Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 29 kwietnia 2015
"Druga strona muru"

Jakoś przegapiłam ten film zaraz po premierze. Nie mówiło się o nim specjalnie dużo, a i oceny miał chyba średnie. Ale kiedy natrafiłam w internecie na zachęcającą recenzję "Drugiej strony muru" napisaną przez Łukasza Maciejewskiego, na którą tylko rzuciłam okiem, postanowiłam wybrać się do kina. A dodatkową zachętą była informacja, że film powstał na podstawie powieści niemieckiej pisarki Julii Franck, której "Południca" zrobiła na mnie kilka lat temu ogromne wrażenie. Pisałam o niej tutaj, naprawdę warto po nią sięgnąć, chociaż nie jest to proza przyjemna. Za to porusza do głębi. Cały czas można ją chyba dostać, a kilka miesięcy temu widziałam "Południcę" w księgarni z tanimi książkami. To tak przy okazji. Powieść, która posłużyła za scenariusz, też zresztą w Polsce wyszła. Koniecznie muszę ją zdobyć i przeczytać. No ale przejdę do filmu.

Można go postawić w rzędzie niemieckiego kina rozliczeniowego obok takich tytułów jak niezbyt znana, chociaż nagrodzona kilka lat temu w Berlinie, świetna, poruszająca "Barbara" czy znacznie głośniejsze i popularniejsze "Życie na podsłuchu". Na pewno filmów sięgających do czasów, kiedy istniały Niemcy Wschodnie i Zachodnie, jest znacznie więcej, ale ja widziałam te, więc do nich się odwołuję. "Drugiej stronie muru" znacznie bliżej do "Barbary". Łączy je mroczna, ciężka atmosfera. Jest to opowieść o losie uciekinierów, którzy marzą o rozpoczęciu nowego życia w lepszym świecie. Druga połowa lat siedemdziesiątych zeszłego wieku. Nelly dzięki fikcyjnemu małżeństwu ucieka z Berlina Wschodniego do Zachodniego. Zabiera ze sobą swojego kilkunastoletniego syna Aleksieja. Oboje muszą przejść przez ośrodek dla uchodźców. Chwilowe szczęście spowodowane znalezieniem się w kolorowym, lepszym świecie, gdzie metalowe puszki po napojach, obiekt westchnień Aleksieja, można bez trudu znaleźć na ulicy, szybko przyćmiewa przygnębiająca rzeczywistość ośrodka. Długie, szare korytarze, pokoje z piętrowymi łóżkami, wspólne, raczej obskurne łazienki. W tym beznadziejnym miejscu można utknąć na długo. Albo z powodu przeciągających się procedur, albo dlatego, że sami uchodźcy nie znajdują w sobie siły na rozpoczęcie nowego życia poza murem. Tutaj jak jest, tak jest, ale przynajmniej ma się dach nad głową i zapewnione jakieś minimum finansowe. Jak powie jedna z bohaterek filmu, stąd albo wychodzi się szybko, albo tkwi się  latami. Nelly ze zdziwieniem odkrywa, że ludzie, których w ośrodku spotyka, mieszkają w nim osiemnaście miesięcy albo jeszcze dłużej. I można tak zawiesić się w tej beznadziei, bez szans na zmianę, na normalne życie. Po prostu trwać. Przygnębia nie tylko sam ośrodek, ale i urzędnicze procedury. Trzeba zdobyć ileś (chyba jedenaście) pieczątek, aby starać się o prawo pobytu, a dopiero ono umożliwia wyjście poza mury. Każda pieczątka to jeden urzędnik i czasem nawet kilka wizyt. Długie kolejki, bezduszni funkcjonariusze. Od tych z punktu granicznego ze Wschodniego Berlina, których Nelly na długo pewnie zapamięta, różnią się tylko zawodowym, powściągliwie uprzejmym uśmiechem. Warto zwrócić baczną uwagę na scenę wizyty u lekarza w ośrodku, która musi skojarzyć się z podobnym obrazkiem, chociaż okoliczności odmienne, z Berlina Wschodniego. Innym problemem są stosunki między uciekinierami. Wystarczy iskra, aby rzucić na kogoś podejrzenie o to, że jest agentem Stasi, a wtedy może rozpętać się piekło. Ta warstwa filmu jest i ciekawa, i niezwykle uniwersalna. Warto sobie uświadomić, ile upokorzeń musi znieść uchodźca, jaką determinacją musi się wykazać. A los uciekinierów z Afryki zamykanych w podobnych ośrodkach jest na pewno o niebo gorszy.

Ale "Druga strona muru" ma też inną warstwę, bardzo intensywną. To historia osobista. Historia Nelly i jej syna, relacje między nimi i historie innych uciekinierów. Nelly pod wpływem dziwnych sugestii urzędników dotyczących jej zmarłego partnera robi się przewrażliwiona i podejrzliwa. Popada w paranoję, boi się, że jest śledzona, zachowuje się nieracjonalnie, a atmosfera odrobinę zaczyna przypominać thriller.

Mocną stroną filmu jest aktorstwo. Szczególnie w pamięć zapada rola Jordis Triebel w roli Nelly, ale i chłopiec grający jej syna też przyciąga uwagę. Oczywiście nie jest to dzieło idealne. Można się przyczepić do relacji, jaka łączy główną bohaterkę z jednym z urzędników. O ile jej motywy i działania da się zrozumieć, o tyle jego wydają się nieco naciągane. Może też nie do końca wiarygodna wydaje mi się obsesja Nelly. Jednak mimo wszystko "Druga strona muru" dzięki swojej mrocznej intensywności pozostaje w pamięci. A ja jestem bardzo ciekawa, na ile słabości filmu wynikają z uproszczeń scenariusza, a na ile swe źródła mają w literackim pierwowzorze. Chociaż jeśli powieść, która zainspirowała twórców, jest równie dobra jak "Południca", to o słabościach nie może być mowy. Ale o tym muszę się dopiero przekonać.

niedziela, 26 kwietnia 2015
"Karski i władcy ludzkości"

Już nie pamiętam, kiedy miałam aż tak długą filmową przerwę. Ostatni raz byłam na "Glorii", chyba ponad miesiąc temu. Jakoś nic nie wydawało mi się na tyle ciekawe, aby poświęcać czas na kino. A wcześniej nie nadążałam. Nareszcie jednak pojawił się film, który każdy powinien zobaczyć. Nie waham się przed takim stwierdzeniem. Myślę tu o dokumencie polskiego reżysera mieszkającego w Stanach, Sławomira Grunberga, "Karski i władcy ludzkości". Nie chodzi tylko o to, że film jest bardzo dobrze zrobiony i ogląda się go jednym tchem. Przede wszystkim mamy do czynienia z opowieścią o człowieku niezwykłym, który nadal słabo funkcjonuje w naszej zbiorowej świadomości. I mam wrażenie, że Rok Karskiego, który obchodziliśmy w 2014, niewiele tu zmienił. Na jedynym seansie w małej kinowej salce w sobotnie przedpołudnie było siedem osób w tym troje cudzoziemców (to akurat mnie podbudowało).

Film składa się z rozmów z ludźmi, którzy albo się z Karskim zetknęli na różnym etapie jego życia, między innymi dwóch jego byłych studentów dziś dyplomatów, albo pisali o nim przy okazji rozmaitych prac (na przykład biograf Churchilla). Dwukrotnie widzimy na ekranie Władysława Bartoszewskiego. Nie muszę dodawać, że wczoraj, dzień po jego śmierci, te fragmenty zabrzmiały szczególnie. Ale najważniejsze są rozmowy z samym Karskim zaczerpnięte między innymi ze słynnego filmu Claude'a Lanzmanna "Shoah". Karski robi niesamowite wrażenie. Elegancki, przystojny, szczupły starszy mężczyzna biegle mówiący po angielsku, ale z polskim akcentem (ten akcent, którego nigdy nie potrafił się pozbyć, był w czasie jego tajnej, wojennej misji utrapieniem, o czym w zabawny sposób opowiada). Skupia na sobie uwagę widza. Mówi w sposób magnetyczny, dobitnie, czasami wciela się w swoich rozmówców, modulując głos i gestykulując, a chwilami po prostu się wzrusza, ma łzy w oczach i prosi o przerwanie rozmowy. Oprócz tego na ekranie zobaczymy fragmenty starych filmów przede wszystkim z warszawskiego getta i jeszcze więcej zdjęć stamtąd. Nie muszę dodawać, jak makabryczne to obrazy. Posłużył się też reżyser animacją, którą zastąpił sceny, jakie zwykle się w dokumentach inscenizuje z udziałem aktorów. Jak mówił, szukał sposobu, aby to ominąć, bo takie inscenizacje zwykle wypadają sztucznie. Dopiero po obejrzeniu "Walca z Baszirem" wpadł na ten pomysł. Przyznam, że ja z kolei tych fragmentów lekko się obawiałam, jako że nie przepadam za animacją. Tymczasem rzeczywiście taki zabieg przekonuje i płynnie łączy się z inną filmową materią.

Historia Karskiego robi na mnie ogromne wrażenie. Nie tylko dlatego, że tyle przeżył, wycierpiał, że tak się narażał i wykazał ogromną odwagą. Przede wszystkim jest to postać tragiczna. Młody, przystojny człowiek, świetnie wykształcony, marzący o karierze dyplomaty, którego młodość przerwała wojna. I nagle zostaje skonfrontowany z rzeczywistością, którą trudno sobie nawet wyobrazić. Dwukrotnie na prośbę żydowskich organizacji wchodzi do getta i raz do obozu w Izbicy Lubelskiej. To, co tam widzi na własne oczy, wstrząsa nim niewyobrażalnie. Kiedy wypełnia swoją tajną misję i on, młody człowiek, staje przed owymi tytułowymi władcami ludzkości, między innymi przed samym Rooseveltem, aby opowiedzieć im o eksterminacji Żydów i prosić o interwencję, nie zostaje wysłuchany. Albo mu nie wierzą, bo wtedy trudno było uwierzyć w coś takiego, albo nie chcą z powodów politycznego kunktatorstwa zrobić niczego. I tak zagłada się dokonała. Władcy ludzkości nie kiwnęli palcem, a bezradny Karski, który zrobił, co mógł, który nie pozostał obojętny, do końca miał poczucie przegranej. Dręczyły go też wyrzuty z  innych powodów, ale tego zdradzać nie będę. Zamilkł na lata i dopiero film Lanzmanna przypomniał go na nowo. Doceniany i nagradzany za granicą, u nas uhonorowany znacznie później, no i wciąż za mało znany. A przecież jest postacią niesamowitą, mógłby się stać bohaterem filmu sensacyjnego  albo poważnej powieści. Tymczasem Sławomir Grunberg, który uparł się, aby zrobić o nim film, miał ogromne problemy ze zgromadzeniem funduszy. W końcu uciekł się do zbierania pieniędzy na jednym ze społecznościowych portali crowdfundigowych. Kto wyczeka do końca, zobaczy długą listę nazwisk osób, które wsparły pomysł reżysera. 

I jeszcze jedno. Oglądając ten film dziś, trudno uciec od refleksji, że historia niczego nas nie nauczyła. Nadal i my, i władcy świata, pozostajemy głusi na ludzkie dramaty. Na Syrię, na Ukrainę, na Libię, na inne miejsca i na los uciekinierów, którzy giną na Morzu Śródziemnym. Wiem, że to bardzo banalne stwierdzenie, niestety prawdziwe. Choćby dlatego przynajmniej koniecznie obejrzyjmy film o Karskim.

środa, 22 kwietnia 2015
Charlie Leduff "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki"

Od jakiegoś czasu moje ulubione Czarne zaczęło wydawać nową serię książek. Jest to Seria Amerykańska. Jako że stany interesują mnie o tyle o ile, jako że trudno czytać wszystko, dotąd nie sięgnęłam po żadną z nich i całkiem możliwe, że nie zrobię tego również w przyszłości. Wyjątek zrobiłam dla niedawno wydanej książki amerykańskiego dziennikarza Charliego Leduffa "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" (Czarne 2015; przełożyła Iga Noszczyk). Chciałam przeczytać więcej o czymś, co jest w jakimś sensie niepojęte, o upadku Detroit. Niegdyś kwitnąca stolica przemysłu samochodowego, miała najwyższy w Stanach dochód na głowę i największą liczbę własnościowych domów, rozbudowany system opieki socjalnej, więc nawet zaczynające się już w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku bezrobocie nie stanowiło problemu, bo miasto stać było na bezpłatną opiekę zdrowotną, na opłacanie czynszu, dopłat do jedzenia a nawet paliwa. Dziś jest puste, żałosne i pełne rozpaczy. Tak pisze o nim autor, który tu się urodził i wychował, stąd uciekł, aby po latach wrócić i zamieszkać z żoną i dzieckiem, chociaż nie jest to dobre miejsce na wychowywanie dzieci. Oczywiście szczerze przyznaje, że zamieszkał na przedmieściach, gdzie jeszcze jakoś da się żyć. Bo nawet w upadłym Detroit są dzielnice lepsze, gorsze i zupełnie beznadziejne.

Napisałam, że katastrofa miasta, nie bójmy się tego słowa, jest niepojęta. Pamiętam, w jakie osłupienie wprawiło wielu, mnie też, to, co huragan Katrina zrobił z Nowym Orleanem. Z jednej strony bezradność wobec żywiołu, z drugiej jednak zdziwienie, że taka potęga jak Stany nie potrafi poradzić sobie w tej sytuacji. Jeśli nie oni, to kto? Nikt nie jest bezpieczny. Co mam myśleć teraz, po przeczytaniu książki Leduffa? Wtedy światowe mocarstwo było bezsilne w konfrontacji z naturą, dziś jest bezradne wobec katastrofy, której przyczyny tkwią w świecie gospodarki i finansów, w zjawiskach społecznych, w korupcji, w fatalnym zarządzaniu. Naprawdę trudno uciec od słowa  niepojęte, kiedy czyta się o tym, że czterdzieści procent miasta jest puste i niezamieszkałe, że powszechnym widokiem są opuszczone, zrujnowane domy, że miasto od lat trawi plaga pożarów, których częstą przyczyną są podpalenia (Zatrzymaliśmy się przy jednej z przecznic osiedla, na którym - jak pola na szachownicy - znajdowały się na przemian niezamieszkane i spalone domy. Przypominało to uzębienie narkomana, który od lat leci na mecie.), że straszą szkielety zamkniętych fabryk, zabite deskami witryny sklepowe, zarośnięte zielskiem, opuszczone działki, jednym słowem, że spore fragmenty Detroit wyglądają jak Drezno po alianckich bombardowaniach (to skojarzenie autora). Nie sposób pominąć pytania, jak to możliwe w bogatych Stanach? A to nie wszystko. Obraz jest przecież jeszcze bardziej czarny. W opowieści Leduffa aż roi się od przykładów wszechogarniającej korupcji, zdemoralizowanych, bezczelnych i głupich (dosłownie) miejscowych polityków, źle zorganizowanej policji i wymiaru sprawiedliwości, niewydolnych, bo niedoinwestowanych, służb miejskich (bywa, że na karetkę czeka się kilka godzin) i wreszcie zwyczajnej biedy (powszechnym zjawiskiem jest nieodbieranie zwłok zmarłych ze szpitalnych kostnic lub trzymanie w domu ich prochów, bo krewnych nie stać na pogrzeb). Symbolem upadku miasta są warunki, w jakich pracują strażacy. Może dlatego, że autor poświęca im bardzo dużo miejsca, a znalezienie i doprowadzenie przed sąd winnego śmierci jednego z nich, jego przyjaciela, staje się ważnym wątkiem w książce. Otóż strażacy, którzy do pożarów wyjeżdżają niemal bez przerwy, mają do dyspozycji zdezelowany sprzęt, dziurawe buty (dosłownie), nadpalone kombinezony, sami dokonują napraw i remontów w zrujnowanych remizach, a w jednej z nich (czy tylko w jednej?) nie działał alarm. Ba, posuwają się nawet do wynoszenia z opuszczonych domów czegoś, co w remizie może się przydać, na przykład moskitiery. Nic dziwnego, że w takim mieście napady, kradzieże, morderstwa są czymś powszechnym. Najbardziej chyba przygnębia los dzieci chodzących do byle jakich szkół, wychowywanych w takich warunkach. I los ludzi, którzy muszą mieszkać w domach, wokół których stoją inne ziejące pustką, na w pół zrujnowane, stale narażone na podpalenia i grabieże.

Oczywiście autor nie ogranicza się tylko do diagnozy tego, co dziś, sięga też w przeszłość, pisze o tym, jak miasto osiągało czasy swojej świetności i zastanawia się, jak doszło do takiego upadku. To wszystko jest przerażające i fascynujące jednocześnie. Po prostu bardzo ciekawe.

Ale nie należę do bezkrytycznych czytelników tej książki. Właściwie mam dwie uwagi. Pierwsza, za dużo w niej Leduffa. To typ reportażu, w którym autor jest jednocześnie bohaterem. Nie przeszkadza mi osobisty ton, uczuciowy stosunek do miasta, filtrowanie tego, co się w nim dzieje, przez własne emocje. Ciekawa jest historia rodzinna, opowieść o przodkach. Godzę się, chociaż już mniej chętnie, na pisanie o losach braci i siostry, bo są dość typowe dla miasta, ale drażni mnie wywlekanie kłopotów rodzinnych, kłótni i nieporozumień z żoną. Nie tego oczekuję w reportażu o upadku Detroit. Druga uwaga jest bardziej prozaiczna. Z czasem opowieści o skorumpowanych politykach, o intrygach, rozgrywkach, śledztwach zaczynają nużyć. Może dla amerykańskiego czytelnika są ciekawe, dla polskiego niekoniecznie, bo zbyt lokalne, zbyt interwencyjne. A dzieje się tak dlatego, że sporo rozdziałów było w jakiejś formie drukowanych w miejscowej gazecie, w której Leduff pracował jako reporter. To jednak książki nie przekreśla. Warto ją przeczytać z powodów, o których pisałam wcześniej.

I jeszcze jedno. Jeśli ktoś zdecyduje się po nią sięgnąć, powinien wiedzieć, jak jest napisana. Autor posługuje się językiem bardzo kolokwialnym. Pozwoliłam sobie wynotować garść przykładów: gówniana amerykańska gospodarka spuszczona do ekonomicznego kibla, dałam dupy, kurna, nabombiony alkoholem, Oficer Świński Ryj, gnój, walnięta suka. Oprócz tego znajdziemy cały bogaty wachlarz przekleństw, których tu jednak cytować się nie odważę. Nie chcę i nie muszę, każdy przecież je doskonale zna (przynajmniej z nasłuchu). Piszę o tym, bo nie wykluczam, że język może drażnić. Moim zdaniem jednak pasuje do konwencji. Do osobistego, emocjonalnego obrazu miasta, do którego Leduff jest przywiązany, i do obrazu jego mieszkańców, których żałuje i lubi. Do historii reportera, który styka się z całym brudem (on napisałby syfem) Detroit, który toczy  beznadziejną walkę o wyświetlenie matactw i łotrostw miejscowej władzy i bandytów. Jest krzykiem człowieka, który próbuje jakoś żyć, na przekór wszystkiemu.

środa, 15 kwietnia 2015
Philip Roth "Amerykańska sielanka"

Jak tak dalej pójdzie, to mój blog stanie się blogiem tylko książkowym. W kinach bryndza, a jeszcze niedawno nie nadążałam za ciekawymi nowościami. Na razie jednak pozostaję przy lekturze i to nie byle jakiej. Nareszcie spełniłam swoje czytelnicze marzenie i przeczytałam pierwszą część trylogii amerykańskiej Philipa Rotha, czyli "Amerykańską sielankę". A wszystko to dzięki Wydawnictwu Literackiemu (2015; przełożyła Jolanta Kozak), które wykupiło prawa do jego książek i po kolei będzie wydawać wszystko! Hurraa!!! Trzy powieści składające się na ten cykl uważane są chyba za najwybitniejsze dzieła Rotha. Nie wiem właściwie, dlaczego wydawało mi się, że jest to jedna z jego pierwszych książek. Może dlatego, że dotyka bolesnych dla Amerykanów czasów wojny w Wietnamie? Tymczasem została napisana w roku 1997. Dla porządku dodam jeszcze, że należy do  cyklu powieści z pisarzem Natanem Zuckermanem. Tym razem jednak to nie on jest głównym bohaterem, ale starszy brat jego szkolnego kolegi, Seymour Levov, zwanym Szwedem. Niegdyś gwiazda szkolnej drużyny bejsbola, uwielbiany przez  kolegów, nauczycieli i rodziców. Autorytet i niedościgniony ideał. Poznać go bliżej to było marzenie wszystkich uczniów w Newark. Tak, tak, w Newark. Roth, jak często w swojej twórczości, wraca do rodzinnego miasta. Akcja rozgrywa się na kilku planach czasowych. Retrospekcje sięgają lat czterdziestych ubiegłego wieku, kiedy bohaterowie chodzili do szkoły. Potem zdarzenia rozpięte zostają między kilkoma kluczowymi datami: rokiem 1968, latami siedemdziesiątymi, by wreszcie dojść do roku 1995, z której to perspektywy Zuckerman opowiada historię wzlotu i upadku Szweda, Newark i Ameryki. Przyglądając się losom indywidualnym, pokazuje los miasta i kraju.

Znajdziemy też w "Amerykańskiej sielance" jeden z naczelnych motywów twórczości Rotha, konfrontację żydowskiego Newark ze światem gojów. Dla pokolenia rodziców Zuckermana i Szweda to świat inny, wrogi, od którego należy się trzymać z daleka. Dla ich dzieci przez swoją odmienność, lepszość, staje się obiektem zazdrości, pożądania pomieszanego ze strachem zaszczepionym przez dom. Rodzice Szweda, szczególnie ojciec, nigdy, mimo zmian, na które nic nie można poradzić, więc jakoś trzeba je oswajać, nie pozbędą się poczucia odrębności i obcości. Jest w powieści kilka kapitalnych scen, które to pokazują. Na przykład rozmowa starego Levova z narzeczoną syna, irlandzką katoliczką. Swoisty targ, próba zawarcia religijnego i światopoglądowego kompromisu, która przede wszystkim dotyczy sposobu wychowania dzieci. Od jej wyniku zależy zgoda na małżeństwo. To i tak postęp, bo poprzednią nieżydowską dziewczynę Szweda rodzice po prostu przepędzili. Ale nie tylko ten podział dzieli amerykańskie społeczeństwo. Są biali i czarni, republikanie i demokraci (czytaj: konserwatyści i liberałowie), katolicy (mniejszość) i protestanci (większość), wreszcie bogaci i biedni. Ten ostatni idzie w poprzek tamtych. Levovowie dzięki swojej wytrwałości i ciężkiej pracy stali się potentatami w branży rękawiczniczej. To kariera iście amerykańska, powielająca mit amerykańskiego snu czy owej tytułowej amerykańskiej sielanki, od zera do milionera. Już w latach czterdziestych przeprowadzili się do lepszej dzielnicy Newark. Rodzice Zuckermana nigdy nie opuszczą tej gorszej. Ale ten podział dotyka nie tylko Żydów. Żona Szweda, piękna Miss New Jersey, pochodzi z biednej (oczywiście bieda to pojęcie względne, bieda biedzie nierówna) sfery. Całe życie będzie mieć z tego powodu kompleks. Zazdrości  WASP-om (biali anglosascy protestanci) i podziwia ich, chce im dorównać, jednocześnie nienawidzi i czuje się gorsza.

Kolejnym ważnym tematem powieści Rotha jest zmiana. Zmiana mentalności, obyczajowa, po prostu zmiana świata. Symbolem starego są w powieści rodzice Szweda, wierni religii, wartościom, obyczajom. Starają się jakoś odnaleźć we współczesnym świecie, jakoś go zrozumieć, ale dziwią się mu i nie zawsze akceptują. Pół biedy jeszcze starszy syn, Levov. Ożenił się wprawdzie z katoliczką, ale przynajmniej jest jej wierny i przejął rodzinną fabrykę rękawiczek, starając się kultywować tradycję i solidność w interesach, chociaż jednocześnie wprowadził zmiany, które ojciec nie zawsze akceptuje. Ale młodszy brat Szweda, Jerry, bogaty kardiochirurg z Florydy, prowadzi życie, którego rodzice zaakceptować nie są w stanie. Zamiast studiów skończył chyba szkołę rozwodów, wykrzyczy ojciec. Ale zmiany dotykają całego świata. Zmienia się sposób prowadzenia interesów, fabryki przenosi się tam, gdzie tania siła robocza, produkuje się za grosze, więc tandetnie, a w ogóle nikt już nie potrzebuje tylu rękawiczek, ile kiedyś i cała misterna, tajemna rękawicznicza wiedza Levovów powoli staje się zbędna. Kto zawraca sobie jeszcze głowę takimi drobiazgami jak ilość guziczków przy rękawiczce (zależna od długości; tego i wielu innych fascynująco podanych informacji (to nie ironia) o produkcji rękawiczek można dowiedzieć się w powieści), kto jeszcze w ogóle produkuje rękawiczki z guziczkami? Ale może najbardziej dojmująca jest zmiana, jaka zaszła w Newark. Miasto podzieliło los wielu innych, popadło w ruinę, stało się niebezpieczne. Kto może, ucieka z niego, bo nie sposób tam mieszkać i wychowywać dzieci. Dawne dobre dzielnice stały się dzielnicami złymi. Zresztą całe Newark to złe miasto. Tylko Szwed, wierny swym ideałom, z uporem maniaka nie chce przenieść fabryki w inne miejsce, chociaż sam już od dawna tam nie mieszka. Myśli o ludziach, którym daje zatrudnienie, myśli o rodzinnym dziedzictwie. Wdzięczności niech jednak nie oczekuje. W zamieszkach na tle rasowym, jakie pod koniec lat sześćdziesiątych wybuchną w Newark, jego fabryka cudem ocaleje, a i własna córka uzna go za kapitalistycznego krwiopijcę.

No właśnie. Czas przejść do tego, co w powieści porusza najbardziej. To historie bohaterów. Jest ich wiele, świetnie nakreślonych, świetnie opowiedzianych. Wszystkie zasługują na uwagę. I o ojcu Szweda, i o jego żonie, wreszcie o córce, ale oczywiście najważniejsza jest opowieść o nim, o Seymourze Levovie, zwanym Szwedem. Kiedy Zuckerman spotyka idola swojej młodości go po latach, ma wrażenie, że stał się nudnym, nieciekawym człowiekiem, wiodącym zwyczajne życie. Zawodowy sukces, piękna żona, dzieci, zdrowie i uroda. Jakże się myli. Pewnie, że Szwed chciałby, aby tak wyglądało jego życie. On nie miałby nic przeciwko temu, aby uznano je za nudne i zwyczajne. Rzeczywiście o niczym innym nie marzy, tylko o rodzinnym szczęściu i porządnym prowadzeniu interesów. Niestety same chęci nie wystarczą. Świat się zepsuł i nie udaje się go naprawić, jak  mówi narrator. Nie mamy wpływu na najbliższe nam osoby, tym bardziej nie mamy wpływu na wojny, społeczne nierówności, politykę, biedę, globalizację i co tam jeszcze. Choćby się chciało, nie zawsze można uciec od wielkiej polityki. Polityka pod postacią córki, zbuntowanej nastolatki, radykalnej przeciwniczki wojny w Wietnamie wkracza w życie Szweda i niszczy jego sielankę. Jaki mamy wpływ na bliskie nam osoby? Jak żyć po traumie? O tym jest powieść Rotha. I jeszcze o tym, że to, co widzimy, to często tylko pozory. W kapitalnej, ale coraz bardziej przejmującej, śmieszno-strasznej scenie towarzyskiego przyjęcia łuski spadają z oczu Szweda. Nic nie jest takie, jak mu się wydawało. Tylko rodzice pozostali wierni swojej przeszłości. Mimo starań nie udaje się naprawić zepsutego świata. Suma wysiłków poszczególnych jednostek, suma ich energii niczego nie zmienia. Pozostaje dojmująca bezradność i poczucie, że niewiele można.

Kończę stwierdzeniem, że powieść koniecznie trzeba przeczytać, jest w niej o wiele więcej sensów i znaczeń, niż zdołałam napisać w moich długich, a przecież w gruncie rzeczy krótkich, rozważaniach. Dodam jeszcze, że książka jest znakomicie napisana i świetnie się ją czyta, jak zawsze Rotha. "Amerykańska sielanka" staje w szeregu moich ulubionych i jednocześnie najważniejszych, najbardziej dojmujących jego dzieł. Obok "Duch wychodzi" i "Wzburzenia". Zaraz potem stawiam "Nemezis" i "Kompleks Portnoya", chociaż ten ostatni to trochę inna liga. Kończę, teraz już naprawdę, wezwaniem czytajcie Philipa Rotha!


środa, 08 kwietnia 2015
Alberto Moravia "Konformista"

Wstyd się przyznać, ale "Konformista" (W.A.B. 2014; przełożyła Zofia Ernstowa) to pierwsza powieść Alberto Moravii, jaką przeczytałam. Jakoś w ogóle z literaturą włoską było mi dotąd nie po drodze. A okazuje się, że to już trzecia, po "Nudzie" i "Pogardzie", książka włoskiego klasyka wydana przez W.A.B. w serii Nowy Kanon. Sięgałam po nią z przekonaniem, że będę obcować z arcydziełem. Tymczasem okazuje się, że "Konformista" nie był najwyżej ocenianą pozycją Moravii. Sławę i nowe życie zawdzięcza dopiero ekranizacji dokonanej przez Bertolucciego z Jean-Louisem Trintignant w roli tytułowej. Filmu niestety nie widziałam, chyba, że nie pamiętam.

Poza nazwiskiem autora zwabił mnie temat. Sądziłam, że to powieść polityczna, powieść o człowieku uwikłanym w faszyzm. Bo, jak można dowiedzieć się z opisu umieszczonego na okładce, główny bohater, Marcello angażuje się w działalność włoskiego ruchu faszystowskiego. Tymczasem w gruncie rzeczy nie jest to książka o polityce. Moravia nie analizuje faszyzmu, nie prezentuje mechanizmów społecznych, nie zastanawia się nad tym, dlaczego Włosi poparli Mussoliniego. Faszyzm mógłby tu równie dobrze zostać zastąpiony jakimkolwiek innym ruchem politycznym czy organizacją o charakterze totalitarnym. Nawet Włochy nie są ważne, stanowią tylko tło zdarzeń. Bo to powieść, która opowiada o przypadku indywidualnym, powieść psychologiczna. Wszystko, co w swoim dorosłym życiu robi Marcello, podporządkował jednemu pragnieniu: chce być jak inni. Chce być zwyczajny, przeciętny, nie wyróżniać się z tłumu. Dlatego żeni się z Gulią, dziewczyną z urzędniczej rodziny do bólu zwyczajnej. Dlatego po ślubie chce zamieszkać w mieszkaniu jej matki w urzędniczej dzielnicy, gdzie każde mieszkanie wygląda tak samo. Marcello napawa się jego przeciętnością i bezguściem, cieszy go to, bo jest tu tak, jak wszędzie dookoła. Dlatego wreszcie staje się zwolennikiem faszyzmu. Skoro większość popiera idee wyznawane przez Mussoliniego, nie do końca je rozumiejąc, on robi tak samo, aby wtopić się w otoczenie. Tak jak inni, intuicyjnie czuje, że się z nimi zgadza. Nie jest to więc akt w pełni świadomy, przemyślany, zrozumiany. Nie, po prostu wydaje mu się, że on też tak właśnie myśli. To przekonanie powstało w nim samorzutnie, tak jak kształtują się zapewne przekonania prostych ludzi z gminu; przyszło, jak to się mówi, z powietrza. (...) odczuwał instynktowną, niemal fizjologiczną potrzebę tej wiary, którą podzielał z milionami innych ludzi. To zresztą znany mechanizm, podobno tak właśnie ma się sprawa z poglądami, nie tylko politycznymi, przeciętnego człowieka. Gdyby ktoś przyparł nas do muru, nie bardzo umielibyśmy poza ogólnikami objaśnić, dlaczego jesteśmy na przykład liberałami albo konserwatystami. Podobnie ma się sprawa z Marcello. Pozostaje pytanie, dlaczego robi wszystko, aby być przeciętniakiem, szarym, zwyczajnym człowiekiem. Odpowiedź znajdzie czytelnik w obszernym prologu. Poznajemy Marcella, kilkunastoletniego chłopca z bogatego domu, którym nikt się nim specjalnie nie interesuje. Matka, dużo młodsza od męża, zajęta jest sobą. Ojciec, człowiek starszy, może już wtedy zdradza pewne objawy szaleństwa, które wkrótce go pokona. Chłopiec odnajduje w sobie upodobanie do zła. Przeraża go to i fascynuje. Zastanawia się, czy inni są podobni do niego, pragnie, aby tak było, szuka usprawiedliwienia dla swoich niecnych uczynków. Kiedy odkrywa, że tylko on jest taki, za wszelką cenę pragnie upodobnić się do innych, stać się normalny, przeciętny. Ale Marcello, samotnik, długo trzymany w domu pod kloszem, różni się od rówieśników, dlatego narażony jest na upokorzenia z ich strony. Ze swoimi problemami zmaga się sam, bo dorośli zajęci są sobą. Wkrótce w życiu Marcella dojdzie do jeszcze bardziej dramatycznych zdarzeń, co położy się cieniem na jego przyszłości. Odtąd pragnienie stania się normalnym, przeciętnym człowiekiem i pragnienie odkupienia winy, odcięcia się od przeszłości będą motorem jego działań.

Przyznam, że ta część powieści wydała mi się najlepsza. To wstrząsające, niezwykle wnikliwe studium samotności i rozpaczy dziecka uwikłanego w zdarzenia, których nie rozumie. W dalszej części książki drażniło mnie natrętne przywoływanie normalności. Marcello myśli o tym, podejmując wszystkie ważne decyzje, tłumaczy tym każdy istotny krok. Motywy dramatycznych działań, których musi się podjąć, wydały mi się mocno pokrętne. Może dlatego zabrakło w jego rozterkach głębi i tragizmu. Za dużo rozumowania, za mało przeżycia. Zło nie poraża tak, jak powinno. A przecież Marcello, agent tajnej policji, musi na zlecenie swoich pracodawców zlikwidować swojego uniwersyteckiego profesora (niczego tu nie zdradzam, tę informację znajdzie czytelnik na okładce). Udawać przyjaźń, grać, aby w końcu, jak Judasz, wydać. Judasza zresztą przywołuje wielokrotnie, roztrząsając sytuację, w jakiej się znalazł. Z tych powodów powieść Moravii trochę mnie rozczarowała, wydała mi się nierówna, a moralne rozterki bohatera za bardzo wyrozumowane.

Mimo tego książkę bardzo dobrze się czyta. Chociaż, jak już wspomniałam, jest to powieść raczej psychologiczna, akcja (dość wolna) pełna jest zaskakujących zwrotów i nieoczekiwanych zdarzeń. Losy bohaterów, których przeszłość kryje mroczne tajemnice, plączą się i stają dramatyczne. Podobała mi się też melancholijna i dekadencka atmosfera. Obraz rozpadu, chaosu, niepewność przyszłości, która towarzyszy bohaterom. Owszem, jestem nieco rozczarowana, spodziewałam się czegoś bardziej dojmującego, ale na pewno po Moravię jeszcze sięgnę. Przecież mistrzowie nawet w słabszej formie pozostają mistrzami.

środa, 01 kwietnia 2015
Serhij Żadan "Woroszyłowgrad"

Poszłam za ciosem i prawie od razu po przeczytaniu "Mezopotamii" Serhija Żadana sięgnęłam po wydaną dwa lata temu powieść "Woroszyłowgrad" (Czarne 2013; przełożył Michał Petryk). Opowiadania z tamtego tomu zachwyciły mnie i bardzo jestem wdzięczna Poczytalnym z radia TOK FM, że zwrócili moją uwagę na ukraińskiego pisarza. Powieść, którą właśnie skończyłam, może nie jest aż tak znakomita, ale też bardzo ciekawa i warta lektury. Wiem na pewno, że moją znajomość z autorem "Mezopotamii" będę kontynuowała. Powiem wprost: Żadan uzależnia. A teraz bez dalszych zbędnych wstępów przejdę do "Woroszyłowgradu".

To powieść, którą można by nazwać chłopacką. Bo bohaterami są przede wszystkim mężczyźni, ich męska przyjaźń i porachunki rozwiązywane w męski sposób, bo przygoda goni przygodę, bo zwariowana, bo świetnie się ją czyta. Ale jest tu przecież znacznie więcej. Charakterystyczny dla Żadana liryzm, poetycki opis, piękny język, zawieszenie pomiędzy jawą a snem, czułość dla bohaterów. A wszystko dzieje się gdzieś we wschodniej Ukrainie, pewnie na terenach, gdzie dziś toczy się wojna. Ale zaczyna się w Charkowie, z którym to miastem związany jest autor. Herman, absolwent zupełnie nieprzydatnej historii, pracujący wraz z przyjacielem u jego stryjecznego brata w organizacjach młodzieżowych, które są bardziej pralnią brudnych pieniędzy niż czymkolwiek innym, nagle dostaje wiadomość, że jego starszy brat zniknął. Porzucił wszystko i wyjechał do Amsterdamu. Nijak nie można się z nim skontaktować, a potrzebny jest ktoś, kto będzie doglądał interesu, stacji benzynowej i warsztatu samochodowego gdzieś na południe od Charkowa. Herman, zwany przez przyjaciół Her, wyrusza do swego rodzinnego miasta, w którym nie był od dawna, aby zorientować się w sytuacji. Myśli, że na tylko chwilę, ale nieoczekiwanie dla siebie wsiąknie chyba na zawsze. Razem z nim lądujemy na głębokiej prowincji. Wokół jak okiem sięgnąć ciągną się pola żółtej kukurydzy. W dole miasteczko, rzeka o kredowych, stromych brzegach, upalne lato, potem wczesna jesień. Książka niby trzyma się realistycznych ram, ale niektórym zdarzeniom bliżej do powieści przygodowej, która rządzi się przecież swoimi prawami, inne z kolei mają oniryczny charakter. Czy zdarzyły się naprawdę, czy tylko w wyobraźni bohatera? Jak mecz z dawnymi kumplami, których nagrobki kilka dni później Herman odnajdzie na cmentarzu.

Pełno tu dziwnych, często groteskowych, postaci, ludzi, którzy mieszkają w dziwnych miejscach gdzieś na na zabitej deskami prowincji, ludzi, którzy nie wiadomo, czym się zajmują, drobnych biznesmenów, bezrobotnych, przemytników, gangsterów i tych, którzy dla nich pracują. Jest Traumowany, niegdyś legendarny piłkarz, dziś pracuje w warsztacie samochodowym, miłośnik kobiet. Jest Ernst, archeolog opętany myślą o odkopaniu poniemieckich czołgów, na których można by zbić fortunę, pod warunkiem, że się je odkopie, bo przecież czołg to nie worek ziemniaków, jak mówi jeden z bohaterów. Dziś Ernst strzeże opuszczonego lotniska i za nic nie chce dać się stamtąd przegnać szemranemu biznesmenowi. Jest ksiądz, domorosły filozof, niegdyś narkoman, człowiek zwariowany, ale mądry i rozsądny. Jest ogromna familia Cyganów, którzy za swych pociotków i ich przyjaciół gotowi są w ogień skoczyć. Jest Nikołaicz, dawniej marynarz, dziś pracuje dla miejscowego gangstera. Zgrywa twardziela, ale w gruncie rzeczy jest słabiakiem, którego zawsze spotykają upokorzenia. Mimo że to powieść chłopacka, znajdziemy na jej kartach całą galerię kobiet, czasem śmiesznych, czasem nieszczęśliwych. Żadan potrafi w każdą postać tchnąć prawdę. Nawet jeśli to bohater drugiego czy trzeciego planu, na kilku stronach poznamy jego zwariowaną, melancholijną historię. Odnajdziemy w tej powieści to samo, co w opowiadaniach z tomu "Mezopotamia". Nawet prosty człowiek ma w sobie to coś, jakiś smutek, głębię, nieobcy jest mu namysł nad światem. Jest życie, którym żyjesz i z którego nie masz prawa rezygnować, i jest śmierć - miejsce, do którego zawsze zdążysz i dlatego nie trzeba się tam spieszyć. Albo: Życie w ogóle rzecz mało zrozumiała. (...) Niby wszystko wiesz, wszystko widziałeś, a jak to było naprawdę, nawet sobie nie wyobrażasz. Takie refleksje snuje jeden z bohaterów, ale pod tymi słowami mogliby się na pewno podpisać i inni bohaterowie. Oczywiście w centrum powieściowego świata jest Herman, który przyjmuje wszystko, co mu się przydarza, ze stoickim spokojem i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie buntuje się, co najwyżej trochę dziwi się światu. Przeczekamy, zobaczy się, jakoś się ułoży, ale jeśli trzeba, to stawimy czoła problemom, nie sprzedamy łatwo skóry. To dewiza Hermana i jego przyjaciół. Wraca do swojego rodzinnego miasta, wspomina, odnajduje dawnych znajomych, poznaje nowych i właściwie sam nie bardzo rozumie, dlaczego broni za wszelką cenę, tak jak Ernst lotniska, stacji benzynowej brata, która przysparza mu mnóstwo kłopotów. Niewiele potrzeba mu do życia, podobnie zresztą jak innym. Przeżywając często nieprawdopodobne przygody, nie wiadomo, na jawie czy we śnie, wędrując, uciekając przed problemami, stale wraca do rodzinnego miasta, jakby był już na nie na zawsze skazany.

Groteska, poetycka, oniryczna atmosfera sprawiają, że bezprawie, siła, bezwzględność, szemrane interesy i pieniądz, które rządzą światem ukraińskiej prowincji, zostają,  na chwilę przynajmniej, przegonione, unieważnione i obśmiane. Tu, jak w westernie, wygrywa w końcu słabszy, nie do końca może kryształowy, ale przecież dobry człowiek. Skąd się bierze jego siła? Ze wspólnoty, którą jest szeroko rozumiana rodzina albo przyjaciele sprawdzeni w bojach. Trzeba trzymać się razem i chronić swojego. Odpowiedzialność i wdzięczność, to jest najważniejsze i o tym nie należy zapominać, jak mówi jeden z bohaterów. I jeszcze honor. Nie sprzedaje się przyjaciela, nawet jeśli nie do końca grał z tobą fair.

Ta powieść, podobnie jak opowiadania z tomu "Mezopotamia", ma w sobie jakiś magnetyczny urok. Przyciąga, pochłania i nie pozwala o sobie zapomnieć.