Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 27 kwietnia 2016
"Letnie przesilenie"
O "Letnim przesileniu" Michała Rogalskiego mówiono już na i po festiwalu w Gdyni. O ile dobrze pamiętam, głosy recenzentów nie były bezkrytyczne, ale film zwrócił uwagę. Dostał nagrodę za zdjęcia (Jerzy Zieliński) i za drugoplanową rolę żeńską (Maria Semotiuk). Bardzo doceniono go na festiwalu Camerimage, gdzie międzynarodowe jury przyznało mu główną trofeum w konkursie filmów polskich. A że temat wydał mi się interesujący, wojna opowiadana z perspektywy wsi, wiedziałam, że chcę go zobaczyć. Tym razem zawodu nie było - właśnie takie kino lubię! Kino, które budzi emocje, które nie pozostawia obojętnym. A są to emocje na różnych poziomach. Od tych najprostszych - co stanie się z bohaterami, czy im się uda, do tych ważniejszych - jak postąpią w sytuacji, kiedy każdy wybór jest zły. I najistotniejsze - to film bardzo niewygodny dla widza. Dzięki temu, że historia jest kameralna, rozpisana na kilkoro bohaterów, z którymi obcujemy bardzo blisko, nie możemy nie zadawać sobie pytania - jak byśmy postąpili na ich miejscu. A że sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie i bohaterowie kilkakrotnie w błyskawicznym tempie muszą podejmować trudne decyzje, ja z niewygodnymi dylematami zmagałam się wiele razy. Co ważne, to zwyczajni ludzie, nie pomniki ze spiżu. Wojna jednych zmieni w bestie, innych ubabrze, ale niewinności pozbawi każdego. Dotyczy to i Polaków, i Niemców. Niby oczywiste, ale pokazane tak, że porusza, dzięki czemu historia wychodzi z kart podręczników. Na zachętę dodam, że jest to też opowieść o uczuciowej rywalizacji, ale moim zdaniem nie ona jest tu najważniejsza, chociaż, przyznaję, w konstrukcji filmu odgrywa istotną rolę. Kto nie był, powinien pójść koniecznie, kto był, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 20 kwietnia 2016
Roman Senczin "Rodzina Jołtyszewów"

Już dawno nie czytałam tak przygnębiającej książki. Poczucie beznadziei było wszechogarniające i zaraźliwe. W pewnym momencie stwierdziłam, że i moje życie to bezsensowna krzątanina bez celu i bez przyszłości. Naprawdę nie przesadzam. Na szczęście powieść rosyjskiego pisarza Romana Senczina "Rodzina Jołtyszewów" (Noir sur Blanc 2015; przełożyła Magdalena Hornung) jest dość krótka, więc już zdążyłam się otrząsnąć. To, co napisałam, brzmi zniechęcająco, a przecież książka jest bardzo dobra i naprawdę warto po nią sięgnąć. Co więcej, czyta się ją znakomicie. Mimo potwornego obrazu świata trudno się od niej oderwać. Być może, czytelniku tej notki, myślisz sobie, że powieść Senczina opowiada o wojnie albo o łagrach, albo o mrocznych czasach stalinowskich. Nie, to historia jak najbardziej współczesna, historia przeciętnej rosyjskiej rodziny i obraz rosyjskiej wsi.

Ona, Wala, pracuje w bibliotece, on, Nikołaj, jest milicjantem, ale ma posadę w miejscowej wytrzeźwiałce. Wciąż czeka na bogatego zalanego w sztok klienta, którego bezkarnie będzie można okraść. Na ten temat wśród pracowników krążą legendy. Starszy syn, Artiom, chciał nawet studiować historię, ale skończyło się na mglistych planach, więc siedzi, a właściwie głównie leży, na garnuszku u rodziców, bo jakiego zajęcia by się nie chwycił, to szybko je porzuca albo zajęcie porzuca jego. Młodszy, Denis, chłopak krewki, wdał się w bójkę, uderzył za mocno, zrobił z chłopaka głupa, jak mówią rodzice, więc pięć lat spędza w kolonii karnej. Jołtyszewowie mają dwupokojowe, służbowe mieszkanie, samochód, nie najnowszy, ale jest, nawet ogrzewany garaż. Ten obraz jest już nieaktualny. Jołtyszew traci pracę, a w konsekwencji służbowe mieszkanie. Nie, nie został zwolniony, bo zredukowano etaty, bo zlikwidowano izbę wytrzeźwień albo z innego podobnego powodu. Musiał odejść, bo nie dało się zatuszować afery, za którą był odpowiedzialny. Miał pecha, wszystko rozdmuchały te potworne pismaki z lokalnej prasy. A przecież nic wielkiego się nie stało! Przecież musiał zrobić porządek, musiał dać nauczkę namolnym klientom. Już sposób, w jaki Jołtyszew się usprawiedliwia, jak nie widzi swojej winy, jak obwinia wszystkich innych, wiele o nim mówi. A to dopiero preludium. Co robić w tej beznadziejnej sytuacji? Nie ma rady, muszą wyjechać na wieś. To rodzinne strony Wali, gdzie w starej, niewielkiej chałupce mieszka jej jedyna żyjąca krewna, wiekowa ciotka.

Już sama przeprowadzka z miasta na wieś jest dla Jołtyszewów degradacją. Współczujemy im, bo trudno nie litować się nad ludźmi, którzy nagle zostają bez środków do życia, muszą  gnieździć się razem z ciotką w jednopokojowej chacie bez wygód, nawet swojego dobytku nie mają gdzie poupychać. Nikołaj zawinił, ale konsekwencje jego głupoty i bezmyślności ponoszą żona i synowie. Jednak to dopiero początek. Dalsza degradacja dokonuje się w błyskawicznym tempie. Degradacja materialna, społeczna, ale przede wszystkim moralna. Ta ostatnia jest najgorsza. Brak hamulców moralnych, można wszystko. Zło się wyrządza albo udaje, że się go nie widzi, albo po cichu na nie przyzwala. Dni upływają na beznadziejnej krzątaninie, bo jakoś trzeba przetrwać. Jedyną rozrywką jest śnieżący telewizor, ale przede wszystkim wódka, a potem rozcieńczany spirytus najpodlejszej jakości. Zimą czas ciągnie się beznadziejnie. Nuda i bezczynność zabijają. Resztki oszczędności topnieją w zastraszającym tempie rozpuszczane w alkoholu albo tracone w inwestycji z góry skazanej na niepowodzenie. I już sama nie wiem, kto bardziej sięga dna - pozbawiony moralnych zahamowań Nikołaj, topiąca smutki w alkoholu Wala czy bezwolny, bezmyślny, leniwy, aż chciałoby się napisać bezmózgi, Artiom. Być może łatwiej byłoby im trwać, gdyby coś do siebie czuli, gdyby okazywali sobie serdeczność i szanowali się. Miłość między Walą i Nikołajem wyparowała już dawno, ale podobny chłód panuje pomiędzy rodzicami i synem. Króluje obojętność, a czasami niechęć. Jedyną ich nadzieją jest młodszy, Denis.

Jołtyszewowie pomstują na swoje położenie, o niepowodzenia oskarżają innych i siebie wzajemnie, wdają się w konflikty z tymi, z którymi powinni trzymać się razem, są beznadziejnie naiwni. Niby próbują, niby walczą, niby snują jakieś plany, niby nawet coś zaczynają, ale kończy się na rozgrzebanej robocie i straconych pieniądzach. A może by zasiać, a może by zaorać. Tak to mniej więcej wygląda. Ich życie od momentu rodzinnej katastrofy to równia pochyła, gnają na dno coraz szybciej. Zakończenie tej historii jest potwornie smutne. Tym smutniejsze, że czytelnik ma świadomość, iż sami sobie zgotowali taki los.

Już tylko historia upadku rodziny Jołtyszewów jest wystarczająco przygnębiająca. Ale to nie wszystko. Bo obraz wsi malowany piórem Senczina sprawia, że całość staje się niemal nie do zniesienia. Pracy nie ma, mężczyźni albo piją, albo odsiadują wyroki, albo nie żyją. Umierają z powodu przepicia albo giną w bójkach czy przestępczych porachunkach. Trudno właściwie powiedzieć, z czego mieszkańcy wioski żyją. Drobne kradzieże, oszustwa, awantury, pijatyki są tu na porządku dziennym. Nikt nikomu nie pomoże, każdy na każdego wilkiem patrzy. Niczego się nie da, wszystko skazane jest z góry na niepowodzenie. Przywykli, nikt się niczemu nie dziwi, nikt nie protestuje. Rozrywką jest picie na umór podłego spirytusu, młodzież bawi się w klubie, który w końcu spłonie. Kobiety przesiadują przed domami, gapiąc się bezmyślnie przed siebie, mężczyźni piją. Wszyscy przedwcześnie postarzali. Marazm, beznadzieja. I trudno powiedzieć, ile w tym winy zewnętrznych okoliczności, braku pracy, niemocy państwa, które abdykowało, a ile mieszkańców wsi. Czy alkohol jest przyczyną, czy skutkiem? Czy piją, bo chcą zapomnieć, czy są tacy straszni, bo piją? Czy Wala uciekłaby przed takim losem, gdyby w młodości podjęła inne życiowe decyzje?

Powieść Senczina nie jest groteską. To obraz jak najbardziej serio. Autor pisze oszczędnie, prosto, niemal kronikarsko, ale przy tym dotkliwie. Dostajemy wnikliwy obraz świata i takież portrety bohaterów. Obraz potworny. Gdzie ta słynna rosyjska dusza? Na wsi, na której zamieszkali Jołtyszewowie, na pewno jej nie ma. Jest za to bezduszność, małe, zwyczajne zło, bezmyślność, głupota, beznadzieja. Zdegradowani, prymitywni ludzie niczym nie różnią się od zwierząt. Nie ma tu żadnej wzniosłości, żadnych szekspirowskich dramatów. Bohaterom obce są dylematy, żyją bezmyślnie, z dnia na dzień. Wszystko jest małe, skarlałe i zepsute. Naprawdę trudno ich lubić. Senczin też nie patrzy na nich ciepło, z wyrozumiałością.

środa, 13 kwietnia 2016
Filmowe remanenty - "Bracia", "Mustang"
Znowu dwa filmy w ciągu jednego weekendu, tym razem zupełnie różne, jak ogień i woda. Trudno mi było się powstrzymać, aby nie obejrzeć ich od razu. A teraz chciałabym bardzo, bardzo polecić je tobie, czytelniku tej notki. O "Braciach" Wojciecha Staronia słyszałam już jakiś czas temu, więc kiedy nieoczekiwanie weszli do kin, pognałam czym prędzej. To dokument o dwóch dobiegających dziewięćdziesiątki (dziś już ją przekroczyli) braciach Kułakowskich, repatriantach z Kazachstanu. Młodszy, Alfons, jest malarzem, starszy, Mieczysław, pracował jako kartograf. Życie mieli niezwykle dramatyczne i barwne, ale Staroń nie poszedł tym tropem, nie pokazał ich przeszłości, za to towarzyszył im z kamerą już w Polsce przez kilka ostatnich lat. Strzępy z ich przeszłości pojawią się we fragmentach starych filmów kręconych amatorską kamerą przez Mieczysława. Dostajemy opowieść o braterskiej więzi, o starości i afirmacji życia. Niezwykle piękną, melancholijną, kontemplacyjną, cichą. Turecko-francuski "Mustang" to całkowite przeciwieństwo "Braci". Jego bohaterki są głośne i witalne, film ma szybkie tempo, dynamiczną akcję, zaczyna się beztrosko, a potem robi się dramatycznie. Historia pięciu sióstr z niewielkiej nadmorskiej wioski gdzieś w okolicach Trabzonu wychowywanych przez babkę i wuja wpisana jest w schemat kina popularnego. Im bliżej końca, tym bardziej trzyma w napięciu. Ale za tą popularną formą kryje się kino społeczne o miejscu kobiet w tureckiej rodzinie i społeczeństwie. Tyle we wstępie, a kto filmy widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
niedziela, 10 kwietnia 2016
Miljenko Jergović "Drugi pocałunek Gity Danon"

Miłośnicy Miljenko Jergovicia, chorwackiego (?), bośniackiego (?) pisarza urodzonego w Sarajewie, mieszkającego w Zagrzebiu, pewnie już wiedzą, że właśnie ukazał się zbiór jego opowiadań pod tytułem "Drugi pocałunek Gity Danon" (Biuro Literackie 2016; przełożył Miłosz Waligórski). Dobrych wiadomości jest więcej, jeszcze w tym roku w Książkowych Klimatach pojawi się niewielkich rozmiarów powieść "Wilimowski". To każe mieć nadzieję, że może oba wydawnictwa pójdą za ciosem i wydadzą kolejne książki Jergovicia. Najbardziej ucieszyłabym się z jakiejś pokaźnych rozmiarów powieści. Mam nadzieję, że taka istnieje i czeka na przekład. Póki co cieszą mnie opowiadania, które właśnie skończyłam. Minęły już czasy, kiedy ten gatunek z góry skreślałam, bo za krótki. Zanim podzielę się refleksjami po lekturze, chciałabym podkreślić, że zbiorek został ładnie i starannie wydany oraz zredagowany. Wspominam o tym, bo dzisiaj to nie jest wcale oczywiste. No i tłumaczenie Miłosza Waligórskiego też zasługuje na uwagę. A teraz do rzeczy.

Opowiadania zamieszczone we właśnie wydanym zbiorze są niewielkich rozmiarów, na ogół kilka, czasem kilkanaście stron. Odnajdziemy w nich klimat znany z powieści Jergovicia, ich gawędziarskich epizodów. Kto zna twórczość pisarza, wie, że jego książki inkrustowane są sporą dawką takich gawęd i rozbudowanych anegdot. Teksty z "Drugiego pocałunku Gity Danon" są dość różnorodne. Jedne realistyczne, inne, i tych jest zdecydowanie więcej, balansują na granicy opowiadania, baśni czy legendy. Chyba można je nazwać ludową gawędą. Jakby  kolejni opowiadacze puszczali wodze fantazji i tak ubarwiali historię, że już nie wiadomo, gdzie jest to, co zdarzyło się naprawdę, a gdzie są tylko barwne dodatki, którymi pierwotna opowieść z czasem obrastała. Zdarzenia toczą się w różnym czasie. Wiele zahacza o ostatnie bałkańskie wojny, niektóre sięgają do okresu austro-węgierskiej monarchii, są wreszcie opowieści współczesne. Autor oszczędził czytelnikowi realistycznie opisanych wojennych makabr, wszystko pozostaje raczej w sferze domysłów i wyobraźni. Ale nie jest to lektura wesoła, chociaż często zabarwiona ironią czy humorem. Smutek i melancholia splatają się z barwną, czasem zabawną anegdotą, poetycki język miesza się z dosadnym. Skąd smutek? Jego źródłem są nieszczęśliwe miłości, tęsknota za człowiekiem, ukochanym psem, za krajem, który trzeba było opuścić, za rodzinnym miastem czy wioską, wreszcie za przeszłością, co bezpowrotnie minęła. Czasami jest to tylko smutek przeczucia, że coś złego czai się tuż obok. Innym razem żal, że czemuś, co się ledwie zaczęło, złośliwy los nie dał szansy. Znać w tych opowiadaniach ciężar życia, ból istnienia, ale jednocześnie pogodzenie się z losem, świadomość, że tak musi być. To wszystko ukryte jest gdzieś pomiędzy wersami. Bo delikatne są te opowieści jak puch, utkane z koronkowych słów. Celowo używam tu takich nieco pretensjonalnych, nieco egzaltowanych porównań, bo nie bardzo potrafię inaczej oddać istotę rzeczy. Lubię w takich sytuacjach skryć swoją bezradność wobec materii, z którą się zmagam, za stwierdzeniem, że najlepiej jest takie opowiadania po prostu przeczytać. Bo to oczywiście najszczersza prawda.

A lektura gawęd Miljenko Jergovicia jest wielką radością. Na każdym poziomie. Tym najprostszym, kiedy bawimy się opowiadaną historią, tym głębszym, który każe się zadumać, zastanowić, pomyśleć, wreszcie wielką przyjemność sprawia też język opowieści. Miłośników pisarza na pewno nie muszę zachęcać, a jeśli ktoś dotąd nie czytał jego książek, niech jak najszybciej nadrobi te zaległości. "Drugi pocałunek Gity Danon" będzie świetnym wstępem do dwóch najważniejszych powieści Jergovicia. To "Ruta Tannenbaum" i "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki". No i nie wolno pominąć eseju "Ojciec".  Pozostaje mi zakończyć wezwaniem: Czytajcie!!!

środa, 06 kwietnia 2016
"Opowieść o miłości i mroku" (film)

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że Natalie Portman nakręciła film według książki Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", najpierw pomyślałam sobie, że to szaleństwo. Jako zdeklarowana miłośniczka twórczości Amosa Oza, wielbicielka "Opowieści o miłości i mroku" wiedziałam, że nie da się przenieść na ekran tej bogatej w liczne wątki historii dzieciństwa i młodości pisarza, jego przodków i Izraela. Chwilę później wzruszyłam pogardliwie ramionami - rzecz tym bardziej nie może się udać, skoro za scenariusz i reżyserię zabiera się właściwie debiutantka, w dodatku amerykańska gwiazda, Natalie Portman. Najpierw byłam pewna, że nie mam ochoty patrzeć, jak na ekranie mordują uwielbianą przeze mnie książkę, bardzo dla mnie ważną. Potem, kiedy zorientowałam się, że raczej dobrze się o filmie mówi (na przykład pięć gwiazdek w tygodniku Polityka), postanowiłam jednak sprawdzić. No i teraz muszę z pokorą przyznać, że się myliłam. Naprawdę byłam zaskoczona, że to, co zobaczyłam na ekranie, aż tak mi się podobało. Film mnie poruszył, zagarnął, wciągnął w swój świat.

Przede wszystkim Natalie Portman oparła scenariusz właściwie na jednym wątku. Z niezwykle bogatej książki Amosa Oza wybrała, można powiedzieć, że wydestylowała, opowieść o rodzinie, skupiając się na relacji syna i matki. Tłem jest burzliwy czas, kiedy powstawał Izrael. Dzięki temu dostajemy dość klarowną historię wykształconej, wrażliwej, obdarzonej wyobraźnią kobiety. Urodzona i wychowana w Równem od dziecka karmiona była mitem ziemi obiecanej, Erec Izrael, a kiedy wreszcie się tam znalazła, musiała skonfrontować się z rzeczywistością daleką od ideału. Jej kruchość i wrażliwość sprawiają, że coraz gorzej sobie radzi. Trudne warunki komplikuje jeszcze wojna, która wybucha po proklamowaniu wymarzonego państwa. Jej konsekwencją, co oczywiste, są zagrożenie, śmierć, strach, destabilizacja ułożonego już jakoś życia. Na świat i rodzinną tragedię patrzymy oczami jej syna, małego Amosa. Dziecka, które nie do końca rozumie, dlaczego matka zamyka się w sobie, oddala się, milczy i cierpi. Trudno mi oczywiście powiedzieć, na ile te wszystkie problemy są czytelne dla kogoś, kto książki nie zna. Na ile czytelny jest bunt kilkunastoletniego chłopaka, który w kilka lat po śmierci matki zmienia nazwisko, opuszcza ojca intelektualistę i wstępuje do kibucu, aby stać się takim krzepkim chłopakiem budującym nowe państwo, wcielającym w życie lewicowe ideały. Mnie historia wydała się dość jasna i klarowna, ale może właśnie dlatego, że znam kontekst. Oczywiście wiadomo, że przepaść musiały bogactwo i złożoność książki - liczne anegdoty, rodzinne historie, liryczne fragmenty. Ich klimat oddaje kilka onirycznych scen, które budują atmosferę filmu. Mnie może najbardziej brakuje wątku dziadków Amosa Oza. Kiedy czytałam ich historię, zrozumiałam, jaką nieprawdopodobną zmianą, nie dla każdego na lepsze, była decyzja o wyjeździe do Palestyny. Tam wszystko trzeba było zaczynać od nowa w zupełnie innej, egzotycznej rzeczywistości. Najczęściej łączyło się to z zawodową i materialną degradacją. Nie każdy mógł być profesorem jak w Europie. W końcu ilu profesorów potrzeba na jedynym uniwersytecie? Dlatego najlepiej traktować ten film jako samoistny byt.

Wielkim atutem są zdjęcia Sławomira Idziaka. Niby kolorowe, ale tak bardzo stonowane, że robią wrażenie czarno-białych. Dzięki nim i dbałości o plenery, wnętrza, kostiumy, rekwizyty całość przypomina stare fotografie. Jest tak, jakbyśmy oglądali rodzinny album. To wrażenie potęguje fakt, że film to właściwie wspomnienie starego już Amosa Oza, który kilkukrotnie pojawia się na ekranie (chyba jednak nie jest to sam pisarz). No i chłopiec grający głównego bohatera od początku przyciąga uwagę. Magnetyzuje swoim smutnym spojrzeniem.

Wiem, że głosy są różne. Także krytyczne. Ja jednak będę broniła tego smutnego, melancholijnego, depresyjnego filmu. Wbrew moim początkowym obawom okazał się udany. Ale oczywiście potem należy koniecznie przeczytać autobiograficzną powieść Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku", pamiętając o tym, że jest to coś znacznie bardziej złożonego niż historia nieszczęśliwej, zawiedzionej kobiety nieradzącej sobie z życiem. A kto nie znał dotąd twórczości tego wybitnego izraelskiego pisarza, powinien sięgnąć po inne jego książki. Zapewniam, że warto, czemu wielokrotnie w moich zapiskach dawałam wyraz. A notka o "Opowieści o miłości i mroku" jest jedną z pierwszych, jakie tu zamieściłam.

niedziela, 03 kwietnia 2016
Siegfried Lenz "Minuta ciszy"

Właśnie ukazała się "Minuta ciszy" (Dobra Literatura 2016; przełożyła Maria Skalska), niewielkich rozmiarów powieść Siegfrieda Lenza. Obawiam się, że przemknie niezauważona. Gdyby nie informacja na portalu Angelus poświęconym, jak nagroda, literaturze Europy Środkowej pewnie i ja nie wiedziałabym, że została wydana. Chyba jednak powinnam zacząć od krótkiej informacji o autorze, bo jest wielce prawdopodobne, że nie każdy o nim słyszał. Ja też jeszcze kilka lat temu nie miałam pojęcia o tym niemieckim pisarzu, a odkryłam go zupełnie przypadkowo dzięki znajomym, za co do dziś jestem im bardzo wdzięczna. Lenz urodził się w roku 1926 w Ełku w Prusach Wschodnich, zmarł dwa lata temu w Hamburgu. Mimo że w Polsce ukazało się kilka jego książek, nie jest szerzej znany. Wyszły wiele lat temu i dziś trzeba ich szukać w antykwariatach albo bibliotekach. "Minuta ciszy" to jego czwarta powieść, jaką przeczytałam. Zanim jednak o niej napiszę, koniecznie muszę wspomnieć o dwóch (prawdopodobnie) najważniejszych w jego dorobku, moich ulubionych. To "Lekcja niemieckiego" i "Muzeum ziemi ojczystej". Ta pierwsza jest chyba bardziej ceniona, mnie mocniej poruszyła druga, ale o obu trudno zapomnieć, obie koniecznie trzeba przeczytać. To dzięki nim Lenz trafił na listę moich ulubionych autorów. Nie im jednak poświęcam dzisiejszą notkę, już o nich pisałam, kto chciałby wiedzieć więcej, niech przeczyta. Mnie podobało się również "Biuro rzeczy znalezionych"  (też pisałam). To oczywiście nie ta ranga, ale również rzecz  ciekawa.

A "Minuta ciszy"? Ja przeczytałam ją z wielką przyjemnością. Powieść odwołuje się do znanego literackiego motywu - miłości młodego chłopaka, osiemnastolatka, do kilka lat starszej nauczycielki. Miłości wielkiej, szalonej, bezczelnej w swoich pragnieniach, straceńczej i nieszczęśliwej, bo tragicznie zakończonej. Stella ginie w wypadku. Niczego tu nie zdradzam, tego dowie się czytelnik i z notki na okładce, i przede wszystkim z pierwszych stron powieści, która jest monologiem wewnętrznym bohatera, Christiana, w czasie szkolnej uroczystości pogrzebowej. Patrząc na zdjęcie ukochanej, słuchając mów dyrektora, uczniów i nauczycieli, śpiewu szkolnego chóru, wspomina Stellę, swoją z nią znajomość, historię, która ledwie się zaczęła, już się skończyła. Jest w tej powieści miłość, tęsknota, zazdrość, niepewność, fascynacja i cierpienie związane ze stratą. Pierwsze doświadczenie wielkiego szczęścia i wielkiej tragedii, a przede wszystkim zetknięcie ze śmiercią. Dotąd śmierć pewnie była w życiu Christiana czymś abstrakcyjnym, czymś, co zdarza się ludziom starym, teraz dotknęła go osobiście. Świadomość, że zdarzyć może się każdemu, w każdej chwili, zmienia na zawsze.

"Minuta ciszy" nie jest powieścią sentymentalną. O tych ważnych sprawach pisze Lenz delikatnie, dyskretnie. Liczy się nastrój, klimat. Niewiele się dzieje. Akcja toczy się w nadmorskiej miejscowości. Christian pomaga ojcu, który jest rybakiem kamieni, wydobywa z morskiego dna wielkie głazy, aby budować z nich falochrony. Wozi tez turystów na Ptasią Wyspę. Dużo tu pięknych, sensualnych opisów przypominających atmosferę "Lekcji niemieckiego", której akcja też rozgrywała się nad morzem. Z łatwością i przyjemnością poddałam się tej nastrojowej prozie. Zanurzyłam się w atmosferze letnich i jesiennych dni w małej nadmorskiej miejscowości, gdzie rozegrała się tragedia. Nie jest to oczywiście powieść wielkiej rangi, ale drobiazg, który pozostaje w pamięci. Jeśli ktoś od niej zacznie swoje spotkanie z prozą Lenza, niech pamięta, że "Muzeum ziemi ojczystej" i "Lekcja niemieckiego" to książki o wiele bardziej wymagające, ale naprawdę warte trudu. Bardzo, bardzo namawiam do sięgnięcia po jego powieści. Ja ciągle pozostaję pod ich wrażeniem. Zakończę wezwaniem: Odkryjcie dla siebie Lenza!!!