Kategorie: Wszystkie | Film | Literatura | Na marginesie
RSS
środa, 27 sierpnia 2014
Ed Vulliamy "Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy"

Do książki brytyjskiego dziennikarza i reportera, Eda Vulliami'ego, "Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy" (Czarne 2012; przełożył Janusz Ochab)  zabierałam się bardzo długo, mimo że od razu wiele o niej mówiono i pisano, a jej sławę przypieczętowała Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego, którą dostała rok temu. To zmobilizowało mnie, żeby ją kupić, ale swoje na półce książek oczekujących odleżała. Może dlatego, że Ameryka jakoś nie leży w sferze moich zainteresowań. Wiem, wiem, pewnie to błąd, ale zawsze w takich sytuacjach tłumaczę się tym, że trudno czytać wszystko i o wszystkim. Z tych samych powodów inny zbiór reportaży, o którym też było głośno, nadal tkwi na mojej liście książek, które chcę przeczytać. Myślę tu o "Śmierci w Amazonii" Artura Domosławskiego. W końcu jednak zdjęłam "Ameksykę" z półki i zabrałam się za lekturę, wkraczając tym samym w obszar zagadnień, o których słyszałam tylko piąte przez dziesiąte. Na pewno niezwykle ciekawy i ważny.

Czym jest owa tytułowa Ameksyka? Tak nazwał Vulliamy tereny po obu stronach granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Od Pacyfiku do Zatoki Meksykańskiej, pas ziemi o długości około 3400 kilometrów i szerokości 80. Kalifornia, Arizona, Nowy Meksyk, Teksas, pustynia, graniczna rzeka Rio Grande. Świat znany z westernów, ale też z takich filmów jak "To nie jest kraj dla starych ludzi" braci Coenów czy "Tarffic" Stevena Sodebergha. Przygraniczny świat owiany romantyczną legendą o charakterystycznej dla takich terenów specyfice. Świat, gdzie toczy się normalne, codzienne życie, które czerpie napęd ze swego położenia. Daleko od Waszyngtonu i daleko od Mexico City. I tu należy zrobić przerwę, bo to, co dotąd napisałam, może cię zmylić, czytelniku tej notki. Życie się toczy, bo musi, ale od wielu lat jest to życie w cieniu narkotykowej wojny, która zbiera krwawe, bezsensowne żniwo, oczywiście nieporównanie częściej po stronie meksykańskiej. Meksyk opisywany przez brytyjskiego reportera to kraj straszny. Toczony polityczną korupcją i niemocą, walką pomiędzy narkotykowymi kartelami o strefy wpływów, biedą. Ofiarami narkotykowej wojny stają się właściwie wszyscy. Nie tylko ci nieliczni, którzy jeszcze mają odwagę w jakikolwiek sposób protestować, nie tylko członkowie karteli i gangów, przemytnicy, handlarze i inni związani z tym przemysłem, ale także zwykli ludzie. Śmierć bardzo często bywa poprzedzona wymyślnymi torturami, zadawana jest w sposób wyszukany i niezwykle okrutny, a jej ofiary są coraz częściej zupełnie przypadkowe. Trudno dopatrzeć się w tym jakiejkolwiek logiki, jest tylko przyjemność zabijania. Takie są zabójstwa młodych kobiet czy narkomanów w ośrodkach odwykowych prowadzonych najczęściej przez nawróconych zapaleńców. Do rangi symbolu urosło meksykańskie Juarez uważane za najniebezpieczniejsze miasto obu Ameryk, niektórzy posuwają się dalej, twierdząc, że to najniebezpieczniejsze miasto świata. Autor kilkakrotnie przytacza statystyki: na początku 2009 roku w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zamordowano tam dwadzieścia jeden osób, a w całym roku zabójstw w Juarez było 2390. Nie ma dnia, nie ma nocy bez morderstwa, najczęściej kilku. W innych przygranicznych meksykańskich miastach jest tylko trochę lepiej. Ale narkotykowa wojna ma i inne skutki. Nie chodzi tylko o to, że na tych terenach władza należy właściwie do karteli, które mają policję w kieszeni, a rząd próbuje zaprowadzić ład przy pomocy wojska. Nie chodzi też tylko o powszechny strach, tłumienie wolności mediów, ale może najgorsza jest deprawacja młodego pokolenia. Młodzi chłopcy czy mężczyźni jedyną szansę dla siebie upatrują w pracy dla kartelu. To łatwy, ale niebezpieczny zarobek. A kto raz w to wejdzie, nie wyplącze się nigdy. Świat narkotyków wytworzył w Meksyku swoistą kulturę. Zespoły specjalizujące się w piosenkach gloryfikujących bohaterów narkotykowego biznesu,  kult Santisima Muerte, Najświętszej Śmierci, duchowego symbolu wojny narkotykowej, romantyczną aurę otaczającą ten świat i związanych z nim ludzi.

Ale Vulliamy nie pisze tylko o narkotykowej wojnie, która niszczy pogranicze. Opowiada też o innych problemach. O położonych przy granicy amerykańskich fabrykach i zakładach, w których za grosze i w nieludzkich warunkach pracują Meksykanie, wykonując najprostsze czynności (najczęściej jest to montaż czegoś z dostarczonych ze Stanów elementów). Nie muszę chyba pisać, że coraz częściej te zakłady przenoszone są w rejony jeszcze tańsze, co tylko pogłębia biedę i bezrobocie. Pisze o dzielnicach nędzy, w których mieszkają pracownicy tych fabryk. O migracji z centralnego, a jeszcze częściej z południowego Meksyku za pracą. O marzeniu wielu, aby uciec do Stanów. O przemycie ludzi przez granicę drogą zwaną Drogą Diabła. O towarach przewożonych przez tiry i o tym, jak się ten handel odbywa. Co w nim dziwnego? A no to, że meksykańskie ciężarówki nie mają prawa przekroczyć granicy, dlatego w miejscu zwanym Bramą Ameryk (miasta Laredo w Stanach i Nuevo Laredo w Meksyku) przeładowuje się tony towarów z jednych tirów na drugie, a jakie to rodzi konsekwencje, tego można dowiedzieć się z książki. No i wreszcie o handlu bronią, który jest skutkiem biznesu narkotykowego. Obraz Meksyku, a szczególnie terenów przygranicznych, bo o nich pisze Vulliamy, jaki wyłania się z książki, jest potworny. Czytając "Ameksykę", zadawałam sobie pytanie, jak można tam żyć. A trzeba dodać, że autor to wytrawny dziennikarz i reporter, znawca tematu, na pograniczu Stanów i Meksyku zjadł zęby. Podróżował po tych terenach wiele lat, poznając je i pisząc o toczących je problemach. Po obu stronach granicy ma wielu znajomych, przyjaciół i liczne kontakty.

No dobrze, a gdzie w tym wszystkim Stany? Zapytasz, być może, czytelniku tej notki. Ach są, ach są. Książka Vulliami'ego to podróż od Pacyfiku do Zatoki Meksykańskiej odbywana po obu stronach granicy. Autor opowiada też o życiu po amerykańskiej stronie. Pisze o zetknięciu się Trzeciego Świata z Pierwszym. W jednym drogi dziurawe, w drugim gładkie, w jednym Juarez, najniebezpieczniejsze miasto świata, a po drugiej stronie granicy El Paso, jedno z najbezpieczniejszych miast w Ameryce. I tak dalej, i tak dalej. Ale nie to jest najważniejsze. Istotą "Ameksyki" jest oskarżenie, jakie autor kieruje pod adresem Pierwszego Świata. Odpowiedzią na problemy związane z kłopotliwym sąsiedztwem jest odseparowanie się od niego w każdy możliwy sposób. Wzmożone kontrole na granicach, zamykanie tych granic, niewpuszczanie meksykańskich tirów, deportowanie imigrantów, a wreszcie budowanie muru. Tak, tak muru. Cóż w tym dziwnego, być może wzruszysz ramionami czytelniku tej notki, uznając dezaprobatę autora, a za nim moją, za przejaw politycznej poprawności. Ale to nie tak. Vulliamy obnaża hipokryzję Pierwszego Świata, który jedną ręką odgradza się od niewygodnego sąsiedztwa, podczas gdy drugą korzysta z niego. I nie chodzi tylko o te zlokalizowane po meksykańskiej stronie granicy fabryki, o których pisałam, ale o narkotyki. Jest popyt, więc jest podaż. Kiedy bogata Ameryka kupuje dragi, nie zastanawia się, jaka jest ich prawdziwa cena. Ci sami Amerykanie, którzy piją kawę oznaczoną logo fair trade, kupują jednocześnie narkotyki, które ze sprawiedliwym handlem nie mają nic wspólnego. Z troską pochylają się nad losem wykorzystywanych plantatorów kawy, ale nie zastanawiają się, ile ofiar stoi za ich działką i kto z niej czerpie prawdziwe zyski, a kto naraża się za jakiś ochłap. Ale to jeszcze nie wszystko. Za pieniądze z narkobiznesu kartele kupują w Stanach morze broni. Z Meksyku do Stanów przemycane są narkotyki, w drugą stronę płynie rzeka żelaza. I niewielu zastanawia się, jakie konsekwencje to rodzi. I tak koło się zamyka. A co dzieje się z zarabianymi na tym biznesie pieniędzmi? Pieniędzmi splamionymi krwią, jak nazywa je autor. Oczywiście są prane. Gdzie? W amerykańskich bankach. Jest prawie pewne, że część z nich posłużyła do ratowania tych, które były zagrożone bankructwem na początku ostatniego kryzysu. A wszystko niemal w majestacie prawa. Rozdział poświęcony temu procederowi napawa odrazą, obnaża po raz kolejny hipokryzję Pierwszego Świata.

No cóż, niewesoła to lektura, ale oczywiście ważna. Na pewno warto ją przeczytać, chociaż muszę uczciwie przyznać, że nie zawsze porywa. Niektóre fragmenty po prostu nużą. Może czasem za dużo przykładów, statystyk, może niektóre historie opowiada autor zbyt drobiazgowo. Radą na to jest czytanie "Ameksyki" po kawałku, rozdziałami, wolniej, a nie, jak ja to zrobiłam, połknięcie jej na raz (książka ma ponad pięćset stron gęsto zadrukowanych drobną czcionką).

środa, 20 sierpnia 2014
Miron Białoszewski "Pamiętnik z powstania warszawskiego"

Od kilku lat, kiedy tylko w okolicach pierwszego sierpnia media wybuchają coroczną, rytualną dyskusją na temat powstania warszawskiego, mam ochotę wrócić do lektury "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. Po raz pierwszy przeczytałam go dawno temu i w jakimś sensie była to dla mnie książka inicjacyjna. Chyba wtedy zrozumiałam, czym jest wojna i po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, które dziś przy okazji rozmaitych lektur towarzyszy mi często: jak da się przeżyć coś tak niewyobrażalnego? Jaką siłę trzeba w sobie mieć, żeby nie zwariować, przebrnąć a potem jeszcze żyć? Niektóre obrazy z Białoszewskiego majaczyły mi w głowie do dziś, tak silne wywarły na mnie wrażenie. Ciekawa byłam ponownego zetknięcia z książką. No i wreszcie w tym roku postanowiłam, że już muszę koniecznie. Może dlatego, że kilka miesięcy temu odnalazłam nieco sfatygowany rodzinny egzemplarz, który gdzieś się zawieruszył. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Sięgnęłam po Białoszewskiego kilka dni temu, kiedy medialna wrzawa ucichła, a nowa związana z premierą filmu Komasy jeszcze na dobre nie wybuchła. Ja skorzystałam ze starego wydania PIW-owskiego z roku 1976, bo takie leży na mojej półce i jestem sentymentalnie do niego przywiązana, ale kto nie ma, a zdecyduje się przeczytać, niech sięgnie po świeżo wydaną przez PIW wersję bez skreśleń.

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" Białoszewskiego to cywilne świadectwo tamtych dni. Urodzony w 1922 roku autor w powstaniu udziału nie brał. Napisałam te słowa i zadumałam się nad nimi. Na pewno nie brał udziału? Czy to możliwe wtedy w Warszawie? Nie walczył, nie był powstańcem, ale przecież powstanie go dotyczyło jak tysięcy mieszkańców miasta. Budował barykady, odgruzowywał zasypanych w piwnicach ludzi, gasił pożary, przenosił żywność dla powstańców. Ale przede wszystkim próbował jak inni jakoś przeżyć. A więc siedział w piwnicach, nasłuchując spadających z nieba bomb, pocisków wyrzucanych przez miotacze ognia i inne potworne wojenne machiny siejące spustoszenie i śmierć, zdobywał żywność, chodził po wodę, ale też cieszył się ze spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, próbował pisać. Białoszewski napisał swoją książkę po dwudziestu trzech latach od tamtych wydarzeń. Wcześniej nie potrafił, chociaż bardzo chciał. Miał czterdzieści pięć lat, kiedy wyznał na pierwszej stronie:

"... leżę na tapczanie cały, żywy, wolny, w dobrym stanie i humorze, (...) Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców."

Jego pamiętnik to jednocześnie świadectwo powstania i świadectwo zmagań z pamięcią, czego na kartach książki stale jesteśmy świadkami. Białoszewski stara się opowiadać chronologicznie, ale wielokrotnie zderza się z figlami, jakie płata pamięć. Wydawało mu się, że czegoś był pewny, ale w miarę odtwarzania zdarzeń, okazuje się, że to nie ten dzień, że coś musiało zdarzyć się wcześniej albo później. Najczęściej jego niepewność dotyczy czasu, ale niekiedy miejsca lub na przykład tego, czy rzeczywiście z piwnicznego okienka na Miodowej mógł widzieć księżyc w pełni.

Chociaż "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest niewielkich rozmiarów (trochę ponad dwieście stron), to opowieść bywa bardzo drobiazgowa. Wraz z autorem zanurzamy się w piekło powstania. Białoszewski szczegółowo opisuje ryzykowne wędrówki pośród ruin, barykad, przez podwórka, piwnice, biegiem, w huku wybuchających bomb, a wszystko po to, by znaleźć znośną piwnicę, w której można by się schronić (zmieniał miejsce cztery razy). Ponownie wielkie wrażenie zrobiły na mnie opowieści o piwnicznym życiu. Nasłuchiwanie bomb, odliczanie do wybuchu, strach, czy trafi właśnie tu, szukanie najbezpieczniejszych miejsc (pod filarami, tak im się wtedy wydawało), wieczny huk, osypujący się tynk, modlitwy, ale też spacery (po piwnicach), życie towarzyskie, gotowanie, zdobywanie jedzenia i wody, drobne utarczki, ale najczęściej wielka życzliwość i wzajemne pomaganie sobie, powstańcze znajomości, radość i nadzieja na rychłe zwycięstwo, a potem na pomoc, wreszcie zobojętnienie i pogodzenie się ze śmiercią, która mogła przyjść w każdej chwili. Pisze o głodzie zaglądającym w oczy i doskwierającym braku wody. Szczegółowo opowiada o ewakuacji kanałami ze Starówki, co robi wielkie wrażenie, i o zdziwieniu, że Śródmieście wygląda jeszcze prawie normalnie. Kiedy tam trafił, początkowo jeszcze można  było mieszkać w mieszkaniach. Ale i to trwało krótko. No i przede wszystkim opisuje zagładę miasta. Morze gruzów, pożary, zbombardowane, płonące kościoły, klasztory, pałace. Było i nie ma, bezpowrotnie. Jeszcze raz oddam mu głos:

" ... i nagle nie ma miasta, nie ma domów, no ... rozpacz... (...) Po wszystkim. Dwieście tysięcy ludzi leży pod gruzami. Razem z Warszawą." 

"Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest tym, czego domagają się, z każdym rokiem głośniej, uczestnicy dyskusji wokół powstania: kroniką ginącego miasta, głosem oddanym cywilom i hołdem dla nich, pewnie mimowolnym, bo przecież obcy jest Białoszewskiemu patos, heroiczny czy martyrologiczny ton. Zawsze się dziwię, że się o nim tak mało mówi. Chociaż autor nie pisze o epizodach najdrastyczniejszych, wspomina je tylko tak, jak wspomina się o czymś, co zna się z drugiej ręki (czasem w zaskakująco lekkim tonie), to i tak jego książka przeraża, bo pozwala zanurzyć się w powstanie, poznać je od podszewki. A przecież było jeszcze straszniej. Od niedawna mówi się o masakrze na Woli. W zeszłym roku czytałam w prasie wstrząsającą relację kobiety, która cudem ocalała, a tuż przed lekturą Białoszewskiego słuchałam w radiu fragmentu świeżo wydanej książki o powstaniu autorstwa kanadyjskiej historyczki Aleksandry Richie. Trafiłam na opowieść o bestialskich gwałtach na kobietach i dziewczynkach przetrzymywanych przez Niemców na Zieleniaku. Opis był tak drastyczny, że miałam ochotę zatkać uszy. Dlatego tak się zdziwiłam, kiedy Białoszewski kwituje ten epizod jednym zdaniem. Nie był tam przecież, tylko słyszał. Jak o tym opowiadać? Człowiek staje bezradny wobec ogromu zła i bestialstwa. Co innego książka historyczna.

Na koniec, krótko, bo się rozpisałam, muszę jednak wspomnieć o mistrzostwie Białoszewskiego. W końcu to literatura. Mistrzostwo przejawia się w zmyśle obserwacji, drobnych scenkach, opowieściach o ludziach, często w tonie plotkarskim, komentarzach, zdziwieniach i oczywiście w języku. Genialnie potocznym, mówionym i myślanym, żywym, pełnym słowotwórczej inwencji. Właściwie zastanawiam się, czy powinnam o tym pisać. Przecież każdy powinien przynajmniej słyszeć o tym ze szkoły. Mimo wszystko nie oprę się, aby jeszcze raz nie oddać głosu autorowi:

"Niepokój się zaczął, to trzeba było spokoju. Śpiewanie. Błaganie. Stanie. Już bez ciskań się. Różańce. Zacierki. Jedzenie pod framugą, bo się brało ze sobą." Albo: "Więc gdzieś tam w okolicy tego poplątania była odnoga w betonie, wszystko w betonie, szaro, twardo, sucho, szorstko, z tym że, jak w pralni harmider, latania, bety." Albo tak: "Po stoku na śmietnik, w dziurę w murze. Podwóruchno. Wlecenie na balkonik. Czyjeś mieszkanie. Wlecenie przez długą dechę w okno czyjegoś mieszkania. Tam siedzą. Baby. Ludzie. Dziura. Wlezienie w ciemno w leżących."

Wystarczy.

Chociaż może to niezbyt stosowne stwierdzenie w kontekście tematu, ale trzeba to powiedzieć: "Pamiętnik z powstania warszawskiego" to obok wstrząsającego świadectwa zagłady miasta i codziennego heroizmu, językowa i literacka uczta. Taki paradoks.

sobota, 16 sierpnia 2014
"Bardzo poszukiwany człowiek"

Wakacje to w polskich kinach marny czas. Nie od dziś wiadomo, że króluje głównie rozrywkowy repertuar. Mam jednak wrażenie, że tego lata jest wyjątkowo monotonnie i nieciekawie. W dodatku z powodu wyjazdów albo zbyt długiego wybierania się przepadły mi aż trzy niewakacyjne filmy. Chwilowo mój blog powinien chyba zmienić nazwę, bo tylko czytam, a oglądam niewiele. Mam nadzieję, że zbliżająca się wielkimi krokami jesień przyniesie zmianę repertuaru. Tymczasem wybrałam się na "Bardzo poszukiwanego człowieka", szpiegowski thriller nakręcony na podstawie powieści mistrza gatunku Johna le Carre. Mam jeszcze w pamięci inną ekranizację jego prozy, znakomitego "Szpiega". Ale już wcześniejszy "Wierny ogrodnik" wydał mi się  nazbyt sentymentalny i jakoś przewidywalny. Pamiętam, że wyszłam z kina rozczarowana. Ponieważ nie czytałam ani jednej powieści le Carre (może kiedyś nadrobię ten brak), trudno mi powiedzieć, na ile to słabość scenariusza, a na ile literackiego oryginału (pewnie to pierwsze, skoro autor uważany jest za mistrza w szpiegowskiej odmianie pisarskiego fachu). "Bardzo poszukiwanego człowieka" stawiam pośrodku. Jest bez wątpienia lepszy od "Wiernego ogrodnika", ale "Szpiegowi" nie dorównuje. 

Tym razem to historia współczesna osnuta wokół walki wywiadów z islamskim terroryzmem. Gdzieś w tle pojawia się bardzo aktualne pytanie o to, czy wywiadowi wolno działać poza prawem w imię szlachetnego celu, jakim jest bezpieczny świat. Ale problem został ledwo dotknięty, a szkoda. Jakoś nie wybrzmiewa z należytą mocą. I taki właśnie jest ten film. Dość powierzchowny, nazbyt przewidywalny, a jakby tego jeszcze było mało, postacie są jednowymiarowe. Niby domyślamy się, że główny bohater, agent kontrwywiadu grany przez Philipa Seymoura Hoffmana, niejedno przeszedł i mrok ma w duszy, ale bardziej w to wierzymy niż czujemy. Dlatego jest mi w zasadzie doskonale obojętny, żadnych emocji nie rozpala. Podobnie jest z Annabel, młodą, szlachetną prawniczką czy Issą, tajemniczym przybyszem z Czeczenii. Zbyt szybko rozwiewają się wątpliwości związane z tym bohaterem, właściwie nie wiadomo na jakiej podstawie, a przecież to wokół niego osnuta została szpiegowska intryga. Trudno też zrozumieć motywy decyzji, jakie podejmuje. A już oponenci agenta granego przez Hoffmana są postaciami nakreślonymi bardzo grubą kreską. Żadnego cieniowania racji, żadnych wątpliwości, z góry wiemy, kto tu będzie dobrym, a kto złym policjantem. I jeszcze jeden kamyczek do tego ogródka. Otóż mimo że akcja filmu toczy się w Hamburgu, wszyscy bohaterowie niezależnie od tego, kim są, mówią po angielsku. Taki zabieg, stosowany przez producentów w trosce o wyższą frekwencję, powoduje, że film trąci sztucznością. Marudzę i marudzę, ale przecież nie skreślam "Bardzo poszukiwanego człowieka". To uczciwa, filmowa robota, taka na czwórkę. Ogląda się ją bardzo dobrze, w jakimś napięciu, no i dwa razy (tylko? aż?) zostałam zaskoczona. Raczej gorzki to film, ale tylko raczej, a szkoda, bo zmarnowano potencjał na bardzo mroczne kino.

środa, 13 sierpnia 2014
Philip Roth "Przeciwżycie"

Na mojej półce co jakiś czas przybywają kolejne powieści mojego ulubieńca, Philipa Rotha, a ja, też co jakiś czas, systematycznie po nie sięgam. "Przeciwżycie" (Czytelnik 2009; przełożyła Zofia Zinserling) przeczytałam w czerwcu 2013 roku, notkę o książce napisałam również wtedy. To kolejna pozycja, której bohaterem i narratorem jest pisarz Nathan Zuckerman, chyba przedostatnia z cyklu ( o ostatniej pisałam; to moja ulubiona, niezwykle poruszająca "Duch wychodzi"). Powieść, o której dzisiaj, dotyka trzech zagadnień, które ściśle się ze sobą splatają.

Pierwsze z nich, co pewnie zrozumiałe, skoro bohaterem jest pisarz, to problem twórczości. Ile twórca czerpie w swoich książkach z rzeczywistości? Na ile fikcja miesza się z życiem? Co jest prawdą a co zmyśleniem? I wreszcie jak dalece wolno pisarzowi wykorzystywać w swojej pracy cudze życiorysy? Zuckerman całą swoją twórczość czerpie z życia. Obsesyjnie notuje wszystko, co wydaje mu się istotne, tworząc z tych zapisków, jak sam pisze, magazyn w swej fabryce pamięci (to też jego określenie). Wszystko może się przydać i wszystko może być wykorzystane. Właśnie to stało u źródeł konfliktu między pisarzem a jego najbliższą rodziną. Po wydaniu jednej z powieści obrazili się na niego rodzice i brat Henry, który nie może mu wybaczyć, że jej bohaterami zostali właśnie oni, w dodatku ukazani w niekorzystny i nieprawdziwy sposób. Właściwie wszystkie bliskie mu osoby, które czytały jego książki, boją się, że zostaną sportretowane w kolejnych. To bywa powodem nieporozumień a nawet rozstań. Może dlatego Zuckerman wiedzie żywot samotnika, z dala od rodziny, porzucany przez kolejne kobiety? Zajęty tworzeniem powieści, w których, wychodząc od swoich korzeni, bada inne możliwości. I to są owe tytułowe przeciwżycia.

Tak doszłam do kolejnego tematu powieści. Roth-autor i Zuckerman-bohater-pisarz pokazują, jakie mogą być konsekwencje naszych decyzji. Co się stanie, kiedy podążymy za swoimi marzeniami, pragnieniami, zrywając z dotychczasowym życiem. Obaj stawiają swoich bohaterów wobec wyborów najważniejszych. Kładąc wszystko na jedną szalę, czasem ryzykują życie. Pytanie, czy warto? Czy warto dla odzyskania męskości poddawać się ciężkiej operacji? Jakie koszty zapłacimy, jeśli dla miłości zmienimy całkowicie środowisko? Czy można odejść od rodziny, aby zmienić wszystko? Czy warto porzucać samotność, aby w dojrzałym wieku zrealizować pragnienie bycia ojcem, które się nagle pojawiło? Jak daleko wolno się posunąć w swoich pragnieniach? Kiedy są to tylko egoistyczne zachcianki, a kiedy odzyskiwanie prawdziwego siebie? Roth i Zuckerman snują przeciwżycia swoich bohaterów. Pozwalają im sprawdzić, co się stanie. Zajrzeć na drugą stronę lustra. Taka jest moc literatury. Dzięki temu zabiegowi czytelnik stale jest zaskakiwany i trzymany w napięciu. Co jest prawdziwym losem bohaterów, a co jest szkicem wyjętym z magazynu fabryki pamięci Zuckermana? W swojej powieści Roth stale wodzi nas za nos.

I ostatni temat, stały motyw twórczości pisarza, to problematyka żydowska. Roth zastanawia się, jaką postawę powinni przyjąć Żydzi wobec reszty świata. Pokazuje ich kilka. A więc Żydzi amerykańscy, którym wystarczy tylko świadomość swoich korzeni. Żyją w kontrze do losu swoich rodziców. Nie są religijni, nie katują się Holokaustem, nie zastanawiają się, co myśli o nich świat. Nie czują się prześladowani czy dyskryminowani. Przeciwnie, mają się znakomicie. I to właśnie oni są znienawidzeni przez niektórych Żydów mieszkających w Izraelu, tych, którzy budują osiedla na Zachodnim Brzegu. Akcja powieści toczy się w roku 1978, kiedy osadnictwo dopiero się rozkręca. Roth w swojej powieści prezentuje ideologię, która za tym stoi. Przekonanie o konieczności powrotu do Judei, żydowskiej kolebki. Potępianie zeświecczonych Żydów ze Stanów i z Tel Awiwu. Tak, zdaniem bohatera, fanatyka mieszkającego w jednym z osiedli, dokonuje się prawdziwy Holokaust rękami samych Żydów. Tak Żydzi tracą swą podmiotowość, bo chcą upodobnić się do nie-Żydów, chcą im się przypodobać. Jest wreszcie jeszcze inna postawa reprezentowana przez zwariowanego młodzieńca, który remedium na antysemityzm, odnajduje w zaprzeczaniu Holokaustowi. Nie przypominajmy gojom ich win, a oni przestaną nas nienawidzić. Żydami będziemy i bez Holokaustu. I jeszcze inna możliwość, a łączy się z nią, chyba najciekawsza, opowieść o amerykańskim Żydzie, który przeprowadza się do Anglii. W Ameryce w ogóle nie zastanawiał się nad swoim żydostwem, tu nieoczekiwanie dla siebie spotyka się z zawoalowanym, głęboko zakorzenionym, często nieuświadamianym antysemityzmem, co zmusza go do zrewidowania swojej postawy. Nagle to, co w nim żydowskie, a do czego wcześniej nie przywiązywał wagi, staje się ważne. Broniąc się, oburzając, na nowo definiuje siebie. Czy przy okazji staje się przesadnie drażliwy? To zarzuca mu jego ukochana, Angielka, a on ją oskarża o nieuświadomiony antysemityzm, o którym przed chwilą pisałam. Spór pomiędzy parą bohaterów jest bardzo ciekawy. Stawia pytania o granice politycznej poprawności (chociaż samo pojęcie nie pada), o prawo do przewrażliwienia na swoim punkcie czy wreszcie o ów podskórny, często nieuświadamiany antysemityzm przejawiający się na przykład w języku. Chociaż powieść powstała w 1986 roku przedstawiane zagadnienia są bardzo aktualne. Można iść tym tropem dalej  poszerzyć pole rozważań o rasizm i problemy mniejszości.

"Przeciwżycie" to intelektualna przygoda zmuszająca czytelnika do myślenia, stawiania pytań, konfrontowania się z własnymi przekonaniami. Bliżej jej do "Operacji Shylock" niż do "Wzburzenia", "Nemezis" czy powieści "Duch wychodzi". Bardzo ciekawa i bardzo dobra. Po przeczytaniu już (albo dopiero) siedmiu książek Rotha (ile jeszcze przede mną!), mam już swój prywatny ranking. Najbardziej lubię te, w których pisarz dotyka zagadnień egzystencjalnych, one mnie prawdziwie poruszają, przejmują. To właśnie "Wzburzenie", "Nemezis" i "Duch wychodzi". Ale to nie znaczy, że po "Przeciwżycie" sięgnąć nie warto. Przeciwnie. Trzeba.

środa, 06 sierpnia 2014
Zadie Smith "Londyn NW"

Dziś o najgłośniejszej albo najgorętszej, że użyję tego wyświechtanego przez językową modę określenia, premierze późnej wiosny, "Londyn NW" Zadie Smith (Znak 2014; przełożył Jerzy Kozłowski). Powieść zapowiadana i wyczekiwana, i bardzo szybko okrzyknięta przez polskich recenzentów wydarzeniem. Ja w każdym razie nie spotkałam się z głosami krytycznymi (myślę tu o zawodowych krytykach, bo już po napisaniu tej notki, a jeszcze przed publikacją wysłuchałam audycji Poczytalni w TOK FM, gdzie została jednogłośnie schlastana przez uczestników dyskusji). Czy trzeba przypominać, kim jest Zadie Smith? Miłośnikom literatury na pewno nie, gdyby jednak zabłąkał się na tę stronę jakiś miłośnik, który nic o niej nie wie, informuję, że to brytyjska powieściopisarka o jamajskich korzeniach. Jej prozatorski debiut, "Białe zęby", narobił przed laty dużo szumu. Odtąd każda powieść, a pisze niewiele (ta jest czwarta), witana jest entuzjastycznie, a autorka to już uznana marka w literackim świecie. Wychowała się w owym tytułowym i tajemniczo brzmiącym Londynie NW, czyli w robotniczej, północno-zachodniej dzielnicy. NW to po prostu kod pocztowy. Można śmiało powiedzieć, że Zadie Smith pisze o miejscu i ludziach, które doskonale zna. Czytałam "Białe zęby" i "O pięknie", było to jednak na tyle dawno, że nie ośmielę się dzisiaj do nich odwoływać. W każdym razie podobały mi się na tyle, że autorce jestem wierna, chociaż ominęłam "Łowcę autografów", dziś już nie pamiętam dlaczego.

Zadie Smith to autorka, o jaką na próżno na naszym literackim poletku upominają się niektórzy krytycy. Łączy w swojej twórczości świetnie opowiedzianą i skonstruowaną historię z tą wartością dodaną, dzięki której powieść otrzymuje przepustkę do działu literatury bardzo dobrej, ambitnej. Jednym słowem zadowoli różne literackie gusta i te najprostsze, i te domagające się czegoś więcej. Rzeczywiście książki Zadie Smith czyta się znakomicie, jak się zacznie, to trudno się oderwać. Na plażowe wakacje nadaje się jak najbardziej. Tak jest też z jej najnowszą powieścią. To historia czworga trzydziestolatków urodzonych i wychowanych w tytułowym Londynie NW, niegdyś dzielnicy robotniczej, później zamieszkanej też przez ludzi o rozmaitych odcieniach skóry. W Londynie gorszym, z gorszymi szkołami, a jednocześnie będącym kulturowym tyglem. Tacy są bohaterowie tej powieści. Leah, jedyna wśród nich biała, jej przyjaciółka Keisha a właściwie Nathalie, Felix i Nathan. Łączy ich sąsiedztwo i szkoła, którą kończyli. Szkoła, do której nikt, kto myśli z troską o przyszłości swoich dzieci i dysponuje jakąś gotówką, nie posłałby swojego potomstwa. Jeśli, czytelniku tej notki, pomyślisz sobie w tym momencie, że łatwo zgadnąć, co dalej, to muszę przyznać, że się nie mylisz. Tak, tak, będzie to opowieść o tym, na ile pochodzenie determinuje los człowieka. Tak, zgadłeś, jednym się powiodło, inni walczą, jeszcze inni spadli na samo dno. Nie traktowałabym jednak tego jak zarzut, bo w końcu wszystko już było, a literatura od zawsze przecież żywi się powtarzalnymi motywami i tematami. Jest to zresztą temat  istotny, egzystencjalna zagadka. Dlaczego ktoś osiąga sukces, a ktoś ma wiecznego pecha, a jeszcze ktoś mimo talentów i powodzenia u dziewczyn sięga dna. W powieści Zadie Smith nakładają się na to problemy rasowe. W kosmopolitycznym Londynie niełatwo wybić się komuś o ciemnym kolorze skóry, o ile nie urodził się w dobrej dzielnicy. Zła dzielnica i kolorowa skóra to piętno podwójne. A jednak Nathalie się udało. Jak to osiągnęła, ile ją to kosztowało i jaką cenę płaci za swoje perfekcyjne, zaplanowane z ołówkiem w ręku życie, o tym między innymi opowiada ta powieść.

Jest jednak coś, co drażniło mnie w "Londynie NW". To do bólu przewidywalne i, chociaż prawdziwe, to jednak zbanalizowane, szczególnie przez literaturę popularną i prasę dla kobiet,  problemy obu przyjaciółek trzydziestolatek. Nie chcę wdawać się w szczegóły, aby nie zdradzać za wiele tym wszystkim, którzy powieści jeszcze nie czytali, napiszę więc ogólnikowo: niespełnienie zawodowe i osobiste, znudzenie codziennością, dylematy związane z macierzyństwem, rozczarowanie życiem, konflikty matka-córka, meandry kobiecej przyjaźni. Jakoś szeleściło mi to wszystko papierem. Czytając, myślałam sobie z lekkim zniecierpliwieniem, ojej, znam to. A przecież Doris Lessing potrafiła tak pisać o podobnych problemach, że ciarki po plecach chodziły, a książka dotykała do żywego i zmuszała czytelniczkę do bolesnej konfrontacji z sobą. Czytając Zadie Smith nic podobnego nie czułam. Nie wykluczam jednak, że niejeden, a właściwie niejedna, odnajdzie tu siebie.

Ale mimo tych zastrzeżeń warto sięgnąć po "Londyn NW". Może mniej ważne od tego co, ważniejsze jest jak. To jak jest rzeczywiście mistrzowskie. Znakomity zmysł obserwacji i literacki talent sprawiają, że nawet epizodyczni bohaterowie mają za sobą jakieś historie, coś ich gnębi, coś czują. Kilka stron, jakaś banalna rozmowa, a przed czytelnikiem rozwija się czyjeś życie. Były fragmenty, które czytałam z zazdrością, jaką odczuwam czasem, kiedy trafia mi się lektura tak sprawnie, z takim talentem podana. O Boże, myślę sobie, jak bym tak chciała. Jak bym chciała mieć taki językowy słuch, tak napisać dialog, tak paroma kreskami naszkicować postać z krwi i kości, z jej przywarami, kompleksami, lękami i obawami. Jak bym chciała umieć tak obserwować ludzi, słuchać ich rozmów, a potem przelać to na papier. Ale niestety nie umiem, dlatego piszę o książkach, a nie książki. Pod tym względem szczególnie podobał mi się rozdział poświęcony Felixowi. Jeden dzień z jego życia, wędrówka po mieście, kilka spotkań, kilka rozmów, a najlepsza chyba ta z chłopakiem, od którego chce kupić samochód. Przyjemność czytania.

Mimo zastrzeżeń polecam najnowszą powieść Zadie Smith. Portret północno-zachodniego Londynu, kalejdoskop postaci i problemów gnębiących współczesnych trzydziestolatków. Zresztą nie tylko ich.