca poważne treści. Nie, jest odwrotnie: to poważne treści zostały zaledwie muśnięte zwariowaną fabułą i szpiegowską konwencją. Wbrew pozorom zdarzenie nie goni zdarzenia, a narrator snuje, miejscami filozoficzne, rozważania. Na powieść składa się przede wszystkim mięsista, refleksyjna, filozoficzna narracja. Niewiele tu dialogów, opisów miejsc, trochę wspomnień, dużo grzebania się w ludzkiej duszy, pytań o motywy ludzkich poczynań, kilka dziwacznych, barwnych postaci. Powieść żąda od czytelnika skupienia i uwagi, lektury raczej powolnej i dokładnej. Bywało, że niektóre fragmenty musiałam czytać dwukrotnie, aby dotrzeć do sedna. A i teraz, kiedy skończyłam moją przygodę z książką Rotha, mam poczucie, że gdybym sięgnęła po nią ponownie, nie byłby to trud daremny: na pewno odkryłabym jeszcze to wszystko, co przy pierwszej lekturze gdzieś mi umknęło. Aby ewentualny czytelnik tej notki, taki jak jak, niezaznajomiony dotąd z twórczością Rotha, zorientował się, z czym ma do czynienia, przedstawię krótko katalog problemów, jakie porusza pisarz w swej powieści.

Zacznę od konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który jest osią powieści. Roth stawia stale aktualne pytania: czy Żydzi, ofiary Holokaustu, mają prawo prześladować Palestyńczyków, którym ukradli ich ziemię? Czy ich własne cierpienia usprawiedliwiają cierpienia zadawane innym w imię zadośćuczynienia? A Palestyńczycy, czy postepują godnie, posługując się swoimi dziećmi w walce z Izraelem tylko po to, aby nadać swojej sprawie rozgłos? Ale być może bez tego ich krzyk nie byłby słyszany? Roth nazywa obie strony handlarzami Holokaustem, mówi wręcz o Holokauście jako swoistym piarze. I jedni i drudzy wykorzystują go, aby epatując swoim cierpieniem, wykorzystać do politycznych interesów.

Drugi krąg problemów to kwestia żydowskiej tożsamości i konfrontacja Żyda z Ameryki z Żydem z Izraela. Co ważniejsze: przynależność do innego narodu czy żydowska tożsamość? Czy amerykański Żyd jest bardziej Amerykaninem czy bardziej Żydem? Czy zobowiązany jest do jakiejkolwiek lojaloności wobec Izraela? Czy więcej Żyda jest w Żydzie amerykańskim czy w tym mieszkającym w Izraelu? Czy ten pierwszy nie jest hipokrytą, kiedy z jednej strony uważa, że nie ma nic wspólnego z okupacją Zachodniego Brzegu, z drugiej popiera państwo Izrael? Jeden z bohaterów ironicznie nazywa go Żydem przetworzonym, prawdziwie wyzwolonym, za nic nieodpowiedzialnym, odprężonym i szczęśliwym. I nie są to słowa przychylne, mają wzbudzić wyrzuty sumienia. Philip Roth to pisarz, który nie szczędzi słów krytyki pod adresem własnych ziomków. Z lubością kala własne gniazdo, ale i nie oszczędza swego powieściowego alter ego. Czy pisarz, który swoją sławę zbudował na krytyce narodu żydowskiego, nie jest temu narodowi czegoś winien? Czy może odwrócić się na pięcie i powiedzieć: "Mnie to nie dotyczy, nie mieszajcie mnie w waszą brudną politykę!"?

Inna kwestia poruszona w tej powiesci to problem tożsamości. Kim jest człowiek? Czy na pewno to wiemy? Czy można go poznać? Czy stanowimy jeden byt, czy też kryje się w nas kilka osobowości? Czy siedzący na ławie Demianiuk jest rzeczywiście katem z Treblinki zwanym Iwanem Groźnym, czy niewinnym starszym panem, mieszkańcem amerykańskiego przedmieścia, przykładnym ojcem i dziadkiem? A jeśli rzeczywiście był Iwanem, to czy jest nim nadal? Czy człowiek przez całe życie jest tym samym bytem? A falszywy Philip Roth vel Mojsze Pipik? Kim jest? Czy to druga twarz prawdziwego Philipa Rotha? Podszywają się pod siebie wzajemnie, kradną sobie swoje życiorysy, udają jeden drugiego, ale dla świata są jednym. Nikt nie wie, że jest ich dwóch. Takich przebieranek, bohaterów o nierozpoznanej tożsamości jest w powieści znacznie więcej. Pytanie, kim są naprawdę: czy tym, za kogo się podają, czy też zupełnie kimś innym, stale towarzyszy głównemu bohaterowi i za jego sprawą czytelnikom. Sztafaż powieści szpiegowskiej bardzo się tu przydaje.

Z tymi problemami koresponduje kolejny: co jest prawdą o świecie. Kto ją zna? Philip Roth czy tajemniczy Smilesburger? Czyja wersja zdarzeń jest prawdziwa? Czy rzeczywistość daje się ropoznać, czy też ma drugie dno? Nic nie jest pewne: ani świat, ani ludzie.

Tak przedtsawia się katalog najważniejszych problemów, jakie poruszone zostały w "Operacji Shylock". Oczywiście  nie wyczerpałam tematu, wspomniałam o najważniejszych. Nie sposób napisać o wszystkich. Jest jeszcze choćby kwestia pisarza i twórczości.

Na pewno sięgnę po kolejne książki Rotha, żeby nadrobić zaległości. Czy stanie się on jednym z moich literackich ulubieńców, jeszcze nie umiem przesądzić.


piątek, 04 marca 2011
"Do szpiku kości". Film, który nie zachwyca, chociaż powinien.
Właściwie nie wybierałam się na ten film, ale po raz kolejny poszłam do kina zachęcona entuzjastycznymi głosami rozmówców z Tygodnika Kulturalnego (mój ulubiony program w TVP Kultura; polecam miłośnikom filmu, książki, teatru, muzyki, sztuk plastycznych). Powinnam, jak w thrillerze, budować napięcie, ale napiszę od razu: nie żałuję, doceniam, ale entuzjazmu nie podzielam. Ten film na pewno spodoba się tym, którzy lubią braci Coen, szczególnie takie ich obrazy jak "To nie jest kraj dla starych ludzi" czy "Fargo". Trochę podobne klimaty. Jest to opowieść o siedemnastoletniej Ree, która opiekuje się chorą psychicznie matką i dwójką młodszego rodzeństwa. Musi w ciągu kilku dni odnaleźć swojego ojca, producenta narkotyków (jak go inaczej nazwać?), który w ramach kaucji zastawił dom i ziemię. Jeśli Jessup nie stawi się na rozprawie, rodzina straci wszystko. To punkt wyjścia. Świat, w którym obraca się dziewczyna, jest naprawdę przerażający, brudny i zły. To nie piękna, zasobna Ameryka z hollywoodzkich produkcji, to kino niezależne. Film jest mroczny, świetnie zagrany, trzyma w napięciu, stopniowo odsłaniając kolejne tajemnice bohaterów. Mnie jednak pozostawił raczej obojętną. Dlaczego? O tym w drugiej części, którą, jak zwykle, powinni przeczytać ci, którzy widzieli.