Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Woody Allen powraca do Nowego Jorku, na szczęście.
Wreszcie obejrzałam najnowszy film mojego ukochanego Woody Allena. (Celowo nie podaję tytułu, bo polskie tłumaczenie jest wyjątkowo idiotyczne. Szłam z lekkimi obawami, bo według mnie ostatni prawdziwy Allen to "Życie i cała reszta". Kolejne, te kręcone w Europie, to już nie to samo! Owszem, on nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jednak czegoś mi brakowało. Nawet "Vicki, Christina, Barcelona" pozostawiła po sobie niedosyt. Kto widział "Tajemnicę morderstwa na Manhatanie", nie mógł zachwycić się filmem "Scoop - Gorący temat", kto uwielbia, jak ja, "Zbrodnie i wykroczenia", temu marną kopią mogło wydać się "Wszystko gra". Na szczęście powrót do Nowego Jorku wpłynął korzystnie na jego twórczą formę i ten film to stary, dobry Allen, może nie z tych najwybitniejszych, ale bez wątpienia miłośnicy jego twórczości odnajdą tu wszystko, za co go kochają (a niech tam, trochę egzaltacji nie zaszkodzi). Szkoda tylko, że sam mistrz nie gra już w swoich filmach. Patrząc na Borisa (Larry David), cały czas przed oczyma miałam Woodego Allena.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Spotkanie z INNYM , czyli "Ja też" Alvaro Pastora i Antonia Naharro.
Nadrabiam kinowe zaległości. Obejrzałam hiszpański film Alvaro Pastora i Antonia Naharro "Teraz ja" pokazywany niedawno w ramach corocznego przeglądu kina hiszpańskiego, a teraz wyświetlany na zwykłych seansach. Początkowo nie miałam go w planach, przyznaję ze wstydem, ze względu na temat. Bałam się słodkiego, czułostkowego filmu. Dlaczego? Bo jego bohaterem jest trzydziestoczteroletni Daniel (świetny Pablo Pineda) cierpiący na zespół Downa. Jego wyjątkowość polega na tym, że skończył studia i podjął normalna pracę. I właśnie tam spotyka Laurę (też bardzo dobra Lola Duenas), w której się zakochuje. Ale film wcale nie jest czułostkowy. Pokazuje świat, o jakim na co dzień nie myślimy. Odsłania tabu: pragnienia człowieka z zespołem Downa, pragnienia miłości, także fizycznej. Skłania do refleksji: jak zachowalibyśmy się na miejscu Laury? Czy możliwy jest związek pomiędzy nimi? I pytania dotyczące innych bohaterów też cierpiących na te samą chorobę: na ile mogą stanowić o własnym życiu? Czy wolno odmawiać im prawa do uczuć? Jak bardzo trzeba ich chronić przed wszelkimi troskami? Czy muszą tkwić pod kloszem zamknięci tam przez troskliwych rodziców? Problemy nie są wymyślone. Scenariusz wykorzystuje historię Pablo Pinedy, który nie tylko wciela się w głównego bohatera, ale był kimś w rodzaju konsultanta. Film ogląda się bardzo dobrze, ma świetne tempo i nie przynosi na szczęście oczywistych rozstrzygnięć. Nie wolny jest niestety od jednej słabości: tajemnicza przeszłość Laury wydaje się tu pewnym naddatkiem. Widz dość szybko może się jej domyślić. Muszę jednak przyznać, że ten wątek nie jest na szczęście nadmiernie eksploatowany i twórcy uniknęli wykładania kawy na ławę. Wszystko do końca pozostaje w sferze domysłów. Warto wybrać się na ten film! A jeśli ktoś widział, może czytać dalej.
piątek, 23 kwietnia 2010
Magiczny świat Siedmiogrodu, czyli "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera
Właśnie skończyłam czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle" Eginalda Schlatnera (Wydawnictwo Czarne 2009), o której tu dwukrotnie w trakcie lektury wspominałam. Trudno było mi się rozstać z tą książką, bo jej świat pochłonął mnie swoją barwnością, magią i dziwacznością. Ale obraz malowany tylko tymi przymiotnikami nie byłby pełny: to także lektura okrutna za sprawą polityki. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych głównie w rumuńskim Siedmiogrodzie. Obserwujemy przemiany zachodzące w Rumunii po drugiej wojnie światowej, upadku Hitlera, wkroczeniu Sowietów, dojściu do władzy komunistów i wygnaniu króla Michała. To książka ciekawa choćby ze względów poznawczych. Cóż wiemy o Rumunii? A może właściwiej byłoby zapytać: o Siedmiogrodzie, który dla bohaterów powieści, rodziny Rescherów (siedmiogrodzkich Sasów), jest małą ojczyzną? Dość wspomnieć, że ledwo mówią po rumuńsku, a ich językiem jest niemiecki, a raczej jego tamtejsza odmiana. To egzotyczny świat zamieszkany przez mieszaninę narodowości: wspomnianych siedmiogrodzkich Sasów (Niemców sprowadzanych do Siedmiogrodu przez królów węgierskich od XII wieku), Cyganów, Węgrów, Rumunów i nielicznych ocalałych Żydów. Historia obeszła się bezceremonialnie szczególnie z tymi pierwszymi. Opisywane zdarzenia kończą się na roku 1951, a przecież wiemy, że potem było jeszcze gorzej. Fascynująca lektura!
niedziela, 18 kwietnia 2010
Gregor von Rezzori "Pamiątki antysemiy".
Zanim skończę czytać rumuńską powieść "Fortepian we mgle", o której wspominałam w poprzedniej notce, chciałabym wrócić pamięcią do książki, jaką przeczytałam ostatniego lata. Dlaczego? Ponieważ miejsce akcji łączy ją z moją obecną lekturą. Chodzi o "Pamiątki antysemity" Gregora von Rezzori (Pogranicze 2006, ale książka cały czas jest dostępna). Już krótki rzut oka na biografię autora pozwala domyślić się, jak barwna to postać. Był Włochem, ale urodził się w Czerniowcach w roku 1914 jako obywatel Austro-Węgier, potem z wyroku historii stał się obywatelem rumuńskim, później niemieckim, przez jakiś czas był bezpaństwowcem, aby wreszcie przyjąć obywatelstwo włoskie! Akcja jego częściowo autobiograficznej powieści, a właściwie pięciu epizodów z jego życia, rozgrywa się na Bukowinie, potem w Bukareszcie, w Wiedniu w roku 1938 i w powojennym Rzymie. Polecam!
wtorek, 13 kwietnia 2010
O książce terapeutycznej.

Miało być inaczej. W weekend wybierałam się na dwa filmy: najnowszego Allena i hiszpański "Ja też". Niestety los zmienił moje plany. Kino będzie musiało poczekać, a ja napiszę coś o książce. A ponieważ czytam teraz dość grubą powieść rumuńską ("Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera) i jeszcze chwilę potrwa, zanim ją skończę, więc przyszło mi do głowy, że w tych trudnych chwilach napiszę o książce, która dla mnie była wielokrotnie pocieszeniem, rodzajem terapii. To "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej. Niemodne? Pewnie tak. Kto dziś czyta takie powieści? Kto ma czas, aby oddać się lekturze ponad tysiąca pięciuset stron (tyle ma wydanie, które mam na półce)? Moim zdaniem warto. Kto lubi powieści-rzeki, sagi rodzinne, potoczystą, epicką, rozwlekłą prozę, kto lubi śledzić ludzkie losy, pozornie zwyczajne, ale jednocześnie cudownie zawikłane, ten powinien sięgnąć po "Noce i dnie". Ja pierwszy raz przeczytałam ją jako licealną lekturę, od razu w całości, chociaż obowiązkowe były tylko dwa pierwsze tomy. Pamiętam, że nie mogłam się od niej oderwać. Potem kilkakrotnie wracałam, najczęściej w momentach dla mnie trudnych. Pewnie jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Długo wymieniałam ją jako swoją ulubioną książkę, dziś chyba już bym tego nie zrobiła, ale nadal jest dla mnie ważna.

Zastanawiam się, jak pisać o tej powieści? Jeszcze parę lat temu, pewnie większość miłośników literatury wiedziałaby, co kryje sie na jej kartach, ale dziś? Może znana jest trochę za sprawą filmu Antczaka, a szczególnie jego wersji serialowej, która od czasu do czasu przypominana jest w telewizji? Tak na wszelki wypadek podaję, że jest to historia rodu Niechciców i Ostrzeńskich, głównie Bogumiła i Barbary oraz ich trójki dzieci. Retrospekcje sięgają jeszcze czasów Powstania Styczniowego, a akcja poowiesci urywa się w roku 1914, zaraz po wybuchu  pierwszej wojny światowej.

A teraz najważniejsze: dlaczego nazwałam ją moją powieścią terapeutyczną? Wszak jest to książka o zwykłym życiu, zmaganiach z codziennoscią, kłodach rzucanych przez los pod nogi, niespełnionych marzeniach, zawiedzionych nadziejach młodości, rozczarowaniu życiem, karmieniu się iluzjami, stracie, przemijaniu, szczęśliwej i nieszczęśliwej miłości, ale także o etosie pracy i czerpaniu radości z tego, co niesie dzień. Mogłabym tak jeszcze długo wyliczać, bo to powieść - studnia bez dna. Jednak w gruncie rzeczy pesymistyczna, o takim właśnie zakończeniu. Bywało, że zamykałam ją ze łzami w oczach (pocieszenie znalazłam, w pierwszym tomie dzienników pisarki, z którego dowiedziałam się, że jej matka, pierwowzór powieściowej Barbary, dotarła szczęśliwie tam, gdzie zmierzała; ale tak przecież robić nie wolno: powieść to nie biografia!). Więc dlaczego terapeutyczna? Pewnie dlatego, że dla mnie jest jak katharsis. Jak szczepionka, która aplikując organizmowi zarazek w małej dawce, uodparnia na chorobę. "Noce i dnie" uodparniają na życie. A poza tym, jak już wspomniałam, to bogactwo fascynujących, powikłanych ludzkich losów i tłum barwnych postaci. Odległy świat, którego już dawno nie ma. Naprawdę warto zatopić się w kosmosie stworzonym przez Dąbrowską, nawet jeśli trzeba mu oddać kawał czytelniczego czasu!

piątek, 02 kwietnia 2010
"Nowe życie" Orhana Pamuka
Ta powieść leżała na mojej półce od jesieni, cierpliwie czekając na swoją kolejkę i wreszcie przyszedł ten właściwy moment, bo po lekturze "Mostu nad Złotym Rogiem" zapragnęłam na dłużej zanurzyć się w tureckim klimacie. To czwarta książka Pamuka, jaką przeczytałam. Wcześniej były "Śnieg", "Dom ciszy" i "Stambuł". Muszę przyznać, że długo nie mogłam się do "Nowego życia" przekonać, ale im bliżej końca, tym było lepiej, a gdy dotarłam do ostatniej strony, odłożyłam ją poruszona.