Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
sobota, 28 maja 2011
Petra Hulova "Stacja tajga". Odkrywanie nieznanego.

Kto oczekuje czeskich realiów, będzie zawiedziony, bo choć  "Stacja tajga" (W.A.B. 2011) to książka napisana przez Czeszkę, jej akcja toczy się albo w Rosji, głównie na Syberii, albo w Danii. Może bohaterami są przynajmniej Czesi? Nic z tego: to  Duńczycy, Rosjanie i plemiona zamieszkujące Syberię. Dlaczego? Dlaczego czeska pisarka, pisząc swoją powieść, tak zupełnie odrywa się od znanych sobie realiów? Przyznam się, że usiłowałam znaleźć odpowiedź na to pytanie przede wszystkim dlatego, gdyż zastanawiałam się, na ile prawdziwe jest to, co pisze o Syberii i jej mieszkańcach. Mieszkała tam? Podróżowała? Niewiele udało mi się znaleźć. Szperając, natrafiłam na wywiad, którego udzieliła czeskiemu radiu po wydaniu swojej pierwszej powieści "Czas Czerwonych Gór" (W.A.B. 2002), której akcja toczy się w Mongolii. Otóż Hulova studiowała mongolistykę i kulturoznawstwo i rok spędziła w tym egzotycznym kraju. To tłumaczy Mongolię. Ale Syberia? W innym mini wywiadzie z lutego tego roku wspomina o podróżach, które stają się inspiracją dla jej pisarstwa. Może to jest ślad? Nie wiem. A Dania? Tu trop wydaje się łatwiejszy: autorka była stypendystką jakiejś duńskiej organizacji literackiej. A teraz do rzeczy.

Muszę przyznać, że te syberyjskie realia zafascynowały mnie bardzo. To jak odkrycie kolejnego nieznanego świata, spotkanie z innym. Dlatego nie daje mi spokoju pytanie: na ile jest to portret prawdziwy? Cóż, pozostaje ufać w porządny reaserch, a może własne pisarskie doświadczenia. Akcja tej powieści rozgrywa się przede wszystkim w małej, syberyjskiej wiosce Charyń zagubionej gdzieś wśród tajgi. Warunkiem dalszego istnienia osady jest kolej transsyberyjska, przy której leży. Dopóki pociągi będą zatrzymywać się na stacji Charyń, dopóty wioska będzie istnieć. Kiedy przestaną, podzieli los podobnych jej: z czasem mieszkańcy porzucą swoje domy, a w ich miejsce powoli będzie wdzierać się tajga. Niezwykle fascynujące są plastyczne, dokładne opisy wioski: małych, drewnianych domków otoczonych niewielkimi obejściami, porzuconych domostw, poczty, na której praca jest marzeniem wielu tutejszych kobiet, osiedla buraczarzy (miejscowe plemię zajmujące się dość tajemniczą produkcją czegoś z buraków; stąd ich potoczna nazwa)  składającego się z byle jak i z byle czego skleconych chat, wreszcie tajgi: groźnej i fascynującej zarazem. Tajga jest domem dla miejscowych, z niej żyją, potrafią się po niej bezbłędnie poruszać, nią się zachwycają. Ale może być jednocześnie zgubą dla kogoś, kto jej nie zna, i pułapką dla uciekinierów z łagru. Taki jest ten świat: obok zachwycającej przyrody, groza przeszłości. Dziś łagier zwiedzają nieliczni turyści, kiedyś był więzieniem, miejscem zsyłki, wyniszczającej pracy, a dla tubylców źródłem zarobku. Nie przejmowali się losem więźniów, traktowali ich jak pospolitych przestępców, może nawet wierzyli, że tak jest. Kiedy uciekinier wpadł w ręce Bura, ten wydawał go bez skrupułów. Nawet mieszkający w Charyniu przed laty zesłaniec polityczny, lekarz Welor, aby przetrwać, musiał się jakoś dostosować do tutejszych warunków i żyć w zgodzie z miejscową władzą.

Równie fascynujący jest portret mieszkańców osady. To wieś pęknięta na pół: żyją w niej Rosjanie, potomkowie dawnych osadników (historia założenia Charynia jest nieco tajemnicza: nie wiadomo, ile w niej prawdy, a ile legendy) i owi buraczarze, miejscowe plemię, które być może przybyło tu kiedyś z północy. Jedni i drudzy darzą się niechęcią, żyją niby w tej samej wsi, ale oddziela ich symboliczny mur, różni wszystko. Rosjanie gardzą buraczarzami, uważają ich za ludzi prymitywnych, prostaków, a ci nieliczni, którzy mają w sobie domieszkę ich krwi, starannie to ukrywają. Buraczarze traktują Rosjan jak najeźdźców, kolonizatorów, uzurpatorów, którzy kiedyś wtargnęli na ich ziemię i bezpowrotnie zmienili ich życie, wyzyskując. Dzielą los innych rdzennych mieszkańców różnych zakątków świata: Indian, Aborygenów, Afrykanów. Sowiecka władza wykorzystując ich, próbowała jednocześnie na siłę cywilizować, dzisiaj, kiedy Związek Radziecki się rozpadł, i nikt ich do niczego nie zmusza, nie chcą integracji, izolują się, co prowadzi do degradacji. I jedni, i drudzy potrafią być okrutni i nieczuli na ludzki los. Ponieważ akcja powieści toczy się na dwóch planach czasowych, poznajemy życie Charynia w powojennych latach czterdziestych i współczesnych. Obserwujemy zmiany, jakie zaszły. Kiedyś komunistyczna rzeczywistość w realiach syberyjskich. Kto tu mieszkał lub przybył, właściwie był już skazany na to miejsce. Aby opuścić Charyń, trzeba się było uciekać do krwawych podstępów, a krewni tego, komu udało się wyjechać, byli srogo karani za niezawinioną winę uciekiniera: pragnienie wolności. Jednocześnie w tamtych okrutnych czasach Rosjanie potrzebowali tubylców, buraczarzy. Bez nich nie mogło się odbyć coroczne zimowe polowanie, które stanowiło o być albo nie być mieszkańców. Nawet wszechwładna władza radziecka nic tu pomóc nie mogła. Jeśli polowanie się nie udało, wioskę dziesiątkował głód. Rosjanie byli zależni od buraczarzy, od ich świetnej znajomości tajgi i tras wędrówek zwierzyny, a nawet czarów. Dziś wioskę można swobodnie opuszczać, zimowych polowań już nie ma, więc buraczarze są tylko szkodnikami, którzy zatruwają powietrze wyziewami z buraków. Społeczność Charynia, chociaż wewnętrznie podzielona, stanowi monolit dla obcych, przybyszów z dalekiej, prawie mitycznej Europy, którzy próbują traktować miejscowych jak etnograficzną i antropologiczną ciekawostkę, przedmiot badań. W latach czterdziestych przyjechał tu naiwny Duńczyk, Hablund, który naczytał się nie do końca prawdziwych informacji o tym świecie. Zafascynowany nim porzucił swoje ustabilizowane życie, które go znudziło, i przybył tu, aby nakręcić film o miejscowych. Dziś, trochę przypadkowo, jego tropem wyrusza młody Duńczyk, Erskine, student antropologii, który w zgłębieniu tajemnicy Hablunda i życia miejscowych upatruje swoją szansę na karierę naukową. Obaj wydają się śmieszni. Tak naprawdę nic nie wiedzą o tym świecie i nie potrafią się w nim poruszać, traktują jego mieszkańców niby z życzliwością, ale jednocześnie z europejską wyższością. W gruncie rzeczy są przedmiotem kpin, z czego nie zdają sobie sprawy. Próbują pozyskać życzliwość tubylców, aby prowadzić swoje badania, ale walą głowa w mur. Tu nie można być tylko obserwatorem, to się nie uda. Obserwator nie odkryje tajemnicy, znudzi się i zrezygnuje. Żeby poznać ten świat, trzeba stać się jego częścią, ale to też tylko pozory. I tak pozostanie się kimś obcym, takim najsłabszym ogniwem, co okaże się w chwili kryzysu.   

Niezwykle ciekawe są opisy podróży koleją transsyberyjską. Jeden z bohaterów, Fiedia, pracuje jako konduktor na trasie między Moskwą a Władywostokiem. Od czasu do czasu towarzyszymy mu w jego pracy. Poznajemy jej tajniki, obserwujemy pasażerów, podziwiamy krajobrazy za oknem, szczególnie tajgę, którą i on jest zafascynowany. Włóczymy się razem z nim po Władywostoku, który mnie jawi się jak miejsce ziejące jakąś dziwną pustką.

Ta powieść to również, a może przede wszystkim, fascynujące ludzkie historie, portrety kilku głównych bohaterów i kilkunastu drugoplanowych, ale jakże ważnych. Obok losów dwóch wspomnianych już Duńczyków, Hablunda i Erskina, i konduktora Fiedii, poznajemy też historię pozostawionej w Danii Mariane, żony Hablunda, jej przyjaciółki, nieco tajemniczej syberyjskiej emigrantki Tani Krasnoludkowej. Ale równie bogate i ciekawe są portrety miejscowych: Bura, rodziny Kawaryczów, zesłańca Welora i jego charyńskiej żony, wariatki, a także wielu, wielu innych. Na szczególną uwagę zasługuje los kobiet, co, jak czytałam, zdaje się nie tylko w tej powieści interesować Petrę Hulovą. To kobiety bardzo często dźwigają ciężar codzienności. Porzucone przez mężczyzn goniących za swoimi fascynacjami, zostawione same sobie muszą być silne i stać się samodzielne, nawet jeśli dotąd takie nie były. Inne mają mężów nieudaczników, darmozjadów, więc i one muszą same zmagać się z życiem. Jeszcze inne są przez mężczyzn wykorzystywane. Wszystkie są twarde i potrafią radzić sobie w każdych warunkach. Szczególnie w Charyniu nie ma właściwie podziału na to, co męskie i kobiece. Kobieta-więzień tak jak mężczyzna-więzień będzie zmuszona do morderczej pracy. Kobiety wyruszą razem z mężczyznami na zimowe polowanie, wprawdzie nie po to, aby polować, ale na równi z nimi muszą znosić trudy wędrówki przez zimową tajgę, obsługując ich na wielu różnych polach. Ale kobiety potrafią być równie bezduszne i okrutne jak mężczyźni. Ich portret nie jest wcale cukierkowy.

Powieść ma ciekawą konstrukcję. Tytuły rozdziałów to imiona głównych bohaterów. Wędrując od rozdziału do rozdziału, stopniowo poznajemy ich historie, odkrywamy tajemnice, cofamy się w  przeszłość, nieraz odległą. Ich losy zaczynają się zazębiać, wszystko składa się w jedną całość niczym kartoniki puzzli. A prawda o nich, jaka się na końcu wyłania, bywa banalna. Ich wybory są często przypadkowe, a to, co początkowo może się wydawać wielkie i szlachetne, okazuje się po prostu zwyczajne i małe. 

Bardzo ciekawa powieść, do przeczytania jednym tchem. Przewodnik po nieznanym świecie. Nie jestem pewna, czy taka była główna intencja autorki, ale mnie to właśnie najbardziej zainteresowało.     

sobota, 21 maja 2011
"80 dni". Hiszpański film, którego nie wolno przegapić!
Seria filmów o kobietach trwa. Ale hiszpańskie "80 dni" różni się od tych trzech, o których pisałam ostatnio, a to dlatego, że bohaterkami są kobiety po sześćdziesiątce, jedna jest może nawet trochę starsza. To, co łączy ten obraz z poprzednimi, jest obserwacja, podglądanie codzienności. Znowu kino spod znaku Mike'a Leigh. Kto nie boi się na ekranie starości, kto lubi zmierzyć się z poważną tematyką, powinien "80 dni" zobaczyć koniecznie. Film jest świetnie zrobiony, ogląda się go znakomicie. Mamy tu zadumę, melancholię, studium bohaterów, dylemat moralny i obyczajowy, sceny komiczne, filmowe qui pro quo niczym w komedii omyłek i sporo obyczajowych obserwacji. Na koniec krótkie, aby nie odbierać przyjemności oglądania, wprowadzenie w temat. W sali szpitalnej przy łóżkach dwóch mężczyzn pogrążonych w śpiączce spotykają się Axun i Maite. Jedna przychodzi do brata, druga do zięcia, którego nikt oprócz niej nie odwiedza. Różni je wszystko: wykształcenie, podejście do życia, miejsce zamieszkania. Przypadkowe spotkanie, które, jak łatwo się domyślić, będzie brzemienne w konsekwencje. Jakie? Oczywiście nie zdradzę. Naprawdę polecam. Film, który trzeba zobaczyć! A jeśli ktoś już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
sobota, 14 maja 2011
Miljenko Jergović "Buick rivera"

Niedawno zachwycałam się tutaj "Różą Tannenbaum" Jergovicia i zapowiadałam, że wkrótce przeczytam jego "Buicka riverę" (Pogranicze 2003), która to powieść już od jakiegoś czasu czekała na półce na swoją kolej. Kupiłam ją w taniej książce, gdzie od czasu do czasu udaje mi się upolować coś interesującego. To tam wyszperałam m.in. "Krystaliczną sieć" Mirko Kovacza czy "Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Ozdamar, moje ulubione powieści (obie wydało Pogranicze, o obu pisałam, polecam!!!). Nie zawsze udaje się trafić tak wspaniale. A jak było tym razem? Cóż, jeśli najpierw przeczytałabym tę powieść chorwackiego pisarza, nie wpadłabym zapewne w taki zachwyt, jak po lekturze "Ruty Tannenbaum", i kto wie, czy sięgnęłabym po nią (a to byłaby strata niepowetowana!). Na szczęście złożyło się inaczej. Po prostu "Buick rivera" to książka dobra, ale nie porywająca. Może wrażenie psuje groteskowe zakończenie? Nagle z tonu serio, z melancholijnych wspomnień, z poetyckiego nastroju pisarz na kilkunastu ostatnich stronach ucieka w groteskę, a ja za groteską nie przepadam. Cóż, taką mam przypadłość. 

Akcja tej powieści toczy się w mieście Toledo i jego okolicach, nie chodzi jednak o piękne, hiszpańskie Toledo, lecz o miasteczko w stanie Oregon w USA. To opowieść o przypadkowym spotkaniu Hasana, Bośniaka przebywającego w Stanach od lat, i Vuko, bośniackiego Serba, który do Stanów uciekł po wojnie bałkańskiej, chcąc uniknąć rozpoznania i kary. Jergović zderza ze sobą gdzieś na neutralnym terenie dwie narodowości i pokazuje, że konflikt, nienawiść, wzajemna nieufność i podejrzliwość wcale nie wygasły. Tkwią w tych ludziach głęboko i w każdej chwili mogą wybuchnąć na nowo. Różnic nie zniwelowały odległość, amerykańskie doświadczenia i życie w innym środowisku. Dla Angeli, żony Hasana, Vuko to rodak jej męża. Ona nie zdaje sobie sprawy z dzielących ich różnic, a nawet gdyby Hasan jej to wyjaśnił, pewnie nie zrozumiałaby. Urodzili się i mieszkali w tej samej okolicy, na tej samej ziemi, więc są krajanami i powinni się z tego spotkania ucieszyć! Oni jednak od razu orientują się, kto jest kim, wystarczy, że się sobie przedstawili. I mimo że nic nie wiedzą o swojej przeszłości, zwierzają się sobie tylko ze swoich małżeńskich kłopotów (obaj ożenili się dopiero na emigracji), natychmiast stają się wobec siebie nieufni i podejrzliwi. Przypisują sobie wzajemnie najgorsze intencje, a ich myśl przestaje podążać prostą drogą, lecz zaczyna biec krętą ścieżką. Głęboko skrywana niechęć powoduje, że nie są w stanie ocenić sytuacji realistycznie, podejrzewają siebie wzajemnie o ukryte, nieczyste zamiary, co doprowadza ich do aberracyjnych konkluzji i absurdalnych działań. Zdarzenia wymykają się spod kontroli, kręci się spirala nieprawdopodobnych poczynań. Stają do swoistego pojedynku, którego stawką jest tytułowy buick rivera, ukochany samochód Hasana, stary rzęch, obiekt kultu i kość niezgody pomiędzy nim a jego żoną Angelą. Vuko jest gotów kupić ten samochód i wydać na niego wszystkie pieniądze, jakie zabrał ze sobą po rozstaniu z żoną tylko po to, aby zrobić na złość i upokorzyć wyimaginowanego przeciwnika. To nie koniec spirali bezsensownych zdarzeń, dopiero teraz rusza galopada myśli, nieprawdopodobnych spekulacji, które skłaniają obu mężczyzn do dziwacznych zachowań i prowadzą do nieoczekiwanego zakończenia. Przypadkowe spotkanie wywraca ich życie do góry nogami. Można by odwrócić przysłowie i powiedzieć: mysz urodziła górę. No i właśnie wtedy, w zakończeniu, kiedy nagromadzenie absurdu sięga zenitu, pojawia się ten groteskowy ton, który osłabia poważną wymowę całości. Rozumiem, albo tak mi się tylko wydaje, intencje autora. Może nie pozostaje nic innego, jak obśmiać ten konflikt, pokazać jego groteskowość? Co robicie? Stuknijcie się w głowy! O co się spieracie? Dlaczego od razu widzicie w sobie wroga? Przecież Hasan nie ma pojęcia o wojennej przeszłości Vuko, a i tak od razu widzi w nim szejtana (po bośniacku szatana). Jergović pokazuje dwie odmienne mentalności: otwartą, ufną amerykańską, która każe widzieć w obcym człowieku raczej dobrego niż złego i nie przypisywać mu z góry niecnych intencji, oraz bałkańską, która od razu zakłada, że określony wygląd, język i wiara czynią z człowieka kogoś z urodzenia złego. Nie trzeba dodawać, że ta druga postawa prowadzi i pogardzanego, i pogardzającego do zguby.

Najciekawsze są dla mnie w tej powieści wspomnienia, które snują obaj bohaterowie, wspomnienia sięgające ich bałkańskich czasów. Hasana: sielskie, melancholijne, poetyckie, wspomnienia dzieciństwa spędzonego w domu rodzinnym gdzieś w górskiej wsi, wspomnienia ukochanej neny (babci) Fadili. To świat, w którym zwyczajność, codzienność miesza się z tym, co niezwykłe, mistyczne, świat barwnych postaci. Może dzieciństwo i młodość spędzone w bośniackiej, górskiej wiosce spowodowały, iż mimo że Hasan nie wierzy już w Allaha, nadal wierzy w szejtana, który miesza ludziom w głowach, plącze ich losy. Wszystko dlatego, że stają przed nim głusi i ślepi, a nie dlatego, że jest wszechmocny. Wspomina także Vuko: swoje życie, które lubił, pracę kierowcy autobusu, którą sobie cenił. Nie ma już tamtego świata, bo trzeba było go zniszczyć, aby wyrównać sąsiedzkie nieporozumienia z zepsutymi, jak mówi, Bośniakami. Vuko wcale nie uważa się za nacjonalistę czy rasistę. Przecież nie chodziło o wiarę ani o narodowość, a o rozwiązanie sąsiedzkich nieporozumień z zepsutymi muzułmanami. Dlatego nie ma mowy o żadnym ludobójstwie, o jakie oskarżają Serbów cudzoziemcy.

"Jakie ludobójstwo, ludzie? Co za ludobójstwo, skoro nikt nikogo nie nienawidził? Czy Serbowie śpiewali piosenki o Eminie i o Almie, i o Fatimie? Śpiewali. I przed wojną, i podczas wojny, a na pewno śpiewają je po wojnie. A czy biali śpiewali piosenki o Murzynkach, kiedy trwało niewolnictwo? I czy Hitler śpiewał piosenki o pięknych Żydówkach? Nie. Oczywiście, że nie. O, i właśnie na tym według Vuka Szalipura polegała różnica między ludobójstwem i rozwiązywaniem nieporozumień."

Cóż, Vuko nadal niczego ze swojej przeszłości nie zrozumiał, do żadnej winy się nie przyznał, tym bardziej niczego nie żałował. Nadal jest przekonany, że racja jest po jego stronie. Ameryka nie leczy z nienawiści i kiedy nadarza się okazja, z człowieka wypełzają upiory, a raczej szejtan, jak powiedziałby Hasan.

niedziela, 08 maja 2011
"Puzzle" Natalii Smirnoff, ciekawe kino z Argentyny.
Kina obrodziły filmami, których bohaterkami są dojrzałe kobiety. Ostatnio pisałam o "Miss Kicki" i "Belgia, Moskwa", teraz obejrzałam argentyńskie "Puzzle" Natalii Smirnoff. I ten, podobnie jak tamte, jest dobry, ale nie wybitny. Film, który przyjemnie się ogląda, niepozbawiony ambicji, ma się więc poczucie, że to nie czas stracony. Ot, takie weekendowe kino, ale o czymś i na dobrym poziomie. Maria Del Carmen, główna bohaterka, kończy właśnie pięćdziesiąt lat. Jest gospodynią domową, ma sympatyczną rodzinę: dwóch dorosłych synów mieszkających jeszcze z rodzicami i męża. Jej świat kręci się tylko wokół nich. W przeciwieństwie do bohaterek wspomnianych przeze mnie filmów Maria jest kobietą zadbaną, elegancką i raczej ze stanu rzeczy zadowoloną. Nieoczekiwanie i dość przypadkowo trochę się w jej życiu zmieni, kiedy po swoich urodzinach wśród innych prezentów znajdzie paczkę tytułowych puzzli. Czy ciąg dalszy można przewidzieć? I tak, i nie. Na szczęście nie jest to kino spod znaku Hollywood (swoją drogą znakomicie potrafię sobie wyobrazić amerykańską wersję, brrr!). "Puzzle" to film nie tylko o dojrzałej kobiecie. To także portret rodziny. Jeśli szukać podobieństw, to można je znaleźć w kinie Mike'a Leigh, tyle że film argentyńskiej reżyserki jest lżejszy, no i jednak słabszy, co nie znaczy, że zły. Niewiele się tu dzieje, wszystko polega na obserwacji, kontemplacji detalu, nastrój podkreśla muzyka, ważny jest obraz, szczególnie kolor. Bohaterowie nie wykładają kawy na ławę, nie epatują swoimi uczuciami, widz więcej wyczyta z ich gestów i wyrazu twarzy niż słów. Być może niektórym ten film wyda się nudny właśnie dlatego, że jest takim zapisem dość zwyczajnej i monotonnej, w gruncie rzeczy, codzienności. Ja, po raz kolejny ostatnio, spędziłam w kinie przyjemne półtorej godziny. Polecam. Tych, którzy widzieli, zapraszam dalej.
czwartek, 05 maja 2011
"Belgia, Moskwa". Kobieta po przejściach.
Jakiś recenzent określił ten belgijski film mianem komedii romantycznej. To gruba przesada. O ile mogę się jeszcze zgodzić z druga częścią, to na pewno nie z pierwszą. Tak jak w "Miss Kicki", o której pisałam ostatnio, mamy tu podobną bohaterkę: dojrzałą, niepiękną, a może raczej zaniedbaną, zmęczoną życiem matkę trójki dzieci, którą niedawno porzucił mąż. Już w pierwszej scenie, w dość niesprzyjających okolicznościach Matty, tak ma na imię, poznaje sporo młodszego Johnnego, kierowcę tira. Znajomość zaczyna się bardzo niefortunnie od karczemnej awantury i bogatego repertuaru złośliwości, których sobie wzajemnie nie szczędzą. Co będzie dalej, niby możemy przewidzieć, okazuje się jednak, że nie do końca. Film przynajmniej częściowo wymyka się schematom. Jest to raczej opowieść w tonie serio o kobiecie po przejściach i mężczyźnie z przeszłością, i śledząc ich losy, nie bez emocji, wcale nie jesteśmy pewni, jak ta historia się skończy. Sytuacja z różnych względów komplikuje się i wcale nie jest oczywiste, co zrobi Matty. Trzeba pamiętać, że to nie kino hollywoodzkie, ale europejskie, więc nic tu nie jest upiększone i ucukrowane. Matty ma zmarszczki, ubiera się bardzo przeciętnie, nie zasypia ani nie budzi się w pełnym, nieskazitelnym makijażu, mieszka w zwyczajnym mieszkaniu przeciętnie urządzonym, pracuje na poczcie. Miasto, w którym toczy się akcja, też jest raczej takie sobie, ot nic nadzwyczajnego. Przed nami na ekranie rozgrywa się zwyczajna historia, taka, jaka mogłaby przydarzyć się każdemu. Nie jest to kino wielkie, ale po prostu dobre, weekendowe, ale niegłupie. Z przyjemnością przyglądałam się poczynaniom sympatycznych bohaterów. Warto zobaczyć. A jeśli ktoś widział, może przeczytać ciąg dalszy tych rozważań.