Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 29 marca 2017
Monika Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna"

Kiedy w zapowiedziach Czarnego pojawiła się książka Moniki Sznajderman "Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna" (2016), najpierw podeszłam do tej nowości sceptycznie. Kolejna książka o rodzinie. Dlaczego ktoś zajmuje mnie przeszłością swoich przodków? No i co z tego, że to rodzina szczególna, bo po matce polska, po ojcu żydowska? Mało naczytałam się opowieści o Holokauście? Mało mam ich jeszcze na tej ciągle wydłużającej się półce książek oczekujących na przeczytanie? Co nowego wniesie kolejna? Tak sobie rozmyślałam trochę niepoprawnie, dobrze wiedząc, że dalej będę sięgać po tytuły o Zagładzie. No ale potem pojawiły się znakomite recenzje, więc się złamałam. No i jeszcze nominacja do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. A propos nagrody. Po raz pierwszy zdarzyło się, że większość nominowanych tytułów albo już przeczytałam, albo mam je w swoim czytniku, więc postanowiłam szybko po nie sięgnąć. Po tej krótkiej dygresji wracam do "Fałszerzy pieprzu". Otóż rodzinna historia odtworzona i spisana przez Monikę Sznajderman jest niezwykła, fascynująca, ale jednocześnie  przejmująca i momentami bardzo dotkliwa. Tak, są tam fragmenty, a właściwie krótkie sceny, które atakują niespodziewanie i z całą mocą, a potem zapadają w pamięć, nie dają o sobie zapomnieć. Ale przede wszystkim zderzenie dwóch historii, żydowskiej i polskiej, prowokuje refleksje i pytania, na które oczywiście trudno znaleźć dobrą odpowiedź.

No bo najpierw było jak zwykle w podobnych sytuacjach - dzieciństwo Moniki Sznajderman to właściwie tylko jedna rodzina, rodzina matki, ta polska. Niezwykła babcia Maria, z domu Lachert, tak, tak, z tych Lachertów. Jej bratem był słynny architekt Bohdan Lachert, o którym pisałam przy okazji książki Beaty Chomątowskiej "Stacja Muranów". Niezwykli krewni i przyjaciele domu, nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Dlatego chociaż czasy były przaśne, na stole pojawiały się luksusowe potrawy, a mała Monika, jak to dziecko, naiwnie myślała, że tak jadają wszyscy. No ale to tylko anegdota. W tle pojawiali się też nieliczni krewni ojca. Wszyscy mieszkali za granicą, głównie w dalekiej Australii, i mieli jakieś dziwne imiona. Dopiero z czasem Monika Sznajderman zaczęła poznawać prawdę o rodzinie ojca, a w końcu, jak to często bywa, przez przypadek, postanowiła ją odtworzyć. Nie tylko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość, ale przede wszystkim, żeby przywrócić pamięć o nich, żeby zostawić  jakiś ślad. Jak to robi? Zaczyna od oglądania nielicznych zdjęć, które pozostały. Zdjęć jej żydowskiej babki Amelii, jej siostry, braci, rodziców i dalszych krewnych. Wszyscy szczęśliwi, radośni, zadowoleni, w podmiejskim domu w Miedzeszynie. Autorka zastanawia się, jak żyli, co myśleli, o czym marzyli. Bardziej domyśla się, niż wie. Patrzy uważnie na zdjęcia, z braku innych możliwości sięga do literatury, prasy, wspomnień i na zasadzie analogii wypełnia pustkę po nich, odtwarza ich przedwojenne życie. Dostatnie i szczęśliwe. Chociaż na tym szczęściu jest przecież rysa. Chociaż zasymilowani, to jednak osobni, bo Polacy trzymają się z daleka  od takich jak oni. Mimo to żyje im się dobrze. Jeszcze cały czas są nieświadomi, co ich czeka. Monika Sznajderman lubi wybiegać w przyszłość, lubi zderzać sielską przeszłość z tym, co potem. Kiedy zdarza mi się oglądać przedwojenne zdjęcia żydowskich rodzin, też o tym myślę. Lituję się nad nimi, nad ich niewiedzą. Bo Amelia nie wie, że zginie w pogromie w Złoczowie, gdzie ucieknie razem ze swoimi synami po wybuchu wojny. Jednym z nich jest ojciec autorki. Tylko on ocaleje. Ale najpierw przejdzie przez warszawskie getto, piekło Majdanka, Auschwitz i innych obozów. Jak udało mu się przeżyć? Odpowiedź na to pytanie to bardzo istotny fragment książki. Monika Sznajderman powołując się na Primo Leviego i innych autorów, pisze, że symboliczna droga z Auschwitz to zawsze suma przypadków, szczęśliwych zbiegów okoliczności, łutów szczęścia, kaprysów losu, jakiegoś spóźnienia, zaniechania. Ale nie Opatrzności. Bo skoro Auschwitz było w ogóle możliwe, to o jakiej Opatrzności można mówić? Ojciec Moniki Sznajderman, Marek, przeżył, takiego szczęścia nie miał jej dziadek, Ignacy. Zmęczony życiem w getcie, zrezygnowany, dobrowolnie, ku zdumieniu znajomych, którzy jeszcze walczyli, powędrował razem z młodszym synem, Alusiem, na Umschlagplatz. To jedno z tych przejmujących zdarzeń łamiących serce. Nie wiadomo, szli, a może jechali dorożką? Autorka przywołuje tę wyobrażoną chociaż prawdziwą scenę kilkakrotnie.

O ile po rodzinie babki Amelii jakaś pamięć pozostała, o tyle krewni dziadka Ignacego, Żydzi z Radomia, to ludzie, po których nie ma żadnego śladu, nawet w rozmaitych miejskich spisach i dokumentach. Doskonale niewidoczni, prości, zwyczajni do bólu, a przecież żyli, byli. Chcąc przywrócić ich do istnienia, autorka krąży po Radomiu, mieście, które Zagłada pozbawiła tożsamości, przeszłości. Została nieuświadomiona pustka i dziura. Te wędrówki niewiele dają, więc znowu z pomocą przychodzi jej literatura. 

Groza Holokaustu zostaje zderzona z wojennymi losami polskiej rodziny Lachertów, z której pochodziła matka Moniki Sznajderman. Kiedy jej żydowscy przodkowie ginęli w obozach, kiedy jej  żydowscy sąsiedzi trafiali do getta w Łęcznej, a potem też tam ginęli w potwornych okolicznościach, to życie Lachertów niewiele się zmieniło. Chociaż była wojna, to na lubelskiej prowincji tacy jak oni, zamożni ziemianie, nadal urządzali polowania, wystawiali konie na wyścigach, grali w brydża, urządzali przyjęcia i wykwintne obiady. Nawet jeśli z czasem robiło się biedniej, to i tak to biedniej nijak się miało do głodowych racji w getcie czy w obozie. I znowu to, co mnie zawsze tak uderza, fascynuje i przeraża. Jak to możliwe, że w tym samym czasie jedni cierpią, żyją w potwornych warunkach, w strachu, głodują, jadą w bydlęcych wagonach na Majdanek, a inni zapraszają do swojego majątku malarza, aby sportretował rodzinę? Tak było zawsze i tak jest przecież dziś. Tylko zamiast Majdanka jest  Mosul albo Aleppo, kilkanaście lat temu Srebrenica i Sarajewo.

Monika Sznajderman zadaje kolejne ważne pytania. Na ile jej polscy krewni przejmowali się losem żydowskich sąsiadów, z którymi przecież przed wojną prowadzili rozmaite interesy? Żałowali ich, litowali się nad nimi, wspominali z sympatią, w żadnym razie nie donosili, nie wydawali, nie bogacili się na majątku, który po nich pozostał. Byli przecież porządni, uczciwi, kulturalni, wykształceni. Prowadzili działalność filantropijną i społeczną. Czy mogli w takim razie zrobić więcej? Czy chcieli? Czy w ogóle przyszło im to do głowy? Byli obojętni, bo przecież zawsze obie społeczności żyły osobno. Obok siebie, ale nie razem. Żadne tam multi kulti, jak pisze autorka. Nawet ci zasymilowani, chociaż bardzo chcieli, to też im z Polakami jakoś nie wyszło. To również gorzkie spostrzeżenie Moniki Sznajderman. Pytania, na które odpowiedzi nie ma. I chociaż polska rodzina w wyniku wojny i powojennych przemian też straciła wszystko, chociaż Zygmunt Lachert, brat Bohdana, brat Marii, babci autorki, po wojnie kilkanaście lat siedział w komunistycznym więzieniu, to jednak zagłada ich świata ma się nijak do Zagłady świata żydowskiego. Bo myśmy uratowali się wszyscy, a oni wszyscy zginęli, jak mówi tytuł jednego z rozdziałów. Na koniec muszę jeszcze oddać sprawiedliwość Bohdanowi Lachertowi i jego pierwszej żonie, którzy w swoim warszawskim domu na Saskiej Kępie ukrywali wielu Żydów, o czym można przeczytać także we wspomnianej tu  książce Beaty Chomątowskiej.


środa, 22 marca 2017
Aneta Prymaka-Oniszk "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy"

Spośród długiej listy książek oczekujących na przeczytanie wyłowiłam stosunkowo świeżą - wydany jesienią reportaż historyczny Anety Prymaki-Oniszk "Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy" (Czarne 2016). Niedawno okazało się, że książka została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.  Od razu napiszę, że to rzecz niezwykle ciekawa, fascynująca i świetnie napisana. Naprawdę trudno się od lektury oderwać, chociaż niektóre fragmenty czytałam ze ściśniętym sercem, a gula w gardle rosła i rosła.

Autorka zajęła się w swojej książce stosunkowo słabo znanym faktem z okresu pierwszej wojny światowej. Otóż latem 1915 roku miliony ludzi, głównie prawosławnych chłopów, zamieszkujące wschodnie tereny Królestwa Polskiego i ziemie zaboru rosyjskiego opuściły swoje wsie i w popłochu uciekały w głąb Rosji. Stało się tak, kiedy tereny te zaczęła zajmować armia niemiecka, a Rosjanie w pośpiechu porzucali rządzone przez siebie ziemie. Po dziś nie do końca wyjaśnione zostały powody tego masowego eksodusu. Otwarte pozostaje pytanie - w jakim stopniu mieszkańcy wykonywali polecenia władz rosyjskich, a w jakim uciekali ze strachu przed Niemcami, którzy, jak głosiła plotka,  kobietom cycki obcinają i dopuszczają się innych strasznych czynów. Suche fakty są takie, że te miliony zostały ewakuowane w głąb Rosji, od Krymu po Syberię, tam zastała je rewolucja, wreszcie z końcem wojny na mocy porozumień międzypaństwowych, czasem przez zieloną granicę, uchodźcy zaczęli wracać do wolnej Polski. Tyle suche fakty historyczne. Podane w takiej formie wielkiego wrażenia nie robią. Ale kiedy za sprawą Anety Prymaki-Oniszk wgłębimy się w te wydarzenia, wrażenie będzie piorunujące. Zamiast suchych faktów obrazy, zamiast statystyk konkretni ludzie znani z imienia i nazwiska. Na początek pierwsza szokująca informacja - uciekinierów były trzy miliony, niektórzy mówią nawet o pięciu. Czytelniku tej notki, czy jesteś w stanie zrozumieć, co to znaczy, że nagle trzy miliony, a może jeszcze więcej, osób opuszcza swoje domy i wędruje do Rosji?

Więc najpierw był strach, panika, niepewność i wahanie - uciekać czy zostać? Nieliczni zdecydowali się na to drugie rozwiązanie. Większość rusza. Na chwilę. Zawsze się myśli, że na chwilę. Więc bierze się tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zresztą ile można wpakować na wóz? Ile uciągnie koń? A jeśli ktoś nie ma konia? Potem była powolna wędrówka. Zakorkowane drogi, z czasem wyczerpywały się zapasy jedzenia, brakowało wody, udręczeni pragnieniem ludzie pili wodę z kałuży, ciepłe lato przeszło w słotną jesień, a potem w zimę. Choroby, na przykład tyfus, i śmierć zbierały swoje żniwo, gubiły się dzieci, gubili się starcy, bywało, że samotne matki albo owdowiali ojcowie z bezsilności i rozpaczy porzucali jedno dziecko, aby ratować inne. Po przejściu uchodźców zostawała ogołocona i zaśmiecona ziemia, wokół kilkutysięcznych miast koczowało przez kilkanaście tygodni kilkadziesiąt tysięcy uchodźców. Powstawały organizacje pomocowe, polowe kuchnie, szpitale, sierocińce. Potem czekanie na specjalne pociągi, które rozwoziły uchodźców w głąb Rosji na miejsce osiedlenia. Koszmar podróży. Znowu zimno, bo nie ma czym opalać wagonów, często odkrytych, bo ludzie w letnich ubraniach, niektórzy bez butów. Głód, choroby i śmierć. I rozdzierające sceny - ktoś nie zdążył na stacji wsiąść z powrotem do pociągu, ktoś umierał. Wreszcie osiedlenie. Los lepszy albo gorszy. Wielu po latach idealizowało ten okres, myślało o nim z sentymentem. Autorka raczej poddaje w wątpliwość te sielskie wspomnienia. Ale jakoś się ułożyło, aż nadeszła kolejna katastrofa - rewolucja. Trzeba wracać. Bałagan przy załatwianiu formalności, niepewność, plotki, oczekiwanie na pociągi. Znowu koszmarna wielomiesięczna podróż. Te same sceny. Głód, chłód, epidemie. I wreszcie u siebie. I ... gehenny ciąg dalszy. Bo na miejscu okazało się, że nie bardzo jest do czego wracać. Domy splądrowane, spalone, więc ludzie budowali ziemianki, w których mieszkali po kilka lat. I znowu to samo - głód, epidemie, potworny chłód i ciężka, wykańczająca praca, aby jakoś żyć. Pracowali wszyscy, nawet dzieci. Jeśli ojciec nie żył, kilkunastoletni chłopcy pełnili rolę głowy rodziny albo najstarsze z rodzeństwa musiało matkować i ojcować młodszym. Te fragmenty chyba były najbardziej przytłaczające, bo tragiczne i potwornie smutne. To wszystko rozpisane jest w książce na przejmujące obrazy i losy konkretnych ludzi, które autorka śledzi dzięki pozostawionym przez nich wspomnieniom. Niektórych traci z oczu, niektórym towarzyszy od początku do końca. Mogłabym pisać jeszcze długo, ale pisanie nie zastąpi lektury.

Na koniec czas rozwikłać tytuł. Dlaczego bieżeństwo a nie uchodźctwo? Bo zjawisko to, jak pisałam, dotyczyło w dużej części prawosławnych chłopów mówiących po swojemu, czyli przede wszystkim po białorusku. Katolicy, Polacy, ziemianie czy mieszkańcy miast, którzy też uciekali, choć w mniejszym stopniu, albo byli przymusowo ewakuowani (na przykład urzędnicy, lekarze, pracownicy wyższych uczelni), uważali siebie za wysiedleńców albo wygnańców. Dlatego zamiast bieżeństwo używali terminu tułaczka. Autorka pisze, że bieżeństwo to także stan umysłu - wiara w carską propagandę, że losowi uciekinierów winni są tylko Niemcy, że nic im się wobec tego od państwa rosyjskiego nie należy, a jeśli pomoc dostają, to powinni być za nią dozgonnie wdzięczni, bo to wyraz łaski i litości, a nie obowiązek.

A na sam koniec dodam jeszcze, że reporterka poświęca też trochę miejsca na skomplikowane stosunki między Polakami a prawosławną mniejszością narodową w niepodległej Polsce. To kolejny rozdział tragedii - odrodzona ojczyzna traktowała mniejszości jak obywateli drugiej albo i dziesiątej kategorii. Wrócili, ale dawano im odczuć na wiele sposobów, że są tu niemile widziani.

Fascynująca, arcyciekawa, poruszająca książka.

środa, 15 marca 2017
Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Z Olgą Tokarczuk jakoś dotąd nie było mi po drodze. Kilka lat temu przeczytałam jedną z jej powieści, ale nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, abym miała ochotę na więcej. Nawet nie zapamiętałam jej tytułu (oczywiście teraz sprawdziłam, chodzi o"Ostatnie historie"). Od dłuższego czasu nabierałam przekonania, że powinnam przeczytać "Księgi Jakubowe" i wreszcie po namowie znajomych, kiedy tylko trafił się czas wolny, zmierzyłam się z tą monumentalną książką. Jakoś o niej nie napisałam, a teraz, kiedy już wrażenia nie tak świeże, wracać nie ma sensu, dlatego tylko ograniczę się do apelu, że naprawdę warto. Bardzo dobra, bardzo ciekawa, bardzo mięsista powieść traktująca o mało znanych, a fascynujących zdarzeniach z historii nie tylko polskiej. A piszę o tym, bo po obejrzeniu "Pokotu" Agnieszki Holland musiałam koniecznie sięgnąć po literacki pierwowzór, czyli "Prowadź swój pług przez kości umarłych" (Wydawnictwo Literackie 2009, właśnie ukazało się wznowienie). Po pierwsze chciałam wrócić do filmowego klimatu, zanurzyć się jeszcze raz w krajobrazach Doliny Kłodzkiej, a po drugie bardzo byłam ciekawa, na ile wady filmu, o których pisałam, są wadami literackiego pierwowzoru, a na ile scenariusza. Dlatego pisząc o książce, będę odwoływać się do filmu.

Na początek muszę wyznać, że powieść przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, chociaż to lektura niezbyt wesoła, bo taki jest temat tego eko kryminału, który śmiało można nazwać też feministycznym. Oczywiście nie intryga jest tu najważniejsza, to zaledwie pretekst. Bo naprawdę ta książka jest krzykiem w obronie zabijanych zwierząt, przypomnieniem, że człowiek to tylko część natury i nie może szarogęsić się na ziemi. Znajdziemy tu wszystko, o czym ostatnio głośno się mówi nie tylko w związku z filmem Agnieszki Holland. Opisy zbrodniczej działalności kłusowników, brutalnych polowań, bezduszności myśliwych, którzy wmawiają wszystkim, że ich misją jest pomaganie zwierzętom, barbarzyńskich obyczajów jak strzelanie do zwierząt z ambon. Ich  nazwa to ironia losu, bo w rzeczywistości są miejscami kaźni, z polowania czynią krwawą rozrywkę, w której zwierzę jest na z góry straconej pozycji. Podobnie jak w filmie mamy tu przekonanie, że natura kiedyś weźmie odwet na swoich prześladowcach.

Równie ważnym wątkiem jest historia głównej bohaterki, narratorki Janiny Duszejko. Filmowa Duszejko bardzo przypomina swój literacki pierwowzór. Co oczywiste w powieści to postać jeszcze bogatsza. Poznajemy jej historię, barwne życie, poglądy, przekonania, zainteresowania, dowiadujemy się, dlaczego zamieszkała w Kotlinie Kłodzkiej. Jest  ekscentryczna, niezwykła, samodzielna, pełna gniewu i złości. Boli ją los mordowanych zwierząt. Z determinacją i uporem upomina się o nie, nęka policję i straż miejską, ale odbija się od muru obojętności, a urzędnicze procedury są świetnym pretekstem, aby sprawę rozmyć. Traktowana jest jak namolna, ale niegroźna stara dziwaczka. Z takimi kobietami jak ona, starszymi, siwymi, z plastikowymi siatkami w dłoniach, nikt się nie liczy, nikt ich nie chce słuchać, a co dopiero dyskutować z nimi, brać pod uwagę ich zdanie. Co innego gdyby była mężczyzną. To w powieści podkreślane jest bardzo mocno, kilkakrotnie.

Jak wspomniałam, książka jest bardzo pesymistyczna. Nie tylko dlatego, że opowiada o mordowaniu zwierząt. Jest to też opowieść o przemijaniu i starzeniu się. Duszejko ze smutkiem wspomina miejsca i ludzi, których znała, i ze smutkiem stwierdza, że te wspomnienia są martwe i puste, jak wydmuszki. Nie ma powrotu do przeszłości. Wszystko przemija, odchodzi, zostajemy sami. Chorujemy, tracimy siły. Choroba jest bardzo obecna w powieści, w filmie prawie jej nie ma. Duszejko nękają ciężkie alergie i inne bardzo poważne przypadłości, które przykuwają ją do łóżka, także szpitalnego, na długie tygodnie. Ma świadomość, że traci siły, zmaga się z fizyczną słabością, czasem już zwyczajnie jej się nie chce. Mimo to nie lamentuje, stawia tym przykrym faktom czoła, stara się przemóc, zebrać w sobie, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć. Ale na szczęście znajdziemy też w powieści nutę optymizmu. Jej źródłem jest przyjaźń. Duszejko ma oddanych przyjaciół - Dyzia, Dobrą Nowinę, Borosa i Matogę. Wspierają ją w chorobie, w słabości, w kłopotach.

Książka, podobnie jak film, z jednej strony mocno trzyma się ziemi. Dostajemy opisy okolicy, domów, ludzi, ich problemów osobistych. Bardzo dobrze nakreślone jest prowincjonalne środowisko, w którym obraca się bohaterka. Zwyczaje, układy, zależności. Ale oprócz tego powieść ma też wymiar fantastyczny (?), mistyczny (?), magiczny (?). Te trzy pierwiastki jakoś są w niej obecne. To chyba cecha twórczości Tokarczuk, bo ta sfera jest też istotną częścią "Ksiąg Jakubowych". Duszejko to znawczyni astrologii, stale o niej opowiada, stawia horoskopy, w tym celu maniakalnie zbiera daty urodzenia, bada wpływ gwiazd na życie ludzi i na zdarzenia na ziemi. Żywi przekonanie, że człowiek stanowi część kosmosu i dlatego nic nie dzieje się przez przypadek, chociaż nie jest też tak, że na nic nie ma wpływu. Stąd też mocno obecna w powieści twórczość Williama Blake'a.

A na koniec muszę wrócić do porównań z filmem. Wszak ciekawość, jak to jest w książce, była powodem, dla którego po nią sięgnęłam. Bardzo chciałam wiedzieć, jak powieść się kończy. Czy też taką utopijną, sielankową wizją? Jest inaczej, znacznie smutniej. Jak rozwiązana zostaje zagadka? W filmie nie do końca wszystko było jasne i zrozumiałe. Literacki pierwowzór odwołuje się do klasyki kryminału. Bohaterowie gromadzą się w domu głównej bohaterki i w ten sposób wraz z nimi poznajemy rozwiązanie zagadki. Inne są też historie Dobrej Nowiny i Dyzia. Na rzecz filmu zostały mocno podkręcone. W ogóle ekranizacja jest bardziej atrakcyjna w sensie komercyjnym. Filmowy Dyzio mieszka w jakimś minimalistycznym, ale jednak designerskim wnętrzu, dom głównej bohaterki jest miły i przytulny. W powieści wszystko jest zwyczajne, nie tak powabne - Dyzio ma pokój w hotelu robotniczym, posiadłość Duszejko nadgryzł ząb czasu. A komendant, Wnętrzak i prezes? Czy tak jak w filmie są jednoznacznie źli? Tak, ale w powieści to nie razi, bo poznajemy ich jej oczami.

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po książkę Olgi Tokarczuk. Warto ją przeczytać niezależnie od tego, czy się film widziało. Tak dalece mi się spodobała, że postanowiłam kontynuować moją przygodę z prozą pisarki. Już mam w czytniku "Prawiek i inne czasy" oraz "Dom dzienny, dom nocny".

środa, 08 marca 2017
"Moonlight"
Zupełnie nieoczekiwanie dla siebie obejrzałam "Moonlight". Nieoczekiwanie, bo chociaż jeszcze przed Oskarem wiedziałam, że powinnam, bo znakomity, świetny, poruszający, to jakoś nie miałam na niego ochoty. Raz, że nabrałam przekonania, iż to kino do bólu festiwalowe, mówiąc precyzyjniej takie spod znaku Nowych Horyzontów. Jednym słowem tak bardzo artystyczne, tak bardzo poszukujące nowego języka, że nawet dla wyrobionego, chociaż zwyczajnego, kinomana nie do oglądania. Drugi powód mojej niechęci to temat. Nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o brudach życia. Cóż, czasem mi się nie chce. W końcu jednak wybrałam się na "Moonlight" do kina, a to dlatego, że mimo szczerego zamiaru nie wybrałam się na film o Marii Skłodowskiej-Curie, bo go tak schlastano. A że bardzo chciało mi się kina, poszłam na "Moonlight", który nabrał chyba pooskarowego rozpędu. Żeby usiąść na przyzwoitym miejscu w moim ulubionym kinie, bilet musiałam zarezerwować, sala była pełna, nikt nie wyszedł. A ileż to razy siedzę na pustawej widowni. Poszłam i teraz wiem, że byłam głupia, bo niewiele brakowało, a przegapiłabym naprawdę piękny, poruszający i mądry film. Dlatego piszę, żeby zachęcić, odczarować. Ta składająca się z trzech wyraźnie zaznaczonych części opowieść o czarnoskórym Chironie mieszkającym w jednej z gorszych dzielnic Miami to zwyczajny film, żadnego przerostu formy nad treścią. "Moonlight" łączy w sobie wątek społeczny, obraz życia ubogiej, wykluczonej czarnej społeczności, opowieść o człowieku wyobcowanym, nieprzystosowanym, wrażliwym, pogubionym, samotnym, poezję i zadumę. To kino, gdzie wiele dzieje się gdzieś pomiędzy. Ważne są gesty, spojrzenia, obraz. Takie też jest zakończenie, które przynosi katharsis, ale niczego jednoznacznie nie rozstrzyga. Piękny, mądry, poruszający film. A kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
środa, 01 marca 2017
"Pokot"

"Pokot" Agnieszki Holland to jeden z tych filmów, na które niecierpliwie czekałam. O tym, że reżyserka wzięła się za ekranizację powieści Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", było wiadomo od dawna choćby dlatego, że z głównej roli zrezygnowała Stanisława Celińska, która swoje dotychczasowe aktorskie życie usiane w znakomitej większości rolami bardzo trudnymi postanowiła zamienić na żywot pieśniarki. Z sukcesem. Dlatego główną bohaterkę, emerytowaną panią inżynier dorabiającą uczeniem angielskiego, Janinę Duszejko zagrała nieznana szerszej publiczności Agnieszka Mandat. Napisałam nieznana szerszej publiczności, ale doskonale kojarzona przez miłośników teatru z ról w krakowskim Starym Teatrze, między innymi w spektaklach Krystiana Lupy.

Kiedy "Pokot" trafił do głównego konkursu tegorocznego Berlinale, zrobiło się o nim bardzo głośno, po pierwszych pokazach szum był jeszcze większy, a Srebrny Niedźwiedź zrobił swoje. Jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, najpierw medialny hałas układa się w jednobrzmiący pochwalny hymn, dopiero po premierze daje się z niego wyłowić głosy krytyczne. Co o tym myślę, teraz, kiedy "Pokot" już obejrzałam? Mam wrażenie, że to taki film, który albo kupuje się w całości, mimo że po seansie, a nawet w trakcie, widzi się jego wady, albo nie idzie się w ogóle za filmową opowieścią i wtedy wszystkie niedomagania tym bardziej kłują w oczy. Ja dałam się uwieść, mimo że nie jestem bezkrytyczną miłośniczką kina Agnieszki Holland. Co mnie uwiodło?

Przede wszystkim atmosfera, klimat, nastrój. To zasługa cudownych zdjęć Doliny Kłodzkiej autorstwa Jolanty Dylewskiej i Rafała Paradowskiego. Tak pięknych, magicznych, że natychmiast uległam złudzeniu, iż mogłabym zamieszkać w tym pięknym, poniemieckim domu na odludziu, gdzieś na zboczach kotliny, w miejscu, do którego zimą trudno dotrzeć. Ja, człowiek miasta, który musi mieć sąsiada za ścianą. Tak działa magia filmu! Przecież w rzeczywistości nie wytrzymałabym tam tygodnia, a w tym samotnym domu umarłabym ze strachu na dźwięk pierwszego lepszego szelestu. Znakomita jest też muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza. Świetnie buduje nastrój grozy, niepokoju, tajemniczości.

Równie istotny jest dla mnie przekaz filmu, który broni lekceważonych i dyskryminowanych słabszych - przede wszystkim zwierząt, ale też kobiet, ludzi starych czy wszelkiej maści dziwaków. Główna bohaterka, Janina Duszejko, a właściwie Duszejko, bo, jak mówi, ignoruje swoje imię, jest tak właśnie traktowana przez otoczenie - stara wariatka, nie ma chłopa, dlatego oszalała na punkcie zwierząt. Uprzykrza tylko życie miejscowym myśliwym, wśród których jest władza, biznesmeni, ksiądz. Składa skargi, doniesienia, które można skutecznie lekceważyć, no bo co nam zrobi. Przecież szkodliwość czynu znikoma, sprawcy i tak się nie wykryje, a każdy każdego tu zna, ręka rękę myje. I nawet ksiądz mówi, że mamy czynić sobie ziemię poddaną, a przykazanie nie zabijaj dotyczy ludzi, nie zwierząt. Kto by się przejmował tą starą, siwą kobietą, która wygląda czasem jak czarownica. A przecież ona nie jest stara! A że nie farbuje swoich długich włosów? Jej sprawa. Na ekranie  Agnieszka Mandat czasem rzeczywiście przypomina czarownicę, wiejską babę, innym razem jest piękna. Trudno też pozostać obojętnym na bardzo sugestywne obrazy ściganych, zabijanych zwierząt, lisów więzionych w klatkach, hodowanych na futra. Temat jest mi bliski od dawna, od lat śledzę to, co się wokół polowań dzieje, a wydaje się, że teraz znalazło to wszystko jakąś potworną kulminację. Projekty zmian w prawie łowieckim, jeszcze gorsze niż do tej pory, choć trudno to sobie wyobrazić, masowa wycinka drzew, smog, który nie pojawił się tej zimy, chociaż można odnieść takie wrażenie, no bo wreszcie zaczęto bardzo głośno o nim mówić. Tak, "Pokot" idealnie wstrzelił się w czas, ale przecież te problemy istniały od dawna, kto chciał słyszeć, ten słyszał. Nie przypadkiem książka Olgi Tokarczuk została wydana kilka lat temu (2009). A i Agnieszka Holland pracowała nad swoim filmem nie od wczoraj.

Uwiedziona bliskim mi przekazem i sugestywną atmosferą, dostrzegam mielizny filmu. Mniej przeszkadzają mi czarno-biali bohaterowie, którzy w większości są tu albo jednoznacznie dobrzy, albo jednoznacznie odpychający, wstrętni, bezwzględni, źli. Nawet próba zniuansowania wypada mało przekonująco (dziewczyna zwana przez Duszejko Dobrą Nowiną). Podobnie ma się rzecz z pewnymi rozwiązaniami fabularnymi, które z realizmem niewiele mają wspólnego (poszukiwanie zaginionych psów w lesie nocą razem z uczniami - przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy to nie sen). Taka jest konwencja "Pokotu", który stanowi mieszankę baśni, ballady  (natura bierze odwet na złym człowieku), chyba komiksu (trochę gapowaty, trochę superbohater Dyzio grany przez Jakuba Gierszała), thrillera i kryminału. No i właśnie kryminał wypada tu najsłabiej, i o to mam największe pretensje. Dojście do prawdy pokazane jest bardzo nieprzekonująco, pojawia się trochę jak deus ex machina, nie wiadomo skąd. Dlatego nie wszystko jest jasne. Nie wiem, jak to wygląda w powieściowym oryginale, bo go nie znam, ale teraz mam na to coraz większą ochotę. Ciekawa też jestem, na ile w powieści zniuansowani są bohaterowie. Cóż, trzeba przeczytać.

A o filmie mimo tych zastrzeżeń nadal myślę. Tak właśnie  lubię.