Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 28 marca 2013
Liao Yiwu "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych"

Mija prawie rok od kiedy Liao Yiwu zdobył za swoją książkę "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych" (Czarne 2011; przełożyła Agnieszka Pokojska) Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego, a ja dopiero teraz ją przeczytałam. Nie ma przecież obowiązku czytania wszystkiego, co nagrodzone, zwykle kieruję się własnym gustem, ale przyznam, że właśnie ta nagroda przyznawana w dziedzinie reportażu jest dla mnie jakąś wskazówką. (Druga, której uważnie się przyglądam, to wrocławski Angelus.) Zwykle wybieram coś dla siebie z pozycji nominowanych. Książkę chińskiego pisarza kupiłam nie od razu, potem jeszcze trochę poleżała na półce, ba, zapomniałam o niej, aż wreszcie jakoś niedawno odkryłam na nowo jej istnienie i postanowiłam nadrobić karygodny brak. Po kilku powieściach literatura non-fiction stanowi dobry przerywnik. Bez zbytnich ceregieli od razu napiszę, że jest to książka rzeczywiście świetna, poruszająca, ale i niezwykle przygnębiająca. Kolejna z lektur obowiązkowych dla wszystkich pragnących wyjrzeć poza nasze podwórko w szerszy świat. Po przeczytaniu takiej książki natychmiast powinniśmy odczuć ulgę: rzeczywistość, w której żyjemy, chociaż stale na nią narzekamy, jest po prostu rajem. Ludzkie losy, poznane dzięki autorowi, to morze nieszczęść, tragedii, rozpaczy zafundowane  przez historię.

"Prowadzący umarłych" to dwadzieścia osiem kilkustronicowych rozmów z ludźmi z nizin społecznych przeprowadzonych przez Liao Yiwu od lat dziewięćdziesiątych do dziś. Takich wywiadów autor ma na swoim koncie znacznie więcej, te, które możemy przeczytać, to wybór dokonany z myślą o zachodnim czytelniku. Podtytuł Chiny z perspektywy nizin społecznych jest nieco mylący. Owe społeczne niziny są tu rozumiane dość szeroko, bo obok kierownika szaletu publicznego, mieszkańców wsi, robotników, kasiarza, ulicznego, bezdomnego grajka znajdujemy też na przykład kompozytora, wiejskiego nauczyciela, mnicha, właściciela ziemskiego czy żonę szefa powiatu. Są to niejednokrotnie ludzie wykształceni albo obdarzeni talentami. O jakie niziny społeczne zatem chodzi? Myślę, że to, co łączy bohaterów tej książki i co pozwala zakwalifikować ich do takiej właśnie kategorii, jest wykluczenie społeczne. Trudno rozmówców autora nazwać ludźmi sukcesu. Ale warto wiedzieć, że ich wykluczenie ma rozmaite przyczyny: albo źle się  urodzili, albo wyrzucił ich poza nawias system polityczny czy społeczny panujący w Chinach. Sam Liao Yiwu również jest takim wykluczonym. Urodzony w roku 1958 jako dwuletnie dziecko omal nie podzielił losu milionów swoich rodaków, którzy umarli w wyniku panującego w kraju w latach 1958-1962 wielkiego głodu, do którego doprowadziła polityka Mao. Jak sam wspomina przy okazji jednej z rozmów, ocalał cudem. Jego ojciec został uznany przez komunistyczne władze za wroga ludu. Co to oznaczało dla niego samego i jego najbliższych, można wyobrazić sobie po przeczytaniu wielu rozmów zamieszczonych w książce. Po masakrze na placu Tian'anmen trafił na kilka lat do więzienia za wiersze poświęcone tym krwawym wydarzeniom. I chociaż autor nie pisze o sobie,  dzięki niektórym rozmówcom także i tym razem  możemy dośpiewać sobie jego więzienne losy. To w niewoli przeprowadził swoje pierwsze rozmowy, które stały się zaczątkiem cyklu. Kiedy wreszcie odzyskał wolność, wiódł życie bezdomnego, wędrownego grajka. Po raz kolejny muszę napisać jak kilku jego bohaterów. Poświęcam tyle miejsca na informacje o autorze, aby pokazać, że Liao Yiwu mógłby równie dobrze być jednym z bohaterów swojej książki. Jego historia pod wieloma względami przypomina historie ludzi, z którymi przeprowadza wywiady. Pewnie dlatego rozmawia z nimi jak równy z równymi. Nie z wyżyn reportera, nie mocą autorytetu pisarza, ale jako więzień czy uliczny grajek wędrujący z miejsca na miejsce. Dlatego pytania są proste, zadawane w najprostszy sposób. Autor często wzrusza się losem swoich rozmówców, innym razem dziwi się temu, co przeżyli, nieraz podziwia, ale nie waha się krytykować, kiedy ma do czynienia na przykład z handlarzem kobietami, kasiarzem czy  nielegalnym emigrantem (to człowiek, który dla przygody próbuje wielokrotnie nielegalnie przekraczać granicę, narażając się za każdym razem na szykany czy niebezpieczeństwo). W książce znajdujemy też świadectwo jego wędrownego życia. Każdy z wywiadów zaczyna się od krótkiej informacji o tym, kim jest rozmówca i w jakich okolicznościach autor go poznał. Zmieniają się nie tylko bohaterowie, ale właśnie miejsca spotkań. Raz będzie to górska droga, raz mała wioska, innym razem knajpa albo ulica w jednym z miast. Autor stale jest w ruchu.

Kiedy zaczęłam czytać książkę, byłam nieco zaskoczona. Pomyślałam, że medialne informacje o tych rozmowach, jakie do mnie docierały, były przesadzone. Kilka poczatkowych wywiadów to historie często zabawne, intrygujące, niesamowite, pełne magii, za sprawą bohaterów, ich podejścia do życia nawet nieco baśniowe, wszystkie dla europejskiego czytelnika nieznającego chińskiej kultury i obyczajowości niezwykle egzotyczne i interesujące. A to dlatego, że pierwszymi rozmówcami Liao Yiwu są: zawodowy żałobnik, tytułowy prowadzący umarłych (ta historia nie zakończyła się szczęśliwie), trędowaty (w rzeczywistości nie był wcale dotknięty trądem), chłopski (samozwańczy) cesarz czy mistrz feng szui. Dopiero potem się zaczyna to morze ludzkiego nieszczęścia, o którym już wspominałam. Ludzie zdegradowani przez system, poniżani, lżeni, bici, maltretowani na tak zwanych sesjach wylewania żalów czy oskarżeń, zesłani na wieś w czasie rewolucji kulturalnej, cierpiący w czasie wielkiego głodu, pozbawieni domów, wtrącani do więzień z powodów politycznych albo w wyniku fałszywych oskarżeń, a tam torturowani przez funkcjonariuszy i  sadystycznych współwięźniów,  patrzący na śmierć swoich najbliższych, napiętnowani jako wrogowie polityczni, prawicowcy czy kontrrewolucjoniści. Czytałam wiele książek traktujących o rozmaitych nieprawościach mających miejsce w różnych częściach świata, o wojnach, ludobójstwach i innych makabrach, które człowiek zgotował człowiekowi, ale tym razem miałam wrażenie szczególnego nieszczęścia i okrucieństwa. Może dlatego, że to wszystko, o czym mowa w książce, trwało latami i wcale się nie skończyło. Dzisiejsze Chiny różnią się oczywiście od tych z czasów Mao, ale przecież nadal są tu więźniowie polityczni, nadal stosuje się tortury, nadal obowiązuje cenzura, nie tylko internetu, nadal prześladuje się Tybetańczyków, a masakra na placu Tian'anmen zdarzyła się przecież w epoce nie tak bardzo odległej. Najlepszy dowód, że książka, o której właśnie piszę, nie ukazała się w ojczyźnie autora. Ten zbiór wywiadów to wprawdzie nie historia Chin, ale sporo, zwłaszcza o czasach rządów Mao, można się na ten temat dowiedzieć. Wielki głód, Wielki Skok Naprzód, rewolucja kulturalna te pojęcia powtarzają się na kartach książki niczym mantra.

Na koniec wspomnę jeszcze krótko o tym, co uderza po lekturze wszystkich tekstów. Otóż ich bohaterowie, mimo że najczęściej przeżyli w swoim życiu koszmar, stracili bliskich, cierpieli biedę, głód i fizyczny ból, przyjmują swój los z pewnym rodzajem pokory i spokoju. Nie buntują się, nie rozpaczają, po prostu opowiadają swoją historię. Niektórym po latach życie się jakoś ułożyło (podkreślam słowo jakoś), innych niestety los prześladuje nadal.

"Prowadzący umarłych" to kolejna książka, którą powinno się przeczytać, żeby wiedzieć, żeby przynajmniej poczuć empatię dla jej bohaterów i milionów takich jak oni.

poniedziałek, 25 marca 2013
"Polowanie" Thomasa Vinterberga
Dziś zgodnie z obietnicą będzie o "Polowaniu" duńskiego reżysera Thomasa Vinterberga, autora głośnego "Festen". Film jest dość agresywnie reklamowany jako thriller: zwiastuny w telewizji, plakaty na przystankach autobusowych. Taka silna akcja promocyjna nastawiona na masowego widza zawsze budzi moje podejrzenia, ale, jako że jestem miłośniczką duńskiego kina i widziałam wspomniany "Festen", musiałam zobaczyć także najnowszy film Vinterberga. Oczywiście, jak przypuszczałam, nie jest to żaden thriller, tylko trzymające w napięciu, poruszające kino społeczne. Owszem, przyznaję, są chyba dwie niespodziewane sceny jak z horroru, powodujące u widza atak strachu, ale to wszystko. Grozę wywołuje przede wszystkim sytuacja, w jakiej znalazł się główny bohater, Lucas, grany przez chyba najbardziej znanego duńskiego aktora Maksa Mikkelsena ("Tuż po weselu", "Jabłka Adama", "Wilbur chce się zabić"). Za rolę w "Polowaniu" otrzymał główną nagrodę aktorską na zeszłorocznym festiwalu w Cannes. Jest to opowieść o tym, jak pomówienie może zniszczyć życie tego, na kogo zostaje rzucone. Historia, jakich od czasu do czasu jesteśmy świadkami. Poważne oskarżenie, szlachetne intencje, pochopne wnioski, brak zaufania, bezkrytyczne uleganie emocjom i oszczerstwom, wyrok wydany. Ale to nie wszystko. O tym, co najbardziej mnie przeraziło, napiszę w drugiej części, jak zwykle przeznaczonej dla tych, którzy "Polowanie", jak ja, już obejrzeli. Pozostałych namawiam. Poruszający film, który ogląda się z prawdziwym zainteresowaniem, w napięciu i z przerażeniem śledząc losy Lucasa.
czwartek, 21 marca 2013
"Miłość" Slawomira Fabickiego
Znowu gorący okres w kinie. W ostatni weekend były przynajmniej dwa powody, aby wybrać się do kina. Jeden z nich to najnowszy film Sławomira Fabickiego "Miłość", kolejny duńskie "Polowanie". Oczywiście byłam na obu, dziś piszę o tym pierwszym, drugim zajmę w następnej notce. Nie będę specjalnie rozwodzić się we wstępie, ponieważ zdradzenie czegokolwiek z treści byłoby w tym wypadku niewybaczalnym błędem. "Miłość" to film psychologiczny, naładowany emocjami, stawiający trudne pytania, bo w trudnej sytuacji znaleźli się bohaterowie, w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Warto dodać, że nie jest to historia wydumana. Zdarzenie, z którym się skonfrontują, zmusi ich do przewartościowania swojego życia. Film pokazuje uczuciowy dramat Marii i Tomka, małżeństwa z dziesięcioletnim stażem, ich zmagania z własnymi emocjami, huśtawkę nastrojów, bezradność. Paleta emocji jest tak ogromna i tak prawdziwa, że pewnie każdy, kto nie jest żółtodziobem, kto potrafi wykrzesać z siebie odrobinę empatii, kto ma za sobą bagaż życiowych doświadczeń, rozpozna na ekranie uczucia, które zna. Jak zachowałabym się w podobnej sytuacji, to pytanie stawiałam sobie, oglądając dylematy bohaterów. Ale tytułowa miłość rozpisana jest nie tylko na Marię i Tomka, chociaż na nich przede wszystkim. W tle są jeszcze dwa inne małżeństwa i ich związki też przechodzą próbę, każdy z innego powodu. Film oglądałam z wielkim zainteresowaniem i przejęciem, losy bohaterów poruszają i drażnią, nie sposób pozostać obojętnym. Ta historia nie pozwala o sobie zapomnieć, zostaje na dłużej. Dodatkowym magnesem są świetne role Julii Kijowskiej i Marcina Dorocińskiego. "Miłość" daje pole do rozmaitych interpretacji, postawy bohaterów, ich wybory nie są jednoznaczne. To kolejna zaleta. Nikt, kto czyta te słowa, nie ma już chyba wątpliwości, że na ten poruszający film należy wybrać się koniecznie. A kto już widział, może skonfrontować swoją interpretację z moją. Zapraszam.
czwartek, 14 marca 2013
"Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych"

Po dość świeżo wydaną książeczkę Krzysztofa Środy o długaśnym i intrygującym tytule "Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych" (Czarne 2012) sięgnęłam z sentymentu. Skusiła mnie Armenia, po której podróżowałam w czasie ubiegłorocznych wakacji. Właściwie nie czytałam nawet specjalnie notki wydawniczej, Armenia była wystarczającym magnesem i rekomendacją. Dziwiła nieco ta druga część tytułu, ale co tam. Napiszę krótko: spodziewałam się reportażu z podróży. A co dostałam? Wspomnienia, refleksje, wrażenia, rozmyślania i te tytułowe obserwacje przyrodnicze, przede wszystkim ornitologiczne. Po prostu esej. Jeśli, czytelniku tej notki, po przeczytaniu mego wstępu sądzisz, że się pomyliłam, rozczarowałam i zostałam nabita w butelkę przez własną ignorancję, spieszę wyprowadzić cię z błędu. Nie! Nie! Nie! Ta książeczka mnie zachwyciła! Wciągnęła, uwiodła, porwała hipnotyczną siłą.

Krzysztof Środa w sposób chaotyczny i przypadkowy wspomina fragmenty swoich podróży nie tylko do Armenii, chociaż właśnie ona jest w centrum jego zainteresowania. Jest tu i Litwa, i Chorwacja, i polska wieś Olszewo, i Rumunia, i troszkę Paryża, i nawet ociupinkę Stanów, i niezrealizowana podróż do Iranu. Ciąg wspomnień wydaje się przypadkowy, chaotyczny. Wszak w taki sposób pracuje często ludzki umysł: nasze myśli skaczą dość dowolnie, jedna z drugiej wypływa dzięki jakiemuś skojarzeniu. Trafnie ujęła to Kora w rekomendacji umieszczonej na okładce książki: "Książka Krzysztofa jest jak kalejdoskop, ukochana zabawka mojego dzieciństwa.". Bo rzeczywiście wspomnienia i rozmyślania układają się w dość dowolny wzór, pojawiając w przypadkowej kolejności. Do niektórych zdarzeń, miejsc czy ludzi autor wraca kilkakrotnie, lubi opowiadać niechronologicznie, o sobie raz pisze w pierwszej osobie, innym razem w trzeciej, obserwując niczym jakiegoś anonimowego turystę. Wspomina ludzi, przede wszystkim Ormian, tych, których spotkał tylko raz, i tych, z którymi się zaprzyjaźnił. Jest wnikliwym obserwatorem, takim, którego interesuje raczej szczegół, kocha ptaki i motyle, snuje trochę rozważań historycznych, troszkę filozoficznych. Podróżuje powoli, niespiesznie, celebruje chwile i spotkania. Wraca do miejsc, do ludzi, bo jak pisze: "Wszystko powinno odbywać się jak ruch planet (...)". Dlatego lubi odwiedzać pewne miejsca w czasowych cyklach, oczekując, że wszystko, co przeżył, powtórzy się jeszcze raz. I czasem rzeczywiście tak jest, ale przecież nie zawsze. Jednak to wszystko, o czym napisałam, pewnie nie wywołałoby we mnie takiego zachwytu, gdyby nie język tej opowieści. Krzysztof Środa pisze po prostu pięknie. Jego język przyciąga, magnetyzuje, uspokaja. Nie umiem o tym pisać. Zresztą, po co gadać, trzeba przeczytać, aby zrozumieć.

No cóż, przyznam się tu do uczuć niegodnych: zazdroszczę autorowi takiej umiejętności przelewania myśli na papier i takiej wrażliwości na drobiazgi, szczegóły, mgnienia świata. Też bym tak chciała, nie potrafię. Koniecznie trzeba sięgnąć po ten niewielki zbiór esejów bez tytułów. Nie ma tu informacji o zabytkach czy turystycznych miejscach, jest za to znacznie więcej.

wtorek, 12 marca 2013
"Dzień kobiet", filmowy debiut Marii Sadowskiej

Kiedy idę na film, o którym wcześniej sporo słyszałam, czego staram się unikać, ale przecież nie zawsze się uda, zastanawiam się, czy mogę jeszcze zostać czymś zaskoczona. A jeśli jednak wszystko okaże się przewidywalne, czy przynajmniej dam się ponieść emocjom. Takie mniej więcej rozważania prowadziłam, wybierając się na "Dzień kobiet" Marii Sadowskiej. O filmie słyszałam już wcześniej przy okazji festiwalu w Gdyni i może jeszcze jakiegoś, nie unikałam też nadmiernie szumu medialnego w związku z premierą. Cóż, kino gatunkowe mieści się w określonej konwencji, z góry wiadomo, jak historia musi się potoczyć i zakończyć. Jeden sprawiedliwy, tym razem to kobieta, Halina, samotna matka, musi stoczyć walkę z potężnym przeciwnikiem, w tym wypadku swoim pracodawcą, siecią sklepów Motylek, która łamała nie tylko prawa pracownicze, ale i kręgosłup moralny bohaterki (innych też). Wiadomo, że zanim nastąpi zwycięstwo, będą przeszkody, chwile zwątpienia i załamania. Ważny temat społeczny (chodzi nie tylko o  wspomniane łamanie praw, ale także pracę w systemie korporacyjnym) ujęty w popularną formę, dzięki czemu film ma szansę na powodzenie. Jak to się sprawdza? Naprawdę dobrze. Zaskoczenia nie ma, ale ogląda się w napięciu i ze sporym zainteresowaniem. Ewolucja głównej bohaterki jest dość wiarygodna: od nieśmiałej, złapanej w pułapkę kobiety, rozdartej pomiędzy lojalnością wobec koleżanek, a obowiązkami szefowej, która uświadamia sobie, że nic od niej nie zależy, do stanowczej, silnej wojowniczki, która mówi dość i staje do boju z Motylkiem. Bohaterka wcale nie jest ideałem, jej motywacje mają osobistą, a nie szlachetną naturę. To taka zwyczajna evrywomanka, kobieta z sąsiedztwa. Świetnie rozumiemy sytuację, w jakiej się znalazła, co nie znaczy, że i my dałybyśmy się tak wodzić za nos (a przynajmniej tak nam się, naiwnym, wydaje). Kibicujemy jej. I tyle. Jest tu kilka bardzo dobrych ról. Nie tylko dwie główne (Katarzyna Kwiatkowska i Eryk Lubos), ale i drugoplanowe (na przykład Dorota Kolak czy Agata Kulesza). Czy w takim razie  to film znakomity? Nie, aż tak dobrze nie jest. Mnie drażnił puszczony w pewnym momencie wątek córki. Potem twórcy filmu przypominają sobie o nim. Poza tym zbyt wielkie nagromadzenie nieszczęść, które nękają nie tylko Halinę, ale prawie wszystkie jej koleżanki, a nawet Eryka, szefa głównej bohaterki. No i rozwiązanie finansowych problemów, w jaki sposób nie zdradzę, przychodzi w odpowiednim momencie. Trochę ten zbieg okoliczności irytuje. Mimo tych niedoróbek film naprawdę dobrze się ogląda. Wzruszyć się nie wzruszyłam, ale nie żałuję spędzonego w kinie czasu. Polecam, nie tylko tym, którzy na ekranie szukają tylko rozrywki.

czwartek, 07 marca 2013
Philip Roth "Duch wychodzi"

Nadrabiania literackich zaległości ciąg dalszy, czyli kolejne spotkanie z prozą Philipa Rotha. Wciąż mnie zdumiewa, że odkryłam go tak późno, jakieś dwa lata temu, więc mam co nadrabiać, bo to pisarz niezwykle płodny. Pod choinkę zażyczyłam sobie jego książki, dostałam trzy, jako pierwszą wybrałam "Duch wychodzi" ("Czytelnik" 2010; przełożyła Jolanta Kozak). No i nie zawiodłam się. Czytając Rotha, mam zawsze przeświadczenie, że obcuję z prawdziwą literaturą, nie tylko świetnie napisaną, mięsistą, zawiesistą, zaludnioną pełnokrwistymi postaciami, ale ważną, o czymś.

Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku  jesiennych dni w Nowym Jorku w roku 2004, w tygodniu wyborów prezydenckich. Ale tematem tej książki nie jest polityka. Wybory są o tyle ważne, o ile stosunek do nich charakteryzuje niektórych bohaterów. Poza tym pyszna scena w czasie wieczoru wyborczego, kiedy  para młodych bohaterów nieomal rwie włosy z głowy, rozpaczając z powodu wygranej Georga W. Busha, przypomina emocje, jakie polityczne starcie dwóch przeciwnych obozów wywołuje u nas. Cóż, miło pomyśleć, że i gdzie indziej wybory potrafią podzielić rodziny i przyjaciół. Ale do rzeczy, bo, jak wspomniałam, nie polityka jest tematem powieści Rotha. Co w takim razie? Starość, jej konfrontacja z młodością, ale także literatura, twórczość. Bohaterem i narratorem książki jest siedemdziesięciokilkuletni znany pisarz Nathan Zuckerman (Roth stworzył cały cykl powieści z tym bohaterem; twórczość pisarza składa się z kilku różnych cykli, które łączy albo bohater, albo temat). Po jedenastu latach samotniczego życia na prowincji, w górskiej głuszy, przyjeżdża na kilka dni do Nowego Jorku i nieoczekiwanie dla siebie zostaje wciągnięty w wir życia. Można by powiedzieć, że na nowo zachłystuje się życiem po latach uśpienia. Jeszcze trafniejsze byłoby stwierdzenie, że zachłystuje się ludźmi i to przede wszystkim ludźmi młodymi, bo letarg, w jakim tkwił przez ostatnie lata, był ucieczką właśnie od ludzi, a nie od twórczości. Konfrontacja z młodością jeszcze bardziej uświadamia Zuckermanowi, że się starzeje. Ten proces jednak dotyczy tylko  ciała, nie ducha. Przepaść pomiędzy duchem a cielesnością to dramat narratora. Myślę, że podobny dramat przeżywa wielu ludzi, którzy przekroczyli już smugę cienia. Jego psujące się ciało odgradza go od życia. Duch jest nadal młody i młodości pożąda. Zuckerman nieoczekiwanie dla siebie zaczyna pragnąć Jamie, trzydziestoletniej początkującej pisarki. Wie, że ich spotkanie jest niemożliwe, nie tylko dlatego, że ona ma męża i prawdopodobnie kochanka, ale także z powodu jego impotencji, skutku onkologicznej operacji, którą przeszedł przed laty (niczego tu nie zdradzam, tego czytelnik dowie się na pierwszej stronie). Życie na odludziu odgrodziło go od pokus świata, ułatwiło pogodzenie się z fizyczną niesprawnością, teraz uśpione pragnienia budzą się na nowo. Zuckerman chyba po raz ostatni daje się porwać złudzeniu, że jeszcze wszystko jest możliwe. Broni się przed tym pragnieniem, zdając sobie sprawę, że próba spełnienia może się skończyć w najlepszym razie rozczarowaniem, w najgorszym upokorzeniem. Jest interesujący dla Jamie jako pisarz, nie jako mężczyzna. Ona, marząca o literackiej karierze, doznaje początkowo zawrotu głowy, kiedy w jej życie zupełnie nieoczekiwanie dzięki zrządzeniu losu wkracza sławny literat. Trudno nawet powiedzieć, aby po chwilowym zawrocie głowy, jakoś specjalnie fascynowała się jego intelektem, nie, ona postanawia wykorzystać go do własnych celów (wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie chodzi o jej karierę). Jednak  nie ta niemożliwość związku z kobietą spowodowana fizyczną dolegliwością, która przecież może przytrafić się w każdym wieku, była dla mnie tak przejmująca, ale nasilające się kłopoty z pamięcią. To jest prawdziwy dramat starego pisarza. Zapominanie zaczyna wykluczać go z życia, nie daje kontroli nad tym, co się dzieje, czyni bezbronnym i  podatnym na manipulacje innych, ale przede wszystkim dziurawa pamięć zaczyna mu odbierać możliwość tworzenia. Nie fizyczny defekt, ale utrata pamięci oznaczać będzie prawdziwy kres jego życia. Przejmujące jest śledzenie, jak narrator stopniowo zaczyna sobie uświadamiać problem, jak próbuje z nim walczyć, jak w gruncie rzeczy jest bezradny i bezsilny. Starość wyobcowuje go ze świata. Drażnią go różne przejawy nowoczesności, drażni bezczelna, ekspansywna młodość dążąca do celu po trupach. Właściwie uświadamia sobie, że żyje wspomnieniami, pośród umarłych. Prawdziwie porozumieć się może tylko z Amy, starszą od niego, chorą na guza mózgu kobietą, którą przypadkowo, po latach spotyka w czasie pobytu w Nowym Jorku. Łączy ich przeszłość, wspólne spojrzenie na świat, literaturę, fascynacja pewnym nieżyjącym już od lat pisarzem, starość i choroba. Także kłopoty z pamięcią. Tylko z Amy może jeszcze znaleźć wspólny język. Z młodymi nie. To oni go odrzucają, nie chcą dostrzec w nim człowieka, traktują instrumentalnie. Jest ważny o tyle, o ile może im się na coś przydać.

Starość w powieści Rotha nie jest straszna z powodu fizjologii. Nie ma tu opisów ludzi niedołężnych, przykutych do łóżka, skazanych na pomoc innych. Jak już wspomniałam, i przypadłość Zuckermana, i choroba Amy mogą się przecież przytrafić każdemu w każdym wieku. Starość jest okropna, bo wyobcowuje ze świata, wyklucza, skazuje na samotność, niezrozumienie. A przecież, kiedy słuchamy opowieści siedemdziesięcioletniego Zuckermana, nie mamy poczucia, że obcujemy ze starcem. Przeciwnie.

Ale, jak już pisałam, to nie tylko powieść o starości. Roth zadaje w niej inne istotne pytania, to wokół nich kręci się akcja książki. Zuckermanowi nie daje spokoju znajomy Jamie, Kliman, który chce za wszelką cenę napisać biografię pewnego zapomnianego, niegdyś bardzo znanego, pisarza. Narrator jest przekonany, że biografia, która ma wywołać skandal, to tylko środek do kariery Klimana, bezczelnego, pewnego siebie, dążącego po trupach do celu, niesympatycznego typka. I tu pojawia się szereg pytań. Czy biograf ma prawo ujawniać tajemnice życia pisarza, szczególnie jeżeli żyją jeszcze jego dzieci? Czy taka tajemnica w ogóle istnieje? Na ile twórczość pisarza jest odbiciem jego życia? Na ile życie ją oświetla i tłumaczy? Czy wolno wykorzystywać niedokończone dzieło? Czy możliwe jest dojście po latach do prawdy? Zuckerman na te wszystkie pytania odpowie przecząco, ale czytelnikowi wolno zastanawiać się dalej. Czy przeszłość pisarza, spuścizna po nim może być własnością jednej osoby? Czy taka osoba może strzec pisarza przed jego czytelnikami? Dlaczego nie chce dać jego twórczości drugiego życia? Czy to ona ma prawo decydować, kto napisze jego biografię, a kto nie jest tego godzien? Na Klimana patrzymy oczami Zuckermana i Amy. Pewnie dlatego wydaje nam się wytworem współczesnego świata goniącego tylko za sensacją. Ale może jest inaczej? Może Zuckerman i Amy to przedstawiciele skostniałej przeszłości broniący za wszelką cenę pamięci o ukochanym pisarzu? Może Zuckerman w młodości, kiedy kręcił się wokół swojego literackiego idola, był też takim Klimanem? Tego nie sposób rozstrzygnąć. Roth w swojej powieści dał głos starym, dlatego młodych widzimy ich oczyma.

Świetna książka. Przejmująca, stawiająca ważne pytania. Do tego żywo prowadzona akcja: czytelnik krok po kroku odkrywa tajemnicę, balansuje pomiędzy prawdą, a wyobrażeniem, bo autor cały czas wodzi go za nos. A do tego znakomite, wnikliwe portrety kilku postaci dramatu. Rotha po prostu trzeba czytać!


wtorek, 05 marca 2013
"Za wzgórzami" - poruszający film Cristiana Mungiu

Dziś będzie trochę nietypowo: o ważnym filmie, ale krótko. Dlaczego? Otóż "Za wzgórzami" Cristiana Mungiu widziałam ponad miesiąc temu w ramach objeżdżającego Polskę przeglądu najciekawszych filmów z Nowych Horyzontów. Wtedy nie znalazłam nigdzie informacji o dacie polskiej premiery, wobec tego uznałam, że film nie wejdzie do szerokiej dystrybucji, a ponieważ miałam natłok pisania, więc nawet ucieszyłam się, że nie muszę sporządzać notki na zapas. Teraz, kiedy "Za wzgórzami" pojawiło się nieoczekiwanie na ekranach, oczywiście żałuję. Nie sposób jednak po takim czasie porywać się na dokładniejszą analizę filmu, ale ponieważ uważam, że jest to obraz ze wszech miar wart uwagi, chcę przynajmniej krótko dać temu wyraz.

Kto orientuje się, że rumuńskie kino od kilku lat święci triumfy na europejskich festiwalach (ze zdziwieniem dowiedziałam się niedawno, że w Rumunii gromadzi żałośnie niewielką widownię), temu pewnie nieobce jest nazwisko reżysera i scenarzysty w jednej osobie. To on jest twórcą przejmujących "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni". To od tamtego filmu wszystko się zaczęło, wszystko, czyli sukces rumuńskiej kinematografii. Jeśli ktoś nie widział "4 miesięcy", koniecznie musi nadrobić ten brak. Teraz jednak należy wykorzystać okazję i wybrać się do kina na "Za wzgórzami", film równie przejmujący.

Jest to historia młodej dziewczyny, Voichity, która prosto z sierocińca trafia do pobliskiego niewielkiego klasztoru, gdzieś za tytułowymi wzgórzami. Na ile jest to wyraz jej religijności, a na ile brak perspektyw i pomysłu na inne życie, a może obawa przed światem i lęk przed samodzielnością trudno ocenić. Ona oczywiście jest przekonana, że przywiodło ją tu powołanie. Ale trochę inne światło rzuca na ten wybór prośba jej nieco młodszej koleżanki. Ona też wkrótce opuści dom dziecka i za wszelką cenę chce pójść drogą Voichity, dlatego prosi ją o wstawiennictwo u mnieszek. Dziewczyna jednak wyraźnie mówi o tym, że nie ma alternatywy.

Dramat zaczyna się, kiedy do monastyru przybywa  przyjaciółka Voichity, Alina, która za wszelką cenę próbuje ją wyrwać z klasztoru. Obie dziewczyny mocują się ze sobą. Zdeterminowana Alina walczy o duszę przyjaciółki z nią samą, z mniszkami i księdzem, duchowym przewodnikiem otaczanym czcią. Buntuje się przeciwko zastanym porządkom i przeciwko decyzji przyjaciółki, która nie chce opuścić klasztoru. Zacięta w grymasie twarz Aliny jeszcze lepiej podkreśla jej upór. Dąży do celu, nie licząc się z kosztami. Wykonuje gwałtowne i chaotyczne gesty, jakby rzucała się na wodę, nie badając wcześniej dna. To, co się zdarzy, budzi nie tylko przerażenie, ale może przede wszystkim zdumienie. Im dłużej ogląda się historię zmagań Aliny, tym trudniej zaakceptować rzeczywistość pokazaną w filmie i zrozumieć, że to, co widzimy, jest w ogóle możliwe. Groza kontrastuje z sielskim, chociaż surowym otoczeniem, z prostym, spokojnym życiem mniszek, które spędzają czas na modlitwach, gospodarskich zajęciach i działalności charytatywnej. Paradoks polega na tym, że każdy chce dobrze, każdy jest święcie przekonany o swojej racji. Każdy wierzy w to, co robi. Wszystko w imię miłości bliźniego i Boga. Jedynie Voichita zdaje się być miotana sprzecznymi uczuciami. To, co boskie walczy w niej z tym, co ziemskie. Sprawiedliwość, która być może zostanie wymierzona  winnym, jest także z ziemskiego porządku, którego ksiądz i mniszki zdają się nie przyjmować do wiadomości.

To tyle moich, z konieczności tym razem, ogólnikowych rozważań. Film, chociaż długi i nielekki, oglądałam z zapartym tchem. Jeszcze raz namawiam, aby "Za wzgórzami" zobaczyć koniecznie, nawet jeśli temat wyda się komuś niezbyt atrakcyjny. Mądre, poruszające, świetne kino.