Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 19 kwietnia 2017
Philipp Meyer "Syn"

Zachęcona rozgłosem przeczytałam powieść amerykańskiego pisarza Philippa Meyera "Syn" (Czwarta Strona 2016; przełożył Jędrzej Polak). Poza Philipem Rothem rzadko dziś sięgam po literaturę amerykańską, zwłaszcza współczesną. Do Franzena ostatecznie się zniechęciłam, Cormaca McCarthiego nie czytałam, podobnie jak Dona DeLillo. Wszyscy oni uważani są za najważniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy, ale jakoś nie mam ochoty na ich prozę. Franzena porównywano nawet do Tołstoja, ale to jednak gruba przesada, żeby nie powiedzieć żart. Najwięksi apologeci Meyera zestawiają go z tą trójką, zwłaszcza z McCarthym. Tego zweryfikować oczywiście nie mogę, jednego jestem pewna - Philipa Rotha stawiam oczywiście wyżej. Ale na powieści Meyera nie zawiodłam się. To rzeczywiście kawał, wielki, bo ponad sześćset stron, literatury.

"Syn" to najprawdziwsza rodzinna saga osadzona na tle historii Stanów, a szczególnie Teksasu. Akcja zaczyna się w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, kończy chyba w 2011. Pisarz zastosował ciekawy zabieg - historii rodziny McCulloughów nie poznajemy po bożemu, chronologicznie. O wszystkim dowiadujemy się z trzech punktów widzenia - seniora rodu, Eliego, zwanego Pułkownikiem, jego syna Petera i prawnuczki Jeanne. Nawet narracja prowadzona jest różnie. Mamy tu i dziennik (Peter), i wspomnienia (Eli), i narrację trzecioosobową, w którą wpleciony został monolog wewnętrzny (Jeanne). Pod koniec pojawia się jeszcze nieoczekiwany głos czwarty, do kogo należy, nie zdradzę. Powieść łączy ciekawą akcję, niezwykle bogate portrety psychologiczne z historią przemian Teksasu i z refleksją historiozoficzną. Teza Meyera brzmi - każda potęga przemija, wszystko się zmienia, jest płynne. To oczywiście żadne odkrycie, ale autor w swojej powieści zgrabnie tę myśl czytelnikowi uświadamia. Przeminęła potęga indiańskich plemion, potęga Meksyku, który władał Teksasem, przeminęła potęga rodu Garciów, przemija potęga wielkiego rodu McCulloughów. Wszystko się zmienia, trochę na lepsze, wszak stale dokonuje się postęp, ale często na gorsze. Zielone, dzikie, bezkresne połacie Teksasu, przez które kiedyś swobodnie wędrowały stada mustangów i bizonów (dzięki nim mogła trwać potęga indiańskich plemion), stopniowo zostają zamienione na pastwiska należące do białych osadników. Indianie zostają zepchnięci do rezerwatów, a ci, którzy się na to nie godzą, krok po kroku wypierani są ze swoich terenów. Kurczą się tereny łowieckie, kurczą się stada bizonów, Indian czeka jeśli nie eksterminacja, to na pewno śmierć z głodu. Ale to nie koniec. Z czasem pastwiska zamienią się w pola naftowe. Przemiany obejmują też społeczność białych mieszkańców Teksasu. Trwa nieustanny konflikt z Meksykanami, Teksańczycy muszą ustąpić miejsca Jankesom, przybyszom ze starych Stanów, hodowcy bydła nafciarzom. Wszystko się miesza - stare rody zajmujące się dotąd hodowlą bydła wyprzedają resztki swego majątku i ruszają na północ do wielkich fabryk. Na ich miejsce przybywają inni, z pieniędzmi, gotowi zaryzykować poszukiwanie ropy, a potem opłacić jej wydobycie. Droga do sukcesu jest ciernista i długa. Te przemiany sprzyjają powstawaniu miast i to tam zaczyna toczyć  się życie, ale nie każdy potrafi się w nich odnaleźć.

Meyer demitologizuje legendę Dzikiego Zachodu. Życie tu zawsze  było okrutne, śmierć z ręki wroga czyhała na każdym kroku. Nikt nie był bez winy. Toczyła się walka o przetrwanie, o ziemię, o stada koni i bydła. Biali eksterminowali Indian, ale indiańskie plemiona od zawsze walczyły ze sobą, napadały też na Meksykanów i Teksańczyków, kradły, mordowały, gwałciły, skalpowały, uprowadzały jeńców. Takim jeńcem był nestor rodu, Eli, który,  kiedy po latach wrócił do białych, bardzo długo nie mógł przyzwyczaić się do życia wśród swoich. Pytanie, kto właściwie dla niego był swój - Komancze, wśród których spędził kilkanaście lat życia, których pokochał, czy biali. Nigdy nie pozbył się tej podwójnej tożsamości. Meyer przypomina też, że Teksańczycy byli stale skonfliktowani z Meksykanami. Pogranicze to teren dziki i bardzo niebezpieczny. Służba w Rangersach broniących granic i porządku to niemal wyrok śmierci. Niebywałe okrucieństwo było tu obecne na każdym kroku. Morderstwa, wyrafinowane tortury, samosądy, lincze, sąsiedzi mordowali sąsiadów, wystarczyło  podejrzenie o kradzież. Ginęli nie tylko winni, ale cała rodzina, także kobiety i dzieci. Meyer nie szczędzi krwawych opisów, przez które z trudem brnęłam. Na historię Teksasu nakłada się wielka historia, najpierw wojna secesyjna, potem obie światowe.

Jak każda ważna powieść "Syn" łączy refleksję ogólniejszej natury z historią osobistą. Mamy tu opowieść o rodzie McCulloughów, ich konflikcie z meksykańskim rodem Garciów. Na pierwszy plan wybijają się trzy postacie. Wspomniany Eli, legenda Teksasu, człowiek cieszący się autorytetem, twardy, okrutny. Jego syn Peter, niepasujący do rodziny, odmieniec, miękki, długo nie potrafi się zbuntować. Gardzi swoimi najbliższymi i im podobnymi, jest nieszczęśliwy, ale nie robi nic, aby się przeciwstawić. Wreszcie stawia na swoim. Dlaczego? Czym jest to swoje, tego nie zdradzę. Jest wreszcie Jeanne, wnuczka Petera, prawnuczka Eliego. Silna kobieta w męskim, patriarchalnym, szowinistycznym świecie. Umacnia potęgę rodu, długo udowadnia, ile jest warta. Jeanny, aby odnieść sukces, musi być jak taran, znieść wiele upokorzeń, upodobnić się do mężczyzn, w których towarzystwie się obraca. Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo głębokie i ciekawe. Nie sposób w tej notce pokazać ich złożoności. Tak jak nie sposób oddać bogactwa całej powieści, mnogości poruszanych tematów i wątków.

Na koniec dodam, że książka jest niezwykle ciekawa. I nie myślę tu tylko o historii rodziny i bohaterów. Odkrywcze były dla mnie partie związane z historią Teksasu, konfliktem meksykańsko-amerykańskim o ten stan, a wreszcie bardzo drobiazgowe opowieści o życiu i zwyczajach Indian. A już naprawdę na zakończenie łyżka, a właściwie łyga, dziegciu. Powieść miejscami jest fatalna językowo. I nie wiem, ile w tym winy tłumacza, sprawdziłam, Jędrzej Polak nie para się przekładem wielkiej literatury, a ile braku redakcji. W pewnym momencie zaczęłam wypisywać stylistyczne koszmarki, ale nie ma już miejsca na ich przytoczenie. Dziwi mnie tylko, że nikt na to nie zwrócił uwagi. Szkoda, bo panosząca się bezwstydnie bylejakość językowa, o interpunkcyjnej i ortograficznej nie ma co wspominać, odbiera przyjemność lektury nie tylko tej książki.

środa, 12 kwietnia 2017
Ed Vulliamy "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki"

Właśnie przeczytałam kolejną książkę nominowaną do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. To reportaż Eda Vulliamiego "Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki" (Czarne 2016; przełożył Janusz Ochab). Autor już raz, w roku 2012, został laureatem tej nagrody za  "Ameksykę. Wojnę wzdłuż granicy", arcyciekawą opowieść o pograniczu meksykańsko-amerykańskim. Ciekawe, jak będzie w tym roku, konkurencja jak zwykle silna. Na razie jest w finałowej piątce. Cieszę się, że to nie ja muszę dokonywać wyboru. Książkę kupiłam już dawno, ale dopiero nominacja zmusiła mnie, żeby po nią teraz sięgnąć.

Nie będę udawać, napiszę wprost - to nie jest przyjemna lektura. Momentami wstrząsająca.  A jednak powinno się ją przeczytać. Wojna w byłej Jugosławii wydarzyła się przecież niemal na naszych oczach, tak niedawno, w latach dziewięćdziesiątych, tak blisko. Niby pamiętamy, niby wiemy, ale lata płyną i pamięć o tamtych wydarzeniach zaciera się z każdym rokiem. W powszechnej świadomości pozostaje jeszcze Sarajewo (O życiu w oblężonym mieście opowiada wydana przez Czarne książka Barbary Demick "W oblężeniu. Życie na sarajewskiej ulicy") i masowe egzekucje dokonane przez bośniackich Serbów w okolicy Srebrenicy. Umykają naszej pamięci inne miejscowości - Zvornik, Kozarac, Sanski Most, Vlasenica, Prijedor, a to nie koniec listy. Ale najwięcej miejsca poświęca Ed Vulliamy obozom koncentracyjnym utworzonym w roku 1992 w okolicy Prijedoru przez bośniackich Serbów dla bośniackich cywilów, Muzułmanów i Chorwatów. To Omarska, Keraterm, Trnopolje. To autor tej książki wraz z ekipą telewizyjną odkrył dla świata ich istnienie, nagłośnił sprawę, pisał o niej, utrzymywał kontakty z ocalonymi, a potem zdecydował się zeznawać w Hadze przed międzynarodowym trybunałem.

Autor bardzo świadomie używa nazwy obozy koncentracyjne i bardzo świadomie czyni nawiązania do Auschwitz. Aby być pewnym, że wolno mu to robić, konsultuje się ze znawcami zagadnienia z Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, wspólnie z nimi ustala, że serbskie obozy można określić mianem echa Auschwitz. Używając nazwy obozy koncentracyjne,  nawiązuje też do jej pierwotnego znaczenia jeszcze z czasów wojny burskiej. Koncentracyjne, bo służyły koncentracji wysiedlonej ludności. Tak było też i tu, jednak to, co działo się za ich bramami, przechodzi wszelkie pojęcie. Za każdym razem, kiedy zmagam się z książką o czystkach etnicznych, masowych mordach, ludobójstwie, wojnie (Rwanda, Kambodża, Syria, Holokaust, Ormianie), wydaje mi się, że już niczego bardziej okropnego nie przeczytam. A jednak. Chyba nie ma takiej okropności, której człowiek człowiekowi, sąsiad sąsiadowi nie byłby w stanie zrobić. Przecież strażnicy tych obozów i ich więźniowie doskonale się znali, mieszkali w tych samych miejscowościach, uczyli siebie, leczyli siebie, spotykali się, razem ucztowali, razem pili.  Ed Vulliamy pisze we wstępie do polskiego wydania, że nie będzie epatował okrucieństwem, ale to, o czym czytamy, i tak wystarczy. Na szczęście książka nie opowiada tylko o tym, co działo się za drutami obozów.

To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez obozy przeszli. O tym, jak ułożyli sobie życie na emigracji, o ich powrotach, na przekór wszystkiemu, do Republiki Serbskiej w Bośni, gdzie żyją otoczeni niemą wrogością, o budowaniu wszystkiego na nowo, o radzeniu sobie albo nieradzeniu z traumą. O ich żalu do świata, który nie chciał wiedzieć o nich wtedy i nie pamięta o nich dziś. O tym, że nie można przebaczyć, jeśli druga strona konsekwentnie zaprzecza zbrodniom, nie chce rozliczyć się, pokajać i przeprosić, nie pozwala upamiętniać miejsc kaźni, a sama buduje pomniki ku czci pomordowanych i poległych Serbów, a na koniec stawia się w roli ofiary. A wszystko to za przyzwoleniem świata, który pod dyktando Serbów zrównuje zbrodnie bośniackich Serbów ze zbrodniami bośniackich Muzułmanów i Chorwatów, umniejszając tym samym znaczenie tych pierwszych, chociaż przecież statystyki wyraźnie temu przeczą. Mało tego, wielu naukowców i lewicowych  intelektualistów (smutno to pisać), szczególnie brytyjskich, zaprzecza istnieniu tych obozów (wśród nich Noach Chomsky). Dlatego Ed Vulliamy spotkał się z krytyką swoich artykułów o wojnie w Bośni i książki, o której piszę. Wielu dziennikarzy potępiało też jego decyzję o zeznawaniu w Hadze. Autor nie kryje tego i tłumaczy, dlaczego się zdecydował, mimo że nie powinien. Są sytuacje, kiedy nie można stać z boku, nie można pozostać obojętnym w imię  zachowania zawodowej neutralności. Czasem trzeba nazwać rzeczy po imieniu, dać świadectwo prawdzie. Mnie przekonał. W imię takiej neutralności koncern Acellor Mittal, który kupił kopalnię w Omarskiej, na jej terenie był jeden z obozów koncentracyjnych, nie pozwala ocalałym i rodzinom ofiar postawić pomnika upamiętniającego więźniów i pomordowanych. A w pomieszczeniach, w których przebywali, w których ich poniżano, torturowano i zabijano, dziś stoją lśniące biurka i rzędy komputerów. Czy wyobrażasz sobie, czytelniku tej notki, coś takiego w Auschwitz?  Wiele miejsca autor poświęca procesom zbrodniarzy wojennych. Poddaje je krytycznej analizie, pisze o nieskuteczności, powolności i innych grzechach, ale przytacza też poważne argumenty na ich obronę. W każdym razie dotąd nie wymyślono niczego lepszego.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. Jak zwykle w takich książkach obnażony zostaje cynizm polityków, którzy ze zbrodniarzami paktują, ściskają im dłonie, chronią ich i bronią  w imię rozmaitych interesów, wylewają krokodyle łzy nad losem niewinnych ofiar, ale niewiele robią, aby je ratować. Tak zawsze było, jest i pewnie jeszcze nie raz będzie. A Ed Vulliamy, Barbara Demick i inni pokazują, jak łatwo było tę wojnę skończyć.



środa, 05 kwietnia 2017
Katarzyna Boni "Ganbare! Warsztaty umierania"

I znowu było podobnie. Początkowo wcale nie miałam ochoty czytać najnowszego reportażu Katarzyny Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" (Agora 2016). Temat wydał mi się niespecjalnie interesujący - tsunami, katastrofa elektrowni atomowej w Fukushimie. To wszystko wydarzyło się dawno, sześć lat temu (w 2011), jest tyle innych ciekawszych tematów. Tak myślałam. O Japonii wiem niewiele, moja wiedza opiera się pewnie bardziej na  stereotypach niż prawdziwych informacjach, po co otwierać nowy krąg zainteresowań. Ale znakomite recenzje zrobiły swoje. Ostatecznie przekonał mnie Michał Nogaś, dla którego to jedna z ważniejszych książek ubiegłego roku. Trafiła się promocja, więc kupiłam. Może reportaż nadal przebywałby w czytelniczym czyśćcu, czyli na wirtualnej półce książek oczekujących, gdyby nie wiadomość, że "Ganbare!" znalazło się wśród dziesięciu książek nominowanych do tegorocznej Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (Dziś ogłoszono finałową listę, reportażu Katarzyny Boni na niej nie ma). Nie było na co czekać. I tu nadchodzi moment, którego bardzo nie lubię. Jak zgrabnie przejść do sedna? Jak niebanalnie poinformować, co myślę o książce? Nie da się, więc napiszę wprost - tak, reportaż rzeczywiście jest wart przeczytania. Bardzo ciekawy, bardzo poruszający i bardzo zaskakujący, szczególnie dla kogoś, kto o Kraju Kwitnącej Wiśni wie tak mało jak ja. Jakże się myliłam, myśląc, że temat przebrzmiały. To nie tylko rzecz o katastrofie z roku 2011, ale również opowieść o Japonii i jej mieszkańcach. Szczególnie o Japonii północnej, odmiennej od reszty kraju, uboższej, niedoinwestowanej, gorzej traktowanej.  A czy to rzeczywiście jedna z najważniejszych książek ubiegłego roku? Nie wiem.

Przede wszystkim ten reportaż mnie zaskoczył. Wiedziałam oczywiście, że w Japonii ziemia trzęsie się bardzo często, że lekkie wstrząsy są tam niemal codziennością, że Japończycy świetnie sobie radzą, wiedzą, jak postępować, jak reagować. Nie miałam jednak pojęcia, że tamto tsunami, konsekwencja trzęsienia ziemi, nie było pierwsze i nie będzie ostatnie. Takich, kiedy fala sięga kolan, nikt właściwie nie zauważa. Ale co kilkadziesiąt lat zdarza się żywioł wyjątkowo niszczycielski. O tym opowiada jeden z bohaterów książki, wiekowy pan Sato, który przeżył trzy, a czwarte zna z przekazów rodzinnych. Dlatego Japończycy żyją w cieniu śmierci. Przynajmniej tak wynika z reportażu Katarzyny Boni, która opowiada, jak radzą sobie z traumą, jak opłakują zmarłych, jak oswajają śmierć, jak sobie pomagają, jak odbudowują nowe życie na zgliszczach. Sposoby są różne. W ruinach wytrwale szukają ciał najbliższych, bo tylko pochówek gwarantuje duszy spokój. Szukają też zdjęć, pamiątek, szczątków domowych ołtarzy. To oczywiście nie dziwi, ale zaskakuje, że organizują seanse narzekania, płaczu albo śmiechu, a wreszcie warsztaty umierania, w których autorka wzięła udział. I tu rodzi się pytanie, które chętnie zadałabym Katarzynie Boni, gdybym tylko miała okazję. Na ile te wszystkie warsztaty i seanse są obecne w życiu Japończyków? Czy to raczej ciekawostka, rodzaj dziwactwa, który świetnie zagra w reportażu, czy też rzeczywiście coś powszechnego? Kiedyś byłam przekonana, że osławione japońskie hotele kapsułkowe to norma w tym kraju, tymczasem potem usłyszałam od osoby, która w Japonii była, że owszem są, ale jest ich niewiele. Do dziś nie wiem, jak jest rzeczywiście. Stąd moja podejrzliwość. Tym bardziej, że jakoś tak się przyjęło, że Japonia to kraj wielu odmiennych, żeby nie powiedzieć, dziwacznych, obyczajów. Prawda to czy stereotyp? Natomiast bez trudu wierzę, że Japończycy obcują z duchami zmarłych, że żywe są tam opowieści o duchach, bo taka jest Azja. O tym przekonałam się na własne oczy. Amulety, wróżby, przesądy, domki dla duchów są tam wszechobecne.

Kolejne zaskoczenie to opowieść o samym tsunami i zniszczeniach, których konsekwencje widoczne są do dziś. Niby coś o tym wiedziałam, niby potrafię sobie wyobrazić, jakie zagrożeniem jest  woda, a jednak to, co przeczytałam, przerosło moją wyobraźnię. Ponad dwudziestometrowa fala to żywioł, który porywa i niszczy wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Opisy katastrofy, potwornych zniszczeń, paraliżu tej części kraju tym są boleśniejsze, że  kontrastują z opowieścią o pięknie krajobrazu północnej Japonii.

Ale "Ganbare!" to nie tylko książka o tsunami. To także historia drugiej katastrofy, która jest konsekwencją tej pierwszej. Chodzi oczywiście o awarię elektrowni atomowej Fukushima. Pod wpływem tego, co zdarzyło się w Japonii, Niemcy postanowili zamknąć wszystkie swoje elektrownie atomowe. Wtedy ta decyzja wydawała mi się przesadą, teraz, kiedy przeczytałam książkę Katarzyny Boni, już tak nie myślę. Bo z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się katastrofa. Ale jeśli do niej dojdzie, to skutki są niewyobrażalne. A byłyby jeszcze większe, gdyby nie heroiczna postawa dyrektora elektrowni i podległych mu pracowników. Japończycy zmagają się ze skutkami tej awarii do dziś. Ogrom katastrofy uświadamiają suche opisy żmudnych i pracochłonnych sposobów oczyszczania budynków, roślin, ziemi, dróg. Na wielu terenach nadal nie wolno mieszkać, do innych można wracać na kilka godzin dziennie, są i takie miejsca, gdzie życie można budować na nowo. I tu pojawiają się dylematy. Czy warto? Niby teren został oczyszczony, ale przecież nie do końca, bo to ogromne koszty. Więc domy i ich najbliższe otoczenie są czyste, ale do lasu nadal wstęp jest zakazany i będzie tak długie lata, dopóki nie rozpadnie się cez-137. Czy wszyscy wrócą? Czy wrócą sąsiedzi? Czy wróci właściciel sklepiku, w którym robiło się zakupy? Katastrofa bezpowrotnie przerwała więzi między ludźmi, unicestwiła lokalne społeczności. To samo dotyczy miejsc dotkniętych przez tsunami. Napisałam, że z atomem wszystko jest w porządku, dopóki nie wydarzy się wielka awaria. Nie do końca tak jest. Z książki Katarzyny Boni dowiedziałam się, ile niebezpiecznych prac trzeba na co dzień wykonywać w elektrowni. A najbardziej zaskoczyło mnie, że wykonują je, narażając swoje zdrowie, ludzie z japońskich nizin społecznych skuszeni wysokimi zarobkami. Pracują za długo, często lekceważąc normy bezpieczeństwa, bo tak jest wygodniej. Przy cichej akceptacji zwierzchników. Takie rzeczy w bogatej Japonii? Taka fuszerka, takie wykorzystywanie ludzi? Tak, tak. I to jest zaskoczenie kolejne. A z nim związane jest jeszcze jedno. Bohaterowie reportażu Katarzyny Boni opowiadają o dezinformacji i bałaganie, jakie panowały długo po katastrofie. Bagatelizowano fakty, nie podejmowano odpowiednich decyzji. Władze TEPCO, firmy zawiadującej elektrowniami, nie zdawały sobie sprawy, albo nie chciały sobie zdawać, z rozmiarów kataklizmu. Lekceważyły głosy z Fukushimy i terenów dotkniętych awarią. Dlatego tak późno podjęto decyzję o ewakuacji.

Tyle zaskoczeń. Ale nad całą książką unosi się cień śmierci. Śmierci, z którą trzeba się pogodzić i próbować chociaż trochę ją oswoić.