Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 30 kwietnia 2014
Swietłana Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"

To druga książka Swietłany Aleksijewicz, białoruskiej pisarki i dziennikarki, po którą sięgnęłam. Nie tak głośna jak "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety", za którą dostała Angelusa. Długo się za nią zabierałam, właściwie, kiedy wyszła, nie zwróciłam na nią specjalnej uwagi. Cóż mnie obchodzi Czarnobyl tyle lat po katastrofie, było minęło, myślałam. A potem ktoś mi ją polecił poruszony lekturą. W końcu sięgnęłam po "Czarnobylską modlitwę. Kronikę przyszłości" (Czarne 2012; przełożył Jerzy Czech), żeby stwierdzić, jak bardzo się myliłam. Tę książkę powinno się przeczytać, nawet mimo tego że momentami nuży. Myślę, że wyszłoby jej na dobre, gdyby była nieco krótsza. Opowieści świadków, zwane tutaj monologami, stają się po pewnym czasie do siebie podobne. Przeszkadza też trochę ich sztuczny, egzaltowany ton, jakby wszyscy rozmówcy pisarki, od prostych, wiejskich babinek do naukowców, byli ludźmi zdolnymi do głębokiej, filozoficznej refleksji, do namysłu nad światem. Mam wrażenie, że Aleksijewicz podkręca te monologi w charakterystyczny dla siebie sposób. Podobnie było też w jej poprzedniej książce (tam dotyczyło to przede wszystkim wstępu). Ale może się mylę? Może tacy są Białorusini? Nieważne. Wady, o których wspomniałam, dość nietypowo, bo na wstępie, nie mają znaczenia wobec wymowy książki.

O katastrofie elektrowni atomowej w Czarnobylu przypominamy sobie przy okazji. A to kiedy mija jakaś okrągła rocznica wybuchu, a to po awarii w Fukuszimie i wywołanej nią dyskusji na temat wykorzystania atomu, jaka przetoczyła się przez Europę. Jednak nawet wtedy ją bagatelizujemy. Tymczasem "Czarnobylska modlitwa" uświadamia, czym była ta katastrofa dla białoruskiego społeczeństwa i czym mogłaby się stać dla Europy, gdyby nie udało się ugasić reaktora. Ludzie, strażacy i żołnierze, którzy tego dokonali, to naprawdę bohaterowie, chociaż niektórzy mimo woli. Dlaczego mimo woli? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze mało kto poza fizykami jądrowymi zdawał sobie początkowo sprawę z powagi sytuacji. Władze w Mińsku i w Moskwie (niezorientowanym przypominam, że katastrofa miała miejsce w roku 1986, a więc jeszcze za czasów Związku Radzieckiego) albo lekceważyły skutki wybuchu, albo celowo, aby nie wszczynać paniki, ukrywały je. Poza tym był to typowy mechanizm charakterystyczny dla krajów komunistycznych. Przemilczeć, ukryć, zamieść pod dywan, za żadne skarby nie przyznawać się do błędu. Dlatego ratownicy, zwani w książce likwidatorami, byli początkowo, a i później też, często nieświadomi, czym grozi im to, co robią. A skutki, szczególnie dla tych, którzy pracowali bezpośrednio przy reaktorze, były tragiczne. Umierali bardzo szybko w męczarniach na chorobę popromienną albo nieco później na raka wywołanego wielokrotnie przekroczoną dawką promieniowania. Tym bardziej, że pracowali bez jakiegokolwiek zabezpieczenia: bez kombinezonów, bez masek. Drugi powód, dla którego nazywam ich bohaterami mimo woli, jest taki, że bardzo często nie wiedzieli, gdzie i po co jadą. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy kilka miesięcy po wybuchu likwidowali skutki katastrofy w stukilometrowej strefie ochronnej. Najczęściej mówiono im po prostu, że jadą na ćwiczenia. Wśród nich są i tacy, którzy wspominają ten okres jako największą przygodę swojego życia. To wszystko nie zmienia faktu, że być może nas ocalili. Ale oczywiście byli też tacy, którzy wykonywali swoje zadania całkiem świadomie, nie zważając na konsekwencje. Wielu zgłaszało się na ochotnika. W filmach katastroficznych czasem jakiś śmiałek musi ratować Ziemię na przykład przed zderzeniem z meteorytem i zdaje sobie sprawę, że ceną jest jego życie. To jednak tylko filmowe fantazje, a Czarnobyl zdarzył się naprawdę i ci ludzie naprawdę wychodzili na dach reaktora, naprawdę wychylali się z kabin helikopterów, aby we właściwe miejsce zrzucić to, czym pożar gaszono, ktoś naprawdę zanurkował, aby spuścić wodę spod reaktora. To wszystko robi w książce ogromne wrażenie. Ale nie tylko to.

Co jeszcze? Opowieści o wysiedleniach mieszkańców ze stukilometrowej strefy ochronnej. Myśleli, że wyjeżdżają na chwilę, na trzy dni, tak im mówiono, tymczasem wyjechali na zawsze. Zostawili swoje domy, sprzęty, pamiątki, książki, zabawki i zwierzęta. Jechali autobusami albo szli pieszo, w kolumnach jak na wojnie. Skojarzeń z wojną jest zresztą w tej książce bardzo dużo. Rozmówcy Swietłany Aleksijewicz często porównują to, co się działo, do wojny. Starsi dlatego, że pamiętali tę prawdziwą, młodsi, bo od dziecka byli karmieni wojenną propagandą. Przerażają opisy opuszczonych wiosek, zdziczałych domowych zwierząt zostawionych przez właścicieli, bo nie wolno było ich zabierać, a szczególnie opowieści myśliwych zmuszanych do ich likwidacji. Straszne są obrazy ludzi, zwłaszcza starych, którzy zdecydowali się do strefy nielegalnie wrócić i w niej zamieszkać. Jeszcze straszniejsze opowieści o tych, którzy zachorowali. Strażakach, likwidatorach, ale też dzieciach urodzonych z chorobą popromienną. Nie ma takich fragmentów wiele, ale jeśli już się pojawiają, to autorka, a właściwie jej rozmówcy, nie szczędzą szczegółów. Przeraża reakcja władz, czasem wynikająca z niewiedzy i bezmyślności, czasem celowa. Przerażają chaotyczne, bałaganiarskie, często bezsensowne działania mające zmniejszyć skutki katastrofy. Ale przeraża też obojętność większości zwykłych ludzi, którzy bagatelizują zagrożenie, żyją, jakby nic się nie stało. Dlaczego? Po pierwsze promieniowania nie widać. Mówią, że coś się niby wydarzyło, ale świat jest, jaki był. Słońce świeci, kwiaty rosną, trawa się zieleni, ptaki śpiewają. Kiedy jest pożar, powódź, huragan skutki żywiołu widać natychmiast, w przypadku atomu są odroczone. Dlatego tak trudno w nie uwierzyć. Ale jest i drugi powód wypierania katastrofy. To mechanizm doskonale nam znany: niechęć do zmiany. Lepiej wmówić sobie, że nic zmieniać nie trzeba.

Czarnobyl przeorał białoruskie społeczeństwo. Zachwiał wiarą w wielkość i nieomylność radzieckiego imperium, uświadomił, że nic nie jest na zawsze, że człowiek musi mierzyć się z żywiołami, o których nie ma pojęcia, pokazał, że atom może nawet w czasach pokoju stać się siłą niszczycielską. Warto przeczytać "Czarnobylską modlitwę", aby zrozumieć, czym ta katastrofa była naprawdę.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Katarzyna Pawlak "Za Chiny Ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka"

Książka Katarzyny Pawlak "Za Chiny ludowe. Zapiski z codzienności Państwa Środka" (carta blanca 2013) to moja kolejna chińska lektura. Na pewno najlżejsza i najbardziej naskórkowa. Autorka, która w Chinach spędziła dwa lata, studiując na szanghajskiej a potem pekińskiej uczelni, z góry uprzedza, że nie towarzyszył jej żaden ambitny zamysł. Książka nie miała być, jak pisze, "obrazem kompletnym" ani "portretem", ani "społeczeństwa", ani "w obliczu", ani "u progu". U jej źródła są blogowe zapiski pisane dla przyjaciół, znajomych i rodziny, zamiast mejli czy telefonów, jak to często dzisiaj bywa.

Całość składa się z dwóch części: pierwsza to obrazki z chińskiej codzienności, druga zapiski i refleksje z kilkunastu podróży po Państwie Środka, najczęściej na tereny przygraniczne, najchętniej tam, gdzie jak najmniej turystów, gdzie można spotkać jeszcze autentyzm a nie turystyczną wydmuszkę pozbawioną życia. A to wszystko w krótkich, klarownych rozdziałach. Ot taki zbiór ciekawostek znakomity dla kogoś, kto się do Chin wybiera albo po prostu Chinami się interesuje, jak ja. Znajdziemy tu opowieść o chińskich fryzjerach, refleksje o tym, jak to jest być cudzoziemcem w Chinach, uwagi o wychowaniu małych Chińczyków, zadumę nad szalonym konsumpcjonizmem, wybrzydzanie na chiński internet nieprzyjazny dla cudzoziemca, obraz chińskiej popkultury i mnóstwo innych obrazków z życia wziętych. Jedne bardzo ciekawe, inne mniej, jedne poważniejsze, kuszące się o socjologiczną, najczęściej, refleksję, inne lżejsze, ot sympatyczne błahostki.  A wszystkiemu towarzyszy refleksja o zmianach dokonujących się w szaleńczym tempie w imię często bezmyślnego postępu i otwartości. Kto Chinami się interesuje, kto czytał inne książki o tej tematyce, ten tą konstatacją nie będzie zdziwiony. Pisze o tym i Pomfret ("Lekcje chińskiego"), i Hessler ("Przez drogi i bezdroża").

Autorka zupełnie nie zajmuje się przeszłością, a już szczególnie dwudziestowieczną, dlatego jest to pierwsza książka o Chinach z tych, które przeczytałam, lekka, łatwa i przyjemna. Świetna do pociągu, niekonieczna w formie tradycyjnej, papierowej, wystarczy na czytniku (nie wiem, czy jest w wersji elektronicznej; póki co jeszcze się na czytnik nie zdecydowałam). Wyznam jednak szczerze, że z czasem trochę zaczęła mnie nużyć, ale ogólne wrażenie pozostaje pozytywne. I jeszcze jedno, niestety książce przydałaby się porządna obróbka. Nie jest to zarzut pod adresem autorki, ale kamyczek do ogródka wydawnictwa. Redakcyjna niestaranność tym bardziej dziwi, że carta blanca jest jakąś odnogą PWN-u.

środa, 23 kwietnia 2014
Barbara Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy"

Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki, od razu wiedziałam, że ją przeczytam. Niezależnie od tego, czy będzie się o niej mówiło, czy nie, niezależnie od recenzji. Odkąd przeczytałam "Jakbyś kamień jadła" Tochmana, wstrząsającą książkę o wojnie w Bośni, nie mogę wyrzucić z pamięci bałkańskiego konfliktu. To prawda, że od tamtych zdarzeń minęło dwadzieścia lat, szmat czasu, zapomnieliśmy, szybko, za szybko, czas zagoił rany (czy na pewno?). A jednak powinniśmy pamiętać. Tamta wojna jest jak memento, bo wydarzyła się, kiedy syta Europa myślała, że wojny jej nie dotyczą. Jeśli się zdarzają, to gdzieś bardzo daleko. Tak daleko, że aż trudno w nie uwierzyć. A tu proszę, na naszych oczach, niemal w środku naszego cywilizowanego kontynentu, walki, oblężenie, uciekinierzy, ludobójstwo, cierpienie, śmierć, ludzkie dramaty, sąsiad zabija sąsiada. Dzisiaj czyta się książkę Barbary Demick "W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy" (Czarne 2014; przełożyła Hanna Pustuła-Lewicka) z dreszczem przerażenia. Kiedy patrzy się na Ukrainę i na to, co się zdarzyło na Krymie, nie sposób uciec od świadomości, że niemożliwe może się ziścić. Wszystko znowu okazuje się kruche, zmienne, niepewne, po raz kolejny uświadamiam sobie, że nic nie dano nam na zawsze. Nie, nie jestem panikarą, jakoś nie wierzę w najgorszy obrót wydarzeń, ale trudno uciec od takich przemyśleń. Mam jeszcze jedną gorzką refleksję. Być może ceną europejskiego spokoju, jest opuszczenie Ukrainy. Tak jak przed laty świat zostawił Bałkany, co dobitnie przypomina poruszająca książka amerykańskiej dziennikarki. Czas już najwyższy o niej opowiedzieć.

"W oblężeniu" to książka-świadectwo, to reportaż z piekła. Barbara Demick, amerykańska dziennikarka, odwiedzała oblężone Sarajewo kilkakrotnie, za każdym razem spędzając w nim kilka miesięcy. Początkowo, jak inni korespondenci, mieszkała w hotelu, potem przeniosła się na ulicę Logaviną, dzieląc swój los z jej mieszkańcami. Na pewno było jej łatwiej niż im. Przede wszystkim zawsze mogła opuścić oblężone miasto. Miała swoje amerykańskie pieniądze, za które kupowała na targu produkty luksusowe, miała też kuloodporną kamizelkę zapewniającą jakąś osłonę. Ale przecież to jej zawdzięczamy opowieść o oblężonym mieście i jego mieszkańcach. To dzięki niej możemy poczuć niemal na własnej skórze koszmar wojny. Zrozumieć, że to działo się naprawdę, tak niedawno, w Europie. To nie był film, to nie była gra, tak wyglądało życie sarajewian od kwietnia 1992 roku do lutego 1996. Ta książka ma siłę dokumentu, nie ma w sobie nic z sensacji. Myślę, że swoją moc rażenia zawdzięcza temu, że reporterka skupiła się na pojedynczym człowieku. To stara prawda, że wiadomość o setkach, tysiącach czy milionach zabitych nie robi takiego wrażenia, jak informacja o pojedynczej śmierci. Barbara Demick pisze o ludziach z ulicy Logavinej, ludziach, których poznała. Mieszkańcach zabytkowych willi i nowych bloków. Wykształconych i prostych, starych i młodszych, dorosłych i dzieciach. Śledząc wojenne losy kilkunastu rodzin, jesteśmy w środku oblężonego miasta, na które bezustannie spadały pociski serbskiej artylerii rozmieszczonej na otaczających je pięknych wzgórzach. Miasta terroryzowanego przez snajperów (stąd słynna aleja snajperów). Miasta, w którym ludzie głodowali, żyli bez prądu, gazu i wody, a aby przetrwać kolejne mroźne zimy, palili w prowizorycznych piecach, czym popadło (najpierw drewnem z ogrodów, parków i wzgórz, potem meblami, książkami, ciuchami). Barbara Demick opowiada o oblężeniu metodycznie: rok po roku, temat po temacie. Zaczyna od początku. A ten był taki jak zwykle: nikt nie wierzył, że coś się zdarzy. Każdy lekceważył niebezpieczeństwo, wypierał je. Potem pisze o uchodźcach, wojennych sierotach, śmierci, codziennej ekwilibrystyce ( pytanie, jak żyć nabiera w wojennych warunkach szczególnej mocy), dorastaniu, skomplikowanych problemach narodowościowych i religijnych (skomplikowały się w czasie wojny, wcześniej nie miały znaczenia), ucieczkach z oblężonego miasta, walce, przystosowaniu i utracie nadziei, a wreszcie o interwencji, w którą już nikt w mieście nie wierzył. Szczególnie gorzkie są właśnie partie książki opowiadające o tym, jak świat zostawił Sarajewo (i Bośnię). Poza pomocą humanitarną, marnymi racjami żywnościowymi, siłami ONZ-etu, które okazały się zupełnie bezradne, zapewnieniom o solidarności, nie miał nic do zaoferowania. Musiały zginąć setki tysięcy, musiała się zdarzyć Srebrenica, żeby wreszcie świat przypomniał sobie o Sarajewie i Bośni. Kiedy czytałam tę książkę, stale towarzyszyła mi myśl: jak czują się Serbowie, którzy ostrzeliwali miasto? Z bliska, bez skrupułów, widząc ludzi, do których mierzą, jak na dłoni. Jak czuli się wtedy? Co sobie, do cholery, myślą tacy ludzie? Jak z tym żyją? I jeszcze jedna myśl, taka jak zawsze: jak można przeżyć takie piekło i jak udaje się dalej trwać, budować na nowo?

Wojna skończyła się, minęła, nie pamiętamy już o niej. Sarajewianie nadal kochają swoje miasto, które jakoś podźwignęło się z ruin. Ale taka tragedia niesie za sobą konsekwencje. Nie tylko wojenną traumę. Nie tylko skomplikowany, niesterowny układ polityczny, którego efektem jest rozbudowana biurokracja nie pozwalająca Bośni i Hercegowinie normalnie się rozwijać (sporo na ten temat mówiło się ostatnio przy okazji zamieszek). Ale przede wszystkim wyostrzenie kwestii narodowościowych i religijnych, które dawniej nie miały tak wielkiego znaczenia. Świetnie pokazuje to film Jasmili Zbanic "Jej droga". Przy okazji przypominam o poruszającej "Grbavicy", też w jej reżyserii.

środa, 16 kwietnia 2014
"Locke"
Jak dawno nie byłam w kinie! Nic mnie szczególnie nie nęciło. Może w innych okolicznościach wybrałabym się na "Grand Budapest Hotel", ale tym razem szkoda mi było czasu na film może i świetnie zrobiony, ale taki, o którym zapomina się w godzinę po seansie. A właśnie podobne opinie słyszałam. Może sprawdzę, może nadrobię tę zaległość, tymczasem dziś napiszę o filmie, o którym zapomnieć nie tak łatwo. Otóż wybrałam się na "Locke'a" nieznanego mi Stevena Knighta. Przypomniałam sobie o tym filmie, przeglądając kinowe zapowiedzi. Pamiętam, że zachwycał się nim Tadeusz Sobolewski, choć nie pomnę już z jakiej okazji. Pewnie jakiegoś festiwalu. Nie ukrywam, że szłam z duszą na ramieniu. Dlaczego? Bo akcja rozgrywa się tylko w samochodzie. Jeden aktor, wnętrze samochodu, autostrada do Londynu, noc, sznury samochodów, ciemne niebo, latarnie, drogowskazy. Nic więcej. I oczywiście najważniejsze. Rozmowy telefoniczne. Dramatyczne, budujące napięcie. Czy to wystarczy, aby przykuć uwagę widza na osiemdziesiąt dwie minuty? Otóż wystarczy. Nie tylko na czas seansu. Nie tylko za sprawą znakomitego aktora. Po wyjściu z kina też jest się nad czym zastanawiać. Film prowokuje do pytań i refleksji. Co byś widzu zrobił na miejscu bohatera? Jak byś się zachował? Czy znalazłbyś w sobie tyle odwagi co Ivan Locke? A może dałoby się rozegrać tę sytuację inaczej? Hołdując zasadzie, im mniej się wie o filmie przed jego obejrzeniem, tym lepiej, nie zdradzę nic więcej. Kto już widział, może czytać dalej, a kto w kinie nie był, niech się wybierze koniecznie. Świetny film, mimo że pomysł, aby akcję umieścić tylko w samochodzie, może wydać się szalony i niewykonalny. A jednak efekt poruszający. Dalsze refleksje w części drugiej.
środa, 09 kwietnia 2014
Charlotte Bronte "Villette"

Po przerwie na inne książki wróciłam do sióstr Bronte, pewnie nie po raz ostatni. Wydawnictwo mg systematycznie przybliża czytelnikom ich spuściznę (szkoda tylko, że w tak marnej redakcji, a może po prostu bez niej). Niektóre powieści ukazują się w Polsce po raz pierwszy, tak jest z twórczością Anne dotąd u nas nieznaną. Nie ma co udawać, właściwie do niedawna nazwisko Bronte kojarzyło się z "Wichrowymi wzgórzami" (to Emily) i "Dziwnymi losami Jane Eyre" (Charlotte). Teraz dowiadujemy się, że to nie wszystko. Jakiś czas temu przeczytałam "Lokatorkę Wildfell Hall" autorstwa Anne, teraz sięgnęłam po "Villette" Charlotte (mg 2013; przełożyła Róża Centnerszwerowa). Nie da się uciec od porównań, więc od czasu do czasu będę sobie na nie pozwalała. Powieść Anne Bronte podobała mi się bardzo. Czytało się ją znakomicie, jednym tchem nieomal, jak najlepsze czytadło, ale, co ważniejsze, książka okazała się bardzo współczesna. To opowieść o silnej, niezależnej kobiecie, która robi wszystko, aby wyzwolić się od męża alkoholika, brutala, potwora zepsutego do szpiku kości. Dlatego z ogromnymi nadziejami przystępowałam do lektury "Villette" Charlotte Bronte, tym bardziej, że właśnie ta z sióstr uważana jest za najwybitniejszą (istnieje teoria, że to ona jest autorką wszystkich powieści podpisywanych nazwiskiem Bronte). Ostatecznym impulsem, który przyspieszył decyzję o sięgnięciu po "Villette", była audycja w radiu TOK FM, która jeszcze bardziej zaostrzyła mój apetyt. Jeśli, czytelniku tej notki, nabrałeś podejrzeń, że książka mnie rozczarowała, to nie do końca masz rację. Bo rzeczywiście tak jest, ale tyko odrobinkę. A ostateczny werdykt brzmi: tak. Tak, warto przeczytać "Villette". Ale po kolei.

Zacznę po bożemu, czyli od krótkiej informacji o treści. Kto zna inne powieści sióstr, nie będzie zaskoczony, jeśli napiszę, że bohaterką "Villette" jest uboga dziewczyna, Lucy Snowe, która, samotna po śmierci rodziców, musi sama zatroszczyć się o siebie, o swoje utrzymanie. Nie mając wiele do stracenia, poważa się na krok szalony. Wyrusza aż na kontynent do tytułowego Villette (pod tą tajemniczą nazwą kryje się Bruksela, w której jakiś czas mieszkała i pracowała autorka). Po pewnych perypetiach dzięki zbiegowi okoliczności udaje jej się dostać pracę i dach nad głową. Jakie zajęcie mogła znaleźć w tamtych czasach  taka dziewczyna jak Lucy? Wybór był niewielki: guwernantka albo nauczycielka na pensji. I właśnie to drugie przypadło w udziale bohaterce powieści. Początkowo zatrudniona jako opiekunka do dzieci szybko awansuje na nauczycielkę angielskiego. Tak jak inne bohaterki powieści sióstr Bronte Lucy to kobieta samodzielna, pracowita, twarda, wytrwale dążąca do celu. Szybko zyskuje autorytet i poważanie, ale pozostaje outsiderką. Może dlatego jest tak bardzo samotna? Opis pierwszych wakacji na pensji, kiedy w ogromnym budynku zostaje właściwie sama, bo nie ma do kogo pojechać, jest rzeczywiście dojmujący. A i potem miewa okresy, kiedy swoją samotność odczuwa bardzo dotkliwie. Trudno dziwić się, że bywa przygnębiona albo ma depresję. Życie nauczycielek na pensji nie było lekkie. Ciężka praca i żadnej intymności. Bez przerwy z uczennicami, nawet nocą. Ileż zachodu kosztowało Lucy znalezienie kąta dla siebie, aby w spokoju przeczytać list albo pomyśleć. Czasem jedynym schronieniem był upiorny strych. Problemy Lucy wynikały też z różnic społecznych znakomicie w książce pokazanych. Chociaż z czasem zyskuje możnych przyjaciół i bywa u nich na salonach, pozostanie jednak zawsze kimś z boku, kimś w rodzaju ubogiej krewnej, która może zostać powiernicą, pocieszycielką, przyjaciółką, ale nikim więcej. Skazana na ich towarzyską łaskę i niełaskę. Lucy, co ciekawe, jest różnie postrzegana przez otaczających ją ludzi. Dla jednych jest tylko poczciwą młodą kobietą, poważną, solidną i nieco nudną, inni przeciwnie, uważają ją za samowolną, upartą, nieco szaloną.

Osobne zagadnienie stanowi w powieści kwestia wiary. Lucy, Angielka, jest protestantką, trafia jednak do kraju katolickiego. Wielokrotnie deklaruje przywiązanie do swojego wyznania i daje wyraz niechęci do katolicyzmu. Katolików uważa za niesamodzielnych i skrępowanych zasadami swojej wiary. W pewnym momencie o jej duszę, o jej nawrócenie rozegra się prawdziwy bój, a różnice religijne staną się prawdziwą przeszkodą i przyczyną osobistego dramatu.

A co z mężczyznami? Zapytasz, być może, czytelniku tej notki. Wiadomo przecież, że konwencja takiej powieści wymaga wątku miłosnego. A jednak nie jest to w "Villette" takie oczywiste. Lucy doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji społecznej i jeśli o kimś marzy, to raczej o przyjacielu niż o mężu. Wie, że musi liczyć tylko na siebie, nie jest kobietą bluszczem (chociaż potrafi zachować się histerycznie) ani słodką idiotką. Ale oczywiście pojawiają się na jej drodze mężczyźni. Jakże różni, znakomicie sportretowani. Portrety bohaterów to zresztą mocna strona powieści. A co poza tym? Ciekawa, żywa akcja. Jest tu i tajemnica, jest wiele zaskakujących zdarzeń, autorka zręcznie myli tropy i niemal do ostatnich stron właściwie nie wiemy, jak losy bohaterki zostaną rozwiązane. Kiedy czytałam "Lokatorkę z Wildfell Hall", właściwie od początku domyślałam się, jak zakończy się historia głównej bohaterki, tajemnicą pozostawało tylko, jak i kiedy to się stanie. W "Villette" jest inaczej. W pewnym momencie wydawało mi się, że już znam rozwiązanie, tymczasem historia potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Kolejną zaletą powieści jest klimat. Nieco tajemniczy, mroczny, posępny. Kreują go między innymi opisy pensji i jej otoczenia, ale także samego Villette, a szczególnie tak zwanego dolnego miasta, starych domów, licznych kościołów, krętych, wąskich uliczek i zaułków, które tworzą mroczny labirynt.

No dobrze, jak dotąd rozpływam się nad książką, a miało być także o rozczarowaniu, niewielkim, bo niewielkim, ale jednak. Dlaczego nie do końca jestem usatysfakcjonowana? Dlaczego  wyżej stawiam wspomnianą we wstępie powieść Anne? Pierwsza przyczyna jest dość banalna. "Villette" liczy sobie prawie siedemset stron i chociaż lubię grubaśne powieści, to jednak w tym wypadku długość nie zawsze przekładała się na jakość. Zdarzały się fragmenty nużące, ale zaraz po nich następowały takie, od których nie sposób było się oderwać. "Lokatorka" wydaje się książką spójniejszą, a i losy bohaterki są bardziej wyraziste i dramatyczne. Drugi powód rozczarowania wynika z moich oczekiwań. Czytając informację o książce, odebrałam ją zbyt dosłownie i trochę czegoś innego chciałam. W trakcie lektury długo czekałam na coś, czego w tej powieści po prostu nie ma. Mimo tego kto lubi taką literaturę, powinien sięgnąć po "Villette". Ciekawa, niebanalna lektura.


środa, 02 kwietnia 2014
John Pomfret "Lekcje chińskiego. Dzieci rewolucji kulturalnej i dzisiejsze Chiny"

 

W kinach posucha, więc opróżniam literackie zapasy, których nieco zgromadziłam. Na dziś wybrałam książkę amerykańskiego dziennikarza Johna Pomfreta "Lekcje chińskiego. Dzieci rewolucji kulturalnej i
dzisiejsze Chiny" (Ushuaia 2010; przełożył Jan Halbersztat), o której dowiedziałam się jakiś czas temu z artykułu Marii Kruczkowskiej (chyba), która polecała to, co o Chinach warto przeczytać. Skrzętnie zapisałam te tytuły, które mogłyby mnie zainteresować, i jak zwykle czekałam, aż nadejdzie ich czas. Do Pomfreta przymierzałam się kilkakrotnie, ale niełatwo go zdobyć. Wydany kilka lat temu przez efemeryczne wydawnictwo-niewydawnictwo (opublikowało tylko cztery pozycje, zajmuje się czymś innym) trochę odszedł w zapomnienie (a kiedy wyszedł, pisano o nim, pamiętam). Wreszcie zażyczyłam  sobie "Lekcji chińskiego" pod choinkę, dostałam i przeczytałam. Z czterech lektur o państwie środka, Liao Yiwu "Prowadząc umarłych", Peter Hessler "Przez drogi i bezdroża", Wenguang Huang "Strażnik trumny", które przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch lat, ta jest może najsłabsza. Piszę to z pewnym wahaniem, bo literatura to nie sport, gdzie można jednoznacznie ustalić hierarchię. Nawet jednak jeśli tak jest, to i tak warto ją przeczytać. Jeśli będzie pierwszą książką o Chinach, czytelnik sporo się z niej dowie, jeśli kolejną, nie wszystko będzie pewnie odkryciem, ale niewątpliwie nie będzie to czas stracony. Dla zachęty dodam jeszcze, że "Lekcje chińskiego", pomimo objętości, czyta się jednym tchem, bo ciekawe i sprawnie napisane.

Zacznijmy od autora. John Pomfret, rocznik 1959, zafascynowany Chinami zdobywa chińskie stypendium naukowe i we wrześniu roku 1980 przybywa do Chin. Jest jednym z pierwszych amerykańskich studentów, który będzie tam studiował. Stało się to możliwe dzięki odmrożeniu stosunków amerykańsko-chińskich. Najpierw pół roku spędza na kursie językowym, a potem dostaje się na chińską uczelnię. Wybiera uniwersytet w Nankinie, bo tam studenci zagraniczni studiują wspólnie ze swoimi chińskimi kolegami. Nie koniec na tym. Posuwa się tak daleko, że decyduje się zamieszkać w akademiku dla studentów miejscowych, rezygnując z luksusów przysługujących cudzoziemcom, co budzi zdumienie zmieszane z politowaniem. Zrezygnować z dwuosobowego pokoju, ciepłej wody, codziennego prysznica na rzecz ośmioosobowego pokoju i przydziałowej kąpieli raz w tygodniu? Zaiste trzeba być niespełna rozumu. Ale Pomfret wiedział, że chcąc naprawdę poznać Chiny i Chińczyków, musi żyć z nimi, a nie obok nich. Ta zasada będzie przyświecała mu zawsze. Bo Pomfret Chiny pokocha, będzie do nich wracał wielokrotnie jako dziennikarz, wydalony po masakrze na placu Tiananmen będzie za Chinami tęsknił i zrobi wszystko, aby być jak najbliżej (za bazę wybierze sobie Honkong), a wreszcie do nich wróci. Nie muszę dodawać, że będzie miał tu wielu przyjaciół, także przyjaciółek, i znajomych.

Przyjaciele to klucz do jego książki. Bo Pomfret pisze o Chinach, śledząc życie kilku kolegów z roku i jednej koleżanki. Przyglądając się losom tych, których dzieciństwo i lata nastoletnie przypadły na czas rewolucji kulturalnej, pokazuje kawał chińskiej historii. Od lat sześćdziesiątych po rok dwutysięczny czwarty. Minęła cała epoka, może nawet niejedna. Od kultu jednostki i rewolucji kulturalnej do specyficznego chińskiego kapitalizmu. A ile wydarzyło się po drodze! Pomfret zaczyna od opowieści o dzieciństwie i młodości kilkorga swoich rówieśników z roku. Napisałam rówieśników, ale w rzeczywistości wszyscy byli od niego o kilka lat starsi, bo ich droga na studia była długa, wyboista, pełna wyrzeczeń i wyjątkowej determinacji, a wszystko dlatego, że dorastali w czasie rewolucji kulturalnej. Sporo o tych tragicznych wydarzeniach dowiedziałam się ze wspomnianej książki Liao Yiwu, ale to, co przeżyli koledzy Pomfreta, jest po prostu niewyobrażalne. Autor nie ukrywa, że ich doświadczenia zupełnie nie przystają do jego wygodnego życia i choćby nie wiadomo, jak się starał, nie jest w stanie zrozumieć, co naprawdę przeżyli. Potem przez lata będzie im towarzyszył. Różne były ich początki, różnie ułoży się ich życie. Można powiedzieć, że autor wybrał sobie postacie modelowe. Czerwonogwardzistę, córkę wiejskiego nauczyciela, syna pracowników uniwersytetu zamordowanych przez studentów w czasie rewolucji kulturalnej i jeszcze kilka innych osób. Jak ułożą sobie życie potem? Też modelowo. Jeden zrobi partyjną i biznesową karierę, drugi będzie żył w swoistym rozkroku rozpięty pomiędzy wykładaniem zideologizowanej historii na prowincjonalnej uczelni a raczkującym prywatnym biznesem, inny zdecyduje się na emigrację i los dysydenta, a Mała Guan, jedyna kobieta w tym gronie, zrezygnuje z kariery dla rodziny.

Ale książka Pomfreta to także opis życia codziennego,  zmieniających się obyczajów (choćby stosunków damsko-męskich - od nieporadności, wręcz spętania, do całkowitej swobody), przemian politycznych, społecznych, gospodarczych, próba zrozumienia chińskiej mentalności, sposobu zachowania, reagowania, myślenia. To po prostu kawał chińskiej historii. Centralne miejsce w książce zajmuje rok 1989, studenckie manifestacje i masakra na placu Tiananmen. Opowieść o zdarzeniach z tragicznego czwartego czerwca, których autor był świadkiem i poniekąd uczestnikiem, mrozi krew w żyłach. Pomfret opisuje je od środka, co pozwala odczuć doniosłość i grozę sytuacji. To w optyce autora punkt przełomowy. Zastopowanie przemian na kilka lat, ale przede wszystkim zmiana mentalna. Rozczarowanie sprawiło, że uczestnicy tamtego wolnościowego zrywu utracili swój idealizm i stali się wyznawcami bożka konsumpcji i mamony. Idealizm został zastąpiony przez nihilizm.

Chociaż Chiny są dla Pomfreta drugą ojczyzną, to potrafi spojrzeć na nią krytycznie. Nie tylko na mroczną przeszłość, ale i na to, co dziś. Pisze o rozwarstwieniu społecznym, korupcji, nieliczeniu się z ludźmi, zatruciu środowiska, bezkarności władzy, ale także nie szczędzi słów krytyki przywódcom i uczestnikom manifestacji z roku 1989, wskazując na przykład na ich beztroskę i niedojrzałość.

Na koniec, aby dopełnić obrazu, muszę wspomnieć, że jednym z bohaterów "Lekcji chińskiego" jest także sam Pomfret, który dość hojnie obdarza czytelnika szczegółami ze swojego, głównie chińskiego, życia. Muszę przyznać, że jego nadmierna szczerość w opowiadaniu o intymnych szczegółach nieco mnie razi. Ale wybaczam autorowi relacje ze spotkań z rozmaitymi kobietami, bo to zaledwie fragmencik tej grubej książki, po którą naprawdę warto sięgnąć.