Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
czwartek, 29 sierpnia 2013
"Blue Jasmine" Woody Allena
Z umiarkowaną niecierpliwością czekałam na najnowszy film Woody Allena "Blue Jasmine". Mój ulubiony reżyser, odkąd zaczął kręcić w Europie, przyzwyczaił mnie do tego, że złotą erę ma już za sobą. Wyjątkiem było "Co nas kręci, co nas podnieca", ale to przecież powrót do Stanów i do starego scenariusza wyciągniętego z szuflady. Oczywiście wśród jego europejskich dokonań obok słabych ("O północy w Paryżu", "Scoop - Gorący temat") były i lepsze ("Wszystko gra", "Poznasz przystojnego bruneta"), ale generalnie niedobrze się działo. Miałam wrażenie, że Allen w Europie kręci gorsze wersje swoich dawnych filmów ("Wszystko gra" to echo jednego z moich ulubionych, "Zbrodni i wykroczeń") albo za pieniądze miast wyłożone na produkcję robi im reklamę ("Zakochani w Rzymie"). Dlatego z dużą nieufnością podchodziłam do entuzjastycznych (no, może bardzo dobrych) recenzji "Blue Jasmine". Czyż poprzednie nie były komplementowane na wyrost (albo dla przyciągnięcia widowni)? Ale na szczęście tym razem jest inaczej. Na pewno to nie powrót do złotej ery nowojorskiej, ale ja film obejrzałam z dużym zainteresowaniem, zaryzykuję stwierdzenie, że jednym tchem. W ogromnej mierze, może nawet największej, jest to zasługa aktorstwa. Cate Blanchett gra rewelacyjnie, oczu od niej oderwać nie można. Ale ma godną siebie partnerkę w osobie Sally Hawkins, a i kilku panów spisuje się znakomicie. Gdyby nie aktorski popis (w dobrym tego słowa znaczeniu), film o dwóch niezbyt bliskich sobie siostrach nie robiłby aż takiego wrażenia. Nic tak nie służy Woody Allenowi jak Stany. Nawet kiedy porzuca swój ukochany Nowy Jork dla San Fransisco. To oczywiście moja opinia. Znam takich, którym bardzo podobało się "O północy w Paryżu" (ja się wynudziłam), a wychodząc z "Blue Jasmine", słyszałam marudzenie. Na koniec, tak na wszelki wypadek, uprzedzę, że najnowszy film Allena nie jest ironiczną, kpiarską komedią. Owszem, kilka razy można się uśmiechnąć, ale świat pokazany na ekranie optymizmem nie napawa. Nie jest to dzieło smutne do bólu jak niegdyś "Wrzesień", ale jednak. To tyle tytułem wstępu, a dla tych, którzy już "Blue Jasmine" widzieli, jest ciąg dalszy.
środa, 21 sierpnia 2013
Jerzy Pilch "Moje pierwsze samobójstwo", "Miasto utrapienia"

Nie raz, nie dwa w tych zapiskach zwierzałam się, że z rzadka sięgam po polską współczesną beletrystykę. Nie, to nie wynika z żadnego ortodoksyjnego założenia (mam znajomego kinomana, który z zasady nie ogląda filmów amerykańskich), po prostu niezbyt często znajduję coś dla siebie. Dlatego pewnie, może wstyd się przyznać, nie przeczytałam żadnej książki Jerzego Pilcha. Autor nie jest mi obcy. Lubię jego felietony, pilnie czytam wywiady, których udziela, bawi mnie jego charakterystyczny, rozpoznawalny styl, ale dotąd nie przeczytałam żadnej powieści, tym bardziej żadnego opowiadania. A dziś będzie aż o dwóch  książkach Pilcha: zbiorze opowiadań (!) "Moje pierwsze samobójstwo" (Świat Książki 2006) i powieści "Miasto utrapienia" (Świat Książki 2004). Cóż się nagle stało, że oddałam się lekturze i to aż dwóch książek pisarza? Przyczyna jest banalna. Chcę przeczytać najnowszą powieść Pilcha, bardzo chwaloną. Nie, nie dlatego że chwalona, przecież nie czytam wszystkiego, nad czym rozpływają się krytycy, po prostu temat mnie zainteresował. A że, jak słyszę, jest to rzecz poważna, całkiem serio, o najważniejszych problemach egzystencjalnych traktująca, postanowiłam nie zaczynać znajomości z prozą Pilcha od jego opus magnum. Chciałam przeczytać najpierw typową dla jego twórczości powieść. Poprosiłam znawców pisarza o wskazanie mi najlepszej (nie jestem pewna, czy nie zaszła pomyłka, kto inny radził, kto inny pożyczał, ale w końcu nie ma to wielkiego znaczenia), ale ponieważ wyjeżdżałam w podróż, na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" (dawno odkryłam, że w podróży najlepiej sprawdzają się krótkie, zamknięte formy). "Miasto utrapienia" przeczytałam zaraz po powrocie. Rozpisałam się, czas przejść do sedna.

Ale na początek jeszcze jedna uwaga. Odkąd prowadzę te notatki, ile razy przeczytam coś klasycznego (a przecież Pilch jest już takim współczesnym klasykiem), zawsze zastanawiam się, czy warto pisać o tym, co wszyscy świetnie znają (Tak było z "Blaszanym bębenkiem" Grassa. Przeczytałam, nie napisałam.). Oczywiście z tymi wszystkimi nieco przesadzam, niemniej wątpliwości mnie nie opuszczają. Mimo tego tym razem zamierzam podzielić się swoimi wrażeniami z lektury. Kto, tak jak ja, zaczął znajomość z twórczością pisarza od felietonów i wywiadów, ten pewnie mniej więcej wie, czego spodziewać się po jego beletrystyce. Przede wszystkim tego samego, rozpoznawalnego, barwnego, dowcipno-ironicznego stylu, charakterystycznej frazy (to modne słówko jest chyba jednym z ulubionych słów pisarza). Potem opowieści, bo opowieść to żywioł Pilcha. A wreszcie możemy być pewni, że na kartach książki spotkamy mniej lub bardziej literacko przetworzonych jego krewnych, przyjaciół rodziny, znajomych, jego Wisłę (czasem dla niepoznaki nazwaną inaczej), jego Kraków i jego Warszawę. Pilch garściami czerpie ze swojego życia, szczególną kopalnią literackich tematów jest rodzinna Wisła, babka Czyżowa, dziadek Czyż, nie zapomina też o rodzicach i wszystkich tych, którzy przewijali się przez kuchnię domu dziadków. No i oczywiście kobiety, szczególnie arcylaski, jak je nazywa. Tak jest i tym razem.

W zbiorze opowiadań "Moje pierwsze samobójstwo" nawet narrator to alter ego autora. Mieszkający w Warszawie pisarz, który przekroczył już smugę cienia, snuje swoje opowieści. Najczęściej zabawne, czasem tak śmieszne, że zaśmiewałam się w głos, ale są i poważne w tonie. Bywa też, że to, co zaczyna się lekko, kończy się całkiem serio. Szczególnie, kiedy narrator pisze o przeszłości, której już nie ma, o przemijaniu, śmierci, tęsknocie za tym, co bezpowrotnie odeszło.  No i oczywiście jest wszystko to, o czym wspominałam. Rozmaite arcylaski: a to najpiękniejsza kobieta świata, a to początkująca piosenkarka w jaszczurczo-zielonej sukni, a to pierwsza miłość, Gocha, i jeszcze inne. Jest oczywiście babka, która w tym zbiorze nazywa się Pechowa, i jej drugi mąż, dziadek Pech, są rodzice, zwani starymi, rozmaici bywalcy wielkiej kuchni w starym wiślańskim domu, którego podwórko wyłożone było rzecznymi kamieniami, są przyjaciele z czasów dzieciństwa i z czasów studenckich. Jest Wisła, jest rodzinna przeprowadzka do Krakowa, jest wreszcie Warszawa. No i oczywiście, jakbym mogła zapomnieć, miłość do piłki nożnej, a szczególnie do jednej z krakowskich drużyn. Ale najważniejsza jest wywiedziona z hrabalowskiego ducha opowieść, poprzetykana rozmaitymi dygresjami, jednak zawsze zmierzająca do puenty. Momentami przypominała mi moją ukochaną książkę innego czeskiego pisarza, Skvoreckiego "Opowieści inżyniera ludzkich dusz" (rzecz jasna Pilch to jednak nie Skvorecky). Muszę przyznać, że opowiadania z tomu "Moje pierwsze samobójstwo" czytałam z dużą przyjemnością. Ratowały mnie przed nieuchronną melancholią, jaka z rzadka, ale jednak, dopada samotnego podróżnika, także wtedy, gdy moja wędrówka osiadała na mieliźnie (też z rzadka, ale jednak). Oczywiście nie wszystkie opowiadania są równie dobre, ze dwa mnie nieco nudziły, ale w sumie naprawdę przyjemna lektura.

Inaczej rzecz ma się z powieścią. I tu odnajdziemy ulubione motywy pisarza, nie będę się powtarzać  (Wisłę rozpoznamy w Granatowych Górach, rodzinnej miejscowości narratora, babka ma tu na imię Joanna, a dziadek to Jan Nepomucen Wojewoda). Bez trudu rozpoznamy też znak rozpoznawczy, charakterystyczny styl (czasem mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie jego książek mówią Pilchem). Jest to historia na poły kryminalna, na poły sensacyjna o tym, jak to narrator, młody student prawa obsesyjnie oceniający laski w punktowej skali do jedenastu (chyba), pewnego dnia odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność: słyszy to, czego zwykły człowiek usłyszeć nie potrafi. Zaczyna się od rozpoznawania z wystukiwanych dźwięków pinów do kart bankomatowych. A potem wracają do niego słyszane i wyobrażone rozmowy i opowieści. I znowu gawęda jest najważniejszym żywiołem. Akcja w każdym rozdziale przerywana jest jakąś historią, a to rodzinną, a to szkolną, a jeśli nie opowiada narrator, to robią to ludzie, których spotyka, szczególnie wiele jest opowieści Konstancji (nietrudno zgadnąć, kim jest). Niektóre historie są naprawdę przednie. Moją ulubioną jest opowieść o tym, jak to w Granatowych Górach rozeszła się pogłoska, że wkrótce zamieszka tam sam ojciec święty (Jan Paweł II, rzecz jasna), który zamierza opuścić Watykan i spędzić swe ostatnie lata właśnie w Granatowych Górach, bo podobno jeździł tu kiedyś na nartach. Oczywiście wszystko w największej tajemnicy. Początkowo na mieszkańców pada blady strach, no bo przecież trzeba będzie wreszcie zacząć żyć po Bożemu, ale szybko dochodzą do wniosku, że skoro papież zamieszka w Granatowych Górach incognito, to tym bardziej należało będzie żyć po staremu, aby tajemnica się nie wydała. Opowieść jest pyszna, pysznie, brawurowo napisana, obnaża nasz powierzchowny katolicyzm. Trzeba jednak zauważyć, że Pilch pochyla się nad wadami rodaków z sympatią. Owszem, czyni je przedmiotem kpin, satyry, ale nie chłoszcze batem, nie kipi nienawiścią, ma zrozumienie dla ludzkich przywar (sam zresztą do swoich publicznie lubi się przyznawać). Ale obok takich fantastycznie opowiedzianych kawałków, jest też wiele zwyczajnie nużących. Zaliczę do nich przede wszystkim niektóre opowieści Konstancji. W końcu ileż można czytać o jej dziwacznych związkach z facetami. Ale nie to przeszkadzało mi najbardziej. Ostatecznie przecież powieść czytało się dobrze. Moje podstawowe rozczarowanie sprowadza się wątpliwości: o czym właściwie jest "Miasto utrapienia"? Ta powieść rozpada mi się na kawałki, na osobne historie, nie umiem znaleźć w niej spoiwa, nie potrafię dokonać syntezy. Ale może to moja słabość? Może tym razem okazałam się czytelnikiem nie dość przenikliwym i pojętnym? A może tak miało po prostu być? Może takie są wszystkie powieści Pilcha? Nie wiem, sprawdzę. Bo mimo wszystko nie zniechęciłam się. Wkrótce sięgnę po najnowszą powieść pisarza, w końcu to od niej moja przygoda z jego beletrystyką się zaczęła, a za jakiś czas pewnie wrócę do tych dawniejszych. Wytypowałam sobie dwie. No ale kiedy to nastąpi, trudno przewidzieć, bo półka z książkami oczekującymi pęka w szwach.

wtorek, 20 sierpnia 2013
"Książę nie z tej bajki"

Jakoś tak chyłkiem, bez większej reklamy wszedł do kin najnowszy film francuskiej aktorki, reżyserki i scenarzystki, Agnes Jaoui. Jeśli ktoś nie kojarzy nazwiska, spieszę wyjaśnić, że to ona nakręciła "Opowiedz mi o deszczu" i "Popatrz na mnie". Dalej nie wiadomo, o kogo chodzi? Nie dziwię się, bo i ja, chociaż te filmy doskonale pamiętam i lubię, bez sprawdzenia u źródła tytułów też nie potrafiłabym wymienić. Ale kiedy napiszę, że najsłynniejszym obrazem Jaoui są "Gusta i guściki", pewnie większość natychmiast krzyknie eureka! Bardzo lubię jej filmy, szczególnie ostatni z wymienionych i "Popatrz na mnie", jasne więc było, że i ten muszę zobaczyć. Trochę jednak mi zeszło, zanim dotarłam, no ale w końcu obejrzałam i dzielę się wrażeniami.

"Księcia nie z tej bajki" obejrzałam z przyjemnością, chociaż nie jest to oczywiście dzieło wybitne. Można powiedzieć, że Agnes Jaoui, jak Woody Allen, stale kręci ten sam film. Mądre kino obyczajowe o zawiedzionych uczuciach, relacjach między dorastającymi dziećmi a rodzicami, wyborach drogi życiowej, egoizmie, samotności i przełamywaniu siebie. Wybiera też stale podobnych bohaterów. To bufonowaci, egoistyczni biznesmeni, artyści spełnieni lub nie albo tacy, którzy dopiero marzą o artystycznym sukcesie, i oczywiście zwykli ludzie, a to barmanka czy ochroniarz ("Gusta i guściki"), a to gospodyni domowa ("Opowiedz mi o deszczu"). Takich znaków rozpoznawczych jej kina jest jeszcze kilka. Wyrazista muzyka, często utwory klasyczne, ale przede wszystkim Jean-Pierre Bacri w jednej z głównych męskich ról. Samą Agnes Jaoui również za każdym razem możemy zobaczyć na ekranie. Zawsze też ta para wspólnie podpisuje scenariusze do reżyserowanych przez nią filmów.

To wszystko odnajdziemy także w "Księciu nie z tej bajki". Jest tu młody, skonfliktowany z ojcem kompozytor marzący o sukcesie. Jest młoda, piękna, naiwna dziewczyna, córka bogatego biznesmena, tęskniąca za miłością. Jest niespełniona, nieco zwariowana aktorka. Jest galeria nieszczęśliwych bohaterów marzących o ... miłości oczywiście albo przynajmniej o bliskości. Nie ma tu wielkich tragedii, ot codzienne nieszczęścia, które potrafią boleć. To, co odróżnia ten film od poprzednich, to zabawa motywami baśniowymi, traktowanymi dosłownie albo z przymrużeniem oka, na wspak. Bo jest to opowieść o dziewczynie, która marzy o swoim księciu z bajki. Raz zobaczymy ją we wcieleniu czerwonego kapturka, innym razem jako śpiącą królewnę, jest i wilk, i przewrotny książę, i wywrócony na nice Kopciuszek, i wiele innych znanych nam doskonale z różnych baśni motywów. Wszystko inteligentne i zabawne. Nawet obraz bywa stylizowany na baśniowy, a jedna z bohaterek swoim strojem, nie tylko, przypomina postać jakby żywcem wyjętą z baśni.

Nie jest to oczywiście ani nic wielkiego, ani nawet film rangi "Gustów czy guścików", ale, jak przed chwilą wspomniałam, inteligentny, trochę zabawny, trochę smutny film obyczajowy rozgrywany w przyjemnych dekoracjach. Jeśli ktoś lubi takie kino, przynajmniej od czasu do czasu, jeśli ktoś lubi Agnes Jaoui w roli reżyserki, aktorki i scenarzystki, jeśli ktoś lubi jej filmowego partnera, charakterystycznego Jeana-Pierra Bacri, może śmiało wybrać się do kina.

czwartek, 15 sierpnia 2013
Peter Hessler "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach"

Po przeczytaniu znakomitej książki Liao Yiwu "Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych" nabrałam ochoty na kolejne opowieści o Chinach. Szybko nadarzyła się okazja. Chociaż w moim pięknie oprawionym zeszycie, w którym między innymi mam długą listę książek wartych przeczytania, zapisałam sobie kiedyś kilka tytułów wydanych już jakiś czas temu, to sięgnęłam po nowość: reportaż Petera Hesslera "Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach" (Czarne 2013; przełożył Jakub Jedliński). Kupiłam przed wakacjami, miałam wielka ochotę przeczytać natychmiast, ale przed podróżą już nie zdążyłam, ponieważ książka jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Hessler, amerykański dziennikarz i pisarz, mieszkał w Chinach przez wiele lat. W 2001 roku postanowił zdobyć chińskie prawo jazdy, aby zacząć podróżować po kraju i dokumentować przemiany, jakie w nim zachodzą. Kiedy zaczynał swoją przygodę, motoryzacja dopiero raczkowała. Niewielu Chińczyków posiadało prawo jazdy, niewielu miało własne samochody, a i sieć dróg pozostawiała wiele do życzenia. Dlatego początkowo podróżował sobie Hessler wypożyczonym samochodem po drogach, a jeszcze częściej po bezdrożach, z rzadka tylko spotykając jakieś inne pojazdy. Jako cudzoziemiec, a tym bardziej cudzoziemiec za kierownicą, budził spore zdumienie i zainteresowanie. Szczególnie, że na początek wybrał sobie tereny raczej odludne: peregrynował na wschód od Pekinu, zahaczając aż o Mongolię Wewnętrzną (łatwo zgadnąć, skąd taka nazwa), a wszystko po to, aby szukać śladów Wielkiego Muru. Bywało, że błądził, a samochód zakopywał się w piaskach. Chociaż samochody, motoryzacyjne perypetie, tytułowe drogi i bezdroża, a z czasem nowe autostrady stale są obecne w książce, to jednak tytuł jest nieco mylący. Książka składa się z trzech części: Mur, Wieś, Fabryka i tylko pierwsza z nich w ścisłym znaczeniu tego słowa traktuje o podróży. Druga jest opowieścią o tym, jak autor razem ze swą przyjaciółką postanawia wynająć na chińskiej wsi dom i przyjeżdżać tam na weekendy, rzecz w tamtym czasie (rok 2002) w Chinach zupełnie egzotyczna. Przez całe lata, aż do powrotu do Stanów, co nastąpiło w roku 2007, Hessler przygląda się i dokumentuje, jak zmienia się chińska wieś. Na laboratorium wybrał sobie  położoną na północ od Pekinu w górach Jundu, zapomnianą przez wszystkich, opuszczoną przez młodych wioskę Sancha. Wreszcie część trzecia to, jak łatwo się domyślić, opowieść o fabryce. Tym razem amerykański reporter penetruje południe Chin. Region, gdzie wraz z budową nowych dróg w okolicznych miastach władza tworzy specjalne strefy ekonomiczne, w których z niczego w błyskawicznym tempie powstają nowe fabryki. Przez lata autor przygląda się jednej z nich, fabryce w mieście Lishui produkującej, uwaga, uwaga, tylko dwa przedmioty: kółka do biustonoszy i druty usztywniające tę część damskiej garderoby. Towarzyszy jej od narodzin do czasu, kiedy właściciele postanawiają przenieść ją w inne miejsce.

Książka Hesslera to bardzo ciekawa opowieść o współczesnych Chinach i ich mieszkańcach. Autor zatrzymał w kadrze swoich reportaży gwałtowne procesy, które przeorały chińską rzeczywistość, zmieniły ludzi i obyczaje. Bo jasne jest, że nie da się opowiadać o kraju, nie mówiąc o ludziach. W pierwszej części są to spotykani na drogach autostopowicze głaszczący niewidzialne psy (w taki obrazowy sposób Hessler wyjaśnia, jakim gestem w Chinach zatrzymuje się samochody; to jedna z miliona różnic dzieląca Chińczyków i mieszkańców Europy czy Ameryki). Łapią okazję, aby dostać się z okolicznych miast, do których wyjechali w poszukiwaniu pracy, do swej rodzinnej wioski, gdzie zostawili rodziców, a nierzadko dzieci. Korzystają z autostopu, bo komunikacja zbiorowa marna. Rozmawia też z kierowcami ciężarówek, mieszkańcami małych miasteczek prowadzącymi z powodzeniem lub bez swoje małe biznesy, starcami, którzy pozostali w opuszczonych przez młodych wsiach, pasjonatami historii Wielkiego Muru i wielu, wielu innymi. Druga część to spotkanie z mieszkańcami Sanchy, górskiej wioski, gdzie pisarz wynajął dom. Przede wszystkim historia jednej rodziny, z która stała mu się bardzo bliska. Hessler opowiada o Wei Ziqi, jego żonie i synku. Jak przez mikroskop przygląda się swojemu rówieśnikowi, który jako jeden z nielicznych trzydziestolatków został we wsi i stale wierzył w swoją szansę właśnie tu, a nie w mieście, którego nie lubił. Dzięki przemianom obyczajów związanym z gwałtownym rozwojem motoryzacji (chińska klasa średnia zaczęła robić prawo jazdy, aby podróżować kupowanymi samochodami i spędzać weekendy na łonie przyrody) taką szansę otrzymał i wykorzystał. Ale to nie tylko optymistyczna opowieść o człowieku, który spełnił swoje marzenia. Hessler pokazuje też negatywny wpływ zachodzących zmian na życie Wei Ziqi i jego rodziny. Oczywiście to nie jedyni bohaterowie tej części. Autor przygląda się całej wiejskiej społeczności, międzyludzkim relacjom, wzajemnym powiązaniom, zależnościom, zawiściom, przyjaźniom czy niechęciom. Nie tylko jego przyjaciel, ale cała, niegdyś skazana na wymarcie, wieś dzięki swojemu położeniu zyskała drugą szansę. Jednak zmiany, jakie w szybkim tempie zachodzą, jak to bywa, mają też koszty. I wreszcie w trzeciej części Hessler opowiada o swoich spotkaniach z ludźmi zamieszkującymi specjalne strefy ekonomiczne: właścicielami powstających fabryk, pracującymi w nich majstrami i robotnikami, właścicielami drobnych biznesów (straganów, sklepików, restauracji), robotnikami równającymi góry pod budowę nowych dróg i wieloma innymi. To chyba najciekawszy rozdział książki. Pokazuje, w jakim tempie powstaje coś z niczego (dosłownie): dzielnica, fabryka, miasto, autostrada. Hessler objaśnia ekonomiczne i społeczne mechanizmy, które to umożliwiają. Na mnie największe wrażenie zrobiła niezwykła energia ludzi, najczęściej pochodzących ze wsi, bez wykształcenia, którzy stopniowo dzięki optymizmowi, niezwykłej wytrwałości i cierpliwości, zaczynając od pracy za grosze, pną się w społecznej hierarchii. Najwytrwalsi, najzdolniejsi i ci, którym najbardziej szczęście sprzyja, zostają właścicielami fabryk. Migracja nie tylko ze wsi do miast, ale po prostu z miejsca na miejsce, to dla nich rzecz całkiem zwyczajna. A jeśli się nie powiedzie, jeśli zbankrutują? Cóż, nie rwą włosów z głowy, przyjmują to ze stoickim spokojem i bywa, zaczynają od nowa. Takie cechy można podziwiać. Ale ci sami ludzie kierują się w swoim pędzie do celu niekoniecznie tylko tym, co szlachetne. Są cyniczni, bezwzględni, nielojalni, podstępni i nie widzą w tym nic złego. To dla nich normalny sposób postępowania w biznesie. Ale robią to na swój odrębny, chiński sposób. Jest w tym cynizmie, bezwzględności, nielojalności coś innego niż u nas. To różnica subtelna, niemal nieuchwytna, na pewno nieobjaśnialna. Aby zrozumieć, trzeba książkę przeczytać. Hessler jest zafascynowany rozwojem, tym tworzeniem czegoś z niczego. Zastanawia się, jak to możliwe, że to wszystko działa właśnie tak: coś z niczego stwarzają ludzie bez wykształcenia, w pośpiechu i często na wariackich papierach, w sposób dla  Europejczyków czy Amerykanów zupełnie niezrozumiały. Ale pokazuje też niebezpieczeństwa takiej drogi: chińska gospodarka najczęściej dostarcza tylko elementy do większej całości, owe kółka do biustonoszy, albo produkuje tandetę. Bez innowacyjności i kreatywności dalszy szybki rozwój nie będzie możliwy. Jest też w tej trzeciej, najciekawszej części książki, wiele informacji działających na wyobraźnię, ot na przykład taka, że w jednym z miast tego regionu w kilku fabrykach produkuje się siedemdziesiąt procent wszystkich zapalniczek na świecie (!), z innego pochodzi jedna trzecia światowej produkcji skarpetek (!). A w specjalnie stworzonej artystycznej wiosce malarze masowo produkują na przykład widoki Wenecji, którymi potem w europejskich miastach handluje się w sklepach z pamiątkami. Pewnie w taki sam sposób powstają inne nikomu niepotrzebne, wątpliwej urody przedmioty, jakie można dostać wszędzie tam, gdzie są turyści. Na przykład sprzedawane na chodnikach przez uciekinierów z Afryki obrzydliwe, kolorowe gluty, które ciśnięte o ziemię najpierw rozpłaszczają się, a potem przyklejają do podłoża. Dlaczego ludzie są zmuszeni w tak bezsensowny sposób zarabiać na życie? Dlaczego nie mogą sprzedawać czegoś użytecznego i ładnego? Jak to działa? Kto to kupuje? Zawsze się nad tym zastanawiam, obserwując takie sceny. No ale odbiegłam od tematu.

Czas już kończyć, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dodała jeszcze, że książka Petera Hesslera to naprawdę niezwykle ciekawa opowieść o błyskawicznie rozwijającym się kraju, tak bardzo kulturowo różnym od tego, co znają Europejczycy czy Amerykanie. Mnóstwo tu ciekawych informacji, począwszy od chińskiej historii, przez Wielki Mur (autor obala mity na jego temat i wyjaśnia, czym tak naprawdę był i jak wygląda; dla mnie wiadomości całkowicie nowe) po opowieści o tym, jak wyglądają chińskie kursy prawa jazdy czy jak jeżdżą chińscy kierowcy. Widoczny na zdjęciu znajdującym się na okładce wycięty z kartonu policjant, który stoi przy drodze, to też jedna z takich pasjonujących osobliwości. A przecież to nie wszystko. Właściwie miałam nieco poutyskiwać na nużący mnie zalew informacji motoryzacyjnych najobficiej występujący w pierwszej części (Nic mnie tak nie nudzi jak motoryzacja! Jedyna audycja, jakiej nie jestem w stanie wysłuchać w moim ulubionym radiu, dotyczy  motoryzacji właśnie.), ale w końcu postanowiłam to autorowi wybaczyć.

Trzeba oczywiście mieć świadomość, że w swoim reportażu Hessler prawie zupełnie pomija problem łamania praw człowieka. Nie o tym jest ta książka. Czytając ją, do czego namawiam, i podziwiając chiński skok gospodarczy, pamiętajmy jednak, że Chiny mają swoje bardzo ciemne oblicze. Aby je poznać, warto sięgnąć do książki Liao Yiwu, od której zaczęłam tę opowieść (i oczywiście do innych, których nie znam).

środa, 07 sierpnia 2013
Philip Roth "Upokorzenie"

Kolejny Roth, tym razem "Upokorzenie" (Czytelnik 2011; przełożyła Jolanta Kozak). Niewielka książeczka wydana w serii Nike, tak cienka i delikatna, że w czasie lektury momentami miałam wrażenie, iż mam puste ręce. Chciałoby się poczuć w dłoniach jej ciężar. Piszę o tym, bo być może właśnie jej  mizerny rozmiar sprawił, że autor nie nabrał rozpędu, nie wszedł w temat dość głęboko, jednym słowem zabrakło rozmachu potrzebnego do tego, aby czytelnik przejął się historią  Simona Axlera, wybitnego aktora teatralnego po sześćdziesiątce, który nagle kładzie dwie role z rzędu, załamuje się i wycofuje z życia. Tak, to niewątpliwie słabsza książka Rotha, na pewno najsłabsza z pięciu, które dotąd przeczytałam. Nie zniechęca mnie to jednak do dalszego, systematycznego odzyskiwania amerykańskiego pisarza. Wiadomo, jeśli napisało się tak dużo powieści, nie wszystkie będą wybitne czy choćby bardzo dobre. Dlatego na mojej półce czeka ostatnia z prezentowego pakietu choinkowego, a wkrótce, też w prezencie, dostanę aż cztery kolejne starannie wybrane. A teraz o "Upokorzeniu", pewnie krócej niż zwykle, bo przemyśleń i wrażeń nie ma tak wiele.

To kolejna książka Rotha o starości. Nie mogę uciec od porównań do mojej przedostatniej rothowskiej lektury, znakomitej powieści "Duch wychodzi". Historia starego pisarza Nathana Zuckermana, który pod wpływem nagłego uczucia do młodej kobiety wychodzi ze swojej samotni, naprawdę porusza. Kontrast pomiędzy młodym wnętrzem, a starzejącym się ciałem pokazuje tragedię człowieka u schyłku życia. Uniwersalny, egzystencjalny temat. Oczywiście to nie wszystko, bo "Duch wychodzi" jest nie tylko o starości, ale o tym już przecież obszernie pisałam, a tematem tej notki jest wszakże "Upokorzenie". I tu także, jak wspominałam, mamy starzejącego się człowieka, chociaż o dziesięć lat młodszego od Zuckermana. Może dlatego nie tyle starość jest tematem książki, a twórczy kryzys. Simon Axler nie potrafi podnieść się po klęsce swoich dwóch ostatnich ról, wycofuje się ze sceny, nie chce słyszeć o żadnych nowych propozycjach, nie ma w sobie sił na podjęcie kolejnych wyzwań, przechodzi nawet załamanie nerwowe i spędza miesiąc w ekskluzywnej klinice psychiatrycznej. Muszę szczerze wyznać, że ta pierwsza część powieści raczej mnie nużyła. Nie potrafiłam przejąć się losem opuszczonego bohatera, którego dotykają kolejne niepowodzenia, nie poruszały mnie też rozważania o samobójstwie (Simon spotyka w szpitalu niedoszłych samobójców) ani nawet historia młodej kobiety, która nie potrafi poradzić sobie z odkryciem, że mąż molestował jej córeczkę. Ożywiło mnie dopiero to, co nastąpiło potem. Otóż nieoczekiwanie w życie Simona wkracza kobieta, młodsza od niego o ponad dwadzieścia lat, nieco zwariowana córka jego dawnych przyjaciół. Pegeen, bo tak ma na imię, dotąd żyła z kobietami, teraz, nieoczekiwanie dla siebie, wiąże się z Axlerem. Nowy związek, seks, przekraczanie granic dają napęd do życia. Simon stwarza Pegeen na nowo, jednak tylko w sferze fizycznej. Uczy ją seksu z mężczyzną i kupuje nowe, kosztowne stroje. Ale jego partnerka pozwala mu na zmiany tylko w ograniczonym zakresie. Szybko okaże się, że przemiana dotyka wyłącznie jej nowego imagu, nawet w sferze seksualnej to ona zaczyna stawiać warunki, a jej duch w ogóle nie daje się kontrolować. Oboje muszą rozstrzygnąć dylemat: czy warto ryzykować  i angażować się w nowy związek,  nowe uczucie. Simon boi się, nie chce cierpieć. Jest za bardzo doświadczony, aby powiedzieć sobie: trudno, może będzie bolało, ale najpierw przeżyję kolejną miłość, więc warto. Nie ma przecież żadnej pewności, że Pegeen z nim wytrwa. Wszak nie chodzi tylko o różnicę wieku, ale także o jej przeszłość. Czy potrafi związać się z mężczyzną? Czy nie ucieknie do kobiety? Pegeen z kolei nie umie zerwać więzi z rodzicami, którzy robią wszystko, aby odciągnąć ją od Simona. Bo dużo starszy, bo przeszedł załamanie nerwowe. Jaka naprawdę jest? Taka, jaką widzi ją Simon czy taka, jaką przedstawia ją jej ostatnia, zraniona przez nią, kochanka. Mimo że narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, świat poznajemy tylko z perspektywy Simona. Nie wiemy, co naprawdę robi i myśli Pegeen. Nasza wiedza jest jego wiedzą. Czy to modliszka, która niszczy swoje kolejne ofiary? Czy kobieta w drodze, stale szukająca nowych wrażeń? Właściwie dlaczego nagle zjawia się w jego domu? Simon cały czas pozostaje aktorem. O życiu zaczyna myśleć jak o roli. Aby rozwiązać swoje problemy, potrzebuje odwagi. Szuka jej, z jednej strony inspirując się zachowaniem innych, z drugiej traktując to, co robi, jak zadanie aktorskie. Czy gra wielką rolę czy jest tylko kabotynem? Dwa spotkania, dwie kobiety zaważą na jego przyszłości. I o tym też jest ta książka. O spotkaniu, które może człowieka zbudować na nowo albo zniszczyć.

Mogłabym pewnie jeszcze tak przez chwilę snuć swoje rozważania, to wszystko jednak nie zmienia faktu, że "Upokorzenie" nie jest powieścią porywającą. Każdą historię już przecież opowiedziano i dlatego liczy się przeżycie. Albo autor potrafi tak sprzedać swoją story, żeby wznieść ją na wyższe piętro i poruszyć czytelnika, a nawet nim wstrząsnąć, albo pozostawi go obojętnym. Tak niestety było tym razem. Nie obrażam się jednak na Rotha, bo zawdzięczam mu wiele wrażeń i, jeśli wierzyć krytykom, wszystko jeszcze przede mną. Czekają na mnie kolejne powieści amerykańskiego pisarza uznawane za wybitne czy przynajmniej bardzo dobre. Za jakiś czas sięgnę po kolejną.