Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
niedziela, 28 kwietnia 2013
"Sugar Man". Fantastyczny dokument!
Być może pisanie dopiero teraz o "Sugar Manie" to już musztarda po obiedzie, przecież od premiery minęło kilka tygodni, ale postanowiłam jednak skrobnąć parę słów, aby namówić, kogo się da, do obejrzenia tego dokumentu. Wiedziałam, że film ma świetne recenzje i wiele nagród na koncie, ale jakoś nie miałam ochoty na opowieść o zapomnianym muzyku. Może gdyby w kinach mniej się działo... Ale kiedy "Sugar Man" wszedł na ekrany, było co oglądać. Aż wreszcie przyszedł moment posuchy i postanowiłam jednak dać mu szansę. I pomyśleć, jak niewiele brakowało, a przegapiłabym tak rewelacyjny film! Naprawdę nie wiem, kiedy minęło półtorej godziny w kinie! Oglądałam niemal z otwartą buzią, a potem razem z pozostałymi widzami czekałam do końca, aż wybrzmi ostatnia nuta końcowej ballady! Wszystko w tym filmie jest świetne. I historia zapomnianego amerykańskiego muzyka, który miał wszelkie dane, aby zrobić karierę na miarę Boba Dylana, ale z niewiadomych przyczyn nie spodobał się publiczności. I konstrukcja, niemal kryminalna, bo dwóch jego fanów z RPA, gdzie nieoczekiwanie stał się niezwykle popularny, o czym nikt nie miał pojęcia, postanawia odkryć zagadkę jego śmierci. I muzyka, przyjemne dla ucha, proste, nostalgiczne ballady o życiu. Ale przede wszystkim jest to bardzo wzruszająca, niemal nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa, historia niezwykłego, skromnego człowieka: muzyka latynoskiego pochodzenia, Rodrigueza. Historia, która chwyta za serce. Przyznam się, że kiedy ostatecznie wybierałam się na ten film, raczej ciągnęło mnie miejsce akcji, RPA, niż sam bohater. Tymczasem to właśnie opowieść o nim zawładnęła mną tak mocno. Tyle w tej części, reszty zdradzić nie mogę, bo odebrałabym przyjemności komuś, kto zamierza "Sugar Mana" obejrzeć. Kończę apelem, aby zrobić to koniecznie, nawet jeśli nie jest się specjalnym fanem muzyki takiej czy innej. A kto film widział, może zajrzeć na moment do ciągu dalszego, który dziś króciutki.
czwartek, 25 kwietnia 2013
Anne Bronte "Lokatorka Wildfell Hall"

Tym razem sięgnęłam po klasykę literatury, wydaną po raz pierwszy w Polsce powieść Anne Bronte "Lokatorka z Wildfell Hall" (wydawnictwo mg 2012; przełożyła Magdalena Hume). Anne jest najmniej znaną z sióstr Bronte, przynajmniej w naszym kraju, nie wiem, jak jest gdzie indziej. Wszyscy miłośnicy literatury kojarzą na pewno Charlottę, autorkę "Dziwnych losów Jane Eyre" czy Emily, która napisała "Wichrowe wzgórza", ale  twórczości tej trzeciej dotąd nie mieliśmy okazji poznać. Dlaczego? Pytanie retoryczne, oczywiście nie mam pojęcia. Tym bardziej jestem zdziwiona, że powieść, którą właśnie skończyłam, jest naprawdę warta lektury. Trudno mi ją porównywać z "Wichrowymi wzgórzami", jako że czytałam je dawno, tym bardziej z drugą z wymienionych książek, po którą, co wyznaję ze wstydem, dotąd nie sięgnęłam (Już po obejrzeniu całkiem udanej ekranizacji obiecywałam sobie, że przeczytam, ale w natłoku innych lektur jakoś nadal tego nie zrobiłam. Tym razem naprawdę koniecznie muszę ten brak nadrobić.). Dlatego nie mnie wyrokować, która z nich jest najlepsza. Na pewno są to lektury obowiązkowe. Na "Lokatorkę" zwróciłam uwagę, kiedy tylko została wydana, bo trochę o niej mówiono, jak łatwo zgadnąć, w pozytywnym tonie. Już wtedy wpisałam ją na moją listę książek, które chcę kupić, ale jako że owa lista z miesiąca na miesiąc pączkuje, powieść Anne Bronte czekała sobie na swoją kolej. Pewnie czekałaby jeszcze, gdyby nie przypomniała mi o niej wysłuchana w moim ukochanym radiu TOK FM bardzo ciekawa audycja o siostrach Bronte i ich bracie (można znaleźć na stronie w podcastach; trzeba szukać w Wieczorze Radia Tok FM w cyklu Biosfera). Najwyższa już jednak pora, aby podzielić się refleksjami na temat "Lokatorki z Wildfell Hall".

Przede wszystkim czytanie tej powieści sprawia prawdziwą przyjemność. To taki rodzaj lektury, od której trudno się oderwać nawet wtedy, kiedy domyślamy się, a następuje to dość szybko, jak historia się zakończy. Cóż z tego, chcemy wiedzieć jeszcze, jak to się stanie. Do samego końca pełno tu nieoczekiwanych zwrotów akcji, dzięki czemu czytelnik stale pozostaje w miłym napięciu. Po moich ostatnich lekturach, dość ponurych, powieść Anne Bronte była wytchnieniem, prawdziwą czytelniczą radością. To takie spełnienie popularnych wyobrażeń o książce, która ma sprawiać taką przyjemność, że czytamy ją niemal do rana.  Ale przecież "Lokatorka" jest czymś znacznie więcej niż tylko klasycznym czytadłem. W swojej głównej warstwie zaskakuje świeżością. To historia młodej kobiety, Helen Huntingdon, która podejmuje heroiczną decyzję, aby porzucić męża. Pamiętajmy, jest pierwsza polowa dziewiętnastego wieku! Helen decyduje się na ten trudny i odważny krok nie tylko dlatego, że straciła do niego miłość i wszelki szacunek, ale przede wszystkim ponieważ musi ratować swojego syna. Obawia się, że ojciec, który coraz bardziej ogranicza jej kontakty z dzieckiem, będzie miał na małego Arthura katastrofalny wpływ. Dziecko chowane w pogardzie dla matki, przyuczane do hulaszczego trybu życia wyrośnie na mężczyznę bez serca  i zasad.

Bohaterka jest z jednej strony ofiarą swoich czasów, z drugiej kobiecej naiwności, która niezależna jest od epok. Kiedy dziewczyna w dziewiętnastym wieku kończyła osiemnaście lat, oznaczało to dla niej i jej rodziny, że czas najwyższy znaleźć odpowiedniego kandydata na męża, w przeciwnym razie czekał ją niewesoły los starej panny. Jak pogodzić rozsądek z uczuciem? Jak znaleźć mężczyznę z odpowiedniej sfery, odpowiedzialnego, ustabilizowanego finansowo, a jednocześnie takiego, którego można pokochać? To zadanie niełatwe. Helen niby nie jest przez nikogo do wyboru odpowiedniego kandydata przymuszana, to ostatecznie ona ma podjąć decyzję, ciotka i wuj, jej opiekunowie,  mają jednak swoich faworytów, którzy dla niej są kategorycznie nie do przyjęcia. Dużo starsi, nudni, nieciekawi, co z tego, że uczciwi i pod każdym względem zacni. Helen jest stanowcza i uparta, umie postawić na swoim, dlatego wychodzi za mąż za mężczyznę, w którym się zakochała. Nie słucha ostrzeżeń, puszcza w niepamięć pogłoski o jego hulaszczym trybie życia u boku beztroskich kompanów, udaje, że nie słyszy pogłosek o romansie z mężatką, a kiedy jeszcze przed zamążpójściem zaczyna dostrzegać jego wady, naiwnie wierzy, że dzięki miłości go zmieni. Po ślubie rozczarowanie goni rozczarowanie. Początkowo Helen jeszcze się łudzi, że będzie miała wpływ na męża, który okazał się alkoholikiem, człowiekiem bez zasad, lekko traktującym życie, złośliwym, po prostu moralnym potworem, wkrótce jednak traci złudzenia. Stopniowo dojrzewa do decyzji, aby męża porzucić. Wymaga to nie tylko heroizmu, ale i sprytu. Czeka ją niełatwy los, społeczny ostracyzm, złośliwe plotki, strach i brak nadziei na ułożenie sobie życia. Jeszcze raz przypomnę: to wiek dziewiętnasty, jego pierwsza połowa (akcja toczy się w latach 1821-1827). Już niebywałego heroizmu wymagało porzucenie męża, a myśl, aby ułożyć sobie życie z innym mężczyzną, była dla kobiety z tej sfery, gorliwie wierzącej, uczciwej, z towarzystwa, niewyobrażalna. Musiałaby stracić szacunek sama dla siebie, postawić się w gronie niewiast upadłych, pozbawionych czci. Oczywiście powieść Anne Bronte nie tchnie taką rozpaczą, pesymizmem i brakiem nadziei jak "Buddenbrookowie" Tomasza Manna. Jest osadzona w pewnej konwencji i zanim zdążymy pogrążyć się razem z bohaterką w apatii i rozpaczy z powodu przegranego życia, domyślamy się finału. Być może kogoś zdziwi, że zestawiam te tak niepasujące do siebie lektury, wszak książka niemieckiego pisarza to zupełnie inna liga, liga literackich arcydzieł, a powieść Anne Bronte to jednak tylko mądre, ambitne, klasyczne czytadło (jak powiedziałby Gombrowicz: książka pierwszorzędna wśród drugorzędnych). Otóż robię to nie bez powodu. Kiedy ponownie czytałam "Buddenbrooków", szczególnie poruszyły mnie losy jednej z głównych bohaterek, Toni, której życie okazuje się klęską, ponieważ dla dobra szanowanej, bogatej, kupieckiej rodziny musi poświęcić swoje osobiste szczęście. Niby rozumie swój gest, wie, że tak trzeba, ale ostatecznie prowadzi ją to na margines życia. Na domiar złego jej los powiela córka. Pamiętam uczucie dojmującej beznadziei i trwogi, jakie towarzyszyło mi, kiedy poznawałam historię Toni. Pisałam o tym wszystkim przy okazji nieudanej ekranizacji powieści Manna. Nie mogę powstrzymać się jeszcze od jednej uwagi: "Buddenbrooków" odczytałam jako książkę o ludziach przegranych.

Po tej długiej dygresji wracam jeszcze na chwilę do "Lokatorki Wildfell Hall". Dzięki ciekawej konstrukcji powieści początkowo poznajemy Helen oczami innych bohaterów, przede wszystkim narratora, Gilberta Markama, który w wyjątkowo długim liście opowiada przyjacielowi tę historię sprzed lat. Wtedy jawi nam się jako kobieta nieco tajemnicza, stroniąca od towarzystwa, zdecydowana, stanowcza, silna, o ugruntowanych poglądach, nieco oschła. Dopiero potem głos zostanie oddany głównej bohaterce, w dzienniku, który stanowi mniej więcej połowę powieści. Cofamy się w czasie o kilka lat i spotykamy dziewczynę młodą, szlachetną, naiwną, chociaż już na tyle silną, aby przeprowadzić swój nieszczęsny zamiar poślubienia mężczyzny, który naprawdę nie jest tego wart. Dalej będziemy śledzić jej ewolucję i dowiemy się, co sprawiło, że wydaje się wyniosła i nieco niesympatyczna, dlaczego mieszka z synem na odludziu w starym, częściowo opuszczonym domu. To portret kobiety mądrej, silnej, która w pewnym momencie życia pod wpływem uczucia dała się zdominować mężczyźnie. Jej droga do wyzwolenia spod jego zgubnej dominacji, do decydowania o sobie, to temat tej książki. Bardzo świeży i współczesny.

Równie ciekawy jest portret jej męża, Arthura Huntigtona, człowieka niszczonego i degradowanego przez alkohol, pogrążającego się w samozatraceniu. Miałam wrażenie, że po przekroczeniu pewnej granicy złowieszczą radość sprawia mu staczanie się na samo dno. Kiedyś przewodził wesołej kompanii równych sobie lekkoduchów i hulaków, z czasem zostaje sam, opuszczony przez wszystkich. Arthur staje się zły do szpiku kości, niemal jak niektórzy bohaterowie Dostojewskiego. To diabeł wcielony, ale jest w nim rys tragiczny i może dlatego miałam dla niego odrobinę litości, rodzaj miłosiernego współczucia i zrozumienia dla jego nieszczęsnego losu.

Ważną i ciekawą warstwą powieści Anne Bronte jest temat wiary. Problem wierności religii, życia zgodnego z nakazami Kościoła albo sprzeniewierzania się im wybrzmiewa w tej książce bardzo mocno. Jest tu jedna bardzo mocna scena. Scena śmierci zdeklarowanego ateusza. Ateista to chyba  słowo niepasujące do epoki, powiedzmy więc może lepiej: człowieka, który wyparł się Boga. Obserwujemy jego rozpaczliwe konanie, pozbawione nadziei. Strach przed śmiercią, pustką, wiecznym potępieniem, rozpacz, świadomość przegranej. Mimo wysiłków osób towarzyszących mu do końca trwa przy swoim. Nie chce widzieć pastora, nie chce pojednania z Bogiem (wiem, wiem, bardzo górnolotnie to brzmi, ale chwilowo nie znajduję innego określenia), toczy walkę z tymi, którzy pragną ratować jego duszę,  ze sobą i z władającymi nim demonami. Bardzo poruszająca scena.

Na koniec muszę dla porządku odnotować, że oczywiście powieść Anne Bronte nie jest wolna od pewnych słabości, z których przynajmniej niektóre mają źródła w konwencji, a inne w epoce, w której powstała. Dlatego jest tu trochę anachronizmów, irytującego moralizatorstwa, uproszczonych portretów niektórych bohaterów czy cudownie prostowanych ludzkich ścieżek. Mimo tego jest to lektura naprawdę warta przeczytania, o czym, mam nadzieję, przekonałam w swoim długawym wywodzie. Zachęcona "Lokatorką z Wildfell Hall" na pewno sięgnę po kolejną wydaną przez wydawnictwo mg powieść Anne Bronte, "Agnes Grey", o smutnych losach guwernantki (jak dowiedziałam się z audycji, o której wspomniałam, guwernantki w tamtych czasach były traktowane najczęściej wyjątkowo podle).

czwartek, 18 kwietnia 2013
"Imagine" Andrzeja Jakimowskiego
Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałam, że najnowszy film Jakimowskiego, twórcy "Zmruż oczy" i "Sztuczek", jest opowieścią o niewidomych, przyznam, że nie wywołało to mojego entuzjazmu, co pewnie nie najlepiej o mnie świadczy. Nie mogę powiedzieć, że czekałam na "Imagine" z niecierpliwością, a zdarza mi się od czasu do czasu niemal śnić o filmie, który ma wejść na ekrany. Sama nie wiem, kiedy postanowiłam jednak, że do kina się wybiorę. Czy zrobiłam to pod wpływem telewizyjnych reklam? Czy żeby przypomnieć sobie Lizbonę, która mnie kilka lat temu oczarowała? Może także dlatego, ale chyba szalę przeważyło to, że im bliżej premiery, tym więcej się o nim mówiło. No więc poszłam i się zachwyciłam! Nie wiem, kiedy minął czas spędzony w kinie. Świetny, piękny, mądry film. Piękny także urodą zdjęć: prześwietlonych słońcem, kłujących w oczy bielą spękanych murów starego lizbońskiego klasztoru, w którym znajduje się prywatna szkoła dla niewidomych dzieci. To tutaj przybywa Ian uczący niewidomych poruszania się dzięki kontrowersyjnej metodzie echolokacji. To nie fantazja Jakimowskiego. Metoda istnieje, są ludzie, którzy się nią posługują. Film naprawdę ogląda się z zapartym tchem. Ale ostrzegam: nie należy się dać zwieść telewizyjnym zwiastunom. Kto w nie uwierzy, może poczuć się rozczarowany, bo wbrew reklamom "Imagine" nie jest romansem rozgrywającym się w pięknych plenerach Lizbony. Nie o miłości jest ten film, a i portugalskiej stolicy twórcy nie pokazują tak jak Woody Allen Rzym w swoim ostatnim filmie. Z pewnością to nie reklamówka zachęcająca do wizyty w mieście. A mimo tego jest naprawdę pięknie. Zresztą, kto widział poprzednie obrazy reżysera, ten wie, czego się spodziewać. Gdybym miała czas i gdyby bilety do kina były tańsze, pobiegłabym na "Imagine" raz jeszcze, natychmiast. Na pewno sprawię sobie tę przyjemność za jakiś czas. A tymczasem namawiam innych, aby to zrobili. A kto już widział, może przejść do ciągu dalszego.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Amos Oz "Może gdzie indziej"

Kolejna książka mojego ulubionego Amosa Oza. Trochę czekała na swoja kolejkę, tymczasem na półce leży jeszcze jedna, a w księgarni następna, świeżo wydana. "Może gdzie indziej" (Cyklady 2010; przełożył Leszek Kwiatkowski) to jedna z pierwszych powieści pisarza, napisana w roku 1965. Jej akcja toczy się w kibucu znajdującym się tuż nad granicą może syryjską, a może libańską, gdzieś niedaleko Jeziora Tyberiadzkiego. Pisarz niewątpliwie wykorzystał w niej swoje doświadczenia, bo w jednym z kibuców mieszkał wiele lat. Powieściowy kibuc jest pięknie położony w zielonej dolinie wśród majestatycznych gór. Ta perspektywa jest tu bardzo ważna. Majestatyczne, niezmienne sięgające nieba góry były tu od zawsze. Zielona dolina zmieniała się: raz zamieszkiwali ją Arabowie, raz Żydzi, przed wiekami jej gospodarzami były tylko zwierzęta. A góry trwają i trwać będą, niewzruszone, poszarpane, dzikie, chaotyczne, wolne. Co innego kibuc. Wydarty naturze, powstał z niczego dzięki ciężkiej pracy pionierów-entuzjastów. Ma porządkować świat, doskonalić go. Panuje w nim porządek, nie ma chaosu, jest symetria. Porządek rozciąga się nie tylko na schludne otoczenie, również na ludzi. Tu każdy zna swoje miejsce, każdy ma wyznaczone zadania. To rada kibucu decyduje o tym, kto do jakiego zadania zostanie przeznaczony. Kto będzie pracował w polu, kto prowadził ciężarówkę, kto gotował w stołówce, kto uczył, kto opiekował się dziećmi w dziecińcu. Dzień kibucników wypełnia ciężka praca, ale jest też czas na rozrywki. Przywiodły ich tu ideały. Wiara, że można wspólnie pracować, dzielić się owocami pracy, pomagać sobie. Idealny świat? Kto zna twórczość pisarza, domyśla się, że to pozory, wszak Amos Oz nie pisze przecież o świecie szczęśliwym, o szczęśliwych ludziach, o szczęśliwych rodzinach.

Kiedy przyjrzeć się bliżej kibucowemu mikrokosmosowi, zauważymy rysy na tym idealnym rysunku. Bliskość granicy oznacza bliskość wroga. Dlatego od czasu do czasu niebo przecina huk wojskowych samolotów. Czasem nocną ciszę przerywają strzały. Czy to tylko przechwałki, czy zapowiedź ataku? Stale trzeba być czujnym, gotowym stawić czoła wrogowi. W przeszłości zdarzały się ataki, które zebrały śmiertelne żniwo. Wróg to oczywiście Arabowie. Większość ich nienawidzi, nawet dzieci bawią się w wojnę. Tylko nieliczni, wśród nich jest Ruwen, nauczyciel i poeta, wierzą, że możliwe jest pojednanie, dostrzegają we wrogu człowieka. Ale to nie jedyne zmartwienie kibucników. Coś złego dzieje się z kibucową młodzieżą. Efektów nie przynosi wychowanie: ani rodzicielskie, ani szkolne, ani kibucowe. Jest w niektórych młodych chłopakach cynizm i jakaś dziwna, bezmyślna agresja, chęć niszczenia, destrukcji. Za nic mają sobie wszelki autorytet, drwią z kibucowych mędrców. Dlaczego tak się dzieje? Może z nudów, bo jest im za dobrze? Może drażnią ich kibucowe ideały? Może już w nie nie wierzą, jak wierzyli ich rodzice? A może ich cynizm wziął się z obserwacji tego, co dzieje się między sąsiadami, w ich rodzinach?

U źródeł ruchu kibucowego były ideały, ale ludzie są tylko ludźmi, nigdzie nie są wolni od słabości, błędów, wszędzie dopadnie ich nieszczęście. Także tu. W dodatku w tym mikroświecie wszystko widać jak na dłoni, niczego się nie ukryje, wieści szybko się rozchodzą, stugębna plotka święci swoje triumfy. Kogoś przed laty opuściła żona. Uciekła z kuzynem i wyjechała za nim do Niemiec. Mężczyzna nie może żyć długo sam, ale dlaczego ukojenia szuka w ramionach mężatki? Może dlatego jego nastoletnia córka zamiast szukać towarzystwa rówieśników, wdaje się w romans z dorosłym mężczyzną, który mógłby być jej ojcem? Sporo tu nieszczęśliwych ludzi. Samotnych, porzuconych, zranionych, osieroconych, owdowiałych, zmagających się z upływem czasu, z utratą urody, siły. Zawiedzionych i rozczarowanych. Gdzieś pod powierzchnią tlą się konflikty pomiędzy przybyszami z Niemiec a tymi z Europy Wschodniej. Jedni gardzą drugimi, choć nikt nie mówi o tym głośno. Spokój mąci przybysz z Niemiec, obcy. Niby przyjechał  tu w odwiedziny do swojego brata, niby chce skleić na nowo jego rodzinę przeżywającą kryzys. Ale czy jego intencje rzeczywiście są dobre? Kim jest? Czego chce? Dlaczego niektórzy się go boją? Źle czują się w jego obecności? Dlaczego tak ciąży im ta wizyta? To postać bardzo niejednoznaczna, także dlatego, że ma w sobie coś nierzeczywistego. Jakby wiedział więcej, jakby kpił sobie z ludzi, jakby wodził ich na pokuszenie, jakby toczył z nimi grę, siłował się i mocował. Kto zwycięży?

Może to wszystko brzmi banalnie niczym jakieś tanie romansidło, ale kto zna twórczość Amosa Oza, ten wie, że takie nie jest. Jak zwykle obok warstwy realistycznej mamy też tę drugą: oniryczną, filozoficzną, metafizyczną. Sporo tu snów, dziwnych monologów, wizji. Nie wszystko daje się jednoznacznie i łatwo zinterpretować. Ale przede wszystkim, jak zawsze u pisarza, jest kilka pełnokrwistych postaci. Trochę dziwnych, trochę smutnych, trochę na życiowym zakręcie. Po prostu to kolejna książka Amosa Oza. Nie stawiam jej wśród moich ulubionych (wymieniam w przypadkowej kolejności, bo naprawdę nie potrafię rozstrzygnąć, która jest tą naj: "Mój Michael", "Opowieść o miłości i mroku", "Fima", "Sceny z życia wiejskiego" i "Zrozumieć kobietę", ustawiana przeze mnie ociupinkę niżej od tej złotej czwórki), ale ma swoje miejsce w drugim szeregu. Amos Oz należy do tych pisarzy, po których można sięgać w ciemno. Ja nigdy się na nim nie zawiodłam, a przeczytałam prawie wszystko, co w Polsce wyszło. Przynajmniej warto spróbować. Zachęcam. Może pierwsza jego książka stanie się początkiem kolejnej czytelniczej przygody? Tak było ze mną.

czwartek, 04 kwietnia 2013
Melinda Nadj Abonji "Gołębie wzlatują"

Już sama nie pamiętam, od czego zaczęło się moje kilka lat trwające zainteresowanie literaturą bałkańską i okoliczną. Co było pierwsze: reportaż czy beletrystyka? Miljenko Jergović, Reginald Schlattner czy jeszcze ktoś inny? Nieważne. W każdym razie staram się pilnie śledzić to, co z tego obszaru się wydaje. Może warto by sięgnąć w literacką przeszłość i poczytać na przykład noblistę Ivo Andricia. Na razie jednak jestem świeżo po lekturze wydanej późną jesienią powieści szwajcarskiej pisarki węgierskiego pochodzenia Melindy Nadj Abonji "Gołębie wzlatują" (Czarne 2012; przełożyła Elżbieta Kalinowska). Co ma wspólnego jej powieść z Bałkanami? Wbrew pozorom sporo. Abonji urodziła się w miejscowości Becej znajdującej się na obszarze Wojwodiny. To ta część Serbii, która graniczy z Węgrami i zamieszkana jest przez mniejszość węgierską. Ażeby jeszcze bardziej skomplikować, dodam, że pisarka urodziła się w roku 1968, jeszcze w Jugosławii. Jako pięcioletnia dziewczynka wyjechała z rodzicami do Szwajcarii. Najprawdopodobniej jej przeżycia stały się inspiracją powieści.

Główną bohaterką i narratorką jest dwudziestoletnia Ildiko Kocsis z takiej właśnie rodziny. Akcja toczy się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy po rozpadzie Jugosławii i powstaniu kilku niezależnych państw wybucha pierwsza z bałkańskich wojen. Ale wcale nie ten zbrojny konflikt jest w centrum uwagi narratorki. Oczywiście nie da się uniknąć tego tematu. Bohaterowie martwią się o swoich licznych węgierskich krewnych nadal mieszkających w ich rodzinnym miasteczku. Jeden z kuzynów Ildiko został siłą wcielony do serbskiej armii, walczy gdzieś w Bośni. Co się z nim stanie? Martwią się o swoich również inni imigranci z Bałkanów. Nawet na emigracji dopadają ich etniczne animozje. Kłócą się między sobą mieszkanki Bośni, każda innej narodowości. Szwajcarzy też interesują się wojną, ale niewiele z niej rozumieją. Dla  rówieśników Ildiko jest stamtąd, więc bardzo się dziwią, kiedy mówi, że nie zna serbskiego. Jej ojczystym językiem jest przecież węgierski, ale dla nich to zbyt skomplikowane.

Głównym tematem tej powieści nie jest również jugosłowiańska przeszłość, chociaż narratorka wspomina swoje życie w rodzinnej miejscowości, swoją ukochaną babcię Mamikę, licznych wujów, ciotki i kuzynów. Kiedy stamtąd wyjechała, była jednak za mała, aby poznać zawiłą historię rodzinnych stron. Ona kojarzy je przede wszystkim z beztroskim dzieciństwem, domem babci, zwierzętami, które hodowała, ogrodem i podobnymi przyjemnościami. Długo nie rozumie nienawiści, jaką jej ojciec czuł do Tity i komunistów. Rodzice niechętnie wtajemniczają ją i jej młodszą siostrę Nomi w rodzinne sekrety. Z czasem obie dowiedzą się więcej o wojennej przeszłości dziadków i o tragicznych losach dziadka Papuci w komunistycznej Jugosławii. Ale to wszystko pojawia się w powieści tylko na chwilę, tak jak w życiu narratorki.

Co zatem jest głównym tematem książki? Dla mnie najmocniej brzmi w "Gołębiach" problem emigracji. Jaką postawę przyjmują emigranci w swojej nowej ojczyźnie? Dlaczego decydują się na wyjazd? Ile są gotowi poświęcić, żeby wtopić się w szwajcarskie społeczeństwo? Czy warto? Co to znaczy osiągnąć tam sukces? Jak traktują ich Szwajcarzy, którzy z jednej strony chlubią się swoją bezpośrednią demokracją, z drugiej są społeczeństwem bardzo zamkniętym? Niełatwo jest zostać obywatelem tego pięknego kraju. A kiedy wreszcie zdobędzie się wymarzony papierek potwierdzony w demokratycznym głosowaniu wszystkich mieszkańców miasteczka (to oni na specjalnie zwołanym przez burmistrza spotkaniu w głosowaniu decydują, czy członkowie rodziny Kocsisów, którzy mają już za sobą stosowny egzamin, mogą zostać obywatelami Helvetii), czy na pewno jest się przez nich akceptowanym? Linia podziału przebiega między rodzicami, a dorosłymi już córkami. To rodzice zdecydowali niegdyś o emigracji. Dzieci nie miały oczywiście nic do powiedzenia. Musiały zaakceptować kilkuletnią rozłąkę z matką i ojcem, potem przeżyć traumę pożegnania z ukochaną babcią, Mamiką, u której przez kilka lat mieszkały. Kiedy już w Szwajcarii odprowadzają ją na dworzec, czują, że to prawdziwe rozstanie, o wiele dotkliwsze niż pożegnanie z Wojwodiną. Nikt nie pytał sióstr o ich ból. Dorośli zajęci byli przeżywaniem swoich traum i problemów.  Dzieci nie miały prawa do smutku, przecież szybko się przyzwyczają. Panuje powszechne przekonanie, że dla nich doświadczenie emigracji jest łatwiejsze. Doświadczenia bohaterki zdają się temu przeczyć. A przecież, jak twierdzą rodzice Ildiko i Nomi, wszystko także, a może przede wszystkim, dla ich dobra. Ildiko nie potrafi zrozumieć rodziców. Nie może pogodzić się z tym, że dla zachowania osiągniętego statusu są gotowi nie dostrzegać drobnych szpil wtykanych im przez porządnych szwajcarskich obywateli czy wyjątkowo obrzydliwych, chociaż anonimowych, przejawów wrogości. I po co? Po to, żeby harować w świątek, piątek i w niedzielę od rana do wieczora? Co z tego, że we własnej kafeterii? Tu też trzeba się płaszczyć przed klientami, znosić ich humory, biegać między stolikami, godzinami parzyć kawę, sprzątać toalety i udawać kogoś, kim się nie jest: grzeczną, schludną panienkę zza baru. To ma być ten lepszy świat? Tak widzi to Ildiko. Ale jest przecież druga strona medalu. Czy wiesz, co by z wami teraz było, gdyby nie decyzja o wyjeździe?, pytają rodzice. W Serbii trwa wojna. Mężczyźni są siłą wcielani do wojska, szaleje inflacja, najprostsze dobra trzeba zdobywać, kto może, ucieka, w ich rodzinnym miasteczku zostają tylko groby zmarłych. Czy tego by chciały? Ale trzeba postawić sobie jeszcze jedno odwieczne pytanie: o moralną odpowiedzialność tych, którzy wyjechali, za tych, którzy zostali. Co można dla nich zrobić? Czy tylko współczuć?

Powieść zaczyna się dość lekko, nieco nostalgicznie, od rodzajowego obrazka. Kocsisowie przybywają swym czekoladowym chevroletem do rodzinnej miejscowości na wesele kuzyna. Sceny jak z czeskiej literatury czy filmu. Ale to tylko początek, z czasem już nie będzie tak miło. Końcówka brzmi  bardzo poważnie, chciałoby się napisać: dramatycznie, ale bez przesady.

"Gołębie wzlatują" nie są wybitną powieścią, ale warto zwrócić na nią uwagę. Od czasu powstania roboczej wersji tej notki upłynął ponad miesiąc, a ja wciąż o tej książce pamiętam. Mimo poważnego tematu i nowoczesnego, bezdialogowego sposobu pisania czyta się ją bez trudu. Da się pochłonąć  w ciągu kilku wieczorów (nie jest zbyt obszerna). Może stać się dobrym wstępem do czytelniczej przygody ze znakomitymi reprezentantami bałkańskiej i okołobałkańskiej literatury. Ja ze wszech miar polecam wspomnianych na początku Jergovicia i Schlattnera.