Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 28 marca 2018
"Wieża. Jasny dzień"

Na debiut filmowy Jagody Szelc "Wieża. Jasny dzień" szłam z jednej strony z ciekawością, z drugiej z duszą na ramieniu. Ciekawość, bo reżyserkę okrzyknięto nowym, niespotykanym, intrygującym głosem polskiej kinematografii, film zbierał i zbiera świetne recenzje, Jagoda Szelc dostała w Gdyni nagrodę za debiut i scenariusz, Paszport Polityki, a w Berlinie jej film pokazywany był w sekcji Forum. Mało? Mimo zachwytów i splendorów na ramieniu siedziała mi dusza, bo obawiałam się, że może to być kino udziwnione, arthousowe, jak niektórzy mówią - festiwalowe. Jednym słowem takie, gdzie forma o dziesięć pięter przerasta treść, co do ekstazy doprowadza krytyków, a zwykły widz nie rozumie tych zachwytów albo głosuje nogami. Na szczęście tym razem obawy się nie sprawdziły! Chociaż nie jest to może do końca moja poetyka, to jednak film oglądałam z zapartym tchem, cały czas czekając na to, co się zdarzy, a że zdarzyć się musi, przekonuje widza sugestywna muzyka i rozsiane, najpierw z rzadka, potem coraz częściej, tropy z zupełnie innej, nierealistycznej bajki. Bo "Wieża. Jasny dzień" to pozornie zwyczajna opowieść o rodzinie, która spotyka się z okazji pierwszej komunii. Zapis kilku dni poprzedzających uroczystość i samego święta. Ale to rodzinne, realistyczne kino miesza się z thrillerem, niektórzy twierdzą, że blisko mu do Larsa von Triera czy baśni. I rzeczywiście jest tu coś z ducha "Melancholii". Ten film niekoniecznie działa na emocje, jest bardziej zagadką, szaradą do rozwiązania. Zmusza do namysłu i główkowania, daje pole do interpretacji. A więc zachęcam, a nawet uważam, że koniecznie zobaczyć trzeba, chociaż obawiam się, że niestety "Wieża. Jasny dzień" nie zawojuje masowej widowni. Nieprzekonanych przekonuję, że film naprawdę świetnie się ogląda, jest też piękny wizualnie, kręcony w plenerach Kotliny Kłodzkiej. A kto już widział, może czytać ciąg dalszy. Zapraszam.

niedziela, 25 marca 2018
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz "1968. Czasy nadchodzą nowe"

Pięćdziesiąta rocznica wydarzeń marcowych spowodowała wysyp książek przywracających pamięć o tamtych zdarzeniach. Kupiłam już sobie "Księgę wyjścia" Mikołaja Grynberga i zamierzam wkrótce przeczytać, ale na pierwszy ogień poszła inna pozycja - "1968. Czasy nadchodzą nowe" Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza (Agora 2018). Zwabiona tematem i nazwiskami autorów sięgnęłam po nią, właściwie nie sprawdzając, o czym tak naprawdę jest. Kojarzyła się jednoznacznie - rok 1968, czyli marzec, czyli Polska. Tymczasem to nie jest rzecz tylko o marcu ani tylko o Polsce. To po prostu trzecia z cyklu książek Agory mająca w tytule ważny, przełomowy rok. Skonstruowana według tego samego wzorca - podzielona na dwanaście rozdziałów odpowiadających miesiącom. Każdy rozpoczyna się cytatami z prasy z tamtego czasu, potem jest reportaż historyczny. Seria zapoczątkowana została znakomitą pozycją Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój", potem ukazała się książka o roku 1956 Piotra Bojarskiego, poznańskiego reportera Wyborczej, która przeszła bez echa. Z ciekawości poszperałam w internecie w poszukiwaniu recenzji, nie ma ich wiele. Przejrzałam jedną z portalu HISTMAG. Jak pisze autor, Piotr Przeperski, rzecz jest nierówna, ma momenty znakomite, ale i słabsze. Mniej więcej to samo mogę powiedzieć o zbiorze Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza.

Pomysł, aby reportaże opowiadały nie tylko o Polsce, ale i o sprawach światowych, głównie jednak europejskich, wziął się zapewne stąd, że rok 1968 to data ważna nie tylko w naszym kraju. To rok buntu młodzieży, czas rodzenia się kontrkultury, ruchu hipisowskiego, ale także zastrzelenie Martina Lutera Kinga w Stanach. Trudno te tematy pominąć, ale z drugiej strony może zabrakłoby materiału na dwanaście ciekawych reportaży z Polski. W końcu rok 1968 to nie 1945.

Zaczęłam czytać z wielkim zainteresowaniem, potem bywało różnie. Bardzo ciekawy jest tekst o rodzeństwie, które ojciec Polak w obawie przed amerykańskim zepsuciem wysłał ze Stanów do dziadków do Polski ("Grupa Brudasy atakuje Gliwice"). Opowieść szalona, kolorowa, ale bardzo smutna. Szkoda tylko, że właściwie tak niewiele wiemy, jak potoczyła się dalsza historia młodych ludzi, którym przetrącono życie. Bardzo ciekawa jest także opowieść o Beatlesach ("Revolution. Historia ewolucji"), przejmujący reportaż o Januszu Szpotańskim i jego "Cichych i Gęgaczach", wstrząsający o inwazji na Czechosłowację ("Na krzyżówce. Polska okupacja"). Cezaremu Łazarewiczowi (To jego tekst, byłam na spotkaniu z autorem, na którym wspominał o tym.) udało się odkryć potworną historię zbrodni polskiego żołnierza w czeskim Jiczinie. Są też oczywiście reportaże nawiązujące do wydarzeń marcowych w Polsce. Oprócz wspomnianego już o Januszu Szpotańskim, jeden bardzo smutny ("Trzy siostry i Danek. Historia rodzinna") - historia zapoczątkowana manifestacjami studenckimi po zdjęciu "Dziadów", dwa inne ("Droga do Hollywood", "Sosnowiec. Najpiękniejsze miejsce na świecie") opowiadają o rozpętanej przez władze nagonce antysemickiej i jej skutkach. Natomiast zupełnie nie rozumiem, po co reportaż "Drezdenko. Mistrz gospodarności". Owszem, obnaża absurdy tamtej rzeczywistości, ale chyba szkoda na niego miejsca w tej książce. Skoro już autorzy wypłynęli na światowe wody, to dlaczego pominęli zastrzelenie Martina Lutera Kinga? Wolałabym też przeczytać więcej o rozruchach we Francji (jest tylko jeden tekst "Paryż. Jak zrobić rewolucję, mając 16 lat"), bardzo ciekawy. Natomiast mało odkrywczy i trochę za gładki, bo unikający wszelkich kontrowersji, wydaje mi się reportaż o Polańskim i morderstwie popełnionym w jego domu. Oczywiście interesujące są fragmenty artykułów prasowych, bo oddają klimat epoki, hipokryzję władzy. Tym razem zostały zestawione z cytatami z dzienników Stefana Kisielewskiego, Jarosława Iwaszkiewicza i Sławomira Mrożka. To znakomity pomysł, szkoda tylko, że tak ich wyimków niewiele.

Trochę sarkam, ale książkę na pewno warto przeczytać. Nie jest na miarę pierwszego tomu cyklu, reportaży Magdaleny Grzebałkowskiej, ale Winnicka i Łazarewicz to w końcu para uznanych reporterów i spod ich pióra byle co nie wychodzi. A takie książki jak ta o Przemyku na kamieniu się nie rodzą. 

środa, 21 marca 2018
"Bliskość"

Nie jest łatwo obejrzeć znakomicie przyjęty debiut Kantamira Bałagowa "Bliskość". W pierwszym tygodniu grania tylko seanse późnowieczorne, w tym konkuruje z corocznym przeglądem kina hiszpańskiego, więc właściwie pojawia się i znika. Ale udało się i tak, jak przeczuwałam, wreszcie wyszłam z kina usatysfakcjonowana. Oczywiście nie jest to kino dla każdego. Film mroczny, przytłaczający, brudny. Nie zaleca się wizualną urodą. Kręcony w ciasnych, ciemnych wnętrzach, skupiony na detalu, twarzach bohaterów. Jakby tego było mało, wąskie kadry powodują, że widz jeszcze bardziej czuje się przytłoczony. Reżyser pokazuje świat bez upiększeń. Północny Kaukaz, Nalczyk - stolica Republiki Kabardyjsko-Bałkarskiej, koniec lat dziewięćdziesiątych. Akcja rozgrywa się w środowisku tamtejszych Żydów. Główną bohaterką jest nieposkromiona, harda Ilana ( w tej roli znakomita Daria Żowner), chłopczyca, która chce żyć po swojemu, nie daje się wtłoczyć w dawno ustalone koleiny. Buntuje się, nie chce zaakceptować tego, że jako kobieta z góry stoi na gorszej pozycji. Kiedy rodzina zostaje dotknięta tragedią, staje przed wielkim dylematem. Kto nie boi się takiego kina, kto nie szuka w kinie rozrywki, ten powinien "Bliskość" zobaczyć. I jeszcze jedno. W filmie jest jedna, ale długa, bardzo mocna scena - fragment dokumentu z wojny czeczeńskiej. Ja zamknęłam oczy. Więcej refleksji w drugiej części. Dla tych, którzy film już widzieli. Zapraszam.

niedziela, 18 marca 2018
"Nić widmo"

Filmów potencjalnie wartych zobaczenia tyle, że trudno nadążyć. Ta okoliczność plus wyjazdy sprawiły, że oglądam chaotycznie. Trochę nadrabiam zaległości, trochę trzymam rękę na pulsie i idę na jakąś nowość. "Nić widmo" już od jakiegoś czasu jest na ekranach, a ja dopiero teraz wybrałam się na nią i to dlatego, że namówiła mnie koleżanka. Recenzje były świetne, ale wszystkiego obejrzeć nie sposób, coś trzeba odpuścić, więc padło na "Nić widmo". Cóż, teraz okazuje się, że słusznie. Pewnie lepiej było iść na "Lady Bird" albo na "W czterech ścianach życia", film o wojnie w Syrii.

Napiszę to po raz kolejny - wyrosłam z takiego kina. Za dużo się  w życiu naoglądałam i dlatego szkoda mi czasu na film piękny jak bombonierka, znakomicie zrobiony, estetycznie wysmakowany, ze świetnym aktorstwem, nawet z głębokimi portretami psychologicznymi, ale taki, który mnie nie poruszy. Obejrzałam, wyszłam z kina i poza twarzami Daniela Day-Lewisa, Vicky Krieps (Alma) i Lesley Manville (Cyril) nic mi więcej nie zostało. Nie ma między nami chemii. Ale rozumiem, że wielu widzom ten weekendowy film może się spodobać. Chociaż uwaga! Na pewno nie jest to propozycja dla kogoś, kto lubi szybką akcję. Tu tempo jest powolne, kamera kontempluje twarze aktorów, ich miny, gesty, skupia się na detalach. Niewiele się dzieje. Toczy się psychologiczna gra między trojgiem bohaterów Reynoldsem Woodcockiem, projektantem i właścicielem londyńskiego domu mody, w którym ubierają się arystokraci, koronowane głowy i śmietanka towarzyska, Almą, kochanką i modelką, która za jego przyzwoleniem, a nawet wyborem, wdziera się w jego życie i burzy mu spokój, oraz Cyril, siostrą głównego bohatera toczącą cichą wojnę z Almą o rząd dusz nad Reynoldsem i wpływy w firmie.

On, skupiony na sobie, na swojej sztuce i pracy, egocentryk, obracający się w wyższych sferach traktuje kochankę instrumentalnie. Daje jej tyle, ile sam chce, do perfekcji doprowadził kontrolowanie wszystkiego, co dzieje się wokół. Ona, dziewczyna nie z jego sfery, kiedy ją spotkał, była kelnerką, chce więcej, chce go tylko dla siebie. Okaże się godnym przeciwnikiem. No i jest jeszcze siostra, dotąd numer jeden w życiu Reynoldsa i numer dwa w firmie. Dlatego Alma musi toczyć podwójną grę. Trzeba przyznać, że robi to subtelnie, perwersyjnie, po mistrzowsku. Można powiedzieć, że i ona w dziedzinie zdobywania mężczyzny staje się artystką. Nie, nie taką, jak może sobie wyobrażać czytelnik tej notki, który nie widział filmu. Nie o trywialne metody tu chodzi, nie o zwyczajne damsko-męskie gry. A i Reynolds zdaje się w pewnym momencie świadomie uczestniczyć w tym spektaklu. Niestety, mnie to w ogóle nie obchodzi. Owszem, obejrzałam z przyjemnością, ale potem miałam poczucie straconego czasu. Ale kto lubi takie kino, niech śmiało idzie. A jutro wybieram się z tygodniowym opóźnieniem na "Bliskość", którą nie jest łatwo złapać, i mam nadzieję na prawdziwe, mocne, poruszające, brudne kino, a nie filmową błyskotkę.

PS. Kiedy, jak zawsze w trakcie pisania, weszłam na stronę Filmwebu, aby sprawdzić nazwiska, zerknęłam na początek recenzji Michała Oleszczyka. Według niego jest to gotycka postlacanowska komedia o erotycznej represji i męskim autyzmie. pada też nazwisko Junga i przywołana zostaje jego teoria. Co do męskiego autyzmu i erotycznej represji zgoda. Resztę pozostawiam znawcom Lacana i Junga. Może oni będą czerpać z "Nici widmo" prawdziwą radość. Mnie daleko do takiego wyrafinowania.

środa, 14 marca 2018
Wioletta Grzegorzewska "Stancje"

Tak się złożyło, że nie przeczytałam pierwszej, bardzo głośnej prozy Wioletty Grzegorzewskiej (piszę prozy, bo Grzegorzewska od dawna znana jest jako poetka), za to zachęcona bardzo pozytywnymi opiniami sięgnęłam po wydaną na przełomie lata i jesieni mini powieść "Stancje" (W.A.B. 2017). Wystarczyło sobotnie popołudnie i wieczór, aby ją pochłonąć. Tak bardzo dałam się uwieść tej książce, że natychmiast kupiłam "Guguły". To zaleta posiadania czytnika, ebook mam od razu, nie wychodząc z domu.

"Stancje" można traktować jak kontynuację pierwszej książki, ale przeczytanie ich w pierwszej kolejności niczego im nie ujmuje. Zatem do rzeczy. Bohaterką i narratorką tej niewielkiej powieści jest Wiola, która w październiku 1994 roku przyjeżdża do Częstochowy z niewielkiej wioski położonej w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, aby zacząć studia na polonistyce. Ponieważ nie dostaje akademika, bo zgodnie z przepisami może dojeżdżać, tuła się po tytułowych stancjach. Kiedy myślę o powieści Grzegorzewskiej, przypomina mi się Lucy, bohaterka książki Elizabeth Strout "Mam na imię Lucy". Chociaż wiele je dzieli, choćby wiek i okoliczności, w jakich opowiadają swoje historie, to jedno łączy - ubogie dzieciństwo spędzone na prowincji i jego konsekwencje. Wyobcowanie, poczucie, że jest się kimś gorszym i samotność. O ile jednak na historię Lucy pozostałam doskonale obojętna, nie potrafiłam się nią przejąć (uczciwie przyznaję, że chyba jestem w mniejszości, wokół słyszę same zachwyty), o tyle losy Wioli poruszyły mnie niemal od pierwszych stron. A tego właśnie między innymi oczekuję od literatury - żaru. Nie lubię, kiedy historie bohaterów mnie nie obchodzą, kiedy po skończeniu książki, odkładam ją i natychmiast zapominam. Co sprawiło, że tak bardzo pochyliłam się nad losami Wioli?

Oczywiście to zasługa autorki, jakiejś dziwnej alchemii, która rodzi się między powieściowym światem a czytelnikiem. Raz to działa, a innym razem nie. Tym razem zadziałało. No bo przecież wszystko już było, takie historie też. A jednak współczuję z Wiolą. Tak, tak ma być - z zamiast jej. Czuję jej osamotnienie, ciężar podejmowanych decyzji, jest mi zimno, kiedy czytam, jak marznie w hotelu robotniczym Wega, ściska mnie z głodu, kiedy kładzie się spać bez kolacji,  wzdrygam się z obrzydzenia, kiedy je chińską zupkę zalaną wrzątkiem. Wędruję z nią jesiennymi, szarymi, ciemnymi ulicami Częstochowy. Zaglądam  w każdy kąt miasta, ale jak ona pozostaję na zewnątrz, z boku.

Wiola jest wyobcowana i bardzo samotna. Niemal nikogo tu nie zna, trudno też o bliższe relacje z koleżankami i kolegami z roku, jeśli nie ma się pieniędzy na przyjemności, a głupio się do tego przyznać. Dobrze pamięta upokorzenie, jakiego kiedyś doznała od Piotrka, który teraz się nią interesuje. Dlatego w oczach innych uchodzi za odludka. Kiedy nie dostaje akademika, musi podjąć decyzję - zostać czy wracać do domu i podjąć pracę sekretarki. Jeśli zostać to gdzie? Przecież pieniędzy ma tak niewiele. Dlaczego zostaje? Bo chce spotkać pana Kamila, doktoranta etnologii, który słuchał opowieści jej dziadka, zbierając materiały do pracy naukowej. Zakochała się w nim. Woli uganiać się za mirażem, niż zainteresować się Piotrkiem, który kiedyś ją upokorzył.

Świat powieści jest  realistyczny, ale sporo tu też z poetyki baśni i snu. Niby wszystkie miejsca, do których trafia bohaterka, są realne, niby wszystko, co ją tam spotyka, mogłoby się zdarzyć, niby wszystkie spotkane osoby są jak najbardziej z krwi i kości, a jednak często miałam poczucie, że to senne majaki. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, często wojenną, życie w mieście ze wspomnieniami z dzieciństwa i domu rodzinnego. Intensywnie pracuje bujna wyobraźnia Wioli. Kiedy jednak zastanawiam się, czy to wszystko rzeczywiście się jej przydarza, czy to przypadkiem nie wytwór jej wyobraźni, czy to samotność nie doprowadziła jej na skraj obłędu, wtedy zawsze jednak znajduję coś, co mocno kotwiczy jej historię w rzeczywistości.

Wiola jest trochę jak trzcina na wietrze. O jej losach często decyduje przypadek. Spotkana osoba, jakieś zdarzenie, splot okoliczności, czasem niezwykłych. Na to, co robi, co myśli, czym się zajmuje, mają wpływ inni ludzie. Zagarniają ją dla siebie, wykorzystują, wplątują w swoje życie. A jednak powoli wybija się na niepodległość, zaczyna panować nad swoim losem, odzyskuje siebie i swoje ciało, dojrzewa. Te trzy lata studiów wprowadziły ją w dorosłość i na koniec jest w stanie podjąć świadomą decyzję, chociaż jej konsekwencje na pewno są dla niej bolesne. Co się wydarzy dalej, nie wiem. To historia otwarta, jak życie. Chociaż smutna, to jednak jakoś optymistyczna.

środa, 07 marca 2018
Arundhati Roy "Bóg rzeczy małych"

Właściwie nie wiem, dlaczego nie zainteresowałam się powieścią Arundhati Roy "Bóg rzeczy małych" (Zysk i S-ka 2017; przełożył Jerzy Łoziński)  wtedy, kiedy została wydana. Wydana po raz pierwszy, czyli chyba w roku 1997,  w tym samym wydawnictwie, w innym tłumaczeniu, a tłumaczenie jest tu istotne, bo język tej powieści jest szalenie ważny i myślę, że byle jaki przekład mógłby jej wiele ująć. Mnie się to tłumaczenie podoba, chociaż znalazłam kilka gramatycznych i stylistycznych potknięć takich, że aż oczy bolą, ale tego typu błędy  powinna wyłapać redakcja czy korekta, a z tym, jak wiadomo, coraz gorzej. Nie wiem, jaki był poprzedni przekład Tomasza Bieronia, nie wiem, który z tłumaczy jest bardziej ceniony. Kiedy zaczęłam szukać jakichś informacji na ich temat, wyskakiwało tylko morze stron odnoszących się najczęściej krytycznie do przekładu  "Władcy pierścienia" zrobionego przez Łozińskiego. Jak wiadomo, dla zagorzałych wielbicieli Tolkiena istnieje tylko jedna tłumaczka - Maria Skibniewska, chyba, że coś się zmieniło. Co ciekawe, w internecie ślad po poprzednich wydaniach został tylko na blogach, no i na allegro znalazłam dwie starsze okładki.

Dlaczego jestem zdziwiona, że odkryłam książkę Arundhati Roy tak późno, właściwie trochę przy okazji wydania jej najnowszej powieści, a trochę z innego powodu? Ponieważ, jak już kiedyś wspomniałam, od czasów młodości interesują mnie Indie, a to zainteresowanie zawdzięczam właśnie literaturze. Pierwotnie mój obraz tego kraju był bardzo naiwny, romantyczny i wyidealizowany, z czasem, z kolejnymi lekturami, zmienił się mocno. A to, co znajdziemy w "Bogu rzeczy małych", jest bardzo mroczne. Akcja powieści rozgrywa się w indyjskim stanie Kerala  na dwóch planach czasowych - w latach sześćdziesiątych, głównie pod ich koniec, i, jeśli dobrze liczę, na początku lat dziewięćdziesiątych. To historia jednej rodziny, opowieść o miłości (i mroku, aż chciałoby się dodać, bo to prawda), uprzedzeniach, różnicach klasowych, sytuacji kobiety, dzieciństwie i o tym, co mnie tak bardzo fascynuje - o niefortunnym zbiegu okoliczności, który prowadzi do tragedii. Czasem wystarczyłoby, aby wypadł  jeden klocek z tej misternej układanki zdarzeń, a wszystko potoczyłoby się inaczej, lepiej. Są też rzecz jasna sytuacje odwrotne, kiedy splot okoliczności pozwala tragedii uniknąć. Ale z tego często nie zdajemy sobie sprawy, przyjmując szczęśliwy uśmiech losu za coś oczywistego. Dość dygresji, wracam do powieści. Tłem dla wszystkich wydarzeń są oczywiście Indie. Bo powieść Arundhati Roy jest uniwersalna i jednocześnie bardzo mocno osadzona w indyjskich realiach. 

Od razu na pierwszych stronach dowiadujemy się o dramacie, jaki rozegrał się  w dość zamożnej rodzinie Koććamma pod koniec lat sześćdziesiątych. To tragiczna śmierć dziewięcioletniej Sophii, pół Hinduski, pół Angielki, która wraz z matką przylatuje z Anglii, gdzie się urodziła i mieszka, w odwiedziny do ojca Hindusa, którego nie zna, i jego najbliższych krewnych, do ich pięknego, starego rodzinnego domu. Śledząc narrację, powoli krążymy wokół tych trzech tygodni, które na zawsze, nieodwołalnie i tragicznie zmieniły losy kilku ludzi. Stopniowo dowiadujemy się coraz więcej, oglądamy zdarzenia z coraz to innego punktu widzenia, aż wreszcie odkrywamy przygnębiającą prawdę. Przy okazji schodzimy w głąb czasu i wybiegamy w przyszłość, poznajemy przeszłość bohaterów i ich dalsze niewesołe  losy oraz historię rodziny.  Akcja prowadzona jest bardzo kunsztownie - ta powieść jest jak puzzle, które cierpliwie trzeba sobie składać, krok po kroku, aby zobaczyć cały obraz. Równie kunsztowny, nieoczywisty, pełen metafor i tajemnic jest język, jakim posługuje się autorka. To sprawia, że trzeba się w tę książkę wgryźć, rozsmakować w jej języku, ale bardzo szybko lektura staje się wielką przyjemnością. Nie wykluczam jednak, że będą czytelnicy, którzy odrzucą taki sposób opowiadania, zwłaszcza język. Jeśli ktoś wyznaje zasadę, im prościej, im surowiej, tym lepiej, im mniej słów, tym klarowniej, to być może nie jest to powieść dla niego. Ja po chwili wahania, po początkowym lekkim zniecierpliwieniu, dałam się porwać.

Ale "Bóg rzeczy małych" to nie tylko fascynujący język, misternie z zegarmistrzowską precyzją prowadzona akcja. To przecież także opowieść o ludziach i ich najmroczniejszych tajemnicach. Także o społecznym i kulturowym kontekście, który z góry skazuje ich na określone role, a próbę przekroczenia dawno nakreślonych granic czyni niemożliwą. Postawienie na swoim, pójście za pragnieniami, zaznanie odrobiny szczęścia to szaleństwo, gest straceńca, za który trzeba będzie słono zapłacić. Jak podpisanie paktu z diabłem - za chwilę zapomnienia, bezgranicznego, ekstatycznego szczęścia, wieczne potępienie, cierpienie, śmierć. Ale co tam, warto. O ileż wszystko byłoby prostsze w innym społeczeństwie. Rodzina Koććamma zafascynowana tym, co brytyjskie, nie dostrzega, że z angielskości bierze tylko to, co na wierzchu. Język, którego od początku uczy się dzieci, literaturę, kulturalne kody. To próba dorównania za wszelka cenę. Jednocześnie wszystko, co angielskie, budzi podziw i jest źródłem kompleksów. To z jednej strony. Z drugiej Indie. Kasty, niedotykalni, kobieta, którą ma się za nic. Tak zawsze było i tak jest (pisząc jest, myślę o latach, w których rozgrywa się akcja). Niedotykalni i tak mają lepiej niż kiedyś. Dziadek jednego z  głównych bohaterów musiał jeszcze wycofywać się z domu rodziny Koććamma na czworakach, zamiatając miotełką ślady swoich stóp. A kobieta? Jest nikim. Jej rola została ściśle określona - przy rodzinie, przy mężu, przy dzieciach. Nieważne, co się w tej rodzinie dzieje. 

Ale głównymi bohaterami "Boga rzeczy małych" są dzieci, siedmioletnie bliźniaki - Esta i Rahel. Być może najważniejszą perspektywą w tej powieści jest perspektywa dziecka. To z ich punktu widzenia najczęściej oglądamy zdarzenia, to dziecięcym językiem opowiadany jest świat, to z dziecięcego poziomu ten świat próbujemy zrozumieć, to z niego temu światu się dziwimy. Wszystko jest prostsze, bo podporządkowane bezgranicznej miłości, granice nie istnieją, jeszcze nie ma tabu. To dopiero będzie później. Ale dzieciństwo w powieści nie jest niewinne, a właściwie początkowo jest, ale szybko zostaje zbrukane. Wciągnięte w brudny, brutalny świat dorosłych pełen kłamstw, niezrozumiałych gier. To oni przesądzą o losie dzieci.

I jeszcze jedno. Arundhati Roy w swojej powieści pokazuje najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Najniższe instynkty, bezwzględność, okrucieństwo. Odsłania jądro ciemności. Nieprzypadkowo posługuję się tym conradowskim określeniem, bo ono w książce wielokrotnie jest przywoływane. A najmroczniejszą bohaterką okazuje się postać, po której się tego nie spodziewamy. Bardzo to wszystko przygnębiające, a marne pocieszenie, jakie dostaje uważny czytelnik, też nie jest łatwe do zaakceptowania, jeśli w ogóle.

Ja jestem zdecydowanie pod wrażeniem "Boga rzeczy małych". A w czytniku mam już kolejną powieść Arundhati Roy i wkrótce po nią sięgnę.

niedziela, 04 marca 2018
Filmowe remanenty - "Jeszcze nie koniec", "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję krótko dwa filmy, które,  nadrabiając zaległości, obejrzałam w ubiegłym tygodniu.

Pierwszy, mniej znany, ale tym bardziej wart polecenia, to francuski "Jeszcze nie koniec" debiutanta Xaviera Legranda, zdobywca Srebrnego Lwa w Wenecji i innych nagród na licznych festiwalach. Przyznam, że jakoś wcześniej umknął mojej uwadze, ale bardzo dobre recenzje, sprawiły, że poszłam do kina dosłownie w ostatnim momencie, bo film zniknął już z ekranów w moim, niemałym przecież, mieście. Jest to kameralna, niespieszna, ascetyczna, niemizdrząca się do widza opowieść o przemocy domowej. Po rozwodzie rodziców toczy się w sądzie sprawa o kontakty ojca z synem, który wyraźnie oświadcza, że taty widywać nie chce. Długo nie wiemy, po czyjej stronie jest racja. Czy ten niegroźnie wyglądający mężczyzna rzeczywiście jest agresywny? Czy to może matka rozgrywając swoją wojnę z byłym mężem, manipuluje synem, nastawia go przeciwko ojcu? A może to sprytny chłopiec chce coś ugrać przy okazji? Stopniowo widz poznaje prawdę. Film jest znakomicie zagrany, także przez młodego aktora. Chociaż formalnie ascetyczny, momentami trzyma w napięciu, pozwala wczuć się w emocje osoby zaszczutej, zastraszonej, która z problemem musi radzić sobie sama. A to Francja, w Polsce jest na pewno jeszcze gorzej. Ostatnie dziesięć minut filmu to emocjonalny majstersztyk. Wstrząsający finał. Chociaż film nieefektowny, przykry, to naprawdę polecam. Szkoda tylko, że teraz, dwa tygodnie od premiery, pewnie niełatwo go znaleźć.

Drugi film to głośne "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", które pewnie tej nocy zostaną obsypane workiem Oskarów, a już przecież dostały cztery Złote Globy. Wszyscy się tym filmem zachwycają, ja obejrzałam go dopiero teraz, bo przed krótkimi wakacjami nie zdążyłam. Wybrałam wtedy "Niemiłość" Zwiagincewa, zrobiłam oczywiście słusznie, i dopiero teraz, po powrocie, stęskniona za kinem nadrobiłam zaległość. Kto miał widzieć, pewnie już widział, ale kronikarski obowiązek i przekora  każą mi jednak podzielić się garstką refleksji. Film rzeczywiście bardzo dobrze się ogląda, chociaż dotyka tematów przykrych - śmierć, utrata, zbrodnia, zemsta, poczucie krzywdy - łączy smutek może nie tyle z humorem, ile z dowcipem. Zgadzam się, że jest świetnie zrobiony, zaskakujący, chwilami nieoczywisty, znakomicie zagrany przez Frances McDormand i Sama Rockwella, ale ... No właśnie, ale gdzieś tak od połowy, chyba od pożaru posterunku policji, pomyślałam, że wszystko tu się za fajnie układa. Ja wiem, że to, co teraz piszę, jest z punktu widzenia krytyki filmowej, czy jakiejkolwiek innej, nieprecyzyjne, ale trudno mi moje wrażenia ubrać w konkret. Za gładkie jest to kino, może zbyt przekombinowane, po prostu od jakiegoś momentu staje się przewidywalne. Nie tyle dotyczy to przebiegu akcji, ale bohaterów. Wiemy już, że źli i głupi niekoniecznie okażą się rzeczywiście źli i głupi, każdy tu dostanie swoją szansę. No i ten wzruszająco szlachetny, do końca, szef policji. Brakuje mi w tym filmie prawdziwego pazura, prawdziwych emocji albo odwrotnie - takiego stopnia absurdu, jaki jest w większości filmów Coenów. Nieprzypadkowo tu ich wspominam, bo rzeczywiście, nie  tylko za sprawą Frances McDormand, dostrzegałam wyraźne pokrewieństwo między "Trzema billboardami za Ebbing, Missouri", a kinem braci. Ale tylko do jakiegoś momentu. Oni w absurd brną konsekwentnie, a tu dostajemy jednak pięknie oszlifowane, ociosane kino. Zachęcać pewnie do obejrzenia nie muszę, film ma rzesze wielbicieli. Ja się jednak z tego klubu wypisuję - obejrzałam z przyjemnością, ale i z lekkim znużeniem. Bez przesady z tymi zachwytami.