Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 29 marca 2012
"Elena" Andrieja Zwiagincewa
"Ostatnią miłość na ziemi" obejrzałam tak przy okazji, ale film, na który niecierpliwie czekałam, to "Elena" Andrieja Zwiagincewa, reżysera słynnego "Powrotu". Poszłam i wszystkich namawiam. To świetne kino, chociaż świat wykreowany na ekranie jest potworny. Być może dojmujące wrażenie przerażenia tym, co zobaczyłam, pogłębia fakt, że bohaterami są ludzie całkiem zwyczajni. Tym razem nie jest to wędrówka po koszmarnej rosyjskiej prowincji, jak to było w obrazie Łoźnicy "Szczęście ty moje". Akcja filmu toczy się współcześnie, prawdopodobnie w Moskwie. Tytułowa Elena to sześćdziesięcioletnia emerytowana pielęgniarka, która wyszła po raz drugi za mąż za bardzo bogatego mężczyznę. I za nią, i za nim ciągnie się rodzinna przeszłość, a przede wszystkim ciągną się dzieci z poprzednich związków. Więź Eleny z synem i jego rodziną jest szczególnie silna. Więcej nie zdradzę. Wystarczy, jeśli napiszę, że akcja ma zaskakujący przebieg. Nie, proszę nie obawiać się wizualnych potworności. Najczęściej oglądamy świat zamożnych Rosjan: eleganckie mieszkanie w strzeżonym apartamentowcu, drogi samochód, fitness klub. Dlatego to, co się wydarzy, będzie niczym uderzenie obuchem w głowę. Ale zobaczyć trzeba koniecznie, a kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.
poniedziałek, 26 marca 2012
"Ostatnia miłość na ziemi"

Czasem jest tak, że nie potrafię się zdecydować: iść do kina czy zrezygnować. Dotyczy to zwykle filmów nieznanych, które wkraczają na ekrany znienacka, niepoprzedzone niecierpliwym wyczekiwaniem. Wtedy łamię swoją żelazną zasadę im mniej, tym lepiej i słucham dyskusji w Tygodniku Kulturalnym (nieraz już wspominałam o moim ulubionym programie w TVP Kultura; polecam). Jeśli krytykują, rezygnuję, jeśli mnie zaciekawią, ryzykuję. Tak było i tym razem. Głosy były podzielone, a ponieważ  miałam ochotę na coś niezobowiązującego, więc poszłam. Nie żałuję, ale gdybym sobie darowała, dziury w niebie by nie było. Historia romansowa nie ma w sobie krztyny oryginalności, ale przyjemnie popatrzeć na Ewana McGregora i Evę Green. Tyle o tytułowej miłości. Jeżeli film robi wrażenie, to dzięki dużo ciekawszej, drugiej warstwie: opowieści o tajemniczej epidemii, która błyskawicznie rozprzestrzenia się po świecie. Zagrożenie pojawia się nagle, nie wiadomo, skąd pochodzi, a atakuje falami w sposób przemyślny i wyrafinowany. Wcale nie taki, jak można by sobie wyobrażać. Nie jest to bowiem hollywoodzki film katastroficzny (na szczęście), a melancholijny europejski. Ważny jest tu nastrój i pytania, jakie  sobie stawiamy. Wprawdzie wielokrotnie w ciągu ostatnich lat straszono nas rozmaitymi wirusami, ale zagrożenia za każdym razem okazywały się raczej dęte niż prawdziwe. Nie jest jednak wykluczone, że kiedyś coś zdarzy się naprawdę. I właśnie taką sytuację w sposób prawdopodobny przedstawia ten film. Jest tu kilka efektownych (ale nie po amerykańsku) scen zagrożenia i paniki, jest przygnębiający obraz miasta po katastrofie. Najciekawsze wydało mi się pokazanie, jak ludzie zachowują się w obliczu kataklizmu. No ale ani tego, ani zakończenia oczywiście nie zdradzę. I na koniec o czymś, co potwornie drażni i psuje film. To patetyczne komentarze spoza kadru. Znacznie lepiej by było, gdyby reżyser ograniczył się tylko do obrazów, które im towarzyszą. A na deser Glasgow, gdzie toczy się akcja. I ten cmentarz na wzgórzu, który tak mnie zafascynował w jednym z moich ulubionych filmów ("Wilbur chce się zabić"). Jeśli, czytelniku tej notki, zainteresowałeś się, możesz pójść. Prawdopodobnie nie będziesz żałował, chociaż nie nastawiaj się na nic wielkiego.

czwartek, 22 marca 2012
Wojciech Górecki "Planeta Kaukaz". Podróż w nieznane.

Wznowiona w 2010 roku reporterska książka Wojciecha Góreckiego "Planeta Kaukaz" (Czarne 2010; wydanie II uzupełnione) jest jak odkrycie nieznanego lądu. No bo cóż wie o Kaukazie taki ktoś jak ja, kto jakoś specjalnie nie interesuje się tym rejonem świata? Niewiele. Góry, Elbrus, Gruzja, Czeczenia, Osetia, konflikty, wojny, burzliwa historia, przesiedlenia całych narodów w czasach stalinowskich. Raczej hasła niż prawdziwa wiedza. I oto za sprawą książki Góreckiego dane mi było odbyć podróż ze wschodu na zachód, od Morza Kaspijskiego po Morze Czarne, od Kałmucji i Dagestanu do Adygeji i Abchazji, a po drodze odwiedziłam inne kraje o równie wdzięcznych nazwach wchodzące w skład Federacji Rosyjskiej. Takie nazwy jak Dagestan czy Abchazja nie były mi obce (podkreślam: nazwy), ale Adygeja albo Karaczajo-Czerkiesja? Bądźmy szczerzy, o ich istnieniu  dowiedziałam się z tego bardzo ciekawego zbioru reportaży. Bo Górecki nie pisze o Gruzji, Armenii czy Azerbejdżanie (o tym jest "Toast za przodków" - finalista Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za rok 2010, który czeka na półce na swoją kolejkę), ale o Kaukazie Północnym, gdzie na obszarze równym mniej więcej obszarowi Szwecji znajdziemy "zagmatwaną mozaikę ludów, kultur, języków i religii." A ludów tu jeszcze więcej niż państw! Są Karaczaje, Bałkarzy, Kałmucy, Lezgini, Ingusze, Czeczeni, Osetyjczycy, Kabardyjczycy, Adygowie, Czerkiesi, Szapsugowie i inni. Kto słyszał o Lezginach czy Karaczajach? A każde z tych plemion(?), narodów(?) w mniejszym czy większym stopniu odczuwa swoją odrębność. Jak pisze Górecki, narody kaukaskie w osiemdziesięciu procentach są do siebie podobne pod względem obyczajowym czy kulturowym, ale pozostaje te odrębne dwadzieścia procent. To powoduje, że z jednej strony odczuwają pankaukaską wspólnotę, z drugiej mają swoje ambicje. Często ten narodowy duch, to dążenie, aby stworzyć własne państwo, odrodziły się po latach uśpienia. Aby pokazać, że nasze na wierzchu, aby podbudować własne narodowe ego, aby udowodnić swoją wyższość nad sąsiadami, korzeni szuka się aż w starożytności albo nawet w przeszłości mitycznej czy legendarnej, tworząc pseudonaukową historię (tak jest na przykład w przypadku Osetyjczyków z północy skonfliktowanych z Gruzją i ze swoimi krajanami z południa). To musi rodzić konflikty, szczególnie, że w tym tyglu od lat trzydziestych dziewiętnastego wieku stale miesza Rosja, stosując starą zasadę dziel i rządź. Takie republiki jak Karaczajo-Czerkiesja czy Kabardyno-Bałkaria to twory całkowicie sztuczne, które łączą w jeden organizm wrogie sobie narody. Konflikty i waśnie były tu od zawsze, szczególnie, że wina i pamięć o niej przechodzą  zwykle z pokolenia na pokolenie, ale wojny (jak ta gruzińsko-osetyjska czy ingusko-osetyjska) zaczęły się dopiero w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku. Górecki w sposób prosty, zwięzły i ciekawy tłumaczy przyczyny tych konfliktów, sięgając często aż do wieku dziewiętnastego albo i dalej. Pokazuje, jaki wpływ na to, co się tutaj działo, miała polityka nie tylko rosyjska, ale i europejska. Chociaż to odległy zakątek, był często kartą przetargową w grze wielkich mocarstw. Nie wpłynęło to jednak na prawdziwe zainteresowanie tym obszarem świata. Rosjanie niewiele wiedzą o mieszkańcach Kaukazu, ten rejon jest dla nich równie odległy i obcy jak jakieś afrykańskie państwo.

Ale nie tylko o historii i polityce pisze w swoich reportażach autor. To także opowieść o podróżach, które przez lata odbywał, o spotkaniach z ludźmi, często oryginałach o barwnych życiorysach. Raz będzie to ktoś przypadkowo spotkany gdzieś po drodze, innym razem przyjaciel, miejscowy polityk czy profesor. Zawód decyduje o charakterze rozmowy. Górecki jest stale obecny w swoich tekstach jako wędrowiec, komentator kaukaskiego świata, rozmówca, przyjaciel swoich starych znajomych. Odwiedza spore miasta, ale najlepiej czuje się w górskich zagubionych wioskach, aułach. Może dlatego, że jak pisze, miasta to na Kaukazie twory sztuczne, na ogół brzydkie, chaotyczne, bezładne. Prawdziwe centra to owe auły, wsie, często bardzo duże. To tu od wieków toczyło się prawdziwe życie. To tu można spotkać się z niezwykłą gościnnością i serdecznością, to tu przetrwał dawny świat. Ale zmiany postępują niezwykle szybko. Wkracza telewizja, komórki, nawet internet, wszystko się globalizuje, wsie pustoszeją. Hinalug, górski auł, jeszcze na początku naszego stulecia od listopada do wiosny odcinany od świata przez śnieg (odcinany w sposób dosłowny) dziś połączony jest z najbliższym miastem asfaltową szosą. Każdy może teraz dotrzeć tu niezależnie od pory roku. Dobrze to czy źle? A ileż trudu kosztowało Góreckiego i jego towarzysza podróży zdobycie tego miejsca, a potem powrót, w ostatnim momencie, tuż przed śniegiem, który uwięziłby ich tam na kilka miesięcy. Wraz z dostępnością giną języki, giną obyczaje, czasem zatraca się tożsamość plemienna czy narodowa. Młodzi Lezgini nie znają już lezgińskiego. Ale nie tylko ich te zmiany dotykają. Świat małych plemion, małych narodów ginie na naszych oczach. Ale wspominałam też o procesie odwrotnym: mozolnym odbudowywaniu narodowej świadomości. Ciekawym zjawiskiem jest też powrót z wielowiekowego wygnania. Tak powstała Adygeja, republika zanurzona w Kraju Krasnodarskim, którą zamieszkuje tylko dwadzieścia procent rdzennej ludności, pozostali to Słowianie (głównie Rosjanie). Niezwykle ciekawa jest historia tego narodu, który przetrwał przede wszystkim w Turcji i na Bliskim Wschodzie, a zdecydował się powrócić w momencie, kiedy zdał sobie sprawę, że dalsze trwanie na wygnaniu grozi albo asymilacją albo degeneracją.

Wszystko jest w tej książce bardzo interesujące, nowe, odkrywcze, fascynujące. Opowieści o Kozakach, starowiercach i staroobrzędowcach, nieznanych wioskach, plemionach czy klanach, obyczajach i religiach: prawosławiu, islamie, chrześcijaństwie, które od zawsze współistniały na tych terenach, a od końca zeszłego wieku powoli się odradzają. To, co pragmatyczne, realne, miesza się z zabobonami i magią, czego Górecki na własnej skórze niejednokrotnie doświadczył.

Ileż jest takich nieodkrytych miejsc! Zawsze, kiedy dzięki literaturze poznaję jedno z nich, ogarnia mnie żal, że czasu nie starczy, aby poznać inne. Cóż, tak już jest, trzeba się z tym pogodzić. Póki co, namawiam cię, czytelniku tej notki, na książkową podróż na Północny Kaukaz. Nie pożałujesz, zapewniam.

czwartek, 15 marca 2012
"Pewnego razu w Anatolii"
To trzeci film Ceylana, jaki obejrzałam. Poprzednie to "Klimaty" i "Trzy małpy". Kto widział i zasmakował, wie, o czym piszę. Niezorientowanym wyjaśniam, że to jeden z najbardziej znanych, cenionych i nagradzanych tureckich reżyserów. Mistrz filmów klimatycznych. Za "Pewnego razu w Anatolii" dostał nagrodę na ostatnim festiwalu w Cannes. Na pewno nie jest to kino dla każdego. Film trwa prawie trzy godziny, a niewiele się dzieje. Noc gdzieś na anatolijskiej prowincji. Po drodze, która wije się w pustce pomiędzy wzgórzami, suną trzy policyjne samochody. Dwaj mężczyźni z pobliskiego miasteczka podejrzani o morderstwo mają wskazać miejsce, gdzie zakopali zwłoki. Czy nie pamiętają, czy zwodzą policjantów i prokuratora, nie wiadomo. Ekipa jedzie od miejsca do miejsca, wszyscy zmęczeni, trochę znudzeni, chcieliby już znaleźć się w domach. Jakieś rozmowy, milczenie,, nic specjalnego. Najważniejsze w tym filmie jest to, co pomiędzy: drobne obserwacje, napomknienia, domysły, niedopowiedziane ludzkie losy, które wyłaniają się z rozmów, klimat, piękne obrazy. I Turcja. Tylko tyle? Dla mnie aż tyle! Z wielką przyjemnością zanurzyłam się w melancholijnym świecie anatoliskiej, zagubionej prowincji. Miłośników Ceylana zachęcać na pewno nie muszę, a innych namawiam, aby spróbowali. Może złapią haczyk. A kto widział, niech przeczyta ciąg dalszy.
poniedziałek, 12 marca 2012
"Zapiski z Toskanii" Abbasa Kiarostamiego

Obejrzałam właśnie "Zapiski z Toskanii" cenionego irańskiego reżysera Abbasa Kiarostamiego. W Polsce nie mieliśmy wielu okazji, aby poznać  jego bogaty dorobek, ja widziałam tylko "Bilety", które, jak sobie przypominam, dość mi się podobały, nie będę więc się wymądrzać i udawać znawczyni. Dystrybutor zupełnie zmienił tytuł oryginału, który brzmi "Copie conforme" i nie trzeba znać włoskiego, aby wiedzieć, że Toskanii tam nie ma. Zapewne ten zabieg oraz Juliette Binoche w roli głównej mają zmylić potencjalnych widzów i przyciągnąć ich do kin. Kto zwiedziony Toskanią wyobrazi sobie, że dostanie coś na kształt masowo ostatnio wydawanych książek, których akcja rozgrywa się w tym pocztówkowo pięknym regionie Włoch, zawiedzie się srodze. Gorzej, że zawieść się może również taki widz jak ja. Wprawdzie hołdując wymyślonej przeze mnie zasadzie im mniej tym lepiej, co należy tłumaczyć im mniej wiesz o treści filmu, zanim go obejrzysz, tym większą przyjemność może ci sprawić, nie przeczytałam nic, ale byłam świadoma, że idę na film irańskiego reżysera. Nie o to więc chodzi, że nie dostałam pięknych widoczków i o tym, że akcja częściowo rozgrywa się w jednym z moich ulubionych toskańskich miast, Arezzo, dowiedziałam się z dialogu. Nie w tym rzecz, że dwoje bohaterów, kobieta i mężczyzna, włóczą się cały dzień i gadają. Nie, przyczyna mojego rozczarowania jest prozaiczna: po prostu film wydał mi się pretensjonalny i banalny. Pretensjonalne są spekulacje wokół tematu, czy kopia może być równie wartościowa co oryginał, a banalne rozważania na temat związków: że z czasem uczucie powszednieje, a człowiek jednak potrzebuje bliskości, zainteresowania i oparcia, że gdzieś tracimy dawne ideały i tak dalej, i tak dalej. A wszystko to podlane artystycznym sosem, ściślej artystyczną zagadką nie do rozwiązania, której z oczywistych względów nie zdradzę. Nie da się uciec od porównania "Zapisków z Toskanii" z dwoma moimi ulubionymi gadano-chodzonymi filmami: "Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca" Richarda Linklatera (szczególnie ten drugi jest mi bardzo bliski) tym bardziej, że temat podobny. W tamtych była prawda, w tym jest artystyczna sztuczność i może dlatego prawda zamienia się w banał. Nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła. Na pewno przyjemność stanowi obserwowanie świetnej Juliette Binoche. Jest też kilka kapitalnych scen, takich drobnych obserwacji. Myślę tu o odczycie czy pięknie sfotografowanej scenie jazdy samochodem, kiedy w szybie odbijają się jednocześnie twarze gadających bohaterów i mijane krajobrazy. To wszystko jednak za mało. Szkoda. Jednym słowem można sobie darować.

czwartek, 08 marca 2012
Peter Englund "Piękno i smutek wojny"

Gdyby nie audycja radiowa pewnie nie trafiłabym na tę książkę! A byłaby to duża strata. To nie pierwsza świetna lektura, którą zawdzięczam przypadkowi. Żal mnie ogarnia, kiedy myślę, że gdzieś tam napisano  i wydano inne znakomite książki, o których pewnie nigdy się nie dowiem. No ale nie sposób przeczytać wszystko. Po tych w gruncie rzeczy banalnych uwagach przejdę do sedna.

Pewnie zgadujesz, czytelniku tej notki, że "Piękno i smutek wojny" szwedzkiego historyka Petera Englunda (Znak 2011; przełożyła Emilia Fabisiak) to książka o wojnie. Rzeczywiście, rzecz dotyczy, i tu niespodzianka, pierwszej wojny światowej. Wojny, która jakoś nie zajmuje polskiej zbiorowej pamięci, bo dla nas traumą była druga. Kiedy taki laik jak ja myśli o pierwszej, to ma w pamięci przede wszystkim to, że jednym z jej skutków była nasza niepodległość. Kiedy my 11 listopada świętujemy rocznicę tego szczęśliwego wydarzenia, niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, że w innych krajach europejskich, czci się tego dnia zakończenie pierwszej wojny, która dla wielu narodów, miedzy innymi dla Francuzów i Anglików, była równie wielką traumą co druga. Coś tam na ten temat wiedziałam z lekcji historii, trochę z literatury i filmu. Somma, Marna, Verdun - te nazwy nie były mi obce, ale niewiele więcej. Jeśli myślałam o wojnie, to o drugiej, którą byliśmy i nadal jesteśmy bombardowani, albo o tych współczesnych, na przykład bałkańskich. Świetnie wymyślona i napisana książka szwedzkiego historyka pozwoliła mi zdobyć sporą dawkę wiedzy, zrozumieć, zdziwić się i przeżyć.

Przede wszystkim "Piękno i smutek wojny" jest znakomicie skonstruowane. Autor odnalazł w archiwach dzienniki dwudziestu osób, które żyły w tamtym czasie, i na ich zapiskach oparł swoją opowieść. Są to ludzie w różnym wieku, różnych narodowości, kobiety i mężczyźni. Najmłodsza, niemiecka uczennica, w chwili rozpoczęcia wojny ma czternaście lat, najstarsi to dwaj czterdziestopięcioletni mężczyźni: amerykański chirurg i francuski urzędnik jednego z ministerstw. Ten ostatni, zdeklarowany pacyfista, w wojnie nie weźmie udziału, ale jej doświadczy w czasie bombardowań Paryża. Elfriede, niemiecka uczennica, to jedyna osoba spośród tej dwudziestki, która szczęśliwie nie usłyszy nawet jednego wystrzału. Co nie oznacza, że wojna jej nie dotknie. Będzie świadkiem rozstań, pogrzebów poległych żołnierzy, zostanie pielęgniarką w szpitalu, zazna głodu, braku podstawowych artykułów, nędzy. Jej początkowy patriotyczny entuzjazm stopniowo przemieni się w znużenie, strach i świadomość tego, czym naprawdę jest wojna. Pozostali z teatrem wojny zetkną się na własnej skórze jako żołnierze, sanitariuszki a jedna z bohaterek, Laura de Turczynowicz (Amerykanka, żona bogatego, polskiego szlachcica mieszkającego w Suwałkach) doświadczy tego, co wielu mieszkańców Europy,  których rodzinne miejscowości staną w ogniu. Znajdą się na różnych frontach (także w Afryce i w Imperium Osmańskim), w różnych armiach. Autor śledzi ich losy krok po kroku: rok po roku, chciałoby się powiedzieć dzień po dniu, ale tak  oczywiście nie jest (wówczas książka musiałaby liczyć kilka tomów, no i stałaby się po prostu nudna). Opowieści o nich przeplatają się  w krótkich, najczęściej, rozdziałach i w ten sposób poznajemy ich wojenne losy, a dzięki nim historię pierwszej wojny z perspektywy człowieka. Każdy rok rozpoczyna zwięzłe kalendarium, oprócz tego nieocenionym źródłem informacji, także ciekawostek, są liczne, bardzo ciekawe, przypisy (na szczęście bezpośrednio pod tekstem). Oto przykład: zaskoczyło mnie, że oficerowie mieli o wiele mniejszą szansę na przeżycie niż zwykli żołnierze. Inna informacja pochodząca z przypisu to bardzo racjonalne objaśnienie, dlaczego grypa zwana hiszpanką, którą straszy się nas do dziś, zebrała takie żniwo. Wartość książki podnoszą też archiwalne, czarno-białe zdjęcia.

Nie sposób napisać o wszystkim, książkę naprawdę należy przeczytać (ma jedną wadę: wysoką cenę, no ale jest bardzo gruba), trudno się od niej oderwać (ale można też smakować, czytając krok po kroczku, czyli rozdział po rozdziale), dlatego  teraz wspomnę o tym, co mnie zaskoczyło, zdziwiło i poruszyło. Przede wszystkim większość bohaterów tej opowieści, a należy pamiętać, że są to ludzie typowi, przeciętni (poza jedną nietuzinkową kobietą, Australijką Olive King, która już wcześniej była niespokojnym duchem zachowującym się niekonwencjonalnie, a na froncie prowadziła ufundowany za pieniądze ojca ambulans) powitała wojnę entuzjastycznie, niekoniecznie z pobudek patriotycznych. To dla nich przygoda, niezwykła zmiana w monotonnym życiu, możliwość awansu, zyskania sławy bohatera, o której w głębi duszy marzyli. A ponieważ wiara w to, że wojna nie potrwa długo, była powszechna, martwili się, że nie zdążą dotrzeć na front, zanim się skończy. Jeden z nich to Rafael de Nogales, który przybył aż z Ameryki Południowej, aby walczyć jako ochotnik i było mu obojętne, po której stronie. Przypadek sprawił, że trafił do armii osmańskiej i był świadkiem pogromów dokonywanych na Ormianach. Większość z nich (ale nie wszyscy) szybciej lub wolniej wyleczyła się z tego naiwnego entuzjazmu. Im wojna dłużej trwała, tym dotkliwszy stawał się brak nadziei na jej zakończenie. Wreszcie wielu miało poczucie, że nigdy się nie skończy. Beznadziejność sytuacji stała się nie do zniesienia. Na frontach zachodnich walki miały przede wszystkim charakter pozycyjny, miesiącami niewiele się działo, żołnierze przebywali w okopach, często walczono zaciekle tylko po to, aby odbić z rąk niemieckich trzystumetrowy, nic nieznaczący pas ziemi za cenę ogromnych strat.  Ale najskuteczniejszym lekarstwem był znój walki, strach przed cierpieniem i śmiercią, potworne zmęczenie, głód. Niezwykłe wrażenie zrobiły na mnie losy trzech żołnierzy. Francuza, Rene Arnauda, walczącego w wojskach piechoty pod Verdun, Włocha, Paolo Monellego, strzelca alpejskiego. Obaj mają świadomość, czego dają wyraz w swych dziennikach, że ich szanse na przeżycie są niewielkie. Przejmujący jest opis, jak Arnaud na czele swego oddziału wyrusza na pierwszą linię frontu pod Verdun, gdzie mają bronić jakiegoś wzgórza. Jakże zazdrości tym, których zmieniają! Ma świadomość, że ocalenie będzie cudem. Monelli takich beznadziejnych szturmów w skrajnie trudnych górskich warunkach przeżył wiele. I trzeci z nich: Angus Buchanan, walczący w wojskach piechoty brytyjskiej na froncie afrykańskim. Jego zapiski to nie tylko opis walki, ale także trudu wędrówki w morderczym klimacie, skrajnego zmęczenia, brudu, głodu, choroby. Kolejną ciekawą sprawą są wojenne losy kobiet, które głównie pracowały w polowych szpitalach. Ale nie chcę tu pisać o tym, na co się napatrzyły. Pragnę zwrócić uwagę, że dla nich wojna była szansą na emancypację. Englund poświęca wiele miejsca na opisy przemian obyczajowych, jakie dokonały się w wyniku wojny. Zdrady, aborcje, prostytucja, choroby weneryczne, pozamałżeńskie dzieci, masturbacja, homoseksualizm, maskulinizacja kobiet wykonujących zajęcia uznawane dotąd za męskie - z tym wszystkim należało się oswoić.  Świat, nie tylko świat kobiet, już nigdy nie będzie taki, jak wcześniej. Nie ma powrotu do przedwojennego porządku. No i na koniec jeszcze o jednym. Ta wojna jawi się jako chaos, nad którym nikt nie panuje. Frontowi żołnierze wielokrotnie mają świadomość, że cele, jakie się im wyznacza, są idiotyczne i często z góry skazane na niepowodzenie. Działo się tak dlatego, że taktyka  niewiele zmieniła się od ostatniej dużej wojny (francusko-pruskiej 1870-1871), a technika wojenna zrobiła nieprawdopodobne postępy. Jedno nie przystawało do drugiego. Wielką logistyczną trudność stanowił  transport armii. Wojska z powodu braku dróg i ogromnej liczebności przemieszczały się niezwykle wolno. To kolejna z przyczyn, dlaczego ta wojna trwała i trwała. Właśnie dlatego szary żołnierz czuje się jak marionetka w rękach polityków i wojskowych strategów. Nie rozumie celowości wydawanych rozkazów, które musi wypełniać. Być może po raz pierwszy w takim stopniu wpływ na zdarzenia ma opinia publiczna: żołnierze i zwykli ludzie, którzy mają już dość tej bezsensownej, ciągnącej się beznadziejnie wojny, domagają się jej zakończenia. Przez armię przetacza się fala buntów.

I na koniec pytanie, które towarzyszyło mi podczas lektury: jak to się stało, jak to było możliwe, że po traumatycznym doświadczeniu pierwszej wojny, której pamięć była świeża, w dwadzieścia lat później wybuchła następna, jeszcze straszniejsza i trwająca równie długo.

Kończę ze świadomością, że to zaledwie ułamek moich wrażeń, refleksji i zdobytej wiedzy. "Piękno i smutek wojny" Petera Englunda to lektura obowiązkowa (albo nakazana - takie zgrabne określenie wymyślili twórcy pewnego całkiem świeżego portalu czytelniczego).

czwartek, 01 marca 2012
"Wstyd" Steva McQueena. Przejmujący.
Dziś będzie o "Wstydzie". Nie wiem, czy to przypadek, czy celowa polityka dystrybutora, ale tydzień po tygodniu zbiegły się premiery dwóch filmów o podobnej tematyce. Oczywiście myślę o "Sponsoringu" Szumowskiej i wspomnianym "Wstydzie" McQueena. Łączy je podjęcie tematu ludzkiej seksualności. Na tym podobieństwa się kończą. Tamta historia dotyczy kobiet, ta mężczyzny. Tamta pozostawiła mnie obojętną, ta przejęła. Niezwykle smutny, melancholijny film (bardziej smutny), chwilami przykry. Na szczęście obejrzałam "Wstyd" w moim ulubionym kinie, bez dresiarzy i bez popcornu, więc obyło się bez chichotów i głupich komentarzy. A okazji ku temu pewnie by nie brakowało, bo wiele tu bardzo mocnych i trudnych do zniesienia scen erotycznych. Wszystkie jednak są konieczne. Tylko tak możemy poznać i zrozumieć głównego bohatera, Brandona. Więcej zdradzać nie zamierzam. Niech niezdecydowanym wystarczy to, co napisałam plus deklaracja, że przyłączam się do tych, którzy uważają, że jest to kino bardzo dobre. Więcej refleksji w ciągu dalszym, jak zwykle dla tych, którzy "Wstyd" już widzieli. Zapraszam.