Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 30 maja 2013
Adam Leszczyński "Zbawcy mórz"

O książce Adama Leszczyńskiego, reportera Gazety Wyborczej, "Zbawcy mórz" (Wielka Litera 2013) słyszałam już jakiś czas temu. Precyzyjniej byłoby napisać, że słyszałam o zbiorze reportaży "Dziękujemy za palenie", który jesienią ubiegłego roku wydała w bardzo małym nakładzie Polska Akcja Humanitarna. To z tej okazji autor był gościem radia TOK FM, gdzie opowiadał o swoich tekstach. Już wtedy chciałam je przeczytać, wpisałam na listę książek, które chcę kupić, jak zwykle czas płynął, a ja kupowałam inne. Aż tu całkiem niedawno zmaterializowała się wreszcie strona dość świeżego na naszym rynku wydawnictwa Wielka Litera, która dotąd była stale w budowie. Ze zdumieniem to właśnie tam odkryłam książkę Leszczyńskiego pod innym tytułem. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy przypadkiem nie napisał już kolejnego zbiorku, ale poszperałam i odkryłam, że chodzi o tę samą pozycję. Po prostu autor zmienił tytuł, skorygował błędy, dodał jeden tekst i tak oto dostaliśmy starą, ale jednak nową książkę Leszczyńskiego. Zmobilizowana tym faktem kupiłam i natychmiast przeczytałam, a teraz śmiało mogę polecić ją innym. Dla wszystkich, których interesuje Afryka, jest to lektura obowiązkowa. Może szczególnie powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy znają ten kontynent z pobytu w luksusowym kenijskim hotelu, z udziału w safari, z wyprawy na szczyt Kilimadżaro. Czy zastanawiają się, gdzie mieszkają, jak żyją ci wszyscy uśmiechnięci kelnerzy, przewodnicy, pokojówki? Może w Kiberze, najsłynniejszym slumsie świata, który za sprawą filmu "Wierny ogrodnik" zrobił się modny do tego stopnia, że odwiedzają go celebryci i turyści?

Lubimy wyobrażać sobie Afrykę, jaką znamy z literatury czy filmu. Taką spod znaku Karen Blixen, jej "Pożegnania z Afryką". Romantyczną, sielską, piękną, gdzie żyło się wygodnie i przyjemnie. Oczywiście doskonale wiemy, że to fałsz, spojrzenie białego człowieka, kolonizatora, który nawet jeśli rdzennych mieszkańców traktował dobrze, sprawiedliwie i z szacunkiem, to jednak pewnie zawsze z poczuciem dobrotliwej wyższości. Przecież mamy za sobą lekturę Kapuścińskiego czy innych reporterów (polecam "Afrykańską odyseję" Klausa Brinkbaumera"). Na tym tle oczywiście książka Adama Leszczyńskiego nie jest niczym nowym, bo autor, jak wielu przed nim, mierzy się w niej z problemami, które gnębią ten kontynent. Oto przykłady pierwsze z brzegu: epidemia AIDS, susza, głód, slumsy, malaria.  A jednak naprawdę warto ją przeczytać. Już spieszę wyjaśnić dlaczego, a powodów jest kilka. 

Oto pierwszy: nawet tematy znane ujęte są w ciekawy sposób, ale jest też kilka, które dla mnie były czymś nowym, a dzięki temu ciekawym. Na przykład opowieść o Malawi, państewku powstałym właściwie trochę przez przypadek, skazanym na ciągłą pomoc humanitarną, bez której natychmiast dojdzie tu do klęski głodu. Albo reportaż o tym, jaki biznes robi się na czarach i jak łatwo można pozbyć się problemu, konkurencji czy wroga, oskarżając kogoś, zwykle kobietę, o to, że jest czarownicą. Albo niezwykle ciekawy rozdział o prześladowaniach homoseksualistów w RPA (szczególnie czarnych lesbijek) i, szerzej, o przemocy. Dlaczego jej tam tyle? Jakie ma źródła? 

Leszczyński pokazuje, to kolejna zaleta jego reportaży, jak problemy gnębiące Afrykę wymykają się jednoznacznej ocenie. Ot przykład pierwszy z brzegu. My, mieszkańcy Europy, sprzeciwiamy się zabijaniu słoni. Trzeba je chronić, barbarzyństwem jest ich eksterminacja, szczególnie po to, aby zdobyć kość słoniową. Tymczasem to nie takie proste. Ten ostatni problem został znacznie ograniczony, a słonie nadal giną. Dlaczego? Bo sieją spustoszenie: zjadają i niszczą uprawy, doprowadzając do nędzy i głodu. Niby są sposoby, aby temu zapobiec, ale bardzo nieskuteczne. Kolejny przykład: mikrokredyty, o których jakiś czas temu sporo się w Polsce mówiło przy okazji wizyty ich wynalazcy, Mohammeda Yunusa z Bangladeszu (dostał Pokojową Nagrodę Nobla). Zbawienie dla biednych tego świata? Na pewno nie dla wszystkich. Może zadziałać w jednostkowych przypadkach, ale raczej nie zadziała powszechnie. Albo somalijscy piraci. Co jakiś czas słyszymy o uprowadzeniu kolejnego statku, oburzamy się, potępiamy. Dlaczego to robią? Czy rzeczywiście tak trudno sobie z tym procederem poradzić? O tym wszystkim w książce.

Następny powód, aby po nią sięgnąć, to obalanie mitów. Już sięgam po przykłady. Jednym z nich jest mikrokredyt, o którym pisałam, innym tak zwany sprawiedliwy handel. Wierzymy, bo tak się nas informuje, że jeśli kupimy droższe produkty oznaczone odpowiednim logo, to pieniądze trafią bezpośrednio do producenta: drobnego farmera. Już kiedyś ktoś mi powiedział, że to nieprawda, ale nie było wówczas okazji, aby dopytać dlaczego. Przyznam, że od tamtej chwili często o tym myślałam. Dzięki Leszczyńskiemu dowiedziałam się, jak jest naprawdę. Otóż ci drobni producenci nie są w stanie działać na własny rachunek, zrzeszają się w spółdzielniach i zysk trafia właśnie tam. Co ma z tego farmer? Bezpośrednio nic, jeśli będzie miał szczęście,  spółdzielnia wybuduje w jego wiosce na przykład szkołę. To by było coś, problem w tym, że wiosek dużo, zysk nie taki wielki, a jego część i tak pochłonie spółdzielcza biurokracja. Jak pisze autor, lepiej kupić tańszą kawę, a zaoszczędzone pieniądze wpłacać na konto jakiejś sensownie działającej organizacji pomocowej. Zwracam uwagę na słowa sensownie działającej. Bo Leszczyński wziął pod lupę  organizacje humanitarne, różne agendy ONZ-etu czy programy pomocowe i przyłączył się do chóru tych, którzy coraz głośniej pokazują bezsensowność ich pomocy. Nie chodzi wcale o złą wolę, ale działanie głupie, bezmyślne, krótkofalowe, niedoprowadzane do końca. Bogaci biali, którzy spieszą z pomocą biednej Afryce, zawsze wiedzą lepiej, z góry znają recepty, bywają aroganccy, a jeśli ich program pomocowy napotyka na przeszkody, całą winą obarczają miejscowych. Osobnym problemem sprawiającym, że pomoc często bywa nieskuteczna, jest rozrośnięta biurokracja, która zawsze za nią idzie. Milionom na pomaganie towarzyszą jeszcze większe miliony na urzędników i papierologię. Czy to znaczy, żeby nie pomagać? Nie, ale trzeba wiedzieć jak i w jakiej dziedzinie (najmniej skuteczne są wszelkie projekty edukacyjne, najlepsze rezultaty przynosi działanie bezpośrednie na przykład wykopanie studni).

Kolejnym powodem, aby sięgnąć po "Zbawców mórz", jest pokazanie wielu paradoksów życia w Afryce. Z jednej strony głód i bieda, brak dróg, szpitali, szkół, z drugiej znakomicie rozwinięta sieć telefonii komórkowej. Jak się okazuje, jedna z odsłon reklamy pewnego banku, aczkolwiek irytująca z powodu prezentowanego w niej poczucia wyższości nas, Europejczyków i oka puszczanego do widzów, nie jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. Albo inny przykład. Z jednej strony w niektórych krajach afrykańskich często gotówka nie istnieje, nie ma też czeków ani kart, ale działa system płatności właśnie przez komórki.

I jeszcze jeden atut reportaży Leszczyńskiego, może najważniejszy, to próba zrozumienia i wytłumaczenia zachowań z naszego punktu widzenia często głupich, a z punktu widzenia mieszkańców Afryki po prostu racjonalnych. I tak z bardzo racjonalnych powodów wdowy znad Jeziora Wiktorii handlujące rybami sypiają z rybakami i kierowcami, najczęściej kilkoma na raz. W ten sposób mogą zdobyć ryby, a potem zawieźć je na targ. Tylko tak są w stanie utrzymać siebie i swoje dzieci. To powszechnie uznany tu obyczaj, w żadnym razie prostytucja. W Afryce takie zachowania, taka wymiana usług nikogo nie dziwi. Z równie racjonalnych powodów Adam Leszczyński, gdyby żył w Somalii, jak  twierdzi, najprawdopodobniej sam zostałby piratem. Inna sprawa, że ta racjonalność, mająca swoje głębokie uzasadnienie, najczęściej prowadzi do nieszczęścia i pogłębia jeszcze problemy nękające kontynent, czego przykładem jest choćby epidemia AIDS. 

Zamykam listę powodów, dla których trzeba przeczytać reportaże Adama Leszczyńskiego. A na zakończenie jeszcze garść informacji. Każdy reportaż poświęcony jest innemu problemowi. Zwykle reporter wiąże go z jakimś konkretnym miejscem, chociaż wiadomo, że to tylko przykład, podobnie sprawy mają się także gdzie indziej. Autor odwiedzał te same rejony często wielokrotnie, o czym skrupulatnie informuje. Książka jest bardzo dokładnie udokumentowana, bibliografia zajmuje kilka stron, prawie na każdej znajdziemy przypisy. I jeszcze jedna uwaga: Leszczyński w każdym rozdziale czyni dygresję, a są to dygresje niezwykle pasjonujące. Cofa się w czasie i pokazuje, jak podobne problemy nękały kiedyś (kiedyś to znaczy na przykład jeszcze w wieku dziewiętnastym albo nawet dwudziestym) Europę. Tak było choćby z malarią, z migracją ze wsi do miast, z wyzyskiem robotników. Pisze o tym, jak je przezwyciężono, zwraca uwagę, jak długo to trwało. Zastanawia się, dlaczego podobne rozwiązania w Afryce nie skutkują, czasem wierzy, że wprawdzie potrzeba czasu, ale na pewno przyniosą pożądane efekty.

Pasjonująca, pouczająca książka. Może nie działa tak emocjonalnie, jak wspomniana w tej notce "Afrykańska odyseja", ale autor  racjonalnie, rzetelnie i zajmująco pokazuje afrykański węzeł gordyjski. A co najważniejsze, traktuje mieszkańców Afryki jak partnerów, nie pobłażliwie czy z lekceważeniem.

czwartek, 23 maja 2013
Gyorgy Spiro "Mesjasze"

Mam w domu ładnie oprawiony zeszyt, w którym notuję sobie to, co nie powinno wylecieć z pamięci. Od bzdur takich jak godzina odjazdu autobusu do notatek z lektur. Ale są w tym pięknym zeszycie (naprawdę ma bardzo ładną oprawę z jakiejś materii) specjalne kartki, na których zapisuję książki, które będę chciała kupić i przeczytać. Tytułów przybywa szybciej niż ubywa, dlatego niektóre pewnie nigdy nie znajdą się na moim regale. Czas płynie, pojawiają się nowe, a mnie przechodzi ochota na to, co zainteresowało mnie kiedyś. Można powiedzieć, że czas weryfikuje moje plany lekturowe. Ale przecież nie jest tak, że wszystko, co znalazło się na tych stronach dawniej, odchodzi w niepamięć. Od czasu do czasu sięgam po coś z początków tej listy. Tak było i tym razem. Powieść węgierskiego pisarza Gyorgy Spiro "Mesjasze" (W.A.B. 2009; przełożyła Elżbieta Cygielska) znalazła się na niej, kiedy tylko stała się głośna. Miała znakomite recenzje, dostała Angelusa za rok 2009 (przypominam niestrudzenie: nagroda dla pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej), nic dziwnego, że zawsze miałam ją w swoich czytelniczych planach. Może jeszcze długo bym tylko miała, gdybym nie przeczytała, że w marcu wyjdzie kolejna powieść węgierskiego pisarza, też podobno znakomita. Wspominał o tym w artykule Krzysztof Varga, znawca Węgier i wszystkiego, co stamtąd, kiedy całkiem niedawno narzekał, że Sandor Marai, skądinąd wybitny pisarz, wyparł w Polsce innych równie ważnych węgierskich autorów. Jak to często bywa w moim przypadku, zadziałał impuls, powieść kupiłam i nie odkładając na półkę, niezwłocznie zabrałam się do lektury i ... Najczęściej kiedy tak piszę, w tym miejscu następują zachwyty, ale nie tym razem. Nie żałuję, że po powieść sięgnęłam, ale olśnienia nie przeżyłam. Może miałam zbyt wielkie oczekiwania, a może jednak to sprawa tekstu. To, że powieść jest opasła (osiemset stron drobnym drukiem), nie ma dla mnie znaczenia, to, że jest bez dialogów, również. Z jakiegoś jednak powodu książka nie jest łatwa w czytaniu. I to także nie powinno być przeszkodą, bo jestem wyznawczynią poglądu, że lektura ma prawo być i trudna, i dotkliwa, i stawiać czytelnikowi wymagania. Ta bywa jednak zwyczajnie żmudna, a miejscami nawet nudna. Chyba towarzyszyło mi poczucie, że ten sam temat mógłby się stać zaczynem rzeczywiście fascynującej epickiej powieści. A może należy do tej lektury podejść inaczej? Może należy sobie zadać pytanie, czy "Mesjasze" są rzeczywiście powieścią? W dużej mierze tak, ale nie tylko. Bardzo często Spiro rozbija powieściowe ramy, narratora zastępuje sam autor, pisze o swoich badaniach związanych z tematem, wybiega w przyszłość, nie ukrywając, że ją zna (znamy ją wszyscy), rozbija linearny tok narracji i robi to nie jak pisarz, bardziej jak historyk? dokumentalista?, od czasu do czasu cytuje dokumenty z epoki, zastanawia się, jak było naprawdę, a niekiedy, jeśli źródła zawodzą, puszcza wodze pisarskiej wyobraźni, o czym lojalnie czytelnika uprzedza. Może gdybym od razu to wszystko wiedziała i podeszła do tej książki jak do próby odtworzenia tamtych wydarzeń, potraktowała ją jak coś w rodzaju zbiorowego, dokumentalno-historycznego portretu pewnego środowiska, jak książkę bardziej historyczną niż beletrystyczną (nie, tak jednak się nie da), może wtedy bym się nie rozczarowała? Może należało wspomnieć "Żmut" Rymkiewicza, bo, o ile pamiętam, technika pisarska nieco podobna. Biorąc jednak kiedyś do ręki wspomniany "Żmut", wiedziałam, że nie sięgam po powieść. Wiedziałam, że Rymkiewicz na podstawie lektury listów, dokumentów i różnych źródeł odtworzył młodość Mickiewicza i postawił śmiałą tezę, że autor "Pana Tadeusza" z wydatną pomocą przyjaciół pracowicie stworzył swoją legendę nieszczęśliwie zakochanego poety porzuconego przez ukochaną Marylę, a według autora fakty były o wiele bardziej prozaiczne (jakie, nie zdradzę,  kto ciekaw, niech sięgnie po książkę Rymkiewicza, która kiedyś bardzo mi się podobała). Ale dość o "Żmucie", czas wrócić do "Mesjaszy".

Książkę Rymkiewicza, która przed wielu laty była szeroko komentowana, przywołałam nieprzypadkowo. Otóż powieść węgierskiego pisarza opowiada o środowisku wielkiej emigracji, głównie paryskiej. Bohaterami są postacie autentyczne. Któż nie pojawia się na jej kartach: Mickiewicz, Zan, Goszczyński, Januszkiewicz, Towiański, Celina, Ksawera Deybel, także Słowacki a nawet Norwid. Jest też cała masa postaci mniej znanych na przykład Nabielak, którego ulica znajduje się niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Dotąd nie miałam pojęcia, kim był, a tu proszę, dzięki tej powieści Nabielak staje się nie tylko patronem ulicy, ale żywym człowiekiem. Takich postaci przez karty książki przewija się mnóstwo, a autor opowiada ich ciekawe historie w formie zwięzłych życiorysów, rozbijając tym powieściową narrację, o czym już wspominałam. Spiro zastanawia się w swojej powieści, jak to było możliwe, że nagle wśród emigrantów znalazła się spora grupa, około sześćdziesięciu osób, która uwierzyła, że na ziemi pojawił się Chrystus w osobie Andrzeja Towiańskiego. Powstała sekta gotowa nawracać nie tylko Polaków, Francuzów, Żydów, ale nawet samego papieża, a potem cara! Autor pokazuje ich początkowy entuzjazm niesiony wiarą, że Polska odzyska niepodległość, co przepowiadał Mistrz (Towiański), i zniechęcenie spowodowane stopniową utratą złudzeń. Mijają lata, nie udało się nawrócić papieża, tym bardziej cara, przez Europę przetoczyła się Wiosna Ludów, przez Francję kolejna rewolucja, a Polacy nie odzyskali niepodległości. Emigranci pędzą swój, najczęściej nędzny, żywot na coraz mniej łaskawym francuskim chlebie, grzęzną w swarach, kłótniach i intrygach. Wielką wartością powieści Spiro jest odtworzenie tamtego czasu. Pokazuje beznadzieję życia na emigracji. Zaczyna od ich triumfalnego przemarszu przez Europę, aby potem pokazać, jak rozwiewają się złudzenia i nadzieje. Emigranci są balastem dla Francuzów, trzeba ich przyjąć, jakoś pomóc, ale co dalej, nie wiadomo. Dlatego większość bieduje, żyje z marnego żołdu, nie dojadając, gnieżdżąc się na nieopalanych mansardach paryskich kamienic, wielu nigdy nie nauczyło się porządnie francuskiego. Intrygują, kłócą się, zwalczają. Są jak współcześni imigranci z krajów ogarniętych wojnami albo toczonych przez biedę. Bardzo smutny to obraz. Kolejna wartość "Mesjaszy" to opowieść o tym okresie życia Mickiewicza, który w powszechnej świadomości znany jest najsłabiej, pewnie dlatego, że od czasu "Pana Tadeusza" poeta nie napisał już nic, co zapisałoby się w powszechnej świadomości. Spiro opowiada o charyzmie, jaką się cieszył, ale i o niechęci, jaką budził. O jego wykładach w College de France, o wydawanej przez krótki czas gazecie "Trybuna Ludów", o stworzeniu Legionu w czasie Wiosny Ludów, a potem próbie powtórzenia tego w Imperium Osmańskim w czasie konfliktu rosyjsko-tureckiego. Niemało miejsca zajmuje też historia osobista poety. Ale przede wszystkim jest to opowieść o roli, jaką odegrał w sekcie Towiańskiego. Wszystko to zresztą ze sobą ściśle się łączy. Hasła, które kołaczą się w głowie od czasów edukacji szkolnej ("Trybuna Ludów", Legion, towiańszczyzna, mesjanizm, śmierć w Konstantynopolu), otrzymują tutaj konkretny wymiar, stają się żywe. Autor powieści odzyskuje dla czytelnika ten okres z życia poety, nasycając go barwami.

Wbrew temu, co można by sądzić, głównym bohaterem powieści nie jest Mickiewicz, lecz niejaki Gerszon Ram (postać autentyczna), który przybywa do Paryża z Wilna wezwany przez  Towiańskiego (jest jednym z pierwszych jego uczniów i fanatycznym wyznawcą). Mistrz przeznaczył mu zadanie specjalne: ma nawrócić Żydów, bo sam nim jest. Ale zanim uda się do Jerozolimy i podejmie straceńczą misję, pędzi beznadziejny żywot w Paryżu, doświadczając na własnej skórze emigranckich waśni. Potem to jemu właśnie Mistrz wyznacza misję specjalną: ma dostać się przed oblicze papieża, aby w jego imieniu nawrócić go. Dość dokładnie przedstawione starania budzą litość przemieszaną ze śmiechem. Podobnie zresztą jak inne działania towiańczyków. Ram to postać trochę tragiczna (Żyd, a więc traktowany często nieufnie i niechętnie, ale zazdrośnie, bo bardzo blisko Mistrza; młodszy od pozostałych, więc nie walczył w Powstaniu, co jest powodem kompleksów; gotów znosić poniewierkę i wykonać każde zadanie postawione mu przez Towiańskiego), trochę śmieszna, ale jednocześnie jest w nim siła, moc, hart ducha. Kiedy otrząśnie się z fascynacji Towiańskim i jego naukami (wielu nie zrobiło tego nigdy), powoli dzięki pracy i sprytowi stanie na nogi.

Czas zmierzać do końca, czas na ostatnie refleksje. Spiro traktuje towiańczyków bez zbytniego nabożeństwa. Pokazuje przyczyny zjawiska, tragedię tych ludzi, ale i ich małość, śmieszność wynikającą z naiwności. Rozbijanie ram powieści pozwala mu spojrzeć na ich losy z szerszej, historiozoficznej perspektywy. Uświadamia, jaką igraszką byli w rękach polityków, także kościelnych. Ujawnia polityczne interesy i intrygi, jakie rozgrywały się za ich plecami. Byli pionkami poruszanymi przez wielkich tego świata, igraszką w dziejach, a żywili przekonanie, że coś znaczą i wiele mogą. Kiedy Ram sądzi, że udało mu się dostać wreszcie przed oblicze papieża dzięki swojej determinacji i modlitwie, Spiro rozwiewa te złudzenia, pokazując, jaka gra watykańskich interesów do tego doprowadziła. Kiedy Ram jest przekonany, że wywarł wielkie wrażenie na papieżu, czytelnik natychmiast dowiaduje się, że został potraktowany jak nieszkodliwy wariat, którego trzeba było wysłuchać i jakoś się pozbyć. Smutek i tragizm są tu jednak zastąpione tragiczną ironią, na którą w odautorskich komentarzach pozwala sobie od czasu do czasu Spiro. Jest w tej powieści wiele momentów autentycznie śmiesznych. Na przykład opowieść o tym, jak bracia towiańczycy mają obowiązek spowiadać jeden drugiego raz w tygodniu, w dodatku w obecności pozostałych. Biedacy, głowią się, jakie grzechy wymyslić, aby zadowolić surowego spowiednika, bo  tylko wtedy możliwe było rozgrzeszenie. Albo podróż wygnanego Towiańskiego przez Rzym, na osiołku.

Czytać czy nie czytać "Mesjaszy"? Każdy czytelnik musi rozstrzygnąć to sam. Ja mimo trudu i zmęczenia lekturą nie żałuję. W końcu najczęściej jednak, kiedy brałam do ręki książkę, bywało, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślę, że dam szansę węgierskiemu autorowi i sięgnę po "Iksów", tym bardziej, że temat lżejszy. Jest to  opowieść o Wojciechu Bogusławskim, który w 1815 roku przybywa do Warszawy i chce objąć stanowisko dyrektora teatru.

poniedziałek, 20 maja 2013
Filmowe remanenty: "Przelotni kochankowie" i "Panaceum"

Po bardzo atrakcyjnej filmowej zimie i przedwiośniu nastał czas posuchy. Niestety obawiam się, że tak już będzie do jesieni. Nawet jeśli wśród zapowiedzi widzę tytuł, który ewentualnie chciałabym zobaczyć, to kiedy przychodzi do premiery, recenzje nie pozostawiają złudzeń: szkoda czasu i pieniędzy na bilet. W tej chwili niczego gorączkowo nie wyczekuję. Przepraszam, pomyliłam się, jest jeden film, na który chcę się wybrać koniecznie. To "Inny świat", opowieść Doroty Kędzierzawskiej o Danucie Szaflarskiej. Pewnie jednak wyprodukowano go w śladowej ilości kopii, bo jakoś na razie w zapowiedziach w moim mieście go nie widzę. Mam nadzieję, że dotrze. Póki co wybrałam się na najnowszego Almodovara, na którego czekałam, ale trudno powiedzieć, że z wypiekami na twarzy. Jego dwa ostatnie filmy nie były już tym, do czego mnie przyzwyczaił. Zwłaszcza "Przerwane objęcia", to już w zasadzie tylko melodramat bez tego charakterystycznego dla reżysera szaleństwa. "Skóra, w której żyję" to wprawdzie powrót na stare tory, ale klasa nie ta co dawniej.

Niestety, "Przelotni kochankowie" to katastrofa! Wyszłam z kina rozczarowana, wściekła i smutna. Rozczarowana, bo  spodziewałam się może niekoniecznie arcydzieła, ale nie takiego gniota! Wściekła, bo gdybym wiedziała, to po prostu darowałabym sobie wizytę w kinie, tym samym nie musiałabym być świadkiem aż takiej wpadki jednego z moich ulubionych reżyserów. Smutna, bo żal patrzeć, jak upada ktoś dla nas ważny. Czy tak już będzie zawsze? Czy muszę pogodzić się z tym, że już nigdy nie będę czekała z wytęsknieniem na żaden film Almodovara i Allena, którego też dotknął twórczy kryzys? Czy pozostaną mi tylko ich dawne obrazy? To i tak dużo, ale chciałoby się znacznie więcej. A teraz w krótkich żołnierskich słowach o tym, dlaczego "Przelotni kochankowie" to film beznadziejny. Po pierwsze jest po prostu nieśmieszny (to, co teoretycznie powinno śmieszyć, nie śmieszy), po drugie śmiertelnie nudny (naprawdę miałam ochotę wyjść z kina, siedziałam znudzona i obojętna na to, co na ekranie), po trzecie nadmiernie obsceniczny (nie jestem świętoszką, niejedno w kinie widziałam, ale myślę, że gdyby tyle takich obscenicznych dowcipów znalazło się w polskim filmie, to recenzenci zniszczyliby reżysera, oskarżając o zły gust) i po czwarte o niczym (a właściwie o tym, o czym Almodovar opowiadał nie raz; oczywiście nie miałabym nic przeciwko powtarzaniu, gdyby wady, o których właśnie napisałam, nie sprowadziły problematyki do banału). Tyle, z żalem, o "Przelotnych kochankach", a teraz o filmie z innej bajki.

Kto jeszcze nie był na "Panaceum" Stevena Soderbergha, niech koniecznie nadrobi tę zaległość. Film grany jest już od jakiegoś czasu, dlatego może powoli schodzić z ekranów. To oczywiście kino rozrywkowe, określane przez dystrybutora mianem dramatu, kryminału i thrillera. Rzeczywiście, da się zakwalifikować film w ten sposób, może najmniej w nim dramatu, a ściślej jest to dramat rodem z kina lżejszego kalibru. Historia młodego lekarza psychiatry, którego pacjentka pod wpływem przepisanego leku zaczyna zachowywać się dziwnie, trzyma w napięciu. Ogląda się ją znakomicie. Są podejrzenia, jest tajemnica, próba wyjaśnienia prawdy, bohaterowie nagle znajdują się w sytuacji bez wyjścia, w potrzasku, zwroty akcji przyjemnie zaskakują, film nieoczekiwanie zmienia swój charakter, zakończenie jeszcze bardziej zaskakuje (nie myślę o rozwiązaniu tajemnicy, które akurat, jak często bywa, nieco rozczarowuje, ale samej końcówce), a i pomyśleć jest o czym. Soderbergh porusza w swoim filmie całkiem ważne kwestie: odpowiedzialności lekarza za pacjenta, pazerności koncernów farmaceutycznych i wreszcie pyta o granice psychiatrii czy może bardziej psychoterapii. Gdzie kończy się leczenie, a gdzie zaczyna manipulacja i ubezwłasnowolnienie? To wystarczy, aby wybrać się do kina dla czystej przyjemności. A do tego jeszcze przystojny Jude Law, intrygująca Rooney Mara i demoniczna Catherina Zeta-Jones. Dajmy sobie spokój z nudnym jak flaki z olejem Almodovarem, zamiast tego wybierzmy "Panaceum".

czwartek, 16 maja 2013
Raja Shehadeh "Obcy w domu"

Kto przeczytał i zachwycił się "Palestyńskimi wędrówkami", pierwszą wydaną w Polsce książką Raja Shehadeha, palestyńskiego pisarza, prawnika i założyciela organizacji Al-Hak zajmującej się prawami człowieka, ten nie może ominąć kolejnej, "Obcego w domu" (Karakter 2012; przełożyła Anna Sak). To książka dla autora niezwykle ważna, bo, jak twierdzi, wyrwała go z duchowego marazmu, w jaki wpadł, kiedy po raz kolejny uświadomił sobie bezsilność mieszkańca Zachodniego Brzegu wobec izraelskiego okupanta. Jakby tego było mało, wkrótce rozczarował się porozumieniami z Oslo. Chociaż z arogancją okupacyjnej władzy stykał się wielokrotnie w swojej praktyce adwokackiej i działając w założonej przez siebie organizacji, to dopiero ostatnie, osobiste, doświadczenie było tak bardzo dojmujące. Co się wydarzyło? Otóż Raja Shehadeh wraz z najbliższymi przez lata walczył o znalezienie mordercy swojego ojca, Aziza, znanego prawnika i orędownika porozumienia palestyńsko-izraelskiego. Aby wyświetlić zagadkę, wybrał drogę legalną, niezwykle mozolną i długą. Zaufanie, jakim tym razem obdarzył izraelską policję i wymiar sprawiedliwości, zaprowadziło go donikąd, a po latach odkrył, dlaczego tak się stało. Prawda, której od jakiegoś czasu się domyślał, była niezwykle gorzka. Autor nie potrafił pogodzić się z tak ogromnym cynizmem izraelskich władz. Być może czytelnik tej notki zdziwi się, dlaczego doświadczony prawnik, akurat w tej sprawie liczył na dobrą wolę Izraelczyków. Otóż nie było to bezpodstawne: jego zamordowany ojciec był człowiekiem znanym nie tylko na Zachodnim Brzegu, w Izraelu, w świecie arabskim, ale również w Europie czy Stanach w środowiskach zajmujących się sytuacją na Bliskim Wschodzie. Kiedy psychicznie zrujnowany Shehadeh poddał się zniechęceniu i niemocy, ratunek znalazł w pisaniu "Obcego w domu". Nie po raz pierwszy w swoim życiu szukał pocieszenia w tworzeniu. Robił to już wcześniej, od czasów studenckich. Ta konsolacyjna funkcja twórczości, w tym wypadku literackiej, wybrzmiewa w tej książce niezwykle mocno. To jeden z jej wątków, ale chociaż ważny, to przecież nie główny. Bo przede wszystkim książka Raji Shehadeha jest opowieścią o trzech sprawach: relacji ojciec syn,  dojrzewaniu i szukaniu własnej drogi życiowej oraz o życiu na Zachodnim Brzegu pod izraelską okupacją. Wszystko to bardzo ciekawe i poruszające, żywo napisane, więc książkę połyka się jednym tchem niczym najlepszą powieść. A jest w niej przecież niezwykła siła autentyczności.

Jak zwykle, kiedy przeczytam coś, co mnie bardzo porusza, mam z jednej strony chęć, aby wykrzyczeć z siebie to wszystko, z drugiej męczy mnie świadomość, że przecież nawet w długiej notce to niemożliwe. Pozostaje mi więc zaapelować do czytelników tych refleksji, aby przeczytali "Obcego w domu", a ja tymczasem przynajmniej wypunktuję to, co poruszyło mnie najbardziej.

Książka zaczyna się od opowieści o rodzinnej przeszłości. Autor sięga do czasów sprzed swoich narodzin, kiedy jego znani i szanowani przodkowie prowadzili zajmujące, wygodne i beztroskie życie w bogatej, pięknej i kosmopolitycznej Jaffie. Kto był w Izraelu, a przede wszystkim  w Tel Awiwie, ten wie, że dziś Jaffa to tylko część tej metropolii. Z jednej strony urocza, acz nieco rozczarowująca turystyczna wydmuszka, tę poznałam, z drugiej  niebezpieczna dzielnica, tę znam z filmu "Ajami". Ale w czasach, kiedy rozpoczyna się ta opowieść, było odwrotnie. To Jaffa stanowiła centrum świata, palestyńskiego i arabskiego, a żydowski Tel Awiw dopiero powstawał, budowany mozolnie na wydzieranych morzu wydmach. I nagle w roku 1947 po powstaniu Izraela ten znany, oswojony, cudowny i wygodny świat wali się w gruzy. Trzeba podjąć dramatyczną decyzję: zostać czy uciekać? Jak zwykle w sytuacjach historycznych przełomów, nikt nie wierzy, że to nieodwracalne. Wielu wydaje się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy wszystko się odwróci i będzie, jak było. I tak rodzina Raji Shehadeha znalazła się w Ramallah, w letnim domu jego babci. Chociaż autor urodził się w trzy lata po tych wydarzeniach, na jego życiu wywarły one niezatarte piętno. Wychowywał się w atmosferze tymczasowości i tęsknoty za Jaffą i za ... morzem. Doświadczenie utraty związane z wypędzeniem (właściwiej byłoby napisać ucieczką, bo w sensie dosłownym tak właśnie było; po utworzeniu Izraela nikt nie wydał ustawy o wysiedleniach Palestyńczyków; część z nich została, część uciekła) pokazane jest w tej książce niezwykle mocno. Przypomina mi to nieco opowieść Amosa Oza o jednej z jego babć, która po opuszczeniu Europy i osiedleniu się w Palestynie z czasów brytyjskiego mandatu, nie mogła przyzwyczaić się do kompletnie innego świata. Oczywiście tamta sytuacja była jednak trochę inna, wszak przodkowie Oza wyjechali z Europy z własnej woli na fali ruchu syjonistycznego. Ale czas wrócić do "Obcego w domu". Poruszająca jest opowieść o tym, jak po roku 1967, kiedy po wojnie sześciodniowej Zachodni Brzeg został odebrany Jordanii i trafił pod okupację Izraela, ojciec autora może wreszcie (co za paradoks!) wybrać się do swojej ukochanej Jaffy. Kiedy tam przyjeżdża i odwiedza wytęsknione miejsca, zastaje pustkę, martwotę, zniszczenie. Dawnego świata już nie ma, na jego miejsce powstał nowy, który nie jest przecież jego światem. Okazuje się, że przez lata żył złudzeniami. Kiedy wieczorami pokazywał synowi widoczne ze wzgórz otaczających Ramallah światła mitycznej, rajskiej Jaffy, karmił się iluzją. Prawda była inna: to nie światła Jaffy widział na horyzoncie, ale blask rozrastającego się z rozmachem Tel Awiwu. Dla rodziny autora to doświadczenie tęsknoty za domem rozumianym  symbolicznie, za małą ojczyzną. Kiedy ja czytam o dawnej Jaffie, ale także zamieszczone w książce opisy kosmopolitycznego Bejrutu jeszcze sprzed czasów libańskiej wojny domowej, tęsknię za światem, którego już nie ma, którego przecież znać nie mogłam, który być może w opisywanym przez różnych autorów kształcie nigdy nie istniał, a dziś jest przez nich idealizowany. Myślę tu o kosmopolitycznym świecie dawnego Bliskiego Wschodu, tego bez dzisiejszych granic. a znam go z książki Kaplana "Na wschód od Tatarii", Acimana "Wyjście z Egiptu" czy Amosa Oza "Opowieść o miłości i mroku".

Inny nurt opowieści Shehadeha, który mnie szczególnie poruszył i zainteresował, to obraz życia Palestyńczyków pod izraelską okupacją i ścieranie się różnych postaw wobec przyszłości Palestyny. Ponieważ rozpisałam się już bardzo, zwrócę uwagę na to drugie zagadnienie, chociaż to pierwsze jest o wiele bardziej przykre i poruszające, ale chyba jednak lepiej znane. Shehadeh pokazuje cztery różne postawy. Pierwsza powszechna zaraz po powstaniu Izraela: nie róbmy nic, czekajmy, przecież Izrael to tylko twór tymczasowy, wkrótce wszystko będzie jak dawniej. To właśnie takie życie złudzeniami, a w konsekwencji wyczekiwanie, bierność i marazm doprowadziły do tego, że Palestyńczycy całkowicie oddali pole najpierw Jordanii, której częścią był Zachodni Brzeg, potem Izraelowi. Dlatego nie zbudowali społeczeństwa, które zabiegałoby o zorganizowanie i uporządkowanie swojej egzystencji na nowych warunkach. Dlatego życie na Zachodnim Brzegu było tym bardziej trudne. Dla wyznających taką postawę jakiekolwiek próby budowania czegoś nowego w wyznaczonych przez innych ramach byłyby oznaką kapitulanctwa i pożegnania się z marzeniami o Palestynie. Inną opcję reprezentował ojciec autora, Aziz Shehadeh. Od początku był zwolennikiem rozmów z Izraelem i doprowadzenia do powstania dwóch państw współistniejących obok siebie: żydowskiego i arabskiego. Za swoje jawnie wyznawane poglądy zapłacił ostracyzmem, łatką kolaboranta przyczepianą mu przez wielu z obu stron barykady, a wreszcie poczuciem osobistej klęski i rozczarowaniem, jakie towarzyszyło mu przez dużą część życia. Dopiero po wielu latach niektórzy potrafili przyznać mu rację. Można uznać go za wizjonera, który wyprzedził swój czas. Ciekawa jestem, jak ocenia Aziza Shehadeha Amos Oz, zwolennik porozumienia Izraela z Palestyńczykami. Kolejna postawa to ta reprezentowana przez OWP (Organizacja Wyzwolenia Palestyny), organizację powstałą na emigracji, która ostatecznie podpisała porozumienia z Oslo. Pozornie zwycięska, ale tylko pozornie. Dlaczego? Bo z jednej strony to wywodząca się z niej Fatah jest źródłem dzisiejszych kłopotów Zachodniego Brzegu i Gazy (mocno upraszczam oczywiście, ale to nie artykuł publicystyczny), z drugiej to OWP podpisując porozumienia w takim kształcie, pozwoliła na budowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Osiedli, które są dziś nie tylko zarzewiem niekończących się konfliktów, ale także nieodwracalnie masakrują krajobraz Zachodniego Brzegu. Zainteresowanych odsyłam do świetnego dokumentu pokazywanego niedawno w kinach  "Pięć rozbitych kamer"  i przede wszystkim do poprzedniej, pięknej, wzruszającej książki Shehadeha, "Palestyńskie wędrówki", która opowiada właśnie o tym. No i wreszcie postawa czwarta reprezentowana przez autora. Skoro nie można doprowadzić do powstania państwa palestyńskiego, skoro trzeba żyć pod okupacją izraelską, to należy przynajmniej zrobić wszystko, aby okupant przestrzegał prawa. Dlatego Shehadeh założył organizację Al-Hak, która dokumentowała i nagłaśniała, przede wszystkim na arenie międzynarodowej, łamanie praw człowieka przez władze okupacyjne. Ale i ta postawa nie przyniosła sukcesu. Chociaż doceniany, czego dowodem choćby to, że zaproszono go do wzięcia udziału w madryckich rozmowach przygotowujących porozumienia z Oslo (szybko z nich zrezygnował, bo nie odpowiadała mu postawa ani Izraela, ani OWP), ma poczucie przegranej. Nie może pogodzić się z tym, że OWP przehandlowała zgodę na budowę osiedli w zamian za władzę. Jego głos w tej sprawie brzmi bardzo mocno w końcówce książki, a szczególnie we wspomnianych tu "Palestyńskich wędrówkach". Mignął mi gdzieś przed oczami lid z recenzji "Obcego w domu" autorstwa Pawła Smoleńskiego: "Ta książka pomaga zrozumieć, dlaczego na Bliskim Wschodzie nie ma pokoju i raczej długo jeszcze go nie będzie.". Nic dodać, nic ująć. O tym między innymi jest opowieść palestyńskiego pisarza.

Strasznie się rozpisałam. Na zakończenie muszę jednak bardzo mocno podkreślić, że zasadniczym tematem "Obcego w domu" jest zawiła relacja ojca i syna. To w cieniu swojego ojca dorasta Raja, to przez niego czuje się niedoceniany, niedostrzegany i tłamszony, to w opozycji do niego buduje swoją życiową, prawniczą i polityczną drogę, to z nim się nie zgadza, to jego po latach docenia i podziwia, to z jego śmiercią i tym, co się po niej dzieje, nie potrafi się pogodzić. Gorąco namawiam do przeczytania "Obcego w domu" (naprawdę czyta się znakomicie) i "Palestyńskich wędrówek". W wypadku tej ostatniej pozycji trzeba mieć jednak świadomość, że akcji w niej niewiele, za to mnóstwo pięknych opisów dewastowanego krajobrazu i miłości do ziemi. Warto podjąć czytelniczy trud. Książka wynagrodzi to po wielokroć.

czwartek, 09 maja 2013
Gordana Kuić "Zapach deszczu na Bałkanach"

Poszłam za ciosem i zaraz po przeczytaniu bardzo dobrej powieści chorwackiego pisarza Mirko Kovaca (poprzedni wpis) sięgnęłam po kolejną bałkańską książkę wydaną przez to samo wydawnictwo. Tym razem to "Zapach deszczu na Bałkanach" Gordany Kuić (Pogranicze 2012; przełożyła Magdalena Wąs). Autorka jest Serbką pochodzenia żydowskiego urodzoną w 1942 roku w Belgradzie. Ponieważ ostatnie zdanie zamieszczone zaraz po epilogu brzmi: "Powieść oparta jest na autentycznych postaciach i wydarzeniach.", domyślam się, że Kuić mniej lub bardziej wiernie opowiedziała w  powieści losy swoich dziadków, rodziców, ciotek i w mniejszym stopniu wujów. Na internetowej stronie autorki, na którą zajrzałam, znalazłam rodzinne zdjęcie a na nim pięć urodziwych sióstr Levi, bohaterek powieści, pierwszej części cyklu składającego się z czterech tomów. Z informacji zamieszczonej na okładce dowiedziałam się, że książka stała się materiałem dla libretta spektaklu baletowego, sztuki teatralnej i serialu telewizyjnego. Rzeczywiście, jak każda saga rodzinna i ta  może stanowić świetny punkt wyjścia dla serialu czy filmu kinowego. Bo "Zapach deszczu na Bałkanach" jest właśnie sagą rodziny Levi, sefardyjskich Żydów mieszkających w Sarajewie. Akcja zaczyna się w dniu zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, co stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej. Kończy jesienią 1944 roku po wyzwoleniu Belgradu.  Mniej więcej połowa powieści to dramatyczne losy rodziny w czasach drugiej wojny. Bohaterkami książki są przede wszystkim kobiety z rodu Levi: matka i jej pięć córek: Laura, zwana Buką, Klara, Nina i dwie młodsze, Blanki i Riki. Siostry mają jeszcze dwóch braci, ale i oni, i ich ojciec to postaci w powieści marginalne. 

Napiszę wprost, bez zbędnego kluczenia: książka ma trzy zalety i jedną wadę. Zacznę od tego, co dobre. "Zapach deszczu na Bałkanach" czyta się znakomicie. Wydany przez jakieś popularne wydawnictwo, a nie tak niszowe jak Pogranicze, odpowiednio rozreklamowany miałby pewnie szansę nieźle się sprzedać. Szkoda, że tak się najprawdopodobniej nie stanie, bo sporo można się z powieści dowiedzieć na temat międzywojennej historii Bałkanów. Dla mnie była to powtórka, bo trochę na ten temat wiem dzięki mojemu ukochanemu Jergoviciowi, szczególnie jego "Rucie Tannenbaum", której akcja toczy się w tym samym okresie historycznym. Kolejna zaleta ściśle łączy się z pierwszą, jest jej przyczyną: historia pięciu sióstr Levi jest po prostu bardzo ciekawa, a ich wojenne losy, jak łatwo zgadnąć, dramatyczne, dlatego opowieść trzyma czytelnika w napięciu. Trzecia zaleta, może najważniejsza, to pełnokrwiste portrety bohaterek. Każda z sióstr jest inna, każda jest indywidualnością, każda potrafi uparcie dążyć do celu, nie zważając na to, co inni powiedzą. To kobiety niezależne, silne, feministki tamtych czasów. Wszystkie pracowały i potrafiły same zarobić na swoje utrzymanie. Nina i Klara założyły w Sarajewie świetnie prosperującą pracownię kapeluszy, najstarsza Buka, wykształcona, znająca kilka języków obcych, pisała i dbała o zachowanie tradycji sefardyjskich Żydów. Najmłodsza, Riki, zrobiła baletową karierę, była ulubienicą belgradzkiej publiczności. Blanki, najbardziej spolegliwa, często przez rodzinę wykorzystywana, zawsze gotowa poświęcić się dla innych, pocieszycielka sióstr, jest mimo pozorów osobą niezależną. Na przekór rodzinie i opinii innych wiąże się ze starszym o kilka lat bogatym serbskim przedsiębiorcą z Sarajewa i żyje z nim bez ślubu. Dlaczego? Bo jego rodzina nie wyobraża sobie, aby mógł ożenić się z ubogą Żydówką. Siostry Levi w kontaktach damsko-męskich są  bardzo wyzwolone. Dwie, najpierw Nina, potem Klara, wychodzą za mąż za innowierców, aby to zrobić, muszą zmienić wyznanie, jedna z nich w końcu porzuci swego, nic niewartego, męża i sama będzie musiała troszczyć się o siebie i dzieci. Wreszcie Riki wiodąca życie popularnej artystki, związana z żonatym mężczyzną, ale nie stroniąca też od innych. To zresztą postać chyba najbardziej tragiczna. Wesoła i beztroska, uwielbiana przez krytyków i publiczność, rozpieszczona i rozkapryszona, u progu międzynarodowej kariery, a jednak nieszczęśliwa i samotna. To z nią życie  obejdzie się najsurowiej. Jak? Oczywiście nie zdradzę. A mimo to potrafi mężnie znosić przeciwności losu i nieszczęścia. Równie ciekawą postacią jest nieco od Riki starsza Blanka. To jej kosztem załatwiane są rodzinne problemy. Długo inni decydują za nią. Musi zrezygnować ze szkoły, chociaż bardzo chce się uczyć, i pomagać siostrom w pracowni, a one wykorzystują ją do najgorszych robót. Kiedy trzeba, opuści Sarajewo, aby towarzyszyć Riki w Belgradzie, kiedy trzeba wyjedzie do Paryża, aby tam doglądać interesów pracowni. Ale i ona potrafi się zbuntować, postawić na swoim i wybić na niepodległość. Jest cicha, spokojna, spolegliwa, ale też wytrwała i uparta. Cierpliwie, krok po kroczku dąży do swego. W końcu staje się najważniejszą osobą w rodzinie, jej podporą i opoką, pocieszycielką, powierniczką i kołem ratunkowym. W momentach zagrożenia potrafi być bardzo odważna i bezkompromisowa. Mogłabym jeszcze sporo o siostrach napisać, na przykład o despotycznej, marudzącej Ninie czy marzącej o życiu nomada Klarze, której los też nie rozpieszczał. Warto by też pewnie wspomnieć o matce, kobiecie, która potrafiła swoje dzieci kochać po prostu mądrze i zawsze być dla nich oparciem, nawet jeśli nie akceptowała ich życiowych wyborów. Ale na tym kończę część pochwalną.

Czas najwyższy wspomnieć o jednej, ale zasadniczej wadzie. Cóż, powiedzmy to sobie szczerze, powieść Gordany Kuić jest  czytadłem i tylko czytadłem. Być może zresztą autorka nie miała wcale innych ambicji, tego nie wiem. Przyznam, że ja spodziewałam się czegoś więcej niż tylko dobrze skrojonej literatury popularnej, a to dlatego, że książkę wydało moje ulubione Pogranicze stroniące raczej od tego typu literatury. Brakuje tej powieści wartości dodanej, która sprawia, że nawet zwykłe historie stają się czymś więcej niż tylko sprawnym opowiadaniem o ludzkich losach. Brak im dramatyzmu, a przede wszystkim tragizmu. A przecież  saga rodziny Levi ma w sobie wielki potencjał, mogłaby się stać opowieścią na miarę Manna. Uderzyłam z najgrubszej rury, przyznaję. Zostawmy więc Manna, a pomyślmy, co z tej historii potrafiłby wyczarować Jergović, Kovac, a teraz opuśćmy Bałkany i wyobraźmy sobie, jak literacko przetworzyliby ten materiał Schlattner czy Skvorecky. Dość, zatrzymam się tylko na autorach z obszaru, jaki obejmuje nagroda Angelusa, bo mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, przeskakując z kontynentu na kontynent. Po prostu wszystko w książce Gordany Kuić toczy się zbyt gładko, szczególnie naprawdę dramatyczne losy wojenne. Jakby autorka nie udźwignęła właśnie tego tematu, bo, o dziwo, pierwsza część jest bardziej pogłębiona. A przecież są tu i aresztowania, i ucieczki, i ukrywanie się, i obozy, i Niemcy, i Chorwaci, którzy prześladują nie tylko Żydów, ale i Serbów, i konflikty narodowościowe ujawnione wraz z wybuchem wojny, ale autorka potrafi wykrzesać z tych dramatycznych i tragicznych zdarzeń tylko napięcie rodem z powieści przygodowej. Po macoszemu potraktowana jest też historia Klary, która umiejętnie poprowadzona, mogłaby się stać opowieścią o wielkich marzeniach i wielkich rozczarowaniach.

To oczywiście wcale nie oznacza, że żałuję czasu poświęconego lekturze. Jeśli ktoś szuka sprawnie opowiedzianej, ciekawej opowieści, to może "Zapachem deszczu na Bałkanach" być usatysfakcjonowany, ale jeśli przeczytało się wcześniej wspomnianą na początku "Rutę Tannenbaum" Jergovicia, to różnicę klasy widać gołym okiem. Gdyby Pogranicze zdecydowało się wydać kolejną część sagi, to pewnie po nią sięgnę, żeby zaspokoić zwykłą ludzką ciekawość. Wyobrażam sobie, że powojenne losy sióstr Levi w komunistycznej Jugosławii też mogą być fascynujące i dramatyczne. Tym razem jednak nie będę oczekiwała cudów.

środa, 01 maja 2013
Mirko Kovac "Miasto ze snu"

Uwielbiam takie niespodzianki. Jakieś trzy lata temu, chyba na początku mojej znajomości z prozą bałkańską i okołobałkańską, znalazłam w księgarni z tanimi książkami powieść "Krystaliczna sieć" nieznanego mi chorwackiego pisarza Mirko Kovaca wydaną przez wydawnictwo Pogranicze. Informacje z okładki znęciły mnie na tyle, że kupiłam i przeczytałam, a jako że bardzo byłam usatysfakcjonowana, natychmiast rzuciłam się przekopywać internet w poszukiwaniu innych książek pisarza. Bez rezultatu, nic więcej w Polsce nie wyszło. Już myślałam, że Mirko Kovac niczym efemeryda przemknie przez nasz rynek wydawniczy, jak to często bywa, kiedy za jedną pozycją nie idą, nie wiedzieć dlaczego, następne (jest kilku takich pisarzy, na których mam apetyt po przeczytaniu ich jednej powieści, niestety jak dotąd muszę obejść się smakiem), a tu nagle, zupełnie nieoczekiwanie odkryłam, że w ubiegłym roku wyszła kolejna powieść chorwackiego pisarza wydana przez to samo, jedno z moich ulubionych, wydawnictwo. Moja wina, bo jakoś dawno nie zaglądałam na ich stronę. Natychmiast rzuciłam wszystkie inne książki na bok, sprowadziłam sobie "Miasto w lustrze" (Pogranicze 2011; przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić) i od razu przeczytałam. No i nie zawiodłam się! A przy okazji odkryłam jeszcze kilka innych bałkańskich tytułów, na które mam ochotę.

Powieść Kovaca to wspomnienia z okresu dzieciństwa i dorastania snute przez dorosłego już bohatera. Narrator opowiada historię swoich dziadków, rodziców, a przede wszystkim swojego dorastania z perspektywy człowieka, który odniósł literacki sukces. Na ile jest to książka autobiograficzna, trudno mi powiedzieć, w każdym razie określana jest mianem powieści. Niewątpliwie jakieś autobiograficzne ślady można w niej odnaleźć. Mniej więcej zgadza się wiek autora z wiekiem bohatera (Kovac urodził się w Hercegowinie w roku 1938), miejsce urodzenia, kariera literacka i praca przy filmie (pisarz jest autorem scenariusza do głośnego niegdyś filmu Lordana Zafranovicia "Okupacja w 26 obrazach", którego nie znam). Ale przecież dla czytelnika nie ma to tak naprawdę znaczenia. Ta książka jest przede wszystkim gawędą i logice gawędy jest podporządkowana. To dlatego narrator wtrąca liczne dygresje, porzuca chronologię, dopowiada los własny i losy bohaterów, którzy z opowieści już wypadli, stąd wreszcie liczne refleksje dotyczące a to pamięci, a to tego, czym dla narratora jest literatura i proces twórczy, a to jakieś inne konstatacje o nieco filozoficznym zabarwieniu. A wszystko pisane z perspektywy mężczyzny dojrzałego, którego droga do sukcesu była kręta i niełatwa. Narrator jawi się jako człowiek nieco zgorzkniały, ale wolny wolnością nomady, wszak w każdej chwili może porzucić miejsce, w którym żyje, zabrać swój niewielki tobołek i powędrować dalej. Odchodząc, zostawia za sobą ludzi i, jak twierdzi, nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Bo, jak wyznaje w swoim credo wyłożonym gdzieś mimochodem na końcowych kartach powieści, prawdziwe życie jest w literaturze. To "... w niej dało się znaleźć dość, by się męczyć, znosić ból, odczuwać smutek ...". Ale pożywką dla literackiego materiału jest oczywiście wszystko, co nas otacza. Może tu tkwi klucz do rozwiązania paradoksu tej powieści? Bo narrator z jednej strony pisze o nienawiści do swoich rodzinnych stron, które jeszcze we wczesnej młodości porzucił, a z drugiej strony wystawia im wspaniały literacki pomnik. Literatura upiększa wszystko: historię przodków, ubogie dzieciństwo, dziadków, nieznanych wujów, którzy też gdzieś poznikali w szerokim świecie, szlachetną, silną, niemal świętą matkę, ojca hulakę, który znika z domu na długie tygodnie i nie wiadomo, gdzie w tym czasie jest, ubogi rodzinny sklepik, ukochaną nauczycielkę, która zaszczepiła w nim miłość do literatury. Także miejsca czyni piękniejszymi niż są w rzeczywistości. Na jednej z pierwszych stron opowieści znajdujemy opis tajemniczego, niezwykłego lasu, który kupił niegdyś dziadek narratora. Las jest gęsty, nieprzebyty niczym knieja, pełen tajemniczych mocy, diabłów i wiedźm, także groźnych węży czyhających na wędrowca, który odważy się wtargnąć w leśną głuszę. Czy taki był w rzeczywistości? Pewnie nie, swój magiczny portret już na zawsze będzie zawdzięczał literaturze.

"Miasto w lustrze" zatrzymuje w czasie świat i ludzi, których już nie ma. Narrator wielokrotnie podkreśla, że tą opowieścią ostatecznie odcina się od czasów swojego dzieciństwa i młodości, ale również od swoich przodków. Na przekór złości, która jak zadra tkwi w bohaterze, powieść pełna jest nostalgii, smutku, melancholii i niezwykłej aury. Świat dzieciństwa jest w niej podszyty baśnią. Pełno tu losów niezwykłych, często niedokończonych, niebanalnych historii, zapewne literacko zmitologizowanych. Nawet bieda jest malownicza. Może też dlatego okrucieństwa historii są na kartach powieści prawie nieobecne. Pierwsza wojna to domena wspomnień usłyszanych od rodziców czy dziadków, odtworzonych dzięki dokumentom. Druga praktycznie nie istnieje w opowieści narratora, a i powojenne lata komunizmu nie są specjalnie straszne. Upływający czas odebrał im okrutną moc, którą przecież miały. Ktoś zostaje aresztowany i zesłany na Nagą Wyspę (tam znajdował się obóz koncentracyjny założony przez komunistów, do którego zsyłano politycznych przeciwników), pojawiają się ludzie związani ze służbami bezpieczeństwa, w szkole pali się reakcyjne książki, ojcu odbierają jego sklep, nawet ukochana nauczycielka musi czasem udawać i przybrać maskę wierności nowemu ustrojowi. Niby sporo, ale te fakty przedstawione w taki sposób, o jakim wspomniałam, nie mają siły rażenia. To w żadnym wypadku nie jest zarzut z mojej strony, po prostu tak odbierał świat narrator w czasach swojego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Osobne miejsce zajmuje w powieści tytułowe miasto w lustrze, Dubrownik, do którego często uciekał ojciec bohatera. Czasem zabierał go tam ze sobą. Miasto fascynowało chłopca swoim ogromem, bogactwem, ruchem, gwarem, historią, architekturą wspaniałych pałaców i kościołów. Jak bardzo różniło się od niewielkich miejscowości, w których mieszkał! Było synonimem wielkiego, nieznanego, fascynującego świata kuszącego niegdyś jego przodków, jego ojca a potem i jego. Opis samotnej wyprawy do Dubrownika w poszukiwaniu hulającego ojca zajmuje w powieści kilka rozdziałów, chociaż to zaledwie jeden dzień. To, co się w tym czasie wydarzyło, jest trochę z pogranicza jawy i snu.

To tyle. Zachęcam do odkrycia dla siebie powieści Mirko Kovaca tej, ale także poprzedniej, o której we wstępie wspominałam.