Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 17 maja 2017
Artur Domosławski "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary"

Do książki Artura Domosławskiego "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary" (Wielka Litera 2013; ostatnio ukazało się kolejne wydanie) przymierzałam się od dawna, ale wyszło jak zawsze. To, że ją w końcu kupiłam i przeczytałam, jest pokłosiem arcyciekawego spotkania z autorem, na którym byłam jesienią. Za jednym zamachem stałam się też posiadaczką "Wykluczonych", a po lekturze "Śmierci w Amazonii" na pewno sięgnę po "Gorączkę latynoamerykańską".

"Śmierć w Amazonii" to książka, której nie da się czytać spokojnie. Złość, przerażenie, bezsilność i poczucie, że nieświadomie prawdopodobnie i my uczestniczymy w tym paskudnym procederze. A co najgorsze, nie bardzo można tego uniknąć. No bo wytworzenie znacznej ilości rzeczy, w których jest choćby odrobina stali albo odrobina złota, zostało okupione krzywdą mieszkańców Ameryki Południowej. Najczęściej tych najbiedniejszych. Nie możemy też mieć pewności, że drewno, z którego zrobiono nasze meble czy podłogi, nie pochodzi przypadkiem z lasów Amazonii. Domosławski opowiada w swoim reportażu o nierównej walce, jaką toczą ludzie mieszkający w brazylijskiej części Amazonii, w okolicach peruwiańskiego miasta Cajamarca i w rejonie Lago Agrio w Ekwadorze. To walka z wielkimi koncernami wypłukującymi złoto ze skał (Peru), wydobywającymi ropę z dzikich niegdyś okolic (Ekwador), eksportującymi drewno, to także walka z wielkimi hutami wytapiającymi surówkę, z wytwórcami węgla drzewnego potrzebnego tym hutom, z hodowcami bydła (to wszystko brazylijska część Amazonii). W sukurs możnym tego świata idą skorumpowani politycy i policjanci, kuci na cztery nogi prawnicy i przestępcy, którzy za pieniądze gotowi są zastraszać, śledzić, pobić, torturować, a nawet zabić lokalnych liderów czy ekologów ośmielających się protestować.

Konsekwencją wycinania lasów, pozyskiwania złota czy wydobycia ropy jest oczywiście katastrofalne zniszczenie środowiska - zatrucie wody i gleby, dewastacja krajobrazu. Za tym idą choroby. A to nie koniec listy nieszczęść. Mieszkańcy tracą swoją ziemię, ogranicza im się dostęp do miejsc, z których wcześniej swobodnie korzystali. Wszystko w imię rozwoju kraju. I nawet jeśli na papierze wszystko się zgadza, tak było w Ekwadorze, który dzięki wydobywaniu ropy z okolic Lago Agrio przez amerykański koncern Texaco (potem Chevron) poprawił swoje ekonomiczne wskaźniki, to nijak nie przekłada się to na wzrost poziomu życia tych najbiedniejszych. Oczywiście nie chodzi o to, aby w ogóle nie wydobywać i nie produkować, ale żeby wielkie, ponadnarodowe koncerny stosowały takie same standardy, jakie stosują na przykład w Stanach, czyli nazywając rzecz po imieniu, dbały o środowisko. Tymczasem traktują kraje Ameryki Południowej jak kolonie. Za zgodą miejscowych polityków. Ale to wszystko nie jest oczywiście takie proste. Kiedy jedni się burzą, buntują, toczą nierówną walkę, inni w zamian za pracę, często niewolniczą, gotowi są nie zwracać uwagi na koszty. Dlatego ekolodzy, działacze NGS-ów, lokalni aktywiści nie przez wszystkich są popierani.

Domosławski operuje konkretami, opowiada o głośnych sprawach, które zbulwersowały opinię publiczną, pisze o ludziach. O zamordowanych Jose Claudio i Marii, ekologach z Praia Alta w Amazonii, o Marco i Mirth'cie z Cajamarci i wreszcie o Pablo z Lago Agrio. Szczególnie ta ostatnia historia jest niesamowita. To opowieść o chłopaku z ubogiej rodziny, który pracując, utrzymując młodszych braci, zdobywał jednocześnie wykształcenie, a potem, kiedy został prawnikiem, rzucił rękawicę amerykańskiemu koncernowi. Proces wygrał, ale walka o odszkodowanie jeszcze się nie zakończyła.

Książka Artura Domosławskiego mimo nutki optymizmu jest jednak bardzo przygnębiająca. Bo walka, nawet jeśli zwycięska, trwa latami, okupiona jest cierpieniem i morderczą pracą wielu ludzi, a wreszcie często bywa wygrana tylko na papierze.


niedziela, 14 maja 2017
"Mali mężczyźni"

Kiedy zobaczyłam zapowiedź "Małych mężczyzn", pomyślałam, to nie dla mnie, bo nie lubię filmów o dzieciach. Ale po raz kolejny dałam się przekonać dyskutantom z Tygodnika Kulturalnego i poszłam do kina, chociaż nie miałam tego w planach. Nie zawsze się z nimi zgadzam, bywa, że nasze gusta rozjeżdżają się zupełnie, ale tym razem mieli rację. To film mądry i jednocześnie taki, który bardzo dobrze się ogląda. Świetnie pasuje do niego określenie, ładny. Ładne miasto, ładne wnętrza, ładni bohaterowie. Żadnych brudów, chropowatości. Ładnie o ważnych sprawach, można by powiedzieć. A te ważne sprawy to dorastanie, szczerość w relacjach rodzinnych, trudne finansowe decyzje, gentryfikacja miasta. Dlatego da się "Małych mężczyzn" bez obawy polecić na weekend tym wszystkim, którzy nie lubią z kina wychodzić przygnębi. No może odrobinę się zasmucą i zadumają, ale na pewno nie zdołują. Dla mnie to oczywiście nie ma znaczenia, nie wybieram filmów, kierując się takimi kryteriami, ale znam wielu, którzy w kinie szukają mądrej przyjemności, a już szczególnie w weekend. A na koniec dla porządku krótko, o czym "Mali mężczyźni" są. To opowieść o dwóch kilkunastolatkach, Jake'u i Tonim, których dość przypadkowo zetknął los. Pochodzą z różnych środowisk - matka Toniego, chilijska imigrantka, krawcowa, prowadzi niewielki butik z odzieżą w domu, który odziedziczyli rodzice Jake'a, aktor i lekarka. Tak rodzi się przyjaźń między chłopcami, ale kiedy rodzice skonfliktują się, nie pozostanie to bez wpływu na ich znajomość. W żadnym razie nie jest to sentymentalna opowiastka. Tyle we wstępie, a ciąg dalszy dla tych, którzy film już widzieli. Zapraszam.

środa, 10 maja 2017
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz "Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje"

Od czasu ogłoszenia długiej listy tytułów (długiej w tym wypadku oznacza dziesięć) nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego sięgałam do mojej wirtualnej półki książek oczekujących na przeczytanie po kolejną z nich, bo tak się w tym roku złożyło, że większość z nominowanych pozycji już na niej miałam a niektóre zdążyłam poznać wcześniej. Zbiór reportaży z Ukrainy autorstwa Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz zatytułowany „Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje” wydany przez Czarne (2016) zostawiłam na koniec. Teraz już wiem, że nie ma go na liście krótkiej (pięć pozycji), ale i tak postanowiłam go przeczytać.

Chociaż wyboru lektur dokonuję bardzo świadomie, chociaż ostateczną decyzję o zakupie podjęłam po wysłuchaniu wywiadu z autorką, to od tamtej pory trochę czasu upłynęło i pewnie dlatego przystępując do lektury, spodziewałam się czegoś nieco innego. Myślałam, że, jak to często bywa, dostanę mieszankę literatury faktu i refleksji historycznej, politycznej, społecznej. Tymczasem „Zabić smoka” to klasyczny zbiór reportaży, przynajmniej w części już gdzieś publikowanych. Ja na pewno czytałam jeden z nich, a pamiętam go tak dobrze, bo długo nie mogłam przestać o nim myśleć, co nieczęsto się zdarza w wypadku pojedynczych tekstów. To opowieść o Irynie Dowhań z Donbasu, nazwanej kobietą spod słupa. Uwięziona za pomoc ukraińskim żołnierzom walczącym z separatystami została pewnego dnia wyprowadzona do miasta, a gapiom pozwolono się nad nią znęcać, lżyć i poniżać. Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, kiedy to jakaś zwyczajna kobieta przechodząca obok z całej siły kopnęła ją w brzuch, co zresztą Irinę uratowało, bo zdjęcie zrobione w tym momencie przez zachodniego dziennikarza obiegło internet i przyczyniło się do jej uwolnienia. To, co tu przed chwilą napisałam o książce, nie jest w żadnym wypadku zarzutem, tylko stwierdzeniem faktu. Bo po reportaże Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz na pewno warto sięgnąć.

Czyta się te teksty znakomicie, chociaż słowo znakomicie nie pasuje do tych przygnębiających opowieści. Każdy z reportaży zebranych w tym zbiorze to historia człowieka, czasem bohaterów jest kilku, tak na przykład jest w reportażu o Majdanie. Zostały ułożone mniej więcej chronologicznie, od Pomarańczowej Rewolucji, która przyniosła Ukraińcom nadzieję, że nie będzie korupcji, bezprawia, rządów oligarchów, przez głęboki zawód, który w rezultacie doprowadził do wybuchu kolejnej rewolucji,  Majdanu, aż po wojnę w Donbasie. To, co w czasie lektury uderza jak obuchem, to, co sprawia, że otwierałam oczy ze zdumienia, że kręciłam głową z niedowierzaniem, że byłam przerażona, jest obraz świata.

Czytałam już niejedną książkę o Ukrainie, niejeden reportaż, ale chyba w żadnej to, co się tam działo i dzieje, nie był odmalowany tak czarnymi barwami. Korupcja, wszechwładza policji i polityków, tych większych i tych lokalnych, bezprawie, przemoc, chaos, cynizm dziennikarzy i speców od marketingu politycznego. To kraj, gdzie zwykły człowiek w nieszczęściu pozostawiony jest sam sobie. Kiedy dzieje mu się krzywda, nie ma co liczyć na policję i na powołane do tego instytucje. Nagle bez powodu może zostać pozbawiony wszystkiego przez bogatego biznesmena albo przez gangsterów, żeby nie powiedzieć mafię. Ale to jeszcze nie wszystko. Równie nagle może zostać oskarżony o nie swoje winy i wsadzony do więzienia, a na tam hulaj dusza, piekła nie ma. Policja zrobi wszystko, aby uwięziony przyznał się do nie swojej winy. Nie każdy ma w sobie taki hart ducha, tyle samozaparcia jak Bohdan Chmielnicki, bohater jednego z reportaży, aby to przetrwać, a potem skończyć prawo i pomagać innym znajdującym się w podobnej sytuacji. Sporo tu tekstów o zbrodniach, w które często zamieszani są policjanci, sporo o przemocy. Tylko jeden reportaż, o obronie odeskiej fabryki Stalkanat i jej właścicielu Wołodymyrze Nemyrowskim, jest jednoznacznie optymistyczny, ale i on w innym tekście znajduje pesymistyczne dopełnienie. Jeżeli coś niesie jakąś nutę nadziei w tym morzu korupcji, przemocy, bezprawia, to opowieści o ludziach, którzy nieszczęście, jakie ich dotknęło, potrafią przekuć w coś dobrego. Najczęściej jest to pomoc innym znajdującym się w podobnej sytuacji, czasem tylko, albo aż, wsparcie dla współtowarzyszy niedoli.

Kiedy czytałam te reportaże tak jednoznacznie czarne, przygnębiające, opowiadające o sprawach strasznych, jak zawsze w podobnej sytuacji zaczęłam się zastanawiać, na ile taki obraz świata jest prawdziwy. Oczywiście te historie zdarzyły się naprawdę i każda z nich jeży włos na głowie. Ale zebrane razem obezwładniają. Czy Ukraina rzeczywiście jest tylko taka? Czy tam się nie da żyć? Czy najlepszym rozwiązaniem jest ucieczka? Robi tak zresztą wielu, co słychać przecież na ulicach polskich miast. W moim język rosyjski czy ukraiński w autobusach, na ulicach, w okolicy, w której mieszkam, nie jest już niczym egzotycznym, nie dziwi. Dlatego, aby szukać odpowiedzi na dręczące mnie pytanie, po skończeniu książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz natychmiast rzuciłam się na kolejną, która leżała sobie na mojej wirtualnej półce. To „Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy 988-2015” napisane przez brytyjską dziennikarkę i historyczkę Annę Reid. Ale o niej innym razem, bo jeszcze ją czytam.

 

środa, 03 maja 2017
Filmowe remanenty - "Zud", "Porto"

Wygłodniała kina wybrałam się na kolejne filmy. Pierwszy to „Zud” fabularny debiut dokumentalistki Marty Minorowicz. Słyszałam o nim już wcześniej, bo pokazywany był w ramach jednej z sekcji zeszłorocznego Berlinale, dostał też wyróżnienie w Gdyni w konkursie Inne Spojrzenie. Wtedy myślałam, że to propozycja nie dla mnie. Mongolia, życie koczowników, chłopiec przygotowujący się do konnego wyścigu – to nudne, nieatrakcyjne, niszowe, festiwalowe kino. Niszowe i festiwalowe na pewno, a czy nudne i nieatrakcyjne? Nie ma się co oszukiwać, dla wielu tak. Wielkiej frekwencji „Zud” się na pewno nie doczeka. Trzeba wiedzieć, co nas w kinie spotka i zdecydować się na ryzyko. Ja, zachęcona głosami recenzentów, podjęłam wyzwanie i nie żałuję. Kiedy już poddałam się powolnemu rytmowi tego surowego, prawie pozbawionego dialogów filmu, który przypomina raczej dokument niż fabułę, kiedy weszłam w jego świat, nie pozostałam obojętna. „Zud” zmusza do namysłu, refleksji, stawia pytania, a przede wszystkim wywołuje ciekawość. Mongolia, która zawsze wydawała mi się krajem nieatrakcyjnym, nudnym, nieinteresującym, nagle za sprawą tego filmu przynajmniej na chwilę przyciągnęła moje zainteresowanie. Dlatego potem przeczytałam bardzo interesujący wywiad z Martą Minorowicz na portalu Gazeta.pl, który jest znakomitym uzupełnieniem filmu. Bo „Zud” to przecież filmowa impresja dająca asumpt do dalszych poszukiwań. Opowieść o rodzinie mongolskich koczowników żyjących w stepie, hodowców owiec i innych zwierząt. Role w rodzinie są ściśle podzielone, matka zajmuje się domem i dziećmi, ojciec dogląda gospodarstwa, starszy syn, kilkunastoletni Sukhbat, pomaga mu. A praca jest bardzo ciężka, efekty niepewne, uzależnione od kaprysów przyrody. Tytułowy zud to zimny wiatr sprawiający spadek temperatury i zwierzęta, dla których z braku pieniędzy nie buduje się krytych zagród, giną, a hodowcy wpadają w finansowe tarapaty. To właśnie spotyka rodzinę Sukhbata. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzi ojciec, jest udział syna w konnych wyścigach dla dzieci masowo organizowanych w Mongolii, dodajmy nielegalnych. Jeśli wygra, uratuje byt rodziny, jeśli noga mu się powinie, prawdopodobnie będą musieli przenieść się do miasta, zasilić rzesze ubogich mieszkańców żyjących w jurtowych slumsach. „Zud” to opowieść o potędze przyrody, kruchości ludzkiego losu, wzajemnej zależności człowieka i zwierzęcia, które w tych warunkach traktowane jest użytkowo, bo musi człowiekowi służyć, a wreszcie to opowieść o dziecku, które w tej kulturze szybko staje się dorosłe i współuczestniczy w życiu rodziny, jest za nią współodpowiedzialne. Kiedy Sukhbat musi pomagać ojcu, kiedy przygotowuje się do wyścigu, nie chodzi do szkoły, chociaż chciałby. Jedyne chwile dziecięcej beztroski to spotkania z kolegą, rozmowy, pięknie fotografowane. Jedna z takich scen budzi skojarzenia  z obrazami Józefa Chełmońskiego. Praca przy zwierzętach i przygotowania do wyścigu są bardzo ciężkie. Chłopiec musi okiełznać konia, oswoić się z nim, a potem trenować i trenować, a wynik przecież niepewny. Na dziecku spoczywa ogromna odpowiedzialność. Film nie jest oskarżeniem rodziców. Po prostu tak tam się żyje, ci ludzie nie widzą innego rozwiązania, nikt im nie pomaga, radzą sobie, jak potrafią. Pociechy nie przynosi nawet krajobraz, surowy, bardziej brzydki niż piękny. To oczywiście moje spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto spodziewał się zniewalająco pięknego stepu. Jego mieszkańcy pewnie inaczej postrzegają miejsce, w którym żyją.

Drugim filmem, na który się wybrałam, jest „Porto”, debiut filmowy Gabe'a Klingera. Na marginesie dodam, że większość źródeł podaje informację, że to brazylijski krytyk i dokumentalista, ale według recenzenta z portalu miesięcznika Kino Gabe Klinger to kobieta. Chyba jednak ta pierwsza wersja jest prawdziwa. Zostawmy to jednak, a wróćmy do filmu. Już sam tytuł przywodzący na myśl piękne portugalskie miasto, ewentualnie produkowany tam alkohol o tej samej nazwie, wywołał dreszcz emocji i sprawił, że miałam ochotę obdarzyć film kredytem zaufania i wybrać się do kina bez względu na wszystko. A i sam temat kusił. To opowieść o Jake'u i Mati. On, dziwak, samotnik i outsider, Amerykanin, syn dyplomatów, który postanowił zostać w Portugalii na zawsze. Chwyta się dorywczych prac, żyje z dnia na dzień. Ona, Francuzka, archeolożka, kiedyś związana z portugalskim profesorem, pracuje na miejscowym uniwersytecie. Spotykają się na wykopaliskach, potem przypadkowo w pociągu i w kawiarni, wpadają sobie w oko i przeżywają przygodę na jedną noc. Takich historii kino pokazywało już wiele, więc aby widza po raz kolejny nią skusić, trzeba mieć jakiś pomysł. I Gabe Klinger miał. Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia, raz Jake'a, raz Mati, albo patrzymy na nią obiektywnie, a może lepiej powiedzieć z boku, z dystansu, nie ich oczyma. Kiedy punkt widzenia zawęża się do jednego z bohaterów, zwęża się też ekran, kiedy perspektywa jest neutralna, obraz wraca do normalnych rozmiarów. Historii kochanków na jedną noc nie poznajemy też chronologicznie. Dlatego kilkakrotnie wracają te same sceny, te same dialogi, te same obrazy. Za każdym razem jednak dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterach, o ich uczuciach, motywacjach, dzięki temu jesteśmy zaskakiwani. Kiedy już wydaje się, że wszystko wiemy, nagle okazuje się, że to nie tak. Czym jest ich krótki związek, ta przygoda jednej nocy? Miłością od pierwszego wejrzenia? Początkiem dłuższej relacji? A może tylko zatraceniem, jak mówi jedno z nich. I czy dla każdego jest tym samym? Ale największą zaletą filmu jest jego klimat. Smutny, melancholijny, nostalgiczny. Dużo tu scen kręconych nocą, we mgle, ekran chwilami staje się brudny, ziarnisty, obraz nieostry. Czy to jawa, czy sen? Czy naprawdę to przeżyli, czy tylko sobie wyobrazili? Dlatego kupiłam tę historię, poddałam się jej klimatowi, dlatego mogłabym obejrzeć ten film jeszcze raz. No i Porto rzeczywiście jest trzecim bohaterem. Na szczęście to nie miasto z widokówek, ale prawdziwe, tajemnicze, nieco oczywiście podkręcone, chropawo piękne. Na koniec łyżeczka dziegciu – dialogi chwilami rażą pretensjonalnością, są sztuczne, papierowe. Na szczęście tylko chwilami.