Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
piątek, 26 sierpnia 2011
Krzysztof Varga "Gulasz z turula". Wyprawa do krainy melancholii.

Zgodnie z tym, co zapowiadałam w poprzedniej notce dotyczącej reportaży Pawła Smoleńskiego z Izraela, tym razem również zajmę się literaturą faktu, czyli węgierską opowieścią Krzysztofa Vargi. O istnieniu "Gulaszu z turula" (Czarne 2008) wiedziałam i wielokrotnie widziałam go na księgarskiej ladzie, ale dopiero teraz, pewnie dlatego, że w związku z Orbanem tyle się ostatnio o naszych południowych bratankach pisze i mówi, sięgnęłam po ten zbiór reportaży. Wprawdzie teksty te powstały kilka lat temu, ale niczego im to nie ujmuje, bo to książka uniwersalna starająca się uchwycić ducha węgierskości. A któż, jeśli nie Varga z racji swoich rodzinnych koligacji, jest bardziej do tego predestynowany. Mimo że autor nie szczędzi ojczyźnie swojego ojca i jej mieszkańcom słów krytyki, to z każdej strony bije fascynacja nią i nimi (co nie jest żadnym zarzutem z mojej strony, przeciwnie).

Najlepiej widać ją w opisach. Z powodów rodzinnych i towarzyskich Varga czuje się na Węgrzech jak u siebie, pewnie dlatego odwiedza miejsca zwyczajne. Włóczy się po całym Budapeszcie, nie tylko tym turystycznym, ma tam swoje ulubione rejony, odwiedza knajpy, do których turyści niekoniecznie wpadają, zagląda na targowiska i bazary, przesiaduje w deszczowej aurze na Moszkwa ter, gdzie mają swoją pętlę liczne autobusy,  podróżuje po prowincji również tej nieznanej z folderów. A wszystko to, nawet jeśli brzydkie, opisuje niezwykle dokładnie, sensualnie i z sympatią (żeby nie napisać górnolotnie z miłością). Czytając, czułam zapach jedzenia, smak wina, smród z fabrycznego komina, widziałam liszaje na murach i ceratę przykrywającą stoły w budapesztańskiej jadłodajni. I chociaż od lat nie jem mięsa, kiedy zagłębiałam się w opisy ulubionych potraw Vargi podawanych w jego ulubionych knajpach, miałam wielką ochotę spróbować tych specjałów (oczywiście w realu nigdy bym tego nie zrobiła; tak działa magia lektury). Nie przypadkiem autor pisze tyle o jedzeniu pełniącym tak ważną rolę w życiu wielu Węgrów. Twierdzi, że te kulinarne, chociaż bardzo zwyczajne, orgie to nic innego jak zabijanie czasu, który na Węgrzech zatrzymał się już dawno, stoi w miejscu i nie płynie, potęgując węgierską melancholię. Kiedy całkiem niedawno czytałam "Ptaszynę" Kosztolaniego (pisałam o tej powieści jakiś czas temu; bardzo polecam), odnalazłam tam niezwykłe opisy kulinarnych bachanaliów zajmujące niemal całe rozdziały. Dla mieszkańców miasteczka, w którym nic się nie działo, biesiadowanie stanowiło istotę egzystencji. I tu pora przejść do tego, co najważniejsze, czyli do owej węgierskiej melancholii.

Skąd bierze się wieczny smutek Węgrów, poczucie wiecznego nieszczęścia? Z tęsknoty za utraconą wielkością. Iluzoryczną, jak twierdzi Varga. W naszych południowych sąsiadach miesza się poczucie dumy z ich wyjątkowości z poczuciem niedocenienia i krzywdy. Dlaczego niby Węgrzy mają być tacy wyjątkowi? Bo są po prostu inni. Wrzuceni gdzieś pomiędzy Słowian tych z północy i tych z południa władają kompletnie innym językiem zrozumiałym  tylko dla Estończyków i Finów, którzy wszak nie są ich sąsiadami. I właśnie ta izolacja i wyjątkowość przynosi jednocześnie poczucie niezrozumienia, którego skutkiem jest smutek i melancholia. Zaczyna się od języka, ale przecież na nim wcale się nie kończy. No bo nikt nie chce zrozumieć cierpienia Węgrów, którzy zostali oszukani i ograbieni. Z czego? Ze swojej ojczyzny. Traktat z Trianon z 1920 roku, który przykroił Węgry do rozmiaru, jaki znamy dziś, pozostaje dla nich nadal traumą. W każdej księgarni można kupić mapy Wielkich Węgier, a mit "potęgi ziem Korony Świętego Stefana" jest wszechobecny.

"Naklejki z konturem przedtrianońskich Węgier, kraju przypominającego kotlet schabowy, można zobaczyć na samochodach, kurtkach i plecakach gimnazjalistów (...)"

Hasło "Okrojone Węgry to nie kraj, całe Węgry to raj." widnieje na każdej z tych map i nie tylko tam. To tak jakbyśmy my, Polacy, do dziś tęsknili do czasów, kiedy to Polska była potęgą "od morza do morza". Szkoda tylko, że Varga, choćby krótko, nie wspomina o przyczynach traktatu. Niezorientowany czytelnik, nie będzie wiedział, czy rzeczywiście wielkie mocarstwa skrzywdziły biednych Węgrów, czy też problem jest o wiele bardziej skomplikowany. Nie będę udawała, że moja znajomość historii jest tak duża, abym mogła rozstrzygnąć tę kwestię. Niedawno czytałam w jakimś historycznym artykule, że Węgrzy sami  sobie na to zasłużyli swoim nacjonalizmem, czytaj: nieuznawaniem praw licznych mniejszości narodowych. Chociaż pewnie nie tylko to było istotne, ale po prostu skomplikowana historia tych ziem zamieszkiwanych przez liczne narodowości wymieszane tu wyjątkowo. No i interesy wielkich mocarstw i państw ościennych pewnie odegrały sporą rolę. Wszak każdy z sąsiadów chciał uszczknąć coś dla siebie. Ale do rzeczy, czyli do trianońskiej traumy i węgierskiej melancholii. Na Węgrzech do dziś żywe są marzenia, a może to coś więcej niż tylko marzenia, o odzyskaniu Słowacji, zwanej w tym kraju nadal Górnymi Węgrami, Siedmiogrodu, Serbii (Ziemie Południowe). W prawicowej prasie można przeczytać artykuły o tym, jakim błędem było niewykorzystanie ostatnich wojen bałkańskich, aby przynajmniej część tego marzenia mogła się ziścić. Na przygranicznych serbskich terenach szerzyły się plotki, że Węgry zaatakują. Węgrzy, jak pisze Varga, uwielbiają swoje klęski i płynące z nich cierpienie. W cień usuwają  zwycięstwa, z  pamięci wyrzucają podłości (ale który naród, może poza Niemcami, tego nie robi?). Pełno w tym kraju ulic Męczenników, Kalwarii, Golgoty. To nie przypadek, twierdzi autor. Może tę wieczną rozpacz, smutek i melancholię można by uznać za efektowną tezę reportera, ale kiedy zaczyna wyliczać słynnych węgierskich samobójców wywodzących się tylko z kręgów ludzi kultury (piszę tylko, bo pewnie byli i inni), to rzeczywiście zaczynamy rozumieć, że coś jest na rzeczy. Odsyłam do książki na strony 76, 77, gdzie znaleźć można tę upiorną i wiele mówiącą wyliczankę. Wszystko sprzysięgło się przeciw Węgrom. Nawet przyroda: krajobraz płaski jak naleśnik, wielkie jezioro zamiast przyzwoitego morza. Może dlatego tę narodową depresję najlepiej czuje się na węgierskiej prowincji, która robi wrażenie, jakby już nic nie miało się tam nigdy zdarzyć. Czytając książkę Vargi, przypomniałam sobie, jak podczas mojej krótkiej wizyty w tym kraju uświadomiłam sobie, o co przecież nietrudno, że nie ma tam romańskich i gotyckich kościołów (zniszczone w czasach osmańskich). Pewien historyk sztuki powiedział mi, że tym okresem zajmują się na Węgrzech tylko archeolodzy! I kiedy sobie to przypomniałam, pomyślałam, że ciężko byłoby mi żyć w kraju, w którym nie ma romańszczyzny i gotyku! Może i to jeszcze jedna przyczyna węgierskiego smutku?

To tyle. Po resztę odsyłam do tej niewielkiej, ale bardzo ciekawej książeczki. Oprócz tego, o czym powyżej, znajdziesz w niej jeszcze, czytelniku tej notki, wiele wiadomości o skomplikowanej węgierskiej historii, szczególnie dwudziestowiecznej. Autor pochyla się także nad innymi problemami dręczącymi naszych południowych sąsiadów i dzieli swoimi spostrzeżeniami, które wynikają ze znakomitej znajomości tematu. A kim? czym? jest ów tytułowy turul? O tym też dowiesz się, czytelniku tej notki, z książki, jeśli tylko po nią sięgniesz, a naprawdę warto. Tak chętnie nadal jeździmy na Węgry, tak chętnie pijemy ich wina, szczególnie tokaj, nie jest nam obca ich kuchnia, lubimy podkreślać, że Polak, Węgier dwa bratanki, a tak mało o nich wiemy. Warto to naprawić, a książka Krzysztofa Vargi świetnie się do tego nadaje.


piątek, 19 sierpnia 2011
Paweł Smoleński "Izrael już nie frunie"

Obok zbioru reportaży Pawła Smoleńskiego "Izrael już nie frunie" (Czarne 2007) przechodziłam dotąd obojętnie mimo mojego zainteresowania tym rejonem świata. Ile razy omiatałam wzrokiem leżące na księgarskiej ladzie książki wydawnictwa Czarne, tyle razy widziałam zbiorek Smoleńskiego. Dopiero niedawno po powrocie z izraelskiej podróży poczułam, że natychmiast muszę go kupić i przeczytać. Uległam nieopanowanemu pragnieniu i połknęłam w trzy dni w przerwie pomiędzy dwiema opasłymi powieściami. A skoro już tak bezwstydnie odsłaniam moje czytelnicze zachcianki, to dodam jeszcze, że na deser pochłonęłam też przeterminowany (Czarne 2008) "Gulasz z Turula" Krzysztofa Vargi, rzecz o Węgrzech i Węgrach. Ale o tym za jakiś czas, a dziś o książce Smoleńskiego.

Mimo że teksty te w większości powstały w 2005 roku, w momencie burzliwym i przełomowym, kiedy rząd  zdecydował się na likwidację żydowskich osiedli w Strefie Gazy, to trudno powiedzieć, aby ta opowieść o Izraelu, o konflikcie żydowsko-palestyńskim straciła na aktualności. Osiedla zlikwidowano siłą, ale problemy pozostały i pewnie długo jeszcze będą (chciałam napisać zawsze, ale nic nie jest wieczne). Przypominam, że nadal istnieją takie same osiedla na Zachodnim Brzegu. Zresztą wydarzenia ostatnich dni dobitnie pokazują, że między Izraelem a Autonomią nadal wrze. A Paweł Smoleński na bieżąco informuje na łamach Gazety Wyborczej o wszystkim, co się tam dzieje. Ale do rzeczy.

Reporter opowiada o tym zakątku świata, którym jest wyraźnie zafascynowany, poprzez spotkania z ludźmi. Każdy rozdział to inny człowiek. Najczęściej są to zwykli mieszkańcy, czasem spotkani przypadkowo jak Yossi, właściciel podupadłego lokalu w wybudowanym na Pustyni Negew miasteczku Ofakim, czy Said, arabski kupiec ze starego miasta w Jerozolimie, a czasem ktoś, z kim Smoleński umawia się specjalnie, by lepiej zrozumieć. Na przykład Inez, psychiatra z Jerozolimy, która podważa istnienie tak zwanego syndromu jerozolimskiego, czy palestyńska studentka Fatma. Niekiedy reporter rozmawia z osobami powszechnie znanymi jak Etgar Keret czy Ari Folman (Kereta na pewno nie muszę przedstawiać, a Folman to scenarzysta i reżyser m.in. znanego i u nas "Walca z Baszirem"). Jak widać z tego przypadkowego i pobieżnego zestawienia, autor oddaje głos wszystkim stronom konfliktu: mieszkańcom Izraela, Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu. Żydom, Palestyńczykom, osadnikom, zwolennikom i przeciwnikom likwidacji osiedli. Pewnie nikt, kto zamieszkuje te ziemie, nie mógł w tamtym czasie przejść obojętnie obok problemu, który tak rozgrzał izraelskie społeczeństwo. Reporter stara się zachować bezstronność, spojrzeć na konflikt z boku, okiem przybysza niezaangażowanego emocjonalnie, chociaż, jak już wspominałam, na pewno zafascynowanego krajem i jego mieszkańcami. Próbuje zrozumieć racje wszystkich stron i zachować zdrowy rozsądek, co nieraz przychodzi mu z trudem, kiedy słucha żalącego się, rozemocjonowanego rozmówcy. Podobnie jest z czytelnikiem. Kto ma rację i czy w ogóle ktoś ma? Kto ma prawo do tej ziemi? Kto zaczął konflikt? Rozstrzygnąć te dylematy, to często jak odpowiedzieć na pytanie: co było pierwsze: jajko czy kura? Czasem nie zgadzamy się z rozmówcą Smoleńskiego, a innym razem dajemy mu się uwieść i dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że ulegliśmy emocjom i zgubiliśmy gdzieś nasz zdrowy rozsądek.

Jaki obraz zostaje w głowie po przeczytaniu opowieści Smoleńskiego o Izraelu? Konflikt, podział, strach, często nienawiść i zamknięcie na jakiekolwiek argumenty przeciwnika. Oczywistym wydaje się, że podział przebiega między Żydami i Palestyńczykami. To konflikt podstawowy. Ale różnice i emocje, o których wspomniałam, dzielą też społeczeństwo Izraela i społeczeństwo palestyńskie. Myślę, że ta wiedza jest najciekawsza. No bo to, że Żydzi i Palestyńczycy żyją w konflikcie, że się wzajemnie siebie boją (jedni zamachów, drudzy zemsty i pogardy), że są przekonani o swojej racji, że nie dostrzegają bądź bagatelizują popełnione przez siebie błędy, to jasne. Ale to, że oba społeczeństwa też są głęboko podzielone, już niekoniecznie sobie uświadamiamy. Dla Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu czy tych mieszkających w Izraelu mieszkańcy Gazy to taliban. Takie określenie pada kilkakrotnie z różnych ust. Ci z Zachodniego Brzegu nienawidzą Żydów, marzą o swoim państwie (albo przynajmniej o czasach sprzed intifad i muru, który nie dość że poniżył, to jeszcze bardzo utrudnił życie), ale za nic nie chcieliby, żeby ich wymarzona ojczyzna była rządzona przez Hamas. Szczególnie ważne jest to dla kobiet i młodego pokolenia, które nie wyobraża sobie życia w państwie religijnym, owym talibanie. Ale i społeczeństwo Zachodniego Brzegu nie jest jednolite. Podział przebiega między tymi, którzy mieszkają tu od dawna, a tymi, którzy wrócili, kiedy powstała Autonomia Palestyńska zwiedzeni wiarą, że odtąd będzie już tylko lepiej. Niestety nie jest. A społeczeństwo izraelskie? Tu podziałów też nie brakuje, a może jest ich jeszcze więcej. Konflikt o osiedla w Strefie Gazy tylko je wyostrzył. Jak bumerang powraca podział na Żydów i Izraelczyków. Żydzi to według wielu ci, którzy kierują się w swoim życiu motywacją religijną, biblijną. Tę ziemię obiecał im kiedyś Pan, więc ona należy do nich, nie do Palestyńczyków (oczywiście Palestyńczycy udowadniają, że ziemia ta od zawsze była ich). To dlatego zakładają osiedla, dlatego nie wyobrażają sobie, żeby mogli zamieszkać gdziekolwiek indziej. Wszystko tłumaczą w sposób religijny, mistyczny. Dowodem na prawdziwość ich słów są liczne cudowne wypadki mające świadczyć o opiece Pana. Dlaczego osiedla kwitną na jałowej pustyni, a sąsiadująca z nimi ziemia palestyńska nie rodzi nic? To jasne: Pan chce, żeby tu mieszkali Żydzi. Zapominają jednak dodać, że na ten dobrobyt zapracowali też harujący u nich za grosze Palestyńczycy. Dlaczego nikt nie zginął, kiedy na ich osiedle spadły palestyńskie rakiety? Bo Pan chciał ... I tak dalej, i tak dalej. A kogo określa się mianem Izraelczyków? To ci, którzy w swoich działaniach nie kierują się motywacją religijną, co nie znaczy, że są ateistami. Chcą upodobnić Izrael do państw europejskich, sprowadzić tu europejską kulturę, a tak naprawdę mogliby żyć gdziekolwiek, byle wygodnie. Jedni nie dopuszczają nawet myśli o likwidacji osiedli, bo to zamach na rzeczy najświętsze, drudzy są gotowi przynajmniej o tym dyskutować. Ale Smoleński, dostrzegając konieczność likwidacji osiedli, pokazuje też dramat ludzi, którzy muszą opuścić swoje domy i wioski. Szczególnie dotkliwy w wypadku tych, którzy już w nich się urodzili i innego życia nie znają. Ale to nie koniec podziałów. One idą jeszcze głębiej. Mieszkaniec bogatego, europejskiego Tel Awiwu rozumie, że wysiedlanym należy się rekompensata i pomoc w budowaniu nowego życia. Ktoś, kto żyje w zapomnianym przez Boga i ludzi pustynnym miasteczku Ofakim (jeśli, czytelniku tej notki, widziałeś świetny film "Przyjeżdża orkiestra", możesz je sobie doskonale wyobrazić) czy w kibucu niedaleko Strefy Gazy nie rozumie, dlaczego osadnikom należy się pomoc (czytaj wielkie pieniądze), a nikt nie widzi problemów ludzi żyjących w takim Ofakim, nikt nie sypnie groszem, aby je ratować. Dla kibucników, którzy stworzyli kibuc swoją ciężką pracą, osadnicy to nieroby swój dobrobyt zawdzięczający pracy Palestyńczyków, a nie swojej. Dlaczego państwo pomaga im, a nie kibucnikom, którym od lat wiedzie się coraz gorzej? Być może dzisiaj także mieszkańcy wielkich miast mieliby rządowi za złe tę pomoc. Wystarczy przyjrzeć się coweekendowym manifestacjom nazwanym przez prasę serową rewolucją.  Ale na tym podziałów i konfliktów przecież nie koniec. No bo na przykład tacy Rosjanie, którzy zaczęli przybywać do Izraela w latach dziewięćdziesiątych. Wspomniany już Yossi z Ofakim wyleje swoje wszystkie żale i pretensje pod ich adresem, a nienawiść aż w nim buzuje. Tymczasem światły mieszkaniec bogatego, europejskiego Tel Awiwu przyzna, że owszem trochę problemów z Rosjanami jest, ale ile wspaniałego wnieśli ci wszyscy rosyjscy artyści, którzy przybyli tu w ostatnich latach. Kolejne pole konfliktu rozciąga się pomiędzy starszym pokoleniem urodzonym w Erec Izrael, a przybyszami z diaspory. Ci pierwsi uważają się za swoistą arystokrację i gardzą tymi drugimi. Dotyczy to również ocalałych z Holokaustu. Mało?

To najważniejsze tematy poruszane w tym zbiorze reportaży, ale oczywiście nie wszystkie. Sporo pisze Smoleński o polityce. Jego rozmówcy, Żydzi i Palestyńczycy, oceniają swoich przywódców, mówią o rozczarowaniach, ich słabości albo zdradzie. Wiele tu rozważań o idei Izraela i o tym, czy ta idea przez lata przetrwała, a jeśli upadla, to kiedy? Bardzo ciekawe są uwagi o Holokauście będącym jednym ze spoiw narodu izraelskiego. Wiele się ostatnio na ten temat dyskutuje. Niektórzy rozmówcy reportera wskazują na manipulowanie mitem Holokaustu i na jego szkodliwość.

O tym, że reporter jest zafascynowany tym krajem, już wspominałam. Pewnie dlatego ulega  magii miejsca, jego niezwykłości, cudowności czy nawet mistyce. Rozumiem to, bo mimo że i ja dostrzegam skomplikowaną sytuację, mimo że nie oceniam konfliktu żydowsko-palestyńskiego w sposób uproszczony, czarno-biały, nietrudno i mnie pod wpływem lektur (wystarczy przeczytać choćby tylko "Opowieść o miłości i mroku" Amosa Oza) i trzytygodniowej podróży po Izraelu poddać się wrażeniu owej niezwykłości tego kawałka świata, tego, że dzięki szalonej idei powstało coś z niczego. Trzeba przeczytać książkę Smoleńskiego, aby lepiej zrozumieć to, co się dzieje między Izraelem a światem arabskim i nie postrzegać tego problemu jednowymiarowo (źli Żydzi, biedni Palestyńczycy albo odwrotnie). 

piątek, 12 sierpnia 2011
"Kret" Rafaela Lewandowskiego
Jako że żywo interesuje mnie polskie kino, nie mogłam nie obejrzeć "Kreta", fabularnego debiutu Rafaela Lewandowskiego, o którym głośno przy okazji premiery. W Gdyni za rolę drugoplanową w tym filmie nagrodę otrzymał Marian Dziędziel. Nagroda w pełni zasłużona, ale rola drugoplanowa? Dziędziel gra tu jednego z dwóch głównych bohaterów! No ale to tak na marginesie. Targają mną mieszane uczucia. Chyba miałam większe oczekiwania. To nie oznacza, że żałuję. Film na pewno warto zobaczyć. Historię ojca i syna (w tej roli Szyc) ogląda się świetnie, ich losy śledzi się z rosnącym napięciem. Ze zdumieniem jednak przeczytałam w materiałach dystrybutora, że to thriller, co oczywiście niczego filmowi nie ujmuje. Chyba inaczej rozumiem ten termin. Cóż, taka strategia marketingowa. Ale do rzeczy. Na pewno drugą zaletą filmu jest świetne aktorstwo, nie tylko nagrodzonego Mariana Dziędziela. Co w takim razie mi przeszkadza? Nie sposób nie porównywać "Kreta" z "Rysą" Michała Rosy czy "Czeskim błędem" Hrebejka, ponieważ poruszają podobny temat: oskarżenia o współpracę z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa. Moim zdaniem na tle tamtych filmów ten wypada najsłabiej. Brakuje mu zniuansowania, skomplikowania, subtelności, jest po prostu najbardziej jednoznaczny. Tu dość łatwo postawić akcenty, bo film wpisuje się w pewien schemat: jeśli zdradził, to dlatego że znalazł się w potrzasku; nie był draniem, zmusiła go do tego sytuacja. Oczywiście broniąc "Kreta", można przywołać argumenty, że to nie film o lustracji, ale o czymś więcej. To prawda, niemniej jednak nie sposób pominąć tej tematyki, bo w taki kontekst wpisał reżyser, zarazem współscenarzysta, losy swoich bohaterów. Ale moje największe zastrzeżenia budzi zakończenie, którego ze zrozumiałych względów nie zdradzę. Końcówka filmu wydaje mi się zupełnie puszczona, nieprzemyślana, a przez to nieprawdopodobna! Scenarzyści postawili jednego z dwóch głównych bohaterów w pewnej krańcowej sytuacji, a potem przemknęli nad nią, jakby nic się nie stało! W tym wypadku przeczy to logice rzeczywistości, jest po prostu kompletnie nieprawdopodobne! A po szczegóły, jak zwykle w części dalszej, odsyłam tych, którzy film już widzieli.
sobota, 06 sierpnia 2011
"Królestwo zwierząt", poruszający film z Australii.
Tym razem nie będzie o nowości. Ten australijski film miał swoją premierę w grudniu 2011. Właściwie nie wiem, dlaczego go wtedy nie obejrzałam, pamiętam dobre recenzje. Może natłok innych nowości? A może zniechęciła mnie tematyka: gangsterski świat Melbourne, porachunki z policją. Cóż, w każdym razie film przegapiłam, ale teraz nieoczekiwanie udało mi się nadrobić zaległości dzięki wakacyjnemu przeglądowi, jaki corocznie odbywa się w moim ulubionym kinie. Jeśli ktoś nie widział, warto poszukać i obejrzeć. To świetne kino! Film trzyma w napięciu do ostatniej minuty, zaskakuje zwrotami akcji do samego finału. Jest znakomicie zagrany (szczególnie rola Jamesa Frechevilla, odtwórcy głównego bohatera, siedemnastoletniego Josha, zapada w pamięć, ale nie tylko ta). To wszystko jednak nie popchnęłoby mnie do pisania o filmie, który miał swoją premierę kilka miesięcy temu, tym bardziej, że rozgrywki pomiędzy policjantami a gangsterami to w kinie temat ograny. (Ale czy jest jakiś nieograny?) Tu dostajemy znacznie więcej: sytuacja bez wyjścia, tym tragiczniejsza, że dotyczy siedemnastolatka; zło, które dotyka przypadkowych ludzi; zdeprawowany świat bez skrupułów; demoniczni bohaterowie. Ale przede wszystkim główny bohater, od którego nie można oderwać oczu. Trudno zapomnieć o tym, jak miota się, szukając rozwiązania. Na mnie mieszanka tych wszystkich elementów zrobiła duże wrażenie. Na pewno, czytelniku tej notki, zorientowałeś się, że nie jest to film optymistyczny. Nie mylisz się. Kto się nie boi takiego kina, powinien koniecznie "Królestwo zwierząt" zobaczyć. Kto widział, może przeczytać ciąg dalszy.