Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
piątek, 25 czerwca 2010
"Boso, ale na rowerze"
To dobry, przejmujący film, ale trzeba mieć świadomość, na co się idzie do kina. Belgijsko-holenderski obraz Felixa van Groeningena jest reklamowany przez dystrybutora jako "podchmielona czarna komedia", ale tylko pierwszy wyraz tego marketingowego hasła jest prawdziwy. Trudno ten film nazwać komedią, nawet czarną. Owszem, jest kilka scen wywołujących uśmiech na twarzy, ale o wiele więcej takich, które trudno znieść. Jestem odporna, niejedno w kinie widziałam, lubię przykre, dotykające kino, ale pijackie sceny pełne prymitywnych, wulgarnych dialogów i piosenek ledwo wytrzymałam. Dawno nie widziałam na ekranie takiej dawki ohydy. Ale do rzeczy. Jest to opowieść o dzieciństwie trzynastoletniego Gunthera, który wychowuje się w domu owdowiałej babki. Właściwie słowo wychowanie jest tu nie na miejscu, gdyż ojciec i wujowie, którzy mają to robić, zajmują się przede wszystkim chlaniem na umór, i, zapewniam, nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Bezradna, łagodna, kochająca babcia niewiele jest w stanie zrobić. Historię tej patologicznej rodziny poznajemy ze wspomnień dorosłego Gunthera i ta perspektywa nadaje jej głęboki sens. Kto idąc do kina, ma świadomość tego, co go czeka i gotów jest na takie wyzwanie, nie pożałuje. Dalszy ciąg rozważań dla tych, którzy temu wyzwaniu sprostali.
piątek, 18 czerwca 2010
W drodze, czyli "Chinka" Xiaolu Guo.
Lubię obyczajowe kino azjatyckie. Staram się nie omijać filmów z tego kręgu kulturowego pojawiających się w naszych kinach lub w telewizji. Dlatego wybrałam się na "Chinkę" Xiaolu Guo, produkcję chińsko-europejską (współprodukowało ją kilka państw europejskich). Polecam. To niespiesznie opowiedziana historia młodej dziewczyny Lu Mei. Opowieść o jej spotkaniach z mężczyznami i podróży. Nie chodzi tu oczywiście o podróż turystyczną, ale podróż od i do. Od beznadziejnego miejsca, w którym mieszka i do miejsca, które wydaje jej się lepszym światem. Podróż ucieczka, podróż doświadczenie. Tyle dla tych, którzy nie widzieli, reszta dla tych, którzy już obejrzeli.
piątek, 11 czerwca 2010
O Bośni poważnie i ironicznie, czyli "Jakbyś kamień jadła" Tochmana i "Sahib" Velickovica

Jeszcze przez jakiś czas postanowiłam pozostać w bałkańskim kręgu literackim i sięgnęłam po dwie krótkie książeczki, które od dawna leżały na półce, czekając na swoją kolej: reportaż Wojciecha Tochmana "Jakbyś kamień jadła" (Czarne 2008) i powieść bośniackiego autora Nenada Velickovica "Sahib" (Czarne 2007). Tę drugą można w pewnym sensie traktować jako uzupełnienie pierwszej, bo jej akcja toczy się już po wojnie bałkańskiej w Sarajewie, stolicy niepodległej Bośni i Hercegowiny.

Na reportaż Tochmana składają się spotkania z ludźmi, głównie kobietami, które opowiadają o tym, co działo się z nimi i ich rodzinami w czasie wojny. Mówią też, jak wyglądało ich życie przed i jak żyją teraz. Teraz to początek naszego wieku, książka powstała w roku 2003. Reporter oddaje głos nie tylko Bośniakom, ale i Serbom mieszkającym w Republice Serbskiej. Niezorientowanym wyjaśniam, że to część Bośni i Hercegowiny (książka zaopatrzona jest w mapę, która bardzo ułatwia odnalezienie się w opisywanych realiach). Rozmawia także z doktor Ewą Klonowski, polską antropolog, specjalistką od kości, która z wielkim poświęceniem od lat pracuje na tamtych terenach, identyfikując szczątki odnalezione w zbiorowych mogiłach, składając z nich zaginionego człowieka, aby rodziny (głównie kobiety) mogły pochować tych, których opłakują.

Srebrenica, Bihac, Tuzla, Mostar, Sarajewo to nazwy miejscowości, które w latach dziewięćdziesiątych i później często wymieniane były w serwisach informacyjnych, dziś słyszymy o nich coraz rzadziej, zapominamy. A chyba nie powinniśmy, bo ta wojna i to ludobójstwo zdarzyło się tak niedawno i tak blisko nas, w Europie, w kraju chętnie odwiedzanym podczas wakacyjnych podróży. A kiedy czytam to, co mówią Serbowie, którym udziela głosu Tochman, obawiam się, że ta krwawa historia może się kiedyś powtórzyć. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie rozumieją swojej winy, wypierają ze zbiorowej i indywidualnej świadomości to, co zrobili swoim sąsiadom Bośniakom: oblężenia, wyrzucanie z domów i wiosek, zamykanie w obozach, okrutne torturowanie, masowe zabijanie, wrzucanie ciał do zbiorowych mogił, zacieranie śladów, gwałcenie kobiet. Zaraz pojawia się też replika. Mówią o wyolbrzymianiu ich win i o okrucieństwach doznanych od Bośniaków. I choć to prawda, że ci ostatni też mają sporo na sumieniu, to jednak o żadnej równowadze nie może być mowy: obozy koncentracyjne i masowe mordy plamią ręce Serbów. I druga przyczyna, która może stać się w przyszłości zarzewiem nowego konfliktu: tymczasowość i beznadzieja obecnej egzystencji Serbów na terenach Republiki Serbskiej (przypominam: to część Bośni i Hercegowiny, nie Serbii!). Paradoks polega na tym, że Serbowie żyją na terenach, o które walczyli, z których wyrzucili swoich sąsiadów Bośniaków (także Chorwatów), ale żyją w poczuciu tymczasowości. Mieszkają w bośniackich domach lub prowizorycznych barakach, nie mają pracy, wszystko wokół jest zrujnowane, nawet przyroda wydaje się być nieprzyjazna: spalona słońcem, sucha ziemia. Te miejsca kreślone oszczędnym stylem Tochmana robią przygnębiające wrażenie. W życiu społecznym uczestniczą głównie kobiety, mężczyźni siedzą w domach, nie chcą rozmawiać z obcymi, boją się wychodzić czy wyjeżdżać, bo mogą zostać rozpoznani i postawieni przed wymiarem sprawiedliwości. Poczucie tymczasowośći podtrzymują zapisy pokojowego traktatu z Deyton, na mocy którego obie strony, Bośniacy i Serbowie, mogą odzyskiwać swoje domy, z których zostali wyrzuceni. I jedni i drudzy żyją w ciągłym strachu, że tak się stanie, więc niewiele robią, aby zapuścić korzenie. Niektórzy rzeczywiście sięgają po swoją własność, ale tylko po to, aby odzyskane mienie natychmiast sprzedać. Po tym, co sie stało, nie chcą i nie potrafią żyć obok siebie, jak kiedyś. Chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie: to sąsiedzi wyrzucili, torturowali, gwałcili i zabijali sąsiadów. W obozach spotykali się nauczyciel i uczeń, sklepikarz i jego klient, lekarz i pacjent i tak dalej, i tak dalej, można by wyliczać bez końca. Tym razem jednak nie świadczyli sobie nawzajem usług: jeden stawał się katem, drugi jego ofiarą. Po stronie bośniackiej życie toczy się normalniej, szybciej wraca w swoje zwykle koleiny, chociaż nie jest to w żadnym razie normalność sprzed wojny.

Co jeszcze zwraca uwagę w tych relacjach?

Kontrast pomiędzy piękną, spokojną, być może trochę idealizowaną przeszłością, a tym, co zdarzyło się potem i co jest teraz. Można by to opowiedzieć jak baśń, ale bez happy endu. W pewnej pięknej, górzystej krainie żyli sobie szczęśliwie i zgodnie Bośniacy, Chorwaci i Serbowie. Jedni hodowali zwierzęta, uprawiali warzywa i owoce, inni byli prawnikami, lekarzami, nauczycielami, jeszcze inni utrzymywali sie z handlu, wszyscy wychowywali i kształcili dzieci, po pracy tańczyli, śpiewali, bawili się i odpoczywali. Aż nagle, nie wiadomo dlaczego, Serbowie ... . Dalszy ciąg znamy.

Poszukiwanie zaginionych. Po tym wszystkim, co się stało, największą pociechą osamotnionych kobiet, które często straciły w wyniku serbskiego ludobójstwa nie tylko mężów, ale i dzieci, jest odnalezienie i zidentyfikowanie ich szczątków i ich godne pochowanie. Dopiero wtedy będzie można zamordowanych należycie opłakać i symbolicznie zamknąć za sobą pewien etap, no i dalej żyć. Chociaż trudno mi wyobrazić sobie, jak możliwe jest życie po takiej tragedii. Jak może poradzić sobie ze wspomnieniami kobieta, którą wygnano z domu, jej męża, ojca, braci torturowano i zamordowano, dzieci zabito, często na jej oczach, a ją zgwałcono, nawet wielokrotnie? Jak można dalej żyć? Nie wiem, ale one jakoś starają się na nowo odbudować swoją egzystencję. I podkreślam jeszcze raz bardzo mocno: to wszystko zdarzyło sie niedawno i niedaleko, to nie film, nie powieść!

I inne pytania, które sobie zadaję.

Jak sąsiad może to zrobić sąsiadowi, człowiek człowiekowi? Jak można iść do baraku, w którym zamknięci są więźniowie, wybrać sobie jednego i metalowym prętem tłuc, gdzie popadnie, a potem wrócić do domu do żony i dzieci?

Czy jest sens o tym pisać i czytać, skoro niewiele można z tą wiedzą zrobić? Ale przecież niepisanie i nieczytanie oznaczałoby zapomnienie, a tego, jestem pewna, zrobić nie wolno. Tu oddam głos innemu reporterowi Jeanowi Hatzfeldowi autorowi nagrodzonej właśnie Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego "Strategii antylop", książce o ludobójstwie w Ruandzie (to trzecia książka Hatzfelda na ten temat, pierwsza wydana w Polsce). W rozmowie z Olgą Stanisławską na łamach "Gazety Wyborczej" mówi: "Nie łudźmy się, że literatura może powstrzymać jakąś wojnę lub ludobójstwo. (...) To, co może jednak zrobić reportaż, to pozwolić wejść troche głębiej w ten świat. Może pozwolić spotkać ludzi podobnych do was, ale którzy przeszli staszne doświadczenia - ocalonych (...) albo zabójców. (...) Może opowiedzieć, jak to przeżyli i co o tym mówią. Może pomóc zbliżyć się trochę bardziej do tego wydarzenia, trochę bliżej przepaści. Lecz nic wiecej." A ja ciągle zastanawiam się, co ja-czytelnik mogę, powinnam z tą wiedzą zrobić.

I druga książeczka, jak wspomniałam, w pewnym sensie uzupełnienie reportażu Tochmana: "Sahib" Nenada Velickovica. Opisywane zdarzenia rozgrywają się w Sarajewie już po wojnie, w niepodległej Bośni i Hercegowinie. Bohaterem i narratorem jest Anglik, pracownik międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną, pomagającej odbudować kraj. Jego poglądy, refleksje, opisy kraju, w którym się znalazł, także jego mieszkańców, poznajemy z listow, które śle regularnie do Georga, swego życiowego partnera. Po powieść sięgnęłam ze względów poznawczych: chciałam się przekonać, jak w Sarajewie toczy się życie po wojnie. Oczekiwałam, że odnajdę tutaj podobne klimaty jak w filmie "Grbavica" Jasmili Żbanic, tymczasem nic z tego. To powieść obrazoburcza, można by rzec: kalająca własne gniazdo. Niewiele tu wspominków wojny, prawie się o niej nie mówi, nie roztrząsa problemów, które wygenerowała. Pisana przez Bośniaka przedstawia, oczami angielskiego urzędnika, mieszkańców Bośni i Hercegowiny w sposób lekceważący, wręcz pogardliwy. W swoich listach narrrator traktuje ich z poczuciem wyższości, niczym dziewiętnastowieczny, biały kolonizator mieszkańców Afryki. Podkreśla przepaść cywilizacyjną dzielącą ich od tej lepszej Europy, z której pochodzi. Jest przekonany, że bez takich jak on nie poradziliby sobie, a i z nimi długo będą gonić ten wspaniały świat. Nie rozumie ich kultury, obyczajów, nie wyobraża sobie, jak można żyć w takich warunkach. W jego oczach to prymitywni, głupi ludzie, którym cywilizowana Europa, traktując ich z wyższością i protekcjonalnie, zmuszona jest pomagać. Gdyby przynajmniej potrafili być wdzięczni! Nie, są gotowi oszukać swych dobroczyńców na każdym kroku. Ale powoli, nie wiadomo kiedy i jak, ten obcy, gorszy, zacofany świat zaczyna go fascynować. Nie ma jednak mowy o porozumieniu, zadzierzgnięciu bliższych więzów: Bośniacy, chociaż ze względów ekonomicznych przyjmują służalczą postawę, pozostają dumni i gardzą przybyszami. Symboliczna w tym kontekście wydaje się być jedna z ostatnich scen powieści.

Ale angielski urzędnik z taką samą ironią, którą posługuje się kreśląc obraz Bośniaków, traktuje pracowników tej międzynarodowej misji. To banda darmozjadów, którzy przyjechali do Sarajewa, niewiele o nim i jego mieszkańcach wiedząc. Nie kierują się szlachetną chęcią pomocy. Chcą dobrze zarobić. Nie dość, że ich pensje są tu wysokie, to jeśli tylko nadarza się okazja, są gotowi popełnić finansowe nadużycia, aby na boku zgarnąć niemałą sumkę. Nie mają nic wspólnego ze szlachetną panią antropolog Ewą Klonowski z reportażu Tochmana. Nie tylko szeregowi urzędnicy kierują się niskimi pobudkami. Podobnie jest przedstawiona organizacja, dla której pracują, i jej zwierzchnicy: możni władcy świata. Bośnię traktują jak rodzaj zsypu, do którego można zrzucić niechciane u siebie technologie, lub jak kraj, który modernizowany na modłę zachodnią uzależni się od bogatej Europy i stale będzie jej potrzebował. Jak pisze w jednym z listów narrator: "(...) nawpuszczaliśmy im ryb do potoków nie dlatego, by stworzyć miejsca pracy, tylko by zakręcić kurki z pitną wodą. Nie jest naszym celem kupowanie od nich ryb, tylko spowodowanie, by to oni kupowali od nas wodę."

Cóż, trudno ocenić, na ile ten obraz pomagających i wspomaganych jest bliski prawdy. Nie należy zapominać, że Velickovic posługuje się w swojej powieści ironią i groteskową przesadą.

piątek, 04 czerwca 2010
Rozważania o samotności, czyli "Nic osobistego" Urszuli Antkowiak.
Obejrzałam bardzo kameralny filmowy debiut polskiej reżyserki Urszuli Antkowiak będący produkcją holendersko-irlandzką. Jest to historia rozpisana na dwoje aktorów (Lotte Verbeek i Stephen Rea), w której, szczególnie na początku, pada niewiele słów, akcji właściwie nie ma. Bohaterowie stanowią dla widza zagadkę, niewiele o nich wiemy, a i oni o sobie nawzajem też. To opowieść o samotności i spotkaniu, dzięki któremu stopniowo między tym dwojgiem nawiązuje się jakaś więź. Nie należy się jednak spodziewać ognistej historii miłosnej. To kino kontemplacyjne, dla wytrwałych, których nie zrazi brak dziania się na ekranie i kilka nie do końca zrozumiałych scen czy reżyserskich chwytów. Kto lubi takie kino, zachęcam. Dodatkową przyjemność sprawią na pewno dzikie, ponure, irlandzkie krajobrazy, w których rzecz się rozgrywa. Jeśli ktoś widział, zapraszam dalej.