Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 27 maja 2015
"Dureń"
Film rosyjski to rzadki gość na naszych ekranach, tym bardziej nie należy przegapić okazji. Właśnie pojawił się "Dureń" Yurija Bykova, więc niezwłocznie wybrałam się do kina. Jak czytam, reżysera porównuje się do Smarzowskiego i trzeba przyznać, że sporo między nimi podobieństw. Jest to kino brudne, brzydkie, brutalne, pokazujące świat w jego najgorszej odsłonie. Film dosłownie osacza widza. Bliskie plany, ciasne wnętrza, mrok (akcja toczy się w ciągu jednej nocy), rozmaite głośne dźwięki prawie nieustannie dochodzące zza kadru i ludzkie twarze jak z koszmarnego snu powodują, że widz nie może złapać oddechu. Poczułam się jeszcze bardziej przybita niż po "Lewiatanie". Film Bykova nie ma w sobie tej zadumy, tego oddechu (plenery), tej nostalgii, smutku i melancholii, po prostu wali obuchem. A diagnoza podobna: arogancka władza, która ma jeden cel - wyłącznie własne korzyści, wszechogarniająca korupcja jak pajęczyna oplatająca wszystko, przekręty. Człowiek człowiekowi wilkiem. Kolejny rosyjski film, jaki obejrzałam w ciągu ostatniego roku (oprócz przywołanego już "Lewiatana" jeszcze "Geograf"), po którym zadaję sobie pytanie: na ile to, co na ekranie, zostało wyolbrzymione? No bo jeśli obraz jest realistyczny, to Rosja przypomina piekło. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Wystarczy przeczytać "Czasy secondhand" Swietłany Aleksijewicz. Wypada jeszcze dla porządku wspomnieć o fabule "Durnia", która jest bardzo prosta. Uczciwy do bólu hydraulik Dima, wezwany do awarii w jednym z mieszkań wielopiętrowego bloku zamieszkiwanego przez ponad osiemset osób, dochodzi do wniosku, że budynek w każdej chwili może się zawalić. Próbuje zrobić wszystko, aby nie doprowadzić do tragedii. Szybkie tempo i napięcie przeplatają się ze scenami gadanymi, których tu też sporo. Warto zobaczyć to mocne kino, chociaż nie ma takiej reklamy jak "Lewiatan" i do kin weszło raczej cichaczem. A jeśli ktoś już film widział, może czytać ciąg dalszy.
niedziela, 24 maja 2015
"Taxi - Teheran"

Wybrałam się na "Taxi - Teheran" niemal z marszu. Ponieważ wiedziałam, że chcę ten film zobaczyć, bo irański, bo Złoty Niedźwiedź, bo znany reżyser, nawet nie zerknęłam na informację dystrybutora. Ot taka filmowa randka w ciemno. Pewnie dlatego byłam nieźle zaskoczona. Otóż jeśli, czytelniku tej notki, kino traktujesz jak weekendową, kulturalną rozrywkę, warto, abyś wiedział, że "Taxi -Teheran" nie jest właściwie filmem fabularnym. Moim zdaniem znacznie bliżej mu do dokumentu. Ktoś, kto nie ma o tym pojęcia, może poczuć się rozczarowany, szczególnie jeśli pamięta inne filmy oparte na takim samym pomyśle: taksówkarz wysłuchuje zwierzeń swoich pasażerów, a każde z nich to osobna historia, którą oglądamy na ekranie. Tu jest inaczej. Taksówkarzem jest wybitny irański reżyser, Jafar Panahi, który ma dwudziestoletni zakaz wykonywania zawodu. Jeździ po mieście taksówką, w której zamontowana jest kamera, i prowadzi rozmowy z pasażerami albo tylko słucha. Jest to kino gadane. Film, za którego dostał Złotego Niedźwiedzia na ostatnim Berlinale, został nakręcony nielegalnie. Dlatego nie ma końcowych napisów, nie wiemy, kto w nim gra (poza samym Panahim i jego siostrzenicą).  Jest więc "Taxi -Teheran" triumfem twórczej wolności. Być może też stąd nagroda, wszak festiwal w Berlinie znany jest ze swego politycznego nachylenia, być może też stąd zgodny chór recenzenckich pochwał. Zgadzam się z Jackiem Wakarem, jednym z dyskutantów ostatniego Tygodnika Kulturalnego (TVP Kultura), który głośno zastanawiał się, czy gdyby nie nazwisko reżysera i kontekst, "Taxi - Teheran" byłoby aż tak nagradzane i wychwalane.

Nie mogę powiedzieć, aby film mi się nie podobał, ale aż takich zachwytów nie rozumiem. Oczekiwałam czegoś poruszającego, tymczasem dostałam obraz współczesnego Iranu, to oczywiście ważne, ale nie dowiedziałam się niczego nowego. Zniewolenie, podwójne życie, jakie muszą prowadzić mieszkańcy, absurdalne zakazy i nakazy, religijność i zeświecczenie, więzienie, tortury, rozmaitość światopoglądów, społeczne nierówności - o tym wszystkim czytałam. Nie zaskoczył mnie też obraz Teheranu, miasta na oko europejskiego. Takie zdziwienie, wynikające niestety z mojej ignorancji, przeżyłam po obejrzeniu pierwszego irańskiego filmu, na jakim byłam w kinie, "3 kobiety w różnym wieku". Pamiętam moje zaskoczenie: to tak wygląda Teheran? tak wygląda irańska ulica? tak żyją kobiety? Spod luźno narzuconej na głowę chusty wystają włosy, spod płaszcza do kolan dżinsy. Pracują, studiują, prowadzą samochody, są stale w biegu. Dopiero potem pojawiły się znakomite filmy Farhadiego ("Co wiesz o Elly?" i "Rozstanie"), a ja sięgnęłam po książki.

Innym powodem, dla którego film Panahiego wzbudza takie emocje krytyków, są aluzje do jego poprzednich obrazów. Podobno pojawiają się tam niektórzy z jego wcześniejszych bohaterów. Piszę podobno, bo ich nie znam. Niestety ta warstwa dla przeciętnego widza, takiego jak ja, jest zupełnie nieczytelna. Nawet nie wiem, czy tych filmów u nas nie było, czy je przeoczyłam.

Czas na konkluzję. Na pewno warto się na "Taxi - Teheran" wybrać. Trochę marudziłam, ale przecież jest to propozycja ciekawa, raczej zabawna niż smutna czy przerażająca, co może dziwić. Ale czy powinno? Przecież Irańczycy muszą jakoś żyć  i ten film jest tego znakomitym przykładem. Życie się toczy, trzeba sobie radzić. A dla widza, który o Iranie wie niewiele, na pewno to, co zobaczy, będzie odkryciem i być może zachętą do obejrzenia innych irańskich filmów, no i do lektur.

środa, 20 maja 2015
Magdalena Grzebałkowska "1945. Wojna i pokój"

Kiedy tylko kilka miesięcy temu zobaczyłam zapowiedź najnowszego reportażu Magdaleny Grzebałkowskiej "1945. Wojna i pokój" (Agora SA 2015; Biblioteka Gazety Wyborczej), od razu wiedziałam, że to lektura obowiązkowa. Przyznam, że nie czytałam wcześniejszych dwóch książek autorki, ani o księdzu Twardowskim, ani o Beksińskich, znam ją tylko z reportaży prasowych, a zainteresował mnie po prostu temat. Kilka lat temu przeczytałam znakomitą, głośną i nagradzaną, historyczną pracę Marcina Zaremby "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", która w sposób bardzo interesujący opowiada o pierwszych latach w Polsce po zakończeniu II wojny światowej. Autor pokazuje ogrom problemów, jakie spadły na ludzi zaraz po wojnie. Problemów, które były źródłem zbiorowej, owej tytułowej, trwogi. Po przeczytaniu tamtej książki uświadomiłam sobie, że czas tuż powojenny nie był pasmem radości, jak mogłoby się wydawać. Oprócz plag trawiących całą Europę (o tym traktuje inna książka, którą dopiero mam w planach, "Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej" Keitha Lowe), mieliśmy jeszcze inne wynikające z dostania się polski w strefę wpływów Związku Radzieckiego. Nie pisałam tu nigdy o książce Zaremby, tak wyszło, a szkoda (rzadko, ale czasem zdarza mi się pominąć na tych stronach jakąś lekturę), więc tym bardziej zachęcam teraz. Nie należy się zrażać jej objętością ani tym, że autorem jest naukowiec. To pozycja w najlepszym tego słowa znaczeniu popularyzatorska. A Grzebałkowska nie tylko umieściła ją w bibliografii, podobnie jak pracę Keitha Lowe, ale opatrzyła komentarzem, że niemal nie rozstawała się z nią w czasie pracy nad swoją książką. Dlatego czytając jej reportaż z przeszłości, miałam czasem wrażenie deja vu. Nie jest to oczywiście żaden zarzut, po prostu mile łechtała mnie świadomość, że coś już na ten temat wiem.

A książka Magdaleny Grzebałkowskiej jest przecież czymś innym. To nie popularyzatorska praca naukowa, ale reporterska robota z wszelkimi tego konsekwencjami. Autorka patrzy na rok 1945 przez ludzkie losy. Jednostkowe doświadczenia rzuca na szersze tło historyczne. Człowiek, jego przeżycia, lęki i znacznie rzadziej chwilowe radości, jego powikłane historie są kanwą opowieści o roku 1945. Reporterka sięga do szczegółów, codziennych drobiazgów. Pisze o tym, jak ubrała się Lucie Rybandt, zanim zaokrętowała się na statku Wilhelm Gustloff, i o tym, jak spędziła piątkowy poranek ostatniego dnia sierpnia Klara Maxara, zanim wyrzucono ją z domu, i o tym, co poczuła Niusia, kiedy weszła do poniemieckiego domu, do którego przyjechała na szaber. Grzebałkowska krąży po Polsce i rozmawia z ostatnimi świadkami historii, czasem znajduje ich ślady w książkach czy dokumentach, czasem przepytuje ich dzieci lub wnuki. Dzięki opowieści o człowieku historia ożywa. Nie jest zbiorem dat, suchych zdarzeń, nie jest genezą i skutkiem, ma twarz Klary, Niusi, Łucji, Stanisława, Wernera i innych. Lektura tej książki jest jak opowieść naszych dziadków, ewentualnie pradziadków, których niestety nie słuchaliśmy z dostateczną uwagą. Grzebałkowska przywraca nam symboliczną pamięć. 

Oczywiście autorka nie wybiera swoich bohaterów przypadkowo. Każda historia reprezentuje w jej książce konkretny problem bardziej lub mniej umownie przypisany do jednego z miesięcy. I tak w styczniu dostajemy opowieść o szabrze (to Niusia), luty to tragiczne doświadczenia uciekinierów z Prus Wschodnich (tu się kłania "Muzeum ziemi ojczystej" Siegfrieda Lenza, pisałam; bardzo, bardzo polecam), w marcu zajmie się autorka ziemiami odzyskanymi i tak dalej, i tak dalej. Jest też opowieść o Warszawie i osobna o Wrocławiu, o Kaszubach wcielonych do Wermachtu i o Żydowskich dzieciach, mieszkańcach sierocińca w Otwocku, o obozie w Łambinowicach i konflikcie polsko-ukraińskim w Bieszczadach, no i oczywiście o repatriantach. Przewijają się też oczywiście i inne tematy. Tragedie, gwałty, wysiedlenia, przejmowanie cudzego majątku, mieszają się z opowieścią o organizowaniu życia na nowo. Cała paleta problemów.

Cztery sprawy poruszyły mnie najbardziej. Wymieniam je w przypadkowej kolejności. Po pierwsze poruszająca jest konstatacja, o której już wspomniałam, że rok 1945 przyniósł ogrom nowych problemów. Radość była chwilowa, szybko okazało się, że świat po wojnie to zgliszcza, nie tylko w dosłownym sensie. Po drugie pisze Grzebałkowska o Polakach, ale równocześnie pochyla się też nad losem mieszkańców Prus Wschodnich, Niemców, Ślązaków czy Ukraińców. Pokazuje poplątanie losów ludzi, z których zadrwiła historia. Często prosili się o to sami, ale czasem byli po prostu jej ofiarami. W złym momencie znaleźli się w złym miejscu. Po trzecie jest tu kilka historii po prostu fascynujących. Gotowy materiał na powieść! Niektóre autorka śledzi do czasów współczesnych lub do śmierci bohaterów. I z tym łączy się sprawa czwarta, jedyna optymistyczna. Otóż z nieszczęścia można się podźwignąć. Pewnie nie każda rana się zabliźni, pewnie koszmary będą wracać w snach, ale Klara, Lucie, Niusia, Werner, Stanisław i inni, których dzięki Grzebałkowskiej poznajemy, zbudowali sobie z czasem nowe życie. Jakby banalnie takie stwierdzenie nie zabrzmiało, to w książce nabiera mocy, no i jest jednak bardzo krzepiące.

Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o dodatkowym smaczku tej lektury. Otóż każdy rozdział rozpoczyna się zbiorem krótkich wyimków z prasy. Głównie ogłoszeń, czasem informacji. Uderza, że ludzkie tragedie i ludzka nędza mieszają się z pragnieniem normalności, z dowodami, że ludzie za wszelką cenę chcą wieść życie jak kiedyś. Obok ogłoszeń o poszukiwaniu zaginionych, próśb do świadków o jakąkolwiek informację o ostatnich chwilach umierających, błagań o pomoc materialną, są też takie: Siwe włosy farbuję. Rozjaśniam. Czwartki, piątki, soboty 3-6. Wilcza 16-14; Piekiełko - lokal nastrojowy. Najlepsze napoje, najsmaczniejsze zakąski i coś jeszcze. Gdzie, co, jak? Wkrótce!; Słucki pas kupię. Krucza 13-1; Rutynowana perkusistka (jazzb.) wstąpi do zespołu. Orłowo ul. Inżynierska 15; Pijawki tegoroczne, świeże na cele lecznicze. Bielska, Dmochowskiego 6. A prawdziwą rozkoszą jest język tych ogłoszeń.

Teraz już naprawdę kończę banalnym stwierdzeniem, że reportaż "1945. Wojna i pokój" Magdaleny Grzebałkowskiej to lektura jak najbardziej obowiązkowa.

środa, 13 maja 2015
"Randki w ciemno"
Kiedy mniej więcej dwa miesiące temu zobaczyłam w kinie zwiastun nowego filmu gruzińskiego "Randki w ciemno", pomyślałam, że nieźle się zapowiada. Tęskna pieśń wwiercająca się w duszę, morze, deszcz, jakieś dwie pary na pustej, kamienistej, niezbyt pięknej plaży, kobieta o nieoczywistej urodzie i tacy mężczyźni. Kiedy wreszcie w miniony piątek film miał swoją premierę, postanowiłam pójść, nie zważając na oceny, tym bardziej, że ostatnio cierpiałam na głód kina. I nie pomyliłam się! "Randki w ciemno" są takie, jak ich zwiastun, melancholijne. Ale melancholia przełamana jest nieco absurdalnym humorem. Zbliżający się do czterdziestki Sandro, kawaler mieszkający z rodzicami, randkując, wpada w wir zdarzeń, które mogą się wydać mało prawdopodobne. Nie wykluczam jednak, że to, co oglądamy na ekranie, jest jakoś osadzone w gruzińskiej kulturze, bo źródłem tych trochę zwariowanych sytuacji jest męska przyjaźń, lojalność i rodzina. Być może będą widzowie, którzy uznają, że "Randki w ciemno" są dziwne i irytujące, ja je kupiłam bez zastrzeżeń. Komu spodobał się amerykański film "Co jest grane, Davis", który mogliśmy oglądać na naszych ekranach ponad rok temu, ten powinien odnaleźć się i tym razem. Przy wszystkich różnicach dostrzegam to jedno podobieństwo: bohater niczym trzcina na wietrze niesiony od jednego zdarzenia do drugiego pakuje się w absurdalne sytuacje. A oprócz tego film bywa momentami bardzo zabawny. Źródłem humoru są rodzice strofujący swoje dorosłe dzieci. Te dialogi matki i ojca prowadzone ponad głowami zainteresowanych przypominają mi z kolei sceny rodem z czeskich filmów. Bo "Randki w ciemno" to takie właśnie kino. Kino codzienności, zwykłych spraw, zwykłych ludzi. Banał urasta tu do rangi poezji. Kto to lubi, niech się koniecznie wybierze. Ja byłam bardzo usatysfakcjonowana. A kto już w widział, może przeczytać ciąg dalszy. Zapraszam.
środa, 06 maja 2015
Eshkol Nevo "Neuland"

Jeśli, czytelniku tej notki, zaglądasz na te strony w miarę regularnie albo przynajmniej od czasu do czasu, być może zorientowałeś się, że literatura izraelska pozostaje w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Oczywiście jej niekoronowanym  królem jest dla mnie Amos Oz, który plasuje się w ścisłej czołówce moich ulubionych pisarzy (wszystkich, nie tylko tych z Izraela). Być może dzierży nawet palmę pierwszeństwa, chociaż właściwie jak to ocenić? Literatura to nie sport, gdzie wynik da się zmierzyć, zważyć i policzyć, a przecież nawet wtedy pozostaje niedosyt, no bo czy naprawdę lepszy jest ktoś, kto zwyciężył o tysięczne części sekundy? Ale porzucam już dygresję i wracam do tematu. Oprócz mojego literackiego idola czytałam jeszcze Zeruyę Shalev (pogmatwana psychologiczna proza; muszę do niej wrócić), Avrahama B.Jehoshuę, Idę Fink (wstrząsająca, ale warto), rozpoczynam swoją przygodę z Dawidem Grosmanem ("Tam, gdzie kończy się kraj" znakomite), no i koniecznie muszę wspomnieć o dwóch książeczkach (tylko tyle wyszło; wydała je Muza) Lizzie Doron (przejmujące, świetne, namawiam wszystkich). Pewnie coś przeoczyłam, chociaż  staram się pilnie śledzić nowości wydawnicze z tej dziedziny, niestety dużo tego nie ma. Mniej więcej rok temu, kupiłam powieść współczesnego izraelskiego pisarza Eshkola Nevo "Neuland" (Muza 2014; przełożyła Magdalena Sommer). To jego druga książka, która wyszła w Polsce. Pierwszej nie czytałam, chociaż zapisałam na liście książek, które chcę przeczytać. O "Neulandzie" sporo się mówiło, co mnie zmobilizowało do kupna. Trochę sobie ta pokaźnych rozmiarów powieść poczekała na swój czas. W końcu impuls kazał mi wreszcie po nią sięgnąć.

Od razu napiszę, że "Neuland" czyta się znakomicie. Kto lubi oddać się lekturze bez reszty, kto pragnie zatopić się w wartkiej akcji, kto szuka czegoś nie nazbyt ciężkiego, ale chociaż trochę wartościowego, kto nie lubi postmodernistycznych zabaw, kto raczej woli prozę tradycyjnie skonstruowaną, ten niewątpliwie będzie miał z tej lektury przyjemność. Bo taki właśnie jest "Neuland", mainstreamowy, ale jednocześnie dostarcza czytelnikowi solidną porcję wiedzy o demonach męczących izraelskie społeczeństwo. Dla kogoś, kto niewiele wie o Izraelu, może ta powieść być początkiem odkrycia terra incognita. Ale nawet ja, chociaż temat dzięki literaturze pięknej, ale przede wszystkim dzięki licznym reportażom (polecam książki Pawła Smoleńskiego i Palestyńczyka Raji Shehadeha) nie jest mi obcy, odkryłam coś nowego. Myślę o bardzo ciekawej historii jednej z bohaterek, Lili, polskiej Żydówki, która niedługo przed wybuchem wojny opuszcza kraj w zorganizowanej grupie kilkuset Żydów pragnących osiedlić się w Erec Israel. Niewiele dotąd wiedziałam o tym, jak organizowane były takie wyprawy. Warto pamiętać, że wtedy  terytorium Palestyny objęte było tak zwanym Mandatem Brytyjskim, a Anglicy niechętnie przyjmowali nowych imigrantów. Zgodę otrzymywały jednostki, a nie całe statki wypełnione po brzegi. Dlatego takie przedsięwzięcie było nielegalne i różnie mogło się zakończyć. Lili, siadając na swym krześle wspomnień, snuje opowieść o swojej wyprawie. A więc najpierw rozstanie z rodziną (nikt nie przypuszczał, że na zawsze), szkolenie w Warszawie, potem męcząca i najeżona przeszkodami podróż pociągiem do portu w Konstancy, stamtąd jeszcze dłuższy i jeszcze bardziej wyczerpujący rejs do Tel Avivu, oczekiwanie na dogodny moment, aby pod osłoną nocy przedrzeć się na ląd, gdzie czekali już umyślni, którzy zajmowali się uchodźcami. Ale to tylko jeden z wątków powieści. W swojej głównej warstwie jest ta książka historią miłości czasem określanej mianem niemożliwej, a mówiąc wprost i trywialnie, to historia pewnego romansu. Zupełnie przypadkiem gdzieś w Ameryce Południowej, na granicy Ekwadoru i Peru spotykają się Ona i On. Inbar i Dori. Ona w związku, On mąż i przede wszystkim nadopiekuńczy ojciec. Ona do Peru poleciała pod wpływem impulsu, aby przemyśleć swoje życie, które, jak łatwo zgadnąć, weszło akurat w ostry wiraż. On do Ameryki Południowej wybrał się z przymusu. Szuka ojca, który zaginął. Tak, tak, czytelniku tej notki, słusznie domyślasz się, że i w jego życiu osobistym nie dzieje się najlepiej. I tak oboje z przeszłością i po przejściach (ściślej mówiąc w ich trakcie) spotykają się i wyruszają we wspólną podróż, która także czytelnikowi dostarczy miłych i interesujących wrażeń. Co zdarzyło się potem, można sobie dośpiewać.

Oczywiście "Neuland" to znacznie więcej niż historia miłosna. Odkrywając przeszłość bohaterów i ich najbliższych, poznajemy historie rodzinne i kawał historii Izraela. Nieporozumienia, konflikty, zawody, niewypowiedziane pretensje w rozmaitych  konfiguracjach (żona - mąż, rodzice - dzieci) mieszają się z opowieścią o wojennej traumie (chodzi o wojnę na Synaju), trochę o Holokauście i przede wszystkim o życiu w ciągłym zagrożeniu. Kolejne pokolenia Izraelczyków naznaczane są wojną, a traumy nie sposób się pozbyć, jeśli żyje się w stałym zagrożeniu. Izrael to państwo bez wizji, państwo, którego jedynym celem jest przetrwanie, a to dusi i nie pozwala na rozmach. Taką diagnozę odnajdujemy w powieści. Receptę stanowi ów tytułowy Neuland. Czym jest dokładnie, zdradzać nie będę, chociaż wszystko wyjaśnia się właściwie na początku. Napiszę tylko, że autor nawiązuje do koncepcji Herzla, ideologa syjonizmu.

Powieść Eshkola Nevo przy wszystkich zaletach literatury mainstreamowej ma też jej wady. Jest dość przewidywalna, w warstwie osobistej raczej banalna (no cóż, autor Ameryki nie odkrywa), ale najbardziej drażniła mnie natrętna paralelność losów bohaterów z pokolenia dziadków i wnuków. W dodatku właściwie od początku łatwo ją odgadnąć. No i jeszcze te zbiegi okoliczności! Mimo że na okładce znajdziemy laurkę wystawioną przez samego Amosa Oza (wzruszająca opowieść o rodzinie, miłości, stracie i samotności), to nie oczekujmy arcydzieła. Rzeczywiście jest to historia wzruszająca, na pewno ciekawa, ale, jak już wspomniałam, jednak dość banalna. Jeśli ktoś właśnie ma ochotę na taką lekturę, niech śmiało po nią sięga. Jeśli jednak, czytelniku tej notki, szkoda ci na banał czasu, możesz sobie darować.