Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 28 czerwca 2017
Dorit Rabinyan "Żywopłot"

Po lekkim wahaniu zdecydowałam się sięgnąć po powieść izraelskiej pisarki Dorit Rabinyan „Żywopłot” (Smak Słowa 2016; przełożyła Agnieszka Olek). Wahanie wynikało z dwóch powodów. Pierwszy, bo to jej debiut w Polsce, więc nigdy nie wiadomo, na co się trafi, a tracić czasu na miałkie powieści, już mi się po prostu nie chce. Nie raz  o tym pisałam, powtarzam to niczym mantrę. Powód drugi, książka Dorit Rabinyan to romans. Wątek miłosny proszę bardzo, ale klasyczny romans niekoniecznie. W końcu jednak, jako że łapczywie czytam o Izraelu niemal wszystko, co wpadnie mi w ręce, to samo dotyczy też izraelskiej prozy, postanowiłam zaryzykować. Na moją decyzję niemały wpływ miał też szum medialny wokół książki. Z pisarką rozmawiał nawet sam Paweł Smoleński, reporter od spraw izraelskich, a mój ukochany Amos Oz dał powieści  rekomendację. Wiadomo, jak to z takimi poleceniami bywa, ale jednak wszystko ma swoją miarę i z pewnością wybitny pisarz byle chłamu nie firmowałby swoim nazwiskiem. Przeczytałam a teraz dzielę się swoimi przemyśleniami.

Z czystym sumieniem mogę polecić „Żywopłot” miłośniczkom (i oczywiście miłośnikom) romansów, ambitnych czytadeł oraz tym, którzy o konflikcie palestyńsko-izraelskim wiedzą niewiele albo zgoła nic (są tacy?). To dobry punkt wyjścia, aby trochę wiedzy liznąć, coś sobie uświadomić, a potem drążyć dalej. Bo tym wszystkim po trochu powieść Dorit Rabinyan jest. To bardzo sprawnie napisana historia miłości Liat, Żydówki z Izraela, i Himliego, Palestyńczyka z Zachodniego Brzegu. Miłości niemożliwej, zakazanej, ot kolejna wersja Romea i Julii. Ich uczucie miałoby małe szanse na spełnienie, gdyby nie to, że spotkali się w Nowym Jorku. Ona na naukowym kilkumiesięcznym stypendium, on, malarz, od paru lat mieszkający na Brooklynie. Na tym neutralnym gruncie, w wielokulturowym tyglu kim są, skąd pochodzą, nie ma znaczenia. Zanim zrozumieją, że ona jest z Tel Avivu, a on z Ramalllah, zdążą się sobą zainteresować, a zaraz potem zdarzy im się wielka miłość od pierwszego wejrzenia. Przyciągnie ich do siebie podobny wygląd - ona o ciemniejszym kolorze skóry, bo pochodzi z rodziny irańskich Żydów, nowojorczykom przypomina Arabkę, on  Arabem jest. Szybko odnajdują wspólne wspomnienia, doświadczenia, smaki, zapachy, krajobrazy. Tęsknią za ciepłem, szczególnie, że zima tamtego roku w Nowym Jorku była wyjątkowo mroźna, śnieżna i długa, za słońcem, za przyprawami. Ona tęskni też za morzem, za telavivskimi plażami, on również, ale inaczej, bo przecież nigdy na tych plażach się nie opalał, tego morza nie widział! Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Może dlatego nie umie pływać. Okazuje się, że różnice nie mają znaczenia, że nie jest ważne, kim są, ale jacy są. Nie patrzą na siebie jak na Żydówkę i na Palestyńczyka, ale jak na kobietę i na mężczyznę. On jest wykształconym, obytym w świecie artystą, tak widzi go Liat. To z jej perspektywy poznajemy ich historię, ona jest narratorką, ona wspomina. Niektóre szczegóły zatarły się w jej pamięci, ale pozostała intensywność tamtych doznań.

Od początku jednak wiemy, że ich miłość musi być miłość napotka  przeszkody. Oboje zdają sobie sprawę, że to uczucie na kilka miesięcy, że potem ona wróci do Izraela, on zostanie w Nowym Jorku. Liat stara się to bagatelizować, Himli mniej. Ale nie jest w stanie postawić wszystkiego na jedną kartę. Tęskni za domem, za rodziną, za Izraelem. Nie ma w sobie odwagi, aby powiedzieć rodzicom, z kim się spotyka. Boi się walczyć z ich lękami, uprzedzeniami, stereotypami. Kiedy rozmawia z nimi przez telefon, każe mu wyjść z pokoju. On ma do niej żal, ale kiedy do Nowego Jorku na kilka dni przyjeżdża z grupą arabskich studentów jego brat studiujący w Berlinie, kiedy spotkają się z nimi, on też będzie zachowywał się inaczej. Nie stanie w jej obronie, w milczeniu będzie przysłuchiwał się, jak atakuje ją jego brat. Na nowojorskim gruncie różnice między nimi mają niewielkie znaczenie, więcej ich łączy niż dzieli, kiedy jednak znajdą się w towarzystwie swoich, natychmiast wchodzą w przypisane sobie, a może wyssane z mlekiem matki, role. W dyskusji nie będą szukać kompromisu, usztywnią się i będą bronić racji swojego narodu, a właściwie jego konserwatywnego skrzydła. Chociaż ona w domu kłóci się z rodzicami, którzy mają prawicowe poglądy, teraz mówi ich głosem. Podobnie on.

Czytając powieść, wiele razy zadawałam sobie pytania - co stanie się dalej, o czym to będzie, czy to tylko romans, jak skończy się ta historia? Przyznam, że kiedy książka zamieniała się w opis miłosnego żaru, w historię romansu, kiedy tak rozdział po rozdziale śledziłam miłosne odurzenie Liat i Himliego, nieco się nudziłam, ale na szczęście zaraz potem do głosu dochodziły inne wątki i czytałam znowu z zainteresowaniem. Nie mogę jednak powiedzieć, aby poruszyła mnie ta  opowieść o zakazanej, niemożliwej miłości. Nie uroniłam ani jednej łzy, chociaż zawsze w literaturze fascynowały mnie, i jednocześnie przejmowały dreszczem, takie rozstania, taka miłość, która z jakichś powodów, ale nie choroby, musi zostać przerwana i kochankowie doskonale o tym wiedzą. Takie życie na całego, ale z wyznaczonym deadlinem, ze świadomością końca. Jakiś czas temu oglądałam izraelski film „W ciemno”, o parze gejów, Żydzie i Palestyńczyku, który poruszył mnie znacznie mocniej, bo z o wiele większą mocą uświadomił mi, jak taka miłość (nie chodzi o to, że pomiędzy mężczyznami) jest trudna, niemożliwa niemal. Szczególnie jeśli jedno z kochanków jest mieszkańcem Zachodniego Brzegu, o Strefie Gazy w ogóle nie ma co mówić, jeśli dodatkowo pochodzą z różnych sfer społecznych. Jak polityka, to, gdzie się urodziliśmy i gdzie mieszkamy, wchodzi z butami w najintymniejsze sfery życia. na początku tego akapitu wspomniałam, że z wypiekami na twarzy, no może przesadziłam, powiedzmy z ciekawością, czekałam, jak Dorit Rabinyan zakończy tę historię. Kiedy się wreszcie dowiedziałam, początkowo uznałam, że poszła na literacką łatwiznę, żeby i wilk był syty, i owca cała. Okazało się, że nie miałam racji. Historia kochanków inspirowana jest tym, co kilka lat temu przeżyła autorka. Pierwowzorem Himliego był palestyński artysta Hassan Hourani, z którym była w związku. Jego historia skończyła się tak jak historia bohatera powieści.

Na sam koniec muszę dodać, że „Żywopłot” wywołał w Izraelu burzę. W pewnym sensie stał się powieścią zakazaną, odsądzaną od czci i wiary, co oczywiście przysporzyło mu wielkiej popularności, bo liberalnie nastawieni czytelnicy w geście solidarności z autorką kupowali po kilka egzemplarzy książki. O tym wszystkim opowiadała Dorit Rabinyan, kiedy promowała swoją powieść w Polsce. I dopiero ten fakt, to wpisanie tej, z naszej perspektywy, politycznie niewinnej powieści na indeks, budzi zdumienie i zgrozę.

 

środa, 21 czerwca 2017
Stefan Hertmans "Wojna i terpentyna"

 Długo zastanawiałam się, czy kupić książkę "Wojna i terpentyna" napisaną przez niderlandzkiego (?) - w takim języku pisze, flamandzkiego (?) - tak stoi w brytyjskiej Wikipedii,  pisarza Stefana Hertmansa (Marginesy 2015; przełożyła Alicja Oczko). Boję się trochę ryzyka, jakie niesie za sobą lektura powieściopisarza debiutującego na naszym rynku. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi - wydawcy reklamują książki, jak się da. Każda jest znakomita, każda wybitna. Można srogo się zawieść. Trochę się o "Wojnie i terpentynie" mówiło, jakoś o niej usłyszałam, a ostatecznie postanowiłam zaryzykować, kiedy dowiedziałam się, że Hertmans jest cenionym poetą. Skoro poetą, to może i po jego powieść warto sięgnąć. A kiedy ostatnio Marginesy wydały jego kolejną pozycję, postanowiłam czym prędzej przeczytać tę, która czekała sobie na wirtualnej półce. No i nie żałuję.

Od razu napiszę, że to na pewno nie jest książka dla każdego. Celowo używam słowa książka, bo jednak trudno "Wojnę i terpentynę" zakwalifikować jako powieść, chociaż tak się o niej pisze. To skrzyżowanie eseju i opowieści o dziadku Hertmansa ze strony matki, Urbainie Martienie, urodzonym w 1891 roku, zmarłym w 1981. Kiedy był już dość sędziwym, siedemdziesięcioletnim człowiekiem (w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku o siedemdziesięciolatku można było śmiało tak powiedzieć, dziś byłaby to obelga dla człowieka w takim wieku), zaczął spisywać swoje wspomnienia. Powstały dwa zeszyty zapisków obejmujące okres dzieciństwa i czas pierwszej wojny światowej. Kilka miesięcy przed śmiercią podarował je swojemu trzydziestoletniemu wnukowi. Zanim Hertmans do nich zajrzał, minęło trzydzieści lat. Kolejne kilka zanim zaczął pracować nad książką, która ukazała się w roku 2013 tuż przed okrągłą, setną, rocznicą wybuchu pierwszej wojny.

Pisarz podąża tropami swojego zmarłego dziadka, robi to w czasie i w przestrzeni. Posiłkując się zapiskami, a potem wspomnieniami własnymi i członków rodziny, rekonstruuje na naszych oczach życie Urbaina Martiena. Chodzi po śladach dziadka, po miejscach z nim związanych, ze smutkiem rejestruje zmiany w krajobrazie. Tam, gdzie kiedyś były sielskie przedmieścia, kwitły łąki, zieleniły się sady, dziś po szosach szybkiego ruchu, po obwodnicach suną sznury samochodów pod ołowianym niebem (niebem o kolorze ścierki, jak lubi pisać Hertmans). Nie ma już wielu budynków, które odwiedzał dziadek w czasach swojej młodości, wiele miejsc straciło dawny urok, Gandawa nie jest już taka piękna jak niegdyś. Pewnie autor nieco idealizuje miasto z początku zeszłego wieku, przecież jego dziadek w czasach dzieciństwa mieszkał w ubogiej dzielnicy, gdzie najprawdopodobniej ścieki płynęły rynsztokami, ale trzeba mu przyznać, że robi to bardzo przekonująco. Oczami wyobraźni widzę te potworne drogi śmierdzące spalinami, te ohydne blokowiska i przyjazną, miłą, pełną uroku Gandawę sprzed lat.

Hertmans przegląda też stare zdjęcia, pamiątki, wspomina chwile spędzone z dziadkiem, sporo miejsca zajmuje analiza jego obrazów, bo Urbain Martien umiłował malarstwo, był malarzem amatorem, robił kopie i malował własne obrazy. Dziś tylko niektóre znajdują się w posiadaniu rodziny, inne rozsiane są nie wiadomo gdzie, bo dziadek obrazy rozdawał, nigdy nie sprzedawał. Kiedyś zdumiony wnuk odkrył jedną z jego prac na ścianie jakiegoś gandawskiego lokalu.

"Wojna i terpentyna"  skojarzyła mi się z "Austerlitz" Sebalda, jedyną jego książką, jaką na razie przeczytałam. Chodzi o sposób pisania i o temat - dziecko, wojna. O ile na Sebalda pozostałam  doskonale obojętna, o tyle Hertmans wciągnął mnie bez reszty do swojego świata i bardzo poruszył. Wiem, wiem krytycy literaccy pokiwaliby z politowaniem głowami  nad moimi literackimi gustami, no bo jak można  przedłożyć Hertmansa nad Sebalda. Ja jednak tak właśnie robię, mogę śmiało powiedzieć, że w książce tego pierwszego po prostu się zakochałam. Mam przed oczami małego Urbaina, który jako najstarszy z rodzeństwa musi pomagać matce. Widzę, jak zziębnięty błąka się po zaułkach Gandawy z ciężkim wiadrem i żebrze o węgiel, widzę, jak ciężko pracuje w odlewni, jak przesiaduje ze swoim ukochanym ojcem w kościołach, w których ten restauruje albo maluje freski, widzę, jak zachwyca się jego  pracą, jak sam z wielkim samozaparciem próbuje malować, jak się po wielekroć zniechęca i jak wraca do swojej pasji, widzę, jak się gorliwie modli przed obrazem Matki Boskiej Siedmiobolesnej. Przyglądam się jego silnemu związkowi z dumną matką, która kiedyś postawiła na swoim i wyszła za mąż za biednego malarza Franciscusa, popełniając mezalians, skazując się na ubogą egzystencję, na walkę o byt. Wreszcie widzę, jak jego młodość brutalnie przerywa wybuch pierwszej wojny. W tej części książki Hertmans oddaje głos dziadkowi, przywołuje zapiski, które od niego dostał.

To fragmenty jeszcze bardziej poruszające, momentami wstrząsające. Chaos i bezsens, zniszczenia, eksodus uciekających cywilów, płonące wioski, żołnierze wysyłani na pewną śmierć, jęki rannych i umierających, martwe zwierzęta, brud, choroby, głód, potworne zimno, błoto okopów, w których tygodniami tkwili walczący, smród odchodów, bezprzykładne bohaterstwo. Tylko po co? Żeby zdobyć kilka kilometrów ziemi? Pogarda oficerów, wśród których dominowali Walonowie, dla prostych żołnierzy, przede wszystkim Flamandów. I utrata złudzeń. Coś się w tych ludziach załamało, stracili spokój i młodzieńczy idealizm. Dawny świat runął, w każdym wymiarze - materialnym i duchowym. Nikt nie pomagał leczyć ich wojennych traum, nikt nie słyszał o stresie pourazowym. Tym bardziej przykro, kiedy Hertmans chodzi po miejscach, gdzie walczył dziadek, dziś zapomnianych, opuszczonych. Kto pamięta o tamtych wydarzeniach? To tylko nudne fakty z podręczników historii, daty, miejsca bitew, niewiele więcej. A za tym nudziarstwem kryje się ludzkie nieszczęście, ból, tragedia. Potem życie dziadka też układało się różnie - nieszczęśliwa miłość, mania prześladowcza, pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Szczęście dawało mu malowanie. Równowagę i spokój osiągnął dopiero na starość.

Warto sięgnąć po książkę Hertmansa, warto poświęcić jej czas i uwagę, zagłębić się w tamten bardzo zmysłowo odtworzony świat,  obcować z ludźmi sportretowanymi na jej kartach, warto zadumać się nad ich losem i światem.

środa, 14 czerwca 2017
Richard Flanagan "Klaśnięcie jednej dłoni"

Moje ostatnie lektury to przede wszystkim literatura faktu, bo postanowiłam przeczytać wszystkie książki nominowane w tym roku do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego znajdujące się  na mojej wirtualnej półce. A tak się wyjątkowo złożyło, że na tegorocznej liście znalazło się aż siedem reportaży (na dziesięć), które albo już czytałam, albo takich, które  czekają na swoją kolejkę. (Ten wpis powstał w marcu. Moje notki o nominowanych reportażach od dawna są na blogu.)  W pewnym momencie poczułam, że muszę zrobić przerwę, odetchnąć nieco od ciężkich tematów i sięgnąć po powieść. Wybór padł na "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana (Wydawnictwo Literackie 2016; przełożył Robert Sudół). Po przeczytaniu "Ścieżek północy" postanowiłam kontynuować znajomość z prozą tego australijskiego pisarza. Chciałam odetchnąć, tymczasem pogrążyłam się w mroku. Już dawno nie czytałam tak przerażająco smutnej książki. Tak, smutnej. Ten epitet chyba najlepiej oddaje charakter powieści Flanagana. Chociaż nie ma tu jak w "Ścieżkach północy" tak wiele okrucieństwa, to i bez tego powieść przygnębia. To rodzinna psychodrama. Historia słoweńskich imigrantów osiadłych na Tasmanii.

Dwa są źródła przytłaczającej atmosfery, atmosfery beznadziei. Pierwsze, chociaż nie ono jest głównym tematem książki, to obraz życia imigrantów z Europy. Byli wśród nich na pewno tacy, którym się z czasem udało. Wielu jednak prowadzi monotonne, beznadziejne życie pozbawione nadziei. Harują w fabrykach albo na budowach elektrowni wodnych. Mieszkają w podłych domkach, w nędznych osadach wzniesionych specjalnie dla robotników pracujących na budowie. Ich jedyną rozrywką jest piwo wypijane razem z innymi mężczyznami w miejscowym pubie. To tam zapominają o swoich smutkach, o zawiedzionych nadziejach, o rozczarowaniach, o pogardzie, jaką otaczają ich miejscowi. Dla nich są bambo. A przecież miało być inaczej. W świecie, który opuścili, coś znaczyli - byli profesorami, lekarzami, mieli rodziny, żyli wśród swoich. Tu wszystkie więzi zostały zerwane, nowe są płytkie, a dawny prestiż jest bez znaczenia, miejscowi mają ich za nic. Cała nadzieja w dzieciach. To im może się udać. Nawet przyroda jest niegościnna. Zimą szaleją śnieżyce, latem pożary pustoszą kraj. Żeby zbudować elektrownię, trzeba w pocie czoła karczować las, rozbijać skały. Natura, chociaż groźna, jest przynajmniej piękna. Natomiast wszystko, co stworzyła cywilizacja, odstręcza brzydotą. Takie są kolejne robotnicze osady, w których mieszka jeden z głównych bohaterów, Bojan Buloh, takie jest Hobart. Nie wiem, jak to miasto wygląda dziś. Opisane w książce - i to z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, i to z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych - robi przygnębiające wrażenie.

Jeszcze bardziej ponura jest historia rodziny Bulohów, Marii i Bojana, słoweńskich imigrantów, którzy na początku lat pięćdziesiątych razem z kilkunastomiesięczną córeczką Sonją przybywają na Tasmanię. Czy to trudne warunki życia, wojenna trauma sprawiają, że Bojan chętniej spędza czas w pubie niż w domu z żoną i dzieckiem? Czy to dlatego Maria w pewien zimowy, śnieżny wieczór zostawi małą córeczkę samą w domu i już nigdy nie wróci? Jakże zrozpaczona, pogrążona w depresji musiała być, kiedy po raz ostatni przytuliwszy Sonję, pożegnała się z nią słowami mnie trzeba iść? Odtąd Bojan jeszcze więcej czasu spędza w pubie, próbując zagłuszyć ból. Co zrobić z dzieckiem? Jak ma je wychowywać samotny mężczyzna pracujący na budowie? Dlatego Sonją opiekują się obce rodziny. To zimny wychów. Kiedy jest starsza, musi im pomagać niczym Kopciuszek. Dziewczynka tęskni za ojcem, jest samotna, czeka, kiedy zabierze ją na weekend do domu, a zdarza się to bardzo rzadko, marzy, aby wspólnie zamieszkali. Ale kiedy się to wreszcie zdarzy, sielanki nie będzie. Bojan kocha córkę, ale zgnębiony samotnością, przytłoczony mizerią egzystencji, pogardą miejscowych, którą bardzo mocno odczuwa, coraz więcej pije. Coraz rzadziej okazuje jej swoje uczucia, coraz bardziej nienawidzi siebie. Alkoholowe libacje, fizyczna przemoc, bieda, domowe obowiązki, samotność - tak wygląda  dzieciństwo Sonji. A mimo to dziewczynka tęskni do ojca, który, kiedy jest trzeźwy, potrafi być wspaniałym człowiekiem. Wesołym, radosnym. Jednak coraz rzadsze są chwile, kiedy jest dobrze. Aby się ratować, Sonja opancerzy się, zobojętnieje na ból zadawany przez ojca, bo tylko tak może się bronić. Patrzymy na niego jej oczami. Nienawidzimy go i lubimy jednocześnie. Bo przecież potrafi być troskliwy, miły, dbać o dom, jest doskonałym stolarzem. Ale kiedy pije, staje się ordynarny, agresywny, cuchnie przetrawionym alkoholem.

Jaka może być przyszłość Sonji? Ratunkiem jest ucieczka i walka o siebie. I chociaż w końcu jakoś stanie na nogi, wydostanie się ze społecznych nizin, to będzie psychicznie okaleczona. Nie potrafi kochać, nie potrafi związać się z kimś na dłużej. A jednak z czasem w tej beznadziei zabłyśnie jakaś jaśniejsza barwa. To przyjaźń życzliwych ludzi, próba wybaczenia, zapomnienia, próba odbudowy więzi między ojcem a córką. No i jeszcze coś. Czy to się uda? Sonja nie ma złudzeń, wie, że to być może tylko na chwilę, więc się nią cieszy, nie zastanawia się już, co będzie w przyszłości. Teraz ma w sobie siłę, aby żyć.




środa, 07 czerwca 2017
"Sieranevada"
Nie mogłam opuścić najnowszego rumuńskiego filmu - "Sieranevada" Cristi Puiu, ojca filmowych sukcesów kina znad Dunaju. W każdym razie to od "Śmierci pana Lazarescu" zaczął się triumfalny pochód przez festiwale rumuńskich reżyserów, co podobno niekoniecznie przekłada się na popularność wśród ich rodaków. Taką informację gdzieś kiedyś przeczytałam, za jej prawdziwość nie ręczę, chociaż wydaje mi się dość wiarygodna. "Sieranevada" w polskich kinach masowo na pewno oglądany nie będzie, to film dla koneserów. Trwa niemal trzy godziny, akcja prawie cały czas toczy się w ciasnym, zagraconym mieszkaniu, w którym rodzina spotyka się na stypie w czterdziestym dniu od śmierci (albo pogrzebu, nie zapamiętałam) zmarłego ojca. Nic specjalnego się nie wydarzy poza kłótniami, nieporozumieniami, rozmowami. Rodzinna psychodrama, portret rumuńskiej klasy średniej, na którym i my możemy się odnaleźć. Film jest znakomicie zrobiony. Sposób prowadzenia kamery sprawia, że widz ma wrażenie uczestnictwa w tym spotkaniu. Jakbyśmy byli w środku. Słyszymy i widzimy tyle, ile widzi i słyszy ktoś, kto w tej stypie uczestniczy. Goście i domownicy rozchodzą się po mieszkaniu, stale krążą pomiędzy pokojami a kuchnią, jak to w takich przypadkach bywa, więc jasne jest, że nie można być na raz wszędzie, słyszeć i widzieć wszystkiego. Kamera najczęściej śledzi bohaterów z perspektywy przedpokoju, zaglądając tylko do klaustrofobicznych wnętrz. Czasem zapuszcza się do jednego z pokoi albo do kuchni. Ta klaustrofobiczna atmosfera w połączeniu z agresją, która bije od bohaterów, jest dość męcząca, ale myślę, że to zmęczenie celowe. Mnie "Sieranevada" podobała się bardzo, ale, podkreślam jeszcze raz, na pewno nie jest to film dla każdego. A kto już widział, może czytać dalej.