Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 28 czerwca 2012
"Nie ma tego złego". Poruszający film z Danii.
Lubię duńskie kino, staram się nie pomijać, no, chyba że temat jest wyjątkowo nieinteresujący. Tym razem nawet nie sprawdziłam, na co idę. Nadchodzi letni, kinowy sezon ogórkowy, więc trzeba wykorzystać ostatnie sensowne premiery. Dlatego niewiele się zastanawiając, poszłam do kina na "Nie ma tego złego", filmowy debiut Mikkela Munch-Falsa. Po takim wstępie, czytelniku tej notki, być może spodziewasz się, że film był do kitu. A może odwrotnie: Nie zawiodła się, film był znakomity, myślisz sobie. Hmm, a ja, tym razem, jestem nieco rozdarta, uczucia mam mieszane. Akceptuję, ale nie bez zastrzeżeń. Chyba jestem trochę zmęczona tematem. Samotność, duchowe cierpienia i problemy z seksualnością. W dodatku nie jedno popaprane życie, ale aż cztery! Matka i córka, ojciec i syn. Od cierpienia aż gęsto. Ironizuję, a temat jest niezwykle poważny. Każda z opowiedzianych historii osobno robiłaby wielkie wrażenie. Zgromadzone razem tracą nieco na autentyczności. Mimo wszystko film warto zobaczyć. Ale ostrzegam. "Nie ma tego złego" to kino bardzo mocne. Nie, nie chodzi tu wcale o sceny seksu czy przemocy. Tego na ekranie nie zobaczymy. Reżyser za każdym razem zatrzymuje się w ostatniej chwili i nie robi ostatniego kroku, pozostawiając resztę naszej wyobraźni. To opowiadane historie są tak przerażające, że aż kulimy się ze zgrozy, zdumienia czy obrzydzenia. A przecież w swojej istocie są wywiedzione z życia. O podobnych od czasu do czasu rozpisuje się prasa. Tyle tytułem wstępu. Kto już w kinie był i nie wyszedł przed końcem, może przeczytać ciąg dalszy.
czwartek, 21 czerwca 2012
"Minister". Za kulisami polityki.
Wreszcie udało mi się obejrzeć francuskiego "Ministra", film, który przemknął przez ekrany z prędkością błyskawicy i uciekł mi sprzed nosa. Właśnie wrócił na jeden wieczór w ramach przeglądu filmów francuskich. Tym razem dopadłam go mimo licznych przeszkód i osobiście przekonałam się, że bardzo dobre opinie, jakie słyszałam na jego temat, są prawdziwe. Ten film można w pewnym sensie przyrównać do amerykańskiej "Chciwości", która gościła na ekranach chyba zimą (pisałam). Tamten zaglądał do wnętrza finansowej korporacji i odsłaniał kulisy pierwszych godzin finansowego kryzysu dręczącego świat od kilku lat. Ten pokazuje zaplecze współczesnej polityki, jest portretem tytułowego ministra, człowieka bez właściwości. Akcja toczy się we Francji, ale równie dobrze mogłaby zostać umieszczona wszędzie. Niby nic się nie dzieje, polityczna codzienność, ale intrygi sprawiają, że zdarzenia gnają, a film ogląda się z zapartym tchem. Przede wszystkim jednak "Minister" jest portretem tytułowego bohatera, klasy politycznej i tych wszystkich, którzy pozostają w cieniu, a bez których politycy nie istnieją. Demaskuje mechanizmy rządzące współczesną polityką. No, może słowa demaskuje użyłam nieco na wyrost, bo przecież uważny obserwator, czytelnik i słuchacz komentatorów politycznych i socjologów wie, że dzisiaj polityka niestety tak właśnie wygląda. Bardzo gorzki film. Warto obejrzeć. A ciąg dalszy dla tych, którzy już widzieli.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
"Najsamotniejsza z planet". Wyprawa do Gruzji.

To kolejny film, który obejrzałam w czasie przedłużonego weekendu. Słyszałam o nim wiele dobrego i tym razem, na szczęście, nie zawiodłam się. Zdaję sobie sprawę, że film rosyjskiej reżyserki, Julii Loktev, albo się akceptuje, albo zupełnie odrzuca. Ja należę do tych, którzy oglądali go z prawdziwym zainteresowaniem. Można powiedzieć, że to film o niczym. Ot, takie podglądanie życia, niby niezwykłego, ale pokazane jak w dokumencie, wcale takie ekscytujące się nie wydaje. Na ekranie śledzimy parę globtroterów podróżujących po Gruzji. On Hiszpan, ona Amerykanka (?). Podglądamy ich w podróżniczej zwykłości. Zabawy z dziećmi gospodarzy, u których nocują, wizyta w miejscowej knajpie, zwyczajne rozmowy, spacery, śmiech, a wreszcie treking w górach. Niby nic się nie dzieje, a jednak film magnetyzuje. Kiedy już wydaje się, że tak będzie do końca, nagle wydarzy się coś nieprzewidzianego (w końcu w czasie włóczęgi należy brać wszystko pod uwagę), co na jakiś czas wytrąci wszystkich z równowagi. Nieoczekiwanie wśród beztroski podróżowania bohaterowie będą musieli zmierzyć się ze swoją siłą lub słabością. Czy sprostają? Tego zdradzić nie mogę. 

Film opowiada też o relacjach między globtroterami a miejscowymi. Alex i Nica chcą zanurzyć się w tym świecie, poznać ludzi, wejść z nimi w bliższy kontakt. Mimo że próbują i pozornie im się to udaje, okaże się, że pewnej granicy nie da się przekroczyć. Zawsze pozostanie jakaś tajemnica, bariera  i niemożność zrozumienia, za które można drogo zapłacić. Poznanie, zrozumienie innego jest iluzją. Tyle mądrzenia się. Nie muszę dodawać, że dodatkową nagrodą dla wytrwałych są piękne zdjęcia dzikich, górskich, gruzińskich krajobrazów.

czwartek, 14 czerwca 2012
"Cygan". Smutny film ze Słowacji.
To kolejny film, który obejrzałam w miniony przedłużony weekend. Trochę się wahałam, czy iść, tymczasem to właśnie "Cygan" słowackiego reżysera Martina Sulika poruszył mnie najbardziej. Z całym przekonaniem namawiam, tym bardziej, że łatwo go przeoczyć. Wiadomo, takie filmy nie mają szerokiej dystrybucji i krzykliwej reklamy. A "Cygan" porusza ważny i stosunkowo mało znany (i, trzeba to uczciwie przyznać, niewiele nas obchodzący) problem mieszkających w gettach przypominających slamsy słowackich Romów, fatalnie traktowanych przez Słowaków. Reżyser pokazuje złożoność problemu. Nie ucieka od winy swoich rodaków, ale zwraca równocześnie uwagę na jej przyczyny. Film oczywiście nie jest dokumentem. Oglądamy historię nastoletniego Roma, Adama, mieszkającego właśnie w takiej skleconej byle jak wiosce. To niewesoła opowieść, nawet pokazywane wesele mimo skocznej, romskiej muzyki tchnie raczej smutkiem niż radością. Melancholijny nastrój kreują też szare jesienno-zimowe krajobrazy. "Cygan" Sulika wprowadza widza w inny świat, odległy, nieznany, spychany na margines, a przecież to wszystko dzieje się dosłownie za miedzą. A i u nas, chociaż problem nie jest aż tak bolesny, to przecież istnieje. Zachęcam, a kto już widział, może przeczytać ciąg dalszy.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
"Łowcy głów" w kinie. Rozczarowanie!

Cztery wolne dni właśnie niestety się skończyły, a ja wykorzystałam je między innymi na nadrabianie kinowych zaległości. Wybrałam się na "Łowców głów", szeroko reklamowaną ekranizację skandynawskiego kryminału Jo Nesbo. Nie czytałam żadnej jego książki, dlatego nie wiem, czy można wierzyć zapewnieniom, że to kontynuator Stiega Larssona (a może nawet od niego lepszy). Nawet jednak gdybym znała powieść, nie miałabym do czego porównać, bo jakoś dotąd nie przeczytałam "Millenium". Ale ponieważ widziałam europejską ekranizację pierwszej części, mogę zestawić oba filmy. Być może właśnie dlatego wyszłam z kina rozczarowana. Spodziewałam się czegoś równie mrocznego, mocno trzymającego w napięciu. Tymczasem już pierwsze sceny nie przypominają ponurych, skandynawskich kryminałów. Skojarzyły mi się raczej z lekką i sympatyczną "Aferą Thomasa Crowna". Kto widział, wie, że to zupełnie inna bajka. Ten ironiczny, miły początek mogłabym jeszcze wybaczyć, niestety potem film skręca w stronę groteski. Zamiast zaciskać pięści ze zdenerwowania, oblewać się zimnym potem, drżeć ze strachu, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Jeśli, czytelniku tej notki, byłeś już w kinie, pewnie wiesz, które sceny mogą powodować wesołość. Obawiam się jednak, że nie takiego efektu oczekiwał reżyser. A może się mylę? Przecież Morten Tyldum jest autorem "Kumpli". Ale na tym nie koniec zarzutów. Intryga wydała mi się niezbyt przekonująca, psychologiczny portret (raczej portrecik) głównego bohatera mocno naciągany i łzawy, a zakończenie rozczarowało mnie zupełnie stopniem nieprawdopodobieństwa.

Nie wiem, czy to wina filmu, czy książki i nie zamierzam tego sprawdzać. Bardziej prawdopodobne, że kiedyś w końcu sięgnę po trylogię Larssona. Gdybym wiedziała, co mnie czeka w kinie, raczej bym sobie darowała.

czwartek, 07 czerwca 2012
Ida Fink "Podróż", "Wiosna 1941"

             Po Grossmanie powinnam odetchnąć, ale czasem lubię podtrzymać lekturowy klimat, dlatego od razu sięgnęłam po czekającą na półce "Podróż" Idy Fink (W.A.B. 2012). Książka zaskoczyła mnie tak bardzo (dlaczego, o tym za chwilę), że natychmiast postanowiłam skonfrontować ją ze zbiorkiem opowiadań "Wiosna 1941" (W.A.B. 2011). Jak często w tych notkach zacznę od kilku słów o autorce, która ostatnio przeżywa wydawniczy renesans (jej książki po raz pierwszy wyszły w Polsce  kilkanaście lat temu). Nie ukrywam, że i ja sięgnęłam po nie dzięki temu, że w księgarniach ukazały się właśnie wznowienia. Wcześniej właściwie znałam tylko nazwisko pisarki. Ida Fink urodziła się w w roku 1921 w Zbarażu, w czasie wojny podzieliła los innych Żydów i trafiła do getta, skąd udało jej się uciec i przetrwać na aryjskich papierach. W latach pięćdziesiątych wyemigrowała do Izraela, gdzie zmarła w ubiegłym roku. Pamiętam informację o jej śmierci, bo już wtedy myślałam, aby sięgnąć po wydany właśnie zbiór jej opowiadań. Znana jest przede wszystkim jako autorka przejmujących opowiadań o Holokauście. A w tym roku jedno z nich, "Zabawa w klucz", znajdujące się w przeczytanym przeze mnie zbiorku, trafiło na maturę z polskiego. Sama nie wiem: dobrze to czy źle? Kiedy guglowałam, aby dowiedzieć się trochę więcej o pisarce, przede wszystkim wyskakiwały linki do stron informujących o maturalnej karierze jej opowiadania. Może to przysporzy tej prozie czytelników? A naprawdę warto czytać Idę Fink! Ja na pewno sięgnę jeszcze po inne zbiory jej krótkich form. A teraz do rzeczy.

Wspomniałam, że "Podróż" mnie zaskoczyła. Już wyjaśniam dlaczego. Od znajomego czytelnika usłyszałam o wydanym w ubiegłym roku zbiorze "Wiosna 1941", że jest świetny, ale opowiada historie straszne. Nic dziwnego, skoro Ida Fink, naznaczona swoim doświadczeniem, zajmowała się tylko tematyką Holokaustu. Leżała więc sobie "Podróż" na półce, bo, mimo że bardzo chciałam, bałam się do niej zajrzeć. Tymczasem teraz nie waham się nazwać tej książki optymistyczną. Celowo napisałam kursywą, bo jednak jest to słowo zastępcze, z braku innego, które jakoś nie przychodzi mi do głowy. Bo "Podróż" czyta się jednym tchem. W pewnym sensie jest jak książki sensacyjne: nie sposób się od niej oderwać, tak bardzo chce się wiedzieć, co się stanie dalej. Losy dwóch sióstr: starszej, dwudziestokilkuletniej Katarzyny, i młodszej, Elżbiety, są tyleż frapujące, co nieprawdopodobne, a jednak wywiedzione z doświadczenia. Trudno mi powiedzieć, jak dużo jest tu opowieści o prawdziwej Idzie Fink, która razem z młodszą siostrą uciekła z getta w Zbarażu i ukrywała się do końca wojny. Czasami miałam wrażenie, że ta książka to wspomnienie udrapowane w piękną, literacką formę. Narratorka snuje swoją historię z perspektywy lat, od czasu do czasu zapowiadając przyszłe zdarzenia, zmieniając od czasu do czasu narrację z pierwszo na trzecioosobową. Wiemy na przykład, że nigdy nie uda jej się podziękować komendantowi obozu, w którym mieszkają Polki pracujące w niemieckiej fabryce, za to, że pozwolił uciec. Wiemy, że nigdy nie dowie się, co stało się z przyjaciółką, z którą się rozłączyły. I on, i ona zginą później w bombardowaniu miasta. Wiemy też, jaki będzie finał podróży-ucieczki obu sióstr. Książka ilustrowana jest kilkoma czarno-białymi fotografiami autorki. Na jednym Ida Fink z siostrą i ojcem, na innym z siostrą tuż po wojnie, na kolejnych z małą córeczką, sama, pięćdziesięciokilkuletnia, a na każdym promiennie uśmiechnięta. To wszystko sprawia, że chociaż opowiadana historia jest świadectwem czasów najciemniejszych, bije z niej jakiś optymizm. Jednak żyję i potrafię się śmiać; pamiętam, ale jestem; spotkałam na swojej drodze wielu ludzi podłych, ale może jeszcze więcej zwyczajnie porządnych, dzięki nim przetrwałam i mogę dać świadectwo, zdaje się mówić swoją książką Ida Fink.

Co utkwiło mi w pamięci po lekturze?

Najbardziej chyba siostrzana więź. Katarzyna cały czas opiekuje się młodszą o kilka lat siostrą, drży o nią, w żadnej chwili nie wyobraża sobie, że mogłaby ją porzucić. A co najmniej dwukrotnie staje przed  tragicznym wyborem: zostawić Elżbietę i ratować siebie czy zostać z nią, ryzykując życie obu. Nie waha się ani przez moment. Prawdopodobnie byłoby jej łatwiej uciekać samodzielnie (Katarzyna ma dobry wygląd, Elżbieta zły, jest brunetką), poza tym to na niej, starszej, spoczywa ciężar podejmowania decyzji, z których większość jest dosłownie na wagę życia. Z drugiej jednak strony siostra jest oparciem. Iść razem jest trudniej, ale i łatwiej, bo samotność podwójną znieść mimo wszystko łatwiej niż pojedynczą. Katarzyna i jej siostra są jak dwie drobinki piasku rzucone gdzieś w brutalny świat, zdane na łaskę i niełaskę ludzi albo na szczęśliwy traf. Tylko w drobnej części są paniami swojego losu, reszta nie zależy od nich.

Kolejna drzazga (to subtelna aluzja do jednego z opowiadań autorki) w mej czytelniczej pamięci to mozół i trud ucieczki. Zmęczenie do granic wytrzymałości, głód i pragnienie, błądzenie, strach, samotność we dwoje, czasem we troje, brud, zimno, spanie gdzieś pod drzewem, w deszczu, potargane ubrania. I pytania: co robić? dokąd dalej? czy znowu się uda? A wokół toczy się wojenne, ale w miarę normalne życie (bohaterki, aby się ratować, zaopatrzone w fałszywe papiery, dobrowolnie zgłaszają się na roboty do Rzeszy, więc przede wszystkim podróżują właśnie po  tamtych terenach): ludzie siedzą w kawiarniach, spacerują nad rzeką, bawią się, na wsi jest pięknie, rolnicy pracują na polu i w gospodarstwie, prawie jak zwykle, przecież krowy trzeba wydoić, zboże skosić. Siostrom też czasami udaje się w miarę normalnie żyć. Harują ciężko, ale w niedzielę jest wolne. Można spotkać się z innymi towarzyszami niedoli, miło spędzić popołudnie i wieczór, dostać przepustkę na wyjazd do sąsiedniej wsi czy miasteczka, kupić sobie elegancki kapelusz. Na tym polega paradoks tych czasów.

I jeszcze jedno. Ludzie. Szlachetni i odważni, którzy są gotowi pomóc bezinteresownie, narażając swoje życie. Zwyczajni, którzy nie pomagają, ale też nie zaszkodzą, nie doniosą, przymkną oko, udadzą, że nie widzą i nie wiedzą. Źli, którzy wykorzystają nieszczęście, chcąc się przy okazji dorobić. Albo jeszcze gorsi, gotowi natychmiast wydać, uwięzić i zabić. Gospodarze, u których pracują, surowi, wymagający, ale i życzliwi, chociaż to życzliwość nienarzucająca się, trudno może byłoby ją nazwać serdecznością. I wreszcie Polki pracujące w tej samej fabryce i skoszarowane w tym samym obozie. Są pomiędzy nimi antysemitki, które, kiedy tylko odkryją, że wśród nich jest kilka Żydówek ukrywających swoją tożsamość dzięki fałszywym papierom, zaczynają dokuczać, wyśmiewać, stosować ostracyzm, a wreszcie któraś doniesie. Ale potem przestraszą się konsekwencji tego, co zrobiły. Oczywiście nie wszystkie są takie.

No i wreszcie sprawa tożsamości. Obie siostry kilkakrotnie muszą stać się kimś innym. Zaczyna się, kiedy postanawiają uciec z getta i dostają fałszywe papiery. To wtedy stają się Katarzyną i Elżbietą. Potem jeszcze dwukrotnie wymyślą siebie na nowo. Zmieniane za każdym razem imiona, nazwiska i życiorysy są symbolem tych przemian. Za każdą taką zmianą musi iść jednak coś więcej. Trzeba udawać, wejść w rolę. Jeśli jest się akurat chłopką, nie można przyznać się do świetnej znajomości niemieckiego, do tego, że się zna i kocha muzykę, trzeba  mówić inaczej i zachowywać się inaczej. Swoją rolę należy odegrać perfekcyjnie, od tego zależy życie.

Połączenie sensacyjnej fabuły i owego optymizmu tak bardzo mnie zaskoczyło, że natychmiast postanowiłam skonfrontować "Podróż" ze zbiorkiem opowiadań "Wiosna 1941", mimo że ja, miłośniczka cegieł, rzadko sięgam po krótkie formy. To zupełnie inna lektura! Tu zaskoczenia nie było. Autorka roztacza przed czytelnikiem całe spektrum żydowskich losów czasu Holokaustu. Niektóre z opowiadań pisane są w pierwszej osobie, w innych narrator jest trzecioosobowy. W kilku znowu można dopatrzeć się echa przeżyć samej autorki, autobiograficznych wątków. Czasem pojawiają się nawet te same osoby co w "Podróży". Na przykład pani Kasińska, która załatwia obu siostrom fałszywe papiery, albo ojciec, lekarz. Inne opowiadają historie ludzi, których być może autorka znała. Ale równie dobrze mogła skonstruować ich losy, czerpiąc tylko ze swoich i cudzych doświadczeń, tworząc na podstawie różnych biografii uniwersalny los żydowski. Nie wszystkie historie kończą się tragicznie, ale we wszystkich jest strach, cierpienie, pytanie, jak przetrwać albo jak zachować godność. Czasem narrator zwięźle i z porażającym chłodem informuje, że bohaterowi opowiadania wprawdzie teraz się udało, ale później zginął. Nie zawsze jesteśmy świadkami tej śmierci. Są tu wszystkie okropności, które znamy z literatury, filmu, historii. Cały wachlarz żydowskiego nieszczęścia, skondensowany i opisany w słowach prostych, celnych, pięknych, bez epatowania emocjami. Można by powiedzieć w krótkich żołnierskich słowach, gdyby ta fraza nie kojarzyła się także z prymitywną przaśnością. Bo język i styl Idy Fink są niezwykłe, odróżniają jej prozę, czynią ją niepowtarzalną. Proste, poetyckie, ironiczne, czasem konkretne a czasem zadumane i niedopowiedziane. Trzeba przeczytać, aby wiedzieć, w czym rzecz. I właśnie ten charakterystyczny dla autorki język łączy "Podróż" i opowiadania.

Naprawdę koniecznie trzeba poznać książki Idy Fink. To proza, która pozostaje w pamięci. A tym, którzy się boją tej tematyki, chcę podpowiedzieć, że opowiadania, chociaż tragiczne, są króciutkie, więc można je sobie dozować w pojedynczych dawkach. "Podróż" natomiast, jak wspominałam, czyta się jak powieść sensacyjną, co jej niczego nie ujmuje. Może to zachęci do sięgnięcia po obie pozycje. Lektura, nie bójmy się tego słowa, obowiązkowa. Warto wyłowić ją z morza innych też obowiązkowych.

P.S. Już po napisaniu tej notki wyguglowałam wywiad, jaki przeprowadziła z Idą Fink Justyna Sobolewska w roku 2003. Moje podejrzenia się sprawdziły. To proza, której źródłem były wojenne doświadczenia pisarki. Autorka stwierdziła, że "Podróż" nie jest powieścią. Nazwała ją fikcją autobiograficzną.