Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 24 czerwca 2015
Jerzy Pilch "Zuza albo czas oddalenia"

Pilcha zaczęłam czytać stosunkowo niedawno. To znaczy wcześniej czytywałam jego felietony, ale ponieważ miał w zwyczaju zmieniać redakcje jak rękawiczki, to nie zawsze było nam po drodze. Mam do jego literatury stosunek mieszany. O ile zachwyciły mnie opowiadania wydane w tomie "Moje pierwsze samobójstwo", o tyle dwie powieści, które przeczytałam, "Wiele demonów" i "Miasto oddalenia", wydały mi się mocno nierówne. Momentami świetne, gawędziarskie, śmieszne, ale i dotykające problemów egzystencjalnych, grzeszyły jednak nadmiernym gadulstwem, co sprawiało, że całe partie stawały się nużące. Dwa tomy dzienników (niestety nie napisałam tu o nich), okrzyknięte przez krytyków znakomitymi, mnie aż tak znakomite się nie wydały, ale może na moją ocenę wpłynął fakt, że nie przepadam za tym gatunkiem. Niemniej jednak są na pewno interesujące, a "Drugi dziennik", świadectwo postępującej choroby, rzeczywiście porusza. Jak by nie było, wiedziałam, że do Pilcha wracać będę. Nie jest tak, że mam potrzebę przeczytania wszystkiego, ale zrobiłam sobie listę powieści, które chcę prędzej czy później poznać.

Dlatego wiadomość o zbliżającej się dacie premiery najnowszej książki pisarza, "Zuza albo czas oddalenia" (Wydawnictwo Literackie 2015), przyjęłam z nadzieją. Pierwsze głosy jakoś jednak ostudziły mój zapał. Z jednej strony informacja, że to powieść krótka, mogła rokować pozytywnie, bo, jak wspomniałam przed chwilą, moim zdaniem nadmierne gadulstwo Pilchowi nie służy. Z drugiej strony opinie, że to materiał na dzieło solidnych rozmiarów niezrealizowane z różnych powodów (chyba nie tylko kondycyjnych) wzbudziły moją podejrzliwość. Bo co innego napisać krótko z wyboru, a co innego z musu. Wobec tego postanowiłam na razie wstrzymać się z zakupem, ale nieoczekiwanie otrzymałam ją w prezencie. A że potrzebowałam czegoś nie nazbyt dołującego, a stale mam w głowie te opowiadania Pilcha, które tak mnie kiedyś cieszyły w podróży, od razu po nią sięgnęłam i ...... i niestety przeżyłam ogromny zawód! Szczerze mówiąc, dawno nie miałam poczucia, że tracę czas na lekturę książki. Na szczęście wiele go nie zmitrężyłam, bo "Zuza albo czas oddalenia" to raczej dłuższe opowiadanie niż powieść. 130 stron niewypełnionych po brzegi. Trochę przyjemności, ale głównie złość, nuda i poczucie, że zostałam nabita w butelkę, to wszystko na przemian towarzyszyło mojej lekturze.

Przyczyn jest co najmniej kilka. Wcale nie mam pewności, czy temat jest tą najważniejszą. Kto śledzi na bieżąco wiadomości literackie, ten na pewno wie, że to historia sześćdziesięciolatka chorego na parkinsona, który zakochuje się w dwudziestoletniej pannicy lekkich obyczajów, a traci dla niej głowę do tego stopnia, że się z nią żeni. Pilch obudowuje temat licznymi odniesieniami literackimi, czyni to też w wywiadach, których kilku udzielił. Nawiązuje głównie do Marqueza ("Rzecz o mych smutnych dziwkach"), ale zamieszcza też stosowny cytat z "Braci Karamazow" Dostojewskiego. Jednym słowem wznosi ten literacki motyw na wyżyny, przydając mu gębę istoty i sedna. Wydaje mi się, że pisarz, który nie przeżył tego rodzaju fascynacji, (...) za wiele nie zwojuje. - to cytat z wywiadu udzielonego Justynie Sobolewskiej, ale mówił to też w innych rozmowach. No cóż, nie żebym się gorszyła, zresztą książka jest całkiem niewinna, bo tych kilkanaście grubych słów rozsianych tu i ówdzie to dziś przecież kaszka z mleczkiem, ale temat mnie jakoś specjalnie nie porywa. A jeszcze Marqueza nie znam, więc ewentualne literackie gry nie dla mnie. Pilch uderza z jeszcze grubszej rury, bo tytuł nawiązuje do biblijnej historii o Zuzannie i starcach, a i w środku znalazły się na ten temat passusy.

Kolejny powód mojego rozczarowania to jednak nadmierna zwięzłość. Książka ma formę zapisków (?), dziennika (?) znalezionego w bucie leżącym na klatce  warszawskiej kamienicy przy ulicy Hożej oczywiście. Taka forma tłumaczy fragmentaryczność notatek i ślizganie się przez czas (historia nieszczęśliwej miłości ledwie się zaczęła, a już się skończyła, chociaż minęły raczej lata niż miesiące). Nic jednak nie poradzę na to, że mnie brakuje tego charakterystycznego Pilchowego stylu i gawędziarstwa. Jakby autor zatrzymywał się w połowie. Już, już się rozpędza, już, już uderza w charakterystyczny ton, kiedy nagle stop. Koniec opowieści. I tak  nie wybrzmiewa ani historia Nulli, pierwszej żony narratora, ani opowieść o innych miłosnych zawirowaniach, ani wspomnienia z dzieciństwa, ani wreszcie opowieści o matce i ojcu. Oczywiście autor ogrywa tę zwięzłość, narrator snuje wywód, jak to historia jego opętania powinna się rozwijać i na ilu stronach, ale czytelnikowi z tego mała pociecha. Może komuś ten destylat będzie odpowiadał, wszak powściągliwość bywa atutem, ale ja nie tego od Pilcha oczekuję. Pomiędzy rozwlekłością, która czasem mi przeszkadzała, a nadmierną zwięzłością jest przecież jakiś złoty środek.

Gdybym przynajmniej dostała coś w zamian. Ale nie! To znaczy niby dostaję tematy najważniejsze. Miłosne opętanie, wolność, rozpacz, samotność, samobójstwo, starość, chorobę, śmierć. Co z tego, kiedy to wszystko nie robi specjalnego wrażenia. Jest naskórkowe i wykoncypowane. Owszem, znajdzie się parę interesujących myśli, które można by zanotować w jakimś kajeciku, gdyby się taki kajecik prowadziło. Ale to jednak mało. Szczególnie jeśli ma się w czytelniczej pamięci, a ja mam, to, jak temat starości pożądającej młodości i uczucia potraktował mój ukochany Philip Roth w znakomitej powieści "Duch wychodzi" (może być też w "Evrymanie"). Zresztą Pilch przywołuje tę pierwszą pozycję we wspomnianym tutaj wywiadzie. Czytając historię Nathana Zuckermana, odczułam całe przekleństwo starości, choroby, niemożności, przemijania i żalu za utraconą młodością. Czytając Pilcha, najczęściej nie czułam nic. Przejmująco robi się dopiero na ostatnich stronach, kiedy narrator z rezygnacją wylicza, co mu choroba odebrała.

Na koniec muszę się do czegoś przyznać. Ponieważ znany jest cały kontekst powstania tej książki, zastanawiałam się, czy aby wypada ją krytykować. Bo może powieść była dla pisarza terapią? Może choroba uniemożliwiła mu napisanie dzieła kompletnego? Potem jednak pomyślałam, że w wywiadach poczyna sobie Pilch całkiem pewnie i śmiało, a poza tym książka pokazana światu zostaje wystawiona pod osąd i litować się nad nią nie mamy prawa. Takie wilcze czytelnicze prawo. No i jest jeszcze wydawnictwo, które pragnie na autorze zarobić i wciska mi tę książeczkę za niemałe pieniądze, wabiąc z okładki pokrętnym tekstem. Przypomina się hucpa z "Kronosem" Gombrowicza. Cóż, z dużej chmury mały deszcz.

środa, 17 czerwca 2015
"Szkoła Babel" i "Timbuktu"

Po okresie kinowej posuchy nagle obrodziło ciekawymi premierami, dlatego wybrałam się do kina na dwa filmy, a trzeci, "Marsylski łącznik", zostawiłam sobie na kolejny weekend. Tymczasem obejrzałam  zaległy dokument "Szkoła Babel" i całkiem świeże "Timbuktu", które znalazło się w ścisłej piątce filmów nieanglojęzycznych nominowanych do Oskara obok "Idy" i "Lewiatana". Tej nagrody z wiadomych powodów nie dostało, za to obsypano je kilkoma Cezarami. Początkowo myślałam, że zestawienie ich w jednej notce, do czego zmusza mnie brak czasu, będzie nawet sensowne, bo jakoś do siebie pasują. "Timbuktu" to opowieść o miasteczku w Mali, tym z tytułu opanowanym przez dzihadystów. Z kolei "Szkoła Babel" to film dokumentalny o klasie adaptacyjnej, która przygotowuje imigrantów do podjęcia nauki we francuskiej szkole, pomaga nauczyć się języka i odnaleźć w nowej rzeczywistości. A ponieważ jedno, imigracja, może być skutkiem drugiego, dżihadu, więc nic dziwnego, że tak się to w mojej głowie zgrabnie ułożyło. Nic bardziej mylnego. Uległam stereotypom i najprostszemu skojarzeniu - imigrant znaczy czarny. A przecież tak nie jest.

Do szkoły chodzą uczniowie z całego świata. Prawda, są też czarni, ale i skośnoocy, a wbrew temu, co mogłoby się wydawać, całkiem pokaźną grupę stanowią biali. Przybyli z Azji, Afryki, Ameryki Południowej, ale też z Europy i to nie tylko tej biednej. Jest Białorusinka, Ukrainka, ale jest też Polka, Agnieszka, a nawet Irlandczyk. Jednym słowem różne oblicza emigracji. Nie wszyscy uczniowie to dzieci emigrantów politycznych czy ekonomicznych. Mają od jedenastu do piętnastu lat, chodzą do jednej klasy. Wielość języków i obyczajów, ale podobne emocje i marzenia. Reżyserka, Julie Bertucelli, towarzyszy im z kamerą przez wspólnie spędzony rok, od jesieni do wakacji, kiedy muszą się rozstać. Niektórzy pójdą już do zwykłej szkoły, inni zostaną w klasie adaptacyjnej kolejny rok lub tylko parę miesięcy, bo nie są jeszcze gotowi, aby wypłynąć na szerokie wody francuskiego systemu edukacyjnego. Śledzimy ich szkolne losy. Od pierwszych wspólnych chwil, od powitania, które każde z dzieci wypowiada i zapisuje w języku ojczystym, i opowieści o ostatnim dniu w ojczyźnie, te są najbardziej przejmujące, bo rozstanie, z jakich powodów by nie było, na ogół boli. Dowiadujemy się, jak mieszkają we Francji, najczęściej ciaśniej, i co zostawili. Wiemy, o czym marzą i kim chcieliby zostać w przyszłości. Ale chyba najważniejsze są emocje, nie zawsze łatwe. Uczniowie są na pierwszym planie, ale równie ważna, chociaż w cieniu, najczęściej słyszymy tylko jej głos, rzadziej widzimy, jest niezwykła nauczycielka. Ciepła, uważna, ale i stanowcza. Mądra przewodniczka po nowym świecie i po nowym języku. Każdy z uczniów jest tu traktowany indywidualnie, stopniowo, w miarę możliwości, wprowadzany w świat zwyczajnej szkoły. Kiedy oglądamy film, mamy wrażenie, że to system idealny z troską pochylający się nad uczniem. Tyle że, tak przynajmniej wynika z opisu filmu, ta adaptacyjna klasa to na razie eksperyment. Czy ma być remedium na problemy z integracją? Pewnie tak. Warto jeszcze wspomnieć o spotkaniach z rodzicami. Bywa, że dziecko jest tłumaczem, bo matka czy ojciec ledwie mówią po francusku, zdarzają się też niepiśmienni. Ale wszyscy marzą o lepszej przyszłości dla swoich dzieci, dlatego szkołę traktują z szacunkiem, a nauczycielka jest dla nich wyrocznią i kimś, komu można zaufać i zwierzyć się. "Szkołę Babel" ogląda się znakomicie, półtorej godziny mija, nie wiadomo kiedy, co jest zasługą świetnych bohaterów z sympatią podglądanych przez Bertucelli.

"Timbuktu" także jest filmem godnym polecenia. Piękny i okrutny. Piękna jest natura, krajobraz, pustynia, rzeka, plamy zieleni, zwierzęta, piękne jest Timbuktu, chociaż tu pokazane jak mała osada, wąskie uliczki, domy z gliny, upał i kurz. Piękne są kolorowe stroje i maty rozkładane na podłodze mieszkania, piękne twarze ludzi. Piękne zdjęcia i melancholijna muzyka. Zastanawiam się, na ile można ten film traktować całkowicie realistycznie, a na ile jak przypowieść o idyllicznym, mimo surowych warunków, spokojnym świecie gdzieś za górami, za lasami (czytaj: za pustyniami), do którego wkracza zło i niszczy zwyczajne, codzienne szczęście. Zło to dżihadyści, zbrojna banda, która opanowuje miasteczko i zakazuje wszystkiego, także muzyki i gry w piłkę rzekomo w imię islamu, chociaż miejscowy imam próbuje im wyjaśnić, jak bardzo się mylą. Kim są ci ludzie? Dziwną zbieraniną, która mówi wieloma językami i potrzebuje tłumacza, aby porozumieć się z miejscową ludnością a nawet między sobą. Niektórzy przybyli z daleka, z innego świata, co sugerują pewne sceny. Wydaje się nawet, że są wśród nich ludzie wykształceni a nawet jeden artysta. Jeśli to przypowieść czy bajka, ktoś powinien rzucić wyzwanie złu i przywrócić spokój i szczęście. Niestety. Oglądamy raczej wygnanie z raju, szczęśliwego zakończenia nie będzie, bo na razie być nie może. Raj to już przeszłość, a jego mieszkańców czeka poniewierka. Dorośli potrafią pogodzić się ze swoim losem, ale co z dziećmi? To rozdzierające pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Spokojny rytm filmowej opowieści mącą niezwykle okrutne sceny, znane z medialnych relacji. Im bliżej końca, tym bardziej tempo przyspiesza, atmosfera gęstnieje, aż do zaskakującego finału. A widz pozostaje z niepokojem w duszy.

środa, 10 czerwca 2015
Varujan Vosganian "Księga szeptów"

I znowu przez przypadek trafiłam na świetną książkę. Były dni kultury rumuńskiej a w ich ramach spotkanie z rumuńskim pisarzem Varujanem Vosganianem, którego powieść "Księga szeptów" (Książkowe Klimaty 2015; przełożyła Joanna Kornaś-Warwas) właśnie ukazała się w Polsce. Poszłam, bo z rzadka wydawaną u nas prozę rumuńską staram się śledzić, od kiedy przeczytałam  "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera (swoją drogą, który to już raz wspominam w moich notkach tego pisarza i jego powieść). A jakby tego było jeszcze mało, Vosganian okazał się Ormianinem urodzonym w Rumunii. Tym bardziej nie mogłam przegapić takiej literackiej okazji. Spotkanie jak spotkanie. Teraz, kiedy znam już "Księgę szeptów", mam wrażenie, że prowadzący przeczytał tylko jej początek, w każdym razie takie pytania zadawał. No ale może się mylę. Tymczasem powieść okazała się bogatsza niż przypuszczałam.

Czym jest "Księga szeptów"? To coś, o czym się szepcze, bo głośno mówić nie wolno. To intymne, dlatego wyszeptane,  zwierzenie. Zwierzenie o dzieciństwie spędzonym w rumuńskich Fokszanach, ale przede wszystkim opowieść o starcach mojego dzieciństwa, jak nazywa ich autor i narrator w jednej osobie. Starcy to dwaj dziadkowie, przede wszystkim Garabet Vosganian, i ich przyjaciele, sąsiedzi oraz dalsi znajomi. Większość z nich łączy wspólnota pochodzenia i losu, są Ormianami, którym udało się uciec z Turcji i szczęścia szukali w Rumunii. To ich historie są treścią powieści. 

Zaczyna się wszystko niewinnie. Jest nastrojowo, nostalgicznie i melancholijnie. Wspomnienia dzieciństwa. Opowieści o starcach, którzy spotykali się na podwórku u dziadka Garabeta na ławeczce po drzewem moreli. Poznajemy szewców, sklepikarzy, sprzedawcę nugatu, dzwonnika z ormiańskiego kościoła, ślepca Minasa, Cygana Mantu grającego na tubie i wielu innych. Są klimatyczne sceny. Mielenie kawy, przeglądanie rodzinnych fotografii i książek w wielu językach, wizyty na cmentarzu, który dla narratora był jak ogród, i w sklepie, który we wspomnieniach jawi się niczym jaskinia Ali Baby, takie skarby go wypełniają, zabawy łupiną orzecha, która w strumyku wypełniającym koleiny w drodze zamienia się w statek. Jest muzyka, są zapachy, kwitną kasztanowce, kurz unosi się nad drogą. Gęsta proza przenosi czytelnika w świat, jakiego już nie ma, w świat nieco nierealny, magiczny, chociaż przecież całkiem prawdziwy. Takim stwarza go na naszych oczach narrator.

Napisałam, że zaczyna się wszystko niewinnie, ale to nie do końca prawda, bo dość szybko poznajemy tragiczną historię dziadków, ale jeszcze cały czas magia dziecięcych wspomnień dominuje nad dramatem. Z czasem pojawia się coraz więcej dramatu, coraz więcej czerni, aż w końcu następuje opowieść o siedmiu kręgach. To historia drogi, jaką przebyły konwoje, w których wędrowali wypędzeni ze swoich domów, wiosek i miast Ormianie zamieszkujący Anatolię. Ponad trzysta kilometrów w spiekocie, w słocie, a nawet w śniegu, w łachmanach, boso, bez jedzenia, noce spędzane w namiotach skleconych ze szmat. Z Anatolii na pustynię do Deir ez-Zor (dzisiaj to Syria). Na końcu tej drogi na tych, którzy nie umarli  z wycieńczenia, z chorób, z głodu, i na tych, którzy nie zginęli z rąk tureckich strażników lub zwykłych rzezimieszków, czekała śmierć. Ocalonych spędzano na pustynię i mordowano. Po raz kolejny zadałam sobie pytanie, do jakiego okrucieństwa zdolny jest człowiek i w imię czego? Kiedy czyta się opowieść o konwojach śmierci, a przychodzi to z trudem, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że śmierć Ormian była jakimś bezsensem. Przepędzono ich setki kilometrów, aby na końcu bestialsko zamordować. Jakby Turcy nie mieli pomysłu, co zrobić z ludźmi, których wcześniej wypędzili z domów. Czytałam wcześniej o rzezi Ormian, jednak to, czego dowiedziałam się z "Księgi szeptów", przeszło moje wyobrażenie.

Ale to nie koniec tragedii opisywanych szeptem w tej książce. Autor miesza czasy i miejsca, nie opowiada historii chronologicznie. Cofa się do końca XIX wieku i pisze o pierwszych pogromach Ormian, o drugiej wojnie i prześladowaniach komunistycznych, o zsyłkach na Syberię, o rumuńskich więzieniach i obozach pracy, o zabieraniu majątków, nacjonalizacji, kolektywizacji wsi przeprowadzanej na siłę, o tych, którzy dali się skusić namowom sowieckich agitatorów i wyjechali do Armenii, która stała się częścią Związku Radzieckiego. Ale jest to też opowieść o walce i zemście. O Legionie Armeńskim, który w czasie drugiej wojny światowej walczył u boku hitlerowskiej armii, wierząc, że w ten sposób powstanie niepodległa Armenia. O sprzysiężeniu ocalonych z tureckich rzezi i masakr, którzy na własną rękę wymierzali sprawiedliwość odpowiedzialnym za golgotę Ormian. O tych dwóch ostatnich faktach nie miałam wcześniej pojęcia. No cóż, dużo w "Księdze szeptów" dramatów, tragedii i krwi. Ale przecież nie tylko. Jest tu też wiele fascynujących opowieści o ludziach. Losy niektórych są naprawdę niezwykłe. Niektóre z tych historii krzepią. 

Uczciwie muszę przyznać, że nie jest to książka łatwa w czytaniu. Gęsta narracja niemal bez dialogów. Trzeba się w nią wgryźć, poświęcić czas, aby rozsmakować się w lekturze, chociaż to w wypadku tej prozy nie zawsze właściwe słowo. Ale warto podjąć ten trud. Trochę dla przyjemności, a przede wszystkim po to, aby płakać z Ormianami. Aby wiedzieć. Jak pisze Vosganian na kartach swojej książki, takie wspomnienia przywracają spokój ich autorowi, ale odbierają czytelnikowi. Dawno nie spotkałam się z tak trafnym stwierdzeniem.


środa, 03 czerwca 2015
Igor T. Miecik "Sezon na słoneczniki"

Trzeba przyznać, że Igor Miecik wydaje swoje książki w tempie ekspresowym. W 2012 roku ukazał się zbiór reportaży z Rosji "14:10 do Czyty", latem zeszłego roku czytałam świeżo wydaną "Katiuszę z bagnetem", opowieści o białych plamach w historii Związku Radzieckiego, a całkiem niedawno wyszły złożone w całość i spięte historią rodzinną teksty z Ukrainy zatytułowane "Sezon na słoneczniki" (AGORA 2015; seria Biblioteka Gazety Wyborczej). Jasne było, że po nie sięgnę. To lektura obowiązkowa dla tych, którzy na bieżąco nie śledzą szczególnie uważnie sytuacji na Ukrainie, ale i ci wszyscy, którzy tematem są na co dzień zainteresowani, też żałować nie będą.

Książka składa się z całkiem świeżych, bo pomajdanowych, reportaży. Autor wędruje po Ukrainie od Lwowa po Donbas. Oddaje głos rozmaitym ludziom, odwiedza różne miejsca. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, wojna nie jest jedynym tematem "Sezonu na słoneczniki". To po prostu panorama dzisiejszej Ukrainy, na którą zwykliśmy spoglądać przez pryzmat wojenny, a przecież konflikt toczy się tylko na rubieżach tego ogromnego państwa. Widać to znakomicie, kiedy spojrzy się na mapę, o której wydawca nie zapomniał, z czego się bardzo cieszę, bo mapy uwielbiam. Mimo wszystko nie da się od wojny uciec. Tak jak nie da się uciec od aneksji Krymu i konfliktu z Rosją. Więc niby życie poza Donbasem i Krymem toczy się w miarę normalnie, co podkreśla wielu bohaterów tych reportaży, ludzie pracują, siedzą w kawiarniach, spacerują, po prostu żyją, ale wojna i to, co się z nią łączy, jest stale obecne. Pisze więc Miecik o rekrutowaniu ochotników, o żołnierzach walczących w rozmaitych batalionach, znajdziemy opowieści cywilów z Ługańska, Doniecka i okolicznych miejscowości, poznamy losy uciekinierów i historie z wyzwolonego Słowiańska czy Konstantynówki. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że te partie książki, które opowiadają o życiu pod ostrzałem, należą do najbardziej przejmujących. Autor oddaje głos ludziom o różnych poglądach. Zwolennikom samozwańczych republik, ukraińskim patriotom, ale i takim, którzy mają wszystkiego dość i marzą o spokoju i normalnym życiu, o co niestety nie będzie łatwo, czego dowodem między innymi ostatni reportaż zatytułowany "Pokój bez słońca". Jego bohaterkami są uciekinierki zza linii frontu mieszkające w tymczasowym schronisku dla uchodźców. To tekst chyba najbardziej wstrząsający, może dlatego, że brak w nim jakiejkolwiek nadziei. Przeraża  opowieść o zwyczajnym dniu z życia mieszkanek jednego pokoju, stłoczonych na niewielkiej przestrzeni, którymi właściwie nikt się nie interesuje, którym nikt nie pomaga, które zmuszone są żebrać, aby wieczorem było z czego ugotować jakąkolwiek zupę. A to jeszcze nie wszystko. Większość z tych kobiet uciekła z małymi dziećmi, często z kilkorgiem. To bardzo mocny akcent kończący książkę.

Ale, tak jak wspomniałam, "Sezon na słoneczniki" to panorama całej Ukrainy. Pisze więc autor o fabryce czekolady w Winnicy, której właścicielem jest prezydent Poroszenko, o imperium Kołomojskiego w Dniepropietrowsku, o tym, kim są ludzie, których Rosja wyniosła do władzy na Krymie (ten reportaż też przeraża, ale z jeszcze innego powodu), o poszukiwaniu zaginionych w czasie majdanowej rewolucji, a wreszcie o walczących na Majdanie, którzy nie potrafią wrócić do życia po. Nie unika tematów trudnych. Osobny tekst poświęca prawicowym nacjonalistom, spadkobiercom idei UPA i Stiepana Bandery. Jak skomplikowana jest ukraińska historia, niech świadczy pytanie zadane przez jednego z nich, kiedy autor zauważył, że chyba nie jest najlepszym pomysłem budowanie jedności kraju na takiej tradycji. To na czym mamy tę jedność i tożsamość budować? Na eposach rycerskiej Rusi Kijowskiej? Na życiorysach takich Ukraińców jak Chruszczow czy Breżniew? A może na bolszewickiej legendzie Stachanowa? Wydaje się jednak, że ukraińska tożsamość buduje się wokół doświadczeń Majdanu i wojny z separatystami popieranymi przez Rosję. I nieistotne, jakim kto językiem lepiej włada, ukraińskim czy rosyjskim, ważne, co myśli i czuje. Ale przed Ukrainą droga długa i wyboista. Korupcja, bandyckie biznesy, które przeżarły społeczeństwo, to tylko niektóre problemy. Słowa reket, a szczególnie kryża pojawiają się w wypowiedziach bohaterów wielokrotnie.

Całość spina rodzinna historia Miecika, której można mu pozazdrościć. Kto czytał "Katiuszę z bagnetem", ten wie, że korzenie autora są właśnie w Donbasie, gdzie osiedli po wojnie jego dziadkowie. U babci w Konstantynówce spędzał w dzieciństwie wakacje. Gdyby jego mama nie wyszła za mąż za Polaka, zupełnie inaczej potoczyłoby się życie autora. Teraz na jej prośbę odwiedza swoich żyjących krewnych. W ich losach jak w lustrze odbija się historia Ukrainy.